zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.pl)

społeczeństwo

"Synka przynieśli mi w wiaderku po kapuście". Prawa rodziców, którzy stracili dziecko, wciąż nie są przestrzegane

Kilkadziesiąt tysięcy rodziców co roku traci nienarodzone dzieci. Mają one prawo do godnego pożegnania i pochówku, ale niewielu lekarzy się tym przejmuje. - Matki i ojcowie słyszą, że ?chcą pochować tkanki?, a jeśli chcą pożegnać się z dzieckiem jeszcze w szpitalu, traktuje się to jak zachciankę. Takie pożegnanie, jeśli w ogóle szpital się na nie zgadza, organizuje się więc rodzicom w prosektorium, tuż obok stołów do sekcji zwłok.*

To było sześć lat temu. Agnieszka z Krakowa - nieco ponad trzydzieści lat, dziewiąty miesiąc ciąży, trzydziesty szósty tydzień, dwa dni do planowanego terminu porodu. Miała być cesarka, bo dwie wcześniejsze ciąże straciła. Poroniła na tyle szybko, że nie znała nawet płci dzieci. Teraz czekała na dziewczynkę, na tym etapie ciąży wiadomo już było na pewno. Dziewczynkę, i to całkiem sporą - 3600 gramów, tak podpowiadało USG. Agnieszka wiedziała, że może być różnie, granica błędu pomiarów ultrasonografu to pół kilograma, mniej albo więcej. Choć czy to ważne? Mała była zdrowa, mimo że ciąża była zagrożona, a ona sama musiała brać progesteron - hormon stosowany zapobiegawczo, kiedy występuje ryzyko poronienia. Ale to już miał być koniec, prawie się udało. Za dwa dni mama i tata córkę mieli poznać osobiście.

- Tamtej nocy obudziłam się cała mokra - mówi Agnieszka. - Myślałam, że może odeszły mi wody, ale to była krew. Pojechaliśmy zaraz z mężem do szpitala. Powiedziano nam, że dziecko zmarło.

Martwe urodzenia dotyczą dziś ok. 0,4 proc. wszystkich ciąż w Polsce (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)Martwe urodzenia dotyczą dziś ok. 0,4 proc. wszystkich ciąż w Polsce (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)

Dlaczego? Tego nie wiadomo do dziś. Być może maluch owinął się pępowiną, może dziewczynka sama zacisnęła na niej rączkę i się udusiła, tak mówił kolega Agnieszki, ginekolog. Może, a może nie. Nie zrobili sekcji. Na pewno wiedzieli tylko, że dziecko nie żyje. Mąż starał się być dzielny dla Agnieszki, Agnieszka dla męża. Może to dwa wcześniejsze poronienia tak ich zahartowały, może podziałała siła wzajemnego wsparcia. Oboje jakoś dali radę, udało im się uniknąć brania antydepresantów. Tylko potem ona do kościoła chodzić przestała i sama księdza w domu nie chciała widzieć. - Moją córkę ochrzciły w szpitalu pielęgniarki. Ksiądz, choć był na miejscu, powiedział, że martwego dziecka chrzcił nie będzie. A ja powiedziałam, że na tym moja przygoda z Kościołem katolickim się kończy.

Tysiące niepoliczonych ciąż

Martwe urodzenia to dziś zaledwie 0,4 proc. wszystkich porodów w Polsce. Niby niewiele, ale - jak podaje UNICEF w swoim raporcie "Dzieci w Polsce. Dane, liczby, statystyki" - w samym 2011 roku na te 0,4 proc. składało się 1653 dzieci martwo urodzonych - na różnym etapie, ale po 22. tygodniu ciąży.

Poronień - w medycynie określanych jako samoistne obumarcie płodu do 22. tygodnia ciąży - jest znacznie więcej, choć nie wiadomo ile dokładnie. W Polsce, tak jak w wielu innych krajach, brakuje rzetelnych statystyk na ten temat. Szacuje się, że to problem, który dotyczy, wedle różnych źródeł, 10-15 proc. wszystkich ciąż. Jeśli zatem przyjmiemy, że rocznie w Polsce ok. 350 tys. kobiet zachodzi w ciążę, a 10 proc. z nich traci ją przedwcześnie, to mówimy o ok. 40 tys. poronień. Dla porównania - na raka umiera co roku ok. 95 tys. osób.

Pomnik Dzieci Nienarodzonych na szczecińskim Cmentarzu Centralnym (fot. Kapitel / Wikimedia.org / domena publiczna)Pomnik Dzieci Nienarodzonych na szczecińskim Cmentarzu Centralnym (fot. Kapitel / Wikimedia.org / domena publiczna)

Trudno określić liczbę poronień dokładniej, bo do 50 proc. z nich dochodzi bardzo wcześnie, jeszcze przed 8. tygodniem ciąży. A jak pisze na swojej stronie internetowej Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu: Gdy dochodzi do poronienia przed zagnieżdżeniem się zarodka w jamie macicy, kobieta w ogóle nie wie, że doszło do poczęcia. Czasami do poronienia dochodzi kilka dni po spodziewanym terminie miesiączki i wtedy również można nie zdawać sobie sprawy z tego, że było się w ciąży (...).

Pozostałe 50 proc. ronionych ciąż, te, o których istnieniu matki i ojcowie już wiedzą, to wielokrotnie dramat rodziców pozostawionych samym sobie po stracie dziecka.

Nie znamy płci, nie może być pogrzebu

Dziewczynka, na którą Agnieszka z mężem tak bardzo czekali, niedługo po porodzie leżała już na cmentarzu. Ciało Emilii Agaty, bo tak ją nazwali, zostało skremowane i złożone w rodzinnym grobowcu, bez udziału księdza. Dla rodziców najważniejsze było jednak to, że w ogóle mogli ją pochować. Mieli do tego prawo, tak jak wszyscy rodzice dzieci urodzonych martwo, bez względu na czas trwania ciąży.

Na grobach dzieci, oprócz zniczy, bliscy często zostawiają również zabawki (fot. pixabay.com)Na grobach dzieci, oprócz zniczy, bliscy często zostawiają również zabawki (fot. pixabay.com)

Gwarantuje to rozporządzenie ministra zdrowia z 2007 r. [wcześniej można było pochować tylko dzieci urodzone po 22. tygodniu ciąży - red.]. Tyle że by pogrzeb mógł się odbyć, szpital musi wystawić odpowiedni dokument - kartę martwego urodzenia. I tu pojawiają się schody, bo trzeba w niej wypełnić rubrykę - płeć dziecka. A tę, na wczesnym etapie ciąży, można domniemywać, a nie określić z całą pewnością, no, chyba że zrobi się badania genetyczne. Na to jednak NFZ nie daje pieniędzy. Jeśli rodzice chcą i wiedzą, że mają taką możliwość, mogą takie badania zrobić na własny koszt, za kilkaset złotych, ale do testów potrzebne są fragmenty tkanek. Tyle, że ich nie ma jak pobrać, bo w szpitalu nie zawsze ciało dziecka rodzicom udostępniają. Sami lekarze płci domniemywać nie chcą, boją się, że ktoś ich oskarży o poświadczanie nieprawdy. O prawie do pochówku ciąż ronionych w pierwszych tygodniach w ogóle więc rodzicom nie mówią.

- Zanim martwo urodziłam córkę, straciłam dwie ciąże, kolejno w 2006 i 2007 r. -  wspomina Agnieszka. - Obie poroniłam pod koniec pierwszego trymestru, czyli zanim skończył się 12. tydzień. Przy pierwszej usłyszałam tylko chlupnięcie, kiedy krew - razem z dzieckiem - chlusnęła do toalety. Za drugim razem o tym, że serce malucha nie bije, powiedział mi lekarz podczas badania USG. W szpitalu zrobili mi łyżeczkowanie. Nikt nie mówił o pogrzebie.

Magdalena z Poznania swoje dziecko straciła piętnaście lat temu. Trudno było od początku - miała problem z zajściem w ciążę, udało się dopiero po wielu próbach. Do lekarza biegała regularnie na badania i kontrole, do wszystkiego podchodziła sumiennie. Była bardzo szczęśliwa aż do trzeciego miesiąca, kiedy na bieliźnie dostrzegła ślady plamienia. Znów trafiła do gabinetu ginekologicznego. - To się czasem zdarza - powiedział lekarz i zapewnił, że wszystko jest w porządku. Ale Magdalena dalej plamiła. W szpitalu, do którego wkrótce pojechała, nikt nie mówił już "to się czasem zdarza", tylko "bardzo nam przykro", bo płód okazał się być martwy.

W wielu szpitalach lekarze nie informują matki, która straciła dziecko o prawie do pochówku (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)W wielu szpitalach lekarze nie informują matki, która straciła dziecko o prawie do pochówku (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)

Magdalena nie wie dokładnie, co wtedy zrobiono z ciałem dziecka. Nie pamięta - do zabiegu łyżeczkowania dali jej narkozę. Ona też nie zapytała, sama z nikim rozmawiać nie chciała.

Małgosia o swojej historii pisze krótko na stronie poronienie.pl: - Dziesięć lat. Tyle minęło od pierwszej straty. Maleńkiego, 11 mm człowieczka. Córeczki, zdaje się. (...) O pochówku nie pomyślałam. A potem synek też odszedł. Większy, prawie półkilowy. Ale też nie pochowany, bo w szpitalu kłamali, że jeśli jedzie do badań, to nie możemy go zabrać. Czuliśmy, że to nie tak, ale wydawało się ponad siły zajmować się tym wszystkim. No i skoro jedno dziecko nie ma grobu, to drugie też niech nie ma. Taka sprawiedliwość.

Takie mamy prawo

Tak - do dziś - dzieje się bardzo często, co w rozmowie ze mną potwierdza Małgorzata Bronka ze Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu. I wprost przyznaje, że w wielu polskich szpitalach nikt nie informuje rodziców o prawie do pochówku dziecka, nie mówi się im też o tym, że nawet po poronieniu - zgodnie z art. 180 Kodeksu pracy -  obojgu przysługuje urlop rodzicielski, że mogą i gdzie mogą skorzystać z opieki psychologa czy duchowego wsparcia.

- Zdarza się też, że by uniknąć problemów, lekarze dają pacjentce do podpisania specjalne dokumenty o tym, że nie chce badań ustalających płeć dziecka, a tym samym zrzeka się prawa do pochówku dziecka - mówi Bronka. - Nie byłoby w tym pewnie nic złego, gdyby nie to, że takie dokumenty podsuwa się do podpisania kobiecie, która zwykle jest jeszcze pod wpływem leków uspokajających lub znieczulenia. Zgłosiła się kiedyś do mnie pani, która takiej sytuacji doświadczyła. Dzień po podpisaniu dokumentów zrozumiała, że ona właściwie nie wie, co podpisała, poszła do szpitala wyjaśnić sprawę, ale ciała dziecka już nie było.

-
Po co w ogóle ten obowiązek określenia płci do pogrzebu? - pytam.

- Kiedy śledziliśmy prace w Sejmie nad zmianą przepisów, tych, które obowiązują od 2007 r. i dają rodzicom prawo do pochowania dziecka niezależnie od czasu trwania ciąży, nasuwał się tylko jeden wniosek: chodzi o pieniądze. Posłowie uznali, że nie można pozwolić na to, żeby wszyscy rodzice pobierali zasiłek pogrzebowy, bo budżet państwa tego nie udźwignie. I stąd te utrudnienia.

Od 2007 r. każdy rodzic w Polsce ma prawo do pochówku dziecka niezależnie od tego na jakim etapie ciąża obumarła (fot. pixabay.com)Od 2007 r. każdy rodzic w Polsce ma prawo do pochówku dziecka niezależnie od tego na jakim etapie ciąża obumarła (fot. pixabay.com)

Ale przemilczane prawa rodziców to tylko jedna strona medalu. Jest jeszcze tak zwany czynnik ludzki - haniebny brak empatii dla tych, co dziecko stracili. Matki i ojcowie, którzy pytają lekarzy o możliwość pochówku wcześnie utraconej ciąży, słyszą, że "chcą pochować tkanki", a jeśli jeszcze w szpitalu chcą pożegnać się z dzieckiem, traktuje się to jak zachciankę. Takie pożegnanie - najczęściej - organizuje się więc rodzicom w prosektorium, tuż obok stołów do sekcji zwłok.

- Rozmawiałam kiedyś z panią, której pozwolono na takie pożegnanie - opowiada Bronka. - Synka przyniesiono jej do prosektorium w plastikowym wiaderku po kapuście kiszonej. Może to sobie pani wyobrazić?

(...) Zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział. Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale że żaden z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka*.

Jaś Lwie Serce

Sytuacje, w których pracownikom szpitala nie można zarzucić ani zaniedbań, ani braku empatii, zdarzają się - jak mówią sami rodzice - rzadko. Ale jeśli już mają miejsce, bardzo pomagają uniknąć traumy po stracie dziecka. To ważne, bo w społeczeństwie temat poronień to i tak wielkie tabu. Trudno o tym mówić, trudno przeżywać.

O mnie po stracie dzidzi mówili "jesteś dzielna", a ja byłam tchórzem!!! Byłam "dzielna", bo nie pokazywałam bólu, rozpaczy, uśmiechałam się, choć wszystko we mnie łkało. Nie umiałam pokazać, że cierpię, nie dałam sobie czasu na opłakanie straty, bo byłam dzielna i twarda. Guzik prawda! Byłam tchórzem nieumiejącym powiedzieć: to boli, dajcie mi czas, żebym mogła się z tym pogodzić. Na stwierdzenie koleżanki: "szkoda, że trafiłaś do tego lekarza tak późno, bo pewnie mogłabyś się bawić na sylwestra, a nie być w szpitalu" nie miałam odwagi powiedzieć jej, że nie ma prawa traktować mojego dziecka tak przedmiotowo! Jak rzecz, która mi przeszkodziła w imprezie. A ja wtedy przytaknęłam jej tylko, bo byłam tchórzem, niepokazującym swoich prawdziwych emocji.

Ze mną nikt o tym nie chce rozmawiać, a ja chyba tego bardzo potrzebuję. (...) czuję się z tym taka osamotniona. ja właśnie chciałabym, żeby ktoś zapytał, jak się czuję, jak sobie radzę. W moim otoczeniu wszyscy milczą.

Moje dziecko żyło we mnie tylko miesiąc. Co z tego, że go nie widziałam, nie przytulałam. To było moje dziecko!!! Lekarz pocieszał - niech się pani nie przejmuje, będą następne ciąże. Tak, ale tej ciąży, w tej chwili - już nie ma. Koniec. Zadaję sobie tylko pytanie - po co to wszystko? Po co dana mi była ta radość, ta szansa, jeśli tak szybko została mi zabrana? Koleżanka powiedziała - nie łam się, ciesz się, że straciłaś dziecko teraz, a nie kiedy miało na przykład 2 latka. A co to zmienia? Czy gdyby moje dziecko nie żyło 1 miesiąc, tylko 1 rok miałabym większe prawo do bólu? (...)**.

Agnieszka z Warszawy swoje dzieci żegnała dwa razy. To było drugie i trzecie. Pierwszy - syn, dziś jest dwunastoletni. Drugie dziecko zmarło w maju zeszłego roku, trzecie ledwie pół roku temu.

Wsparcie bliskich jest bardzo ważne dla osób, które straciły dziecko (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)Wsparcie bliskich jest bardzo ważne dla osób, które straciły dziecko (zdjęcie ilustracyjne - fot. iStockphoto.pl)

- O stracie drugiej ciąży powiedział mi lekarz, na USG wyszło, że serce przestało bić - opowiada Agnieszka. - Płód usunięto podczas łyżeczkowania, ponieważ nie krwawiłam.

Kilka miesięcy później znów była w ciąży. Znów planowanej - 9 listopada, pamięta dokładnie, była u lekarza. On jej wtedy powiedział, że za chwilę będzie jajeczko, a Agnieszka zażartowała, że z tego jajeczka to zaraz będzie Jasiek.

Na początku grudnia zrobiła test - wyszły dwie kreski. Była w ciąży. Jej praca ciąży nie sprzyjała - fizyczna, dźwigała czasem po 25 kg kilka razy dziennie, poszła więc na zwolnienie, żeby nie ryzykować. Miała już prawie czterdzieści lat, dlatego upomniała się o testy PAPPA - badanie, które może wykryć zespół Downa, Edwardsa czy Patau. Po dwóch tygodniach dostała wynik: podejrzenie zespołu Downa. Świat się jej zawalił. Żeby mieć pewność, razem z partnerem zdecydowali się na amniopunkcję. Ta jednak - na szczęście  - ostatecznie zespół Downa wykluczyła. Jasiek - bo to już było wiadomo, że chłopiec - będzie zdrowy.

Kończył się 23. tydzień ciąży, kiedy Agnieszka poczuła ból. Taki dziwny, w spojeniu łonowym. A potem na bieliźnie znalazła ślady plamienia. - W szpitalu powiedzieli, że rozpoczął się poród i że zrobią wszystko, żeby synka uratować - opisuje Agnieszka. - Zaczęło zanikać tętno, natychmiast zrobiono cesarkę. Z oddziału neonatologicznego przywieziono inkubator, choć Jasiowi wielkich szans na przeżycie nikt nie dawał.

Pielęgniarki były bardzo pomocne, o wszystkim Agnieszkę poinformowały, a Jasia - na jej prośbę - ochrzciły. Ci, którzy przydzielali sale pacjentom, o cierpieniu matki jednak nie myśleli - drugie łóżko w sali regularnie zajmowały kobiety, które w terminie urodziły zdrowe dzieci. Agnieszka płaczu noworodków znieść nie mogła, dzień i noc spędzała na neonatologii, przy inkubatorze synka - czytała Jasiowi książki, śpiewała kołysanki.

Dzieci urodzone przedwcześnie o życie walczą w inkubatorach (fot. ceejayoz / Wikimedia.org / CC BY 2.0 )Dzieci urodzone przedwcześnie o życie walczą w inkubatorach (fot. ceejayoz / Wikimedia.org / CC BY 2.0 )

Malec o życie walczył zawzięcie, tak bardzo, że pielęgniarki nazwały go Jasiem Lwie Serce. Tę walkę jednak w końcu przegrał. Po wylewie krwi do mózgu, trzeciego i czwartego stopnia, 25 kwietnia 2016 roku, Jaś zmarł. - Pożegnaliśmy się z nim. Mieliśmy chwilę tylko dla siebie, mogłam go wziąć na ręce, utulić, pocałować, mój mały dzielny wojownik - mówi Agnieszka. - Jestem za to wdzięczna, choć do dziś staram się z jego odejściem pogodzić.

Pogrzeb odbył się tak, jak chcieli. Wiedzieli jak - lekarze pomogli, poradzili, jakie są możliwości i jak załatwić formalności. Ksiądz nie robił problemów. Jaś jest pochowany w jednej mogile ze swoim dziadkiem Jankiem. Mama i tata regularnie palą na jego grobie znicze, na znak, że o nim pamiętają.

*Tekst po raz pierwszy ukazał się w 2016 roku

** cytaty z forum na stronie poronienie.pl


Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii "Alimentare znaczy karmić" dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki "Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice". Publikowała w toruńskiej "Gazecie Wyborczej", dziale zagranicznym "Polska The Times" i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Komentarze (126)
Zaloguj się
  • trzecia_kawa

    Oceniono 103 razy -81

    Hipokryzja do kwadratu .Matka rozdziera szaty ,teraz przed ludźmi? ?przecież robiła aminopunkcje po to aby zdecydować czy urodzić dziecko czy w razie jego choroby -zabić. Los okazał się okrutny.Przez badanie straciła swoje zdrowe dziecko.

  • playingboy

    Oceniono 107 razy -37

    Na jednej stronie walczycie o nieograniczone prawo do aborcji, a na drugiej opisujecie dramat matki tracącej swoje dziecko... Trudno za wami nadążyć...

  • grzmik012

    Oceniono 52 razy -30

    Aborcjoniści są niedouczeni i mają problemy z logiczną spójnością głoszonych poglądów. Raz jest to dla nich dziecko, raz płód będący tylko zlepkiem komórek. Są bezradni wobec faktu, że płód to konkretny człowiek na etapie prenatalnym. Po prostu, zgodnie z biologią i logiką, dziecko nienarodzone. Stąd też w swej bezradności uciekają się etykietowania nas ciemnogrodem, średniowieczem, etc. Taka postawa charakteryzuje ludzi, którzy wiedzą lub intuicyjnie przeczuwają, że tkwią w błędzie, ale z różnorakich powodów nie chcą się do tego przyznać. I w sposób godny najlepszych sofistów próbują wykazywać, że czarne wcale nie jest czarne. Kluczową płaszczyzną tych zmagań jest język. Stąd próby kwestionowania poprawności semantyczno-logicznej pojęć "dziecko poczęte", "dziecko nienarodzone". Jednym z argumentów jest ten, jakoby ta terminologia została narzucona przez przeciwników aborcji, w szczególności Kościół. Zadałem sobie trochę trudu i ustaliłem, że termin "dziecko poczęte" funkcjonuje w polskim porządku prawnym od 1946r. w następujących przepisach:
    1) art. 56 par. 1 dekretu z dnia 14.05.1946r. - prawo opiekuńcze:
    "Dla dziecka poczętego lecz nieurodzonego ustanawia się kuratora, jeżeli jest to niezbędne do strzeżenia jego przyszłych praw.";

    2) art. 45 ustawy z dnia 27.06.1950r. Kodeks Rodzinny (uchyliła prawo opiekuńcze):
    "Można uznać dziecko nawet nie urodzone, jeżeli zostało już poczęte".;

    3) ustawa - Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy z dnia 05.03.1964r. (uchyliła Kodeks Rodzinny z 1950r.), przepisy w brzmieniu na dzień uchwalenia:
    > art. 75 - Można uznać dziecko nawet nie urodzone, jeżeli zostało już poczęte,
    > art. 77 - Do uznania dziecka poczętego, potrzebna jest zgoda matki,
    > art. 182 - Dla dziecka poczętego, lecz jeszcze nie urodzonego, ustanawia się kuratora, jeżeli jest to potrzebne do strzeżenia przyszłych praw dziecka. Kuratela ustaje z chwilą urodzenia się dziecka.
    Aktualnie art. 75 składa się z dwóch paragrafów, z których pierwszy stanowi - można uznać ojcostwo przed urodzeniem się dziecka już poczętego. Art. 182 pozostaje niezmieniony. Pojęcie dziecka poczętego, występuje jeszcze w art. 78 par. 1, art. 74 par. 4.

    Ponadto pojęcie dziecka pojawia się w Kodeksie Karnym, w art. 152 par. 3, art. 153 par. 2, art. 157a.

    To tak pokrótce, ku refleksji tym, co uporczywie twierdzą, że pojęcie dziecka poczętego zostało wymyślone przez rzekomo zacofanych fanatyków religijnych, w szczególności katolików.

  • sammy_the_salmon

    Oceniono 76 razy -22

    Czyli - zabicie nienarodzonego dziecka na prośbę matki jest OK, ale przyniesienie ciała tego dziecka w wiaderku przez lekarza to brak wrażliwości.

  • a_weasley

    Oceniono 27 razy -15

    Ale czego chcecie? Cały czas gardłujecie za aborcją. I ciągle z argumentem, że to nie żadne dziecko na razie, tylko płód, zygota, zlepek komórek. To z czym macie problem?

  • Wojciech Góral

    Oceniono 18 razy -10

    szybko podpowiadam roniącym, jak chcecie wpisać płeć dziecka to podajcie Gender. I bedzie wszystko w temacie

  • Robert Brochet

    Oceniono 22 razy -4

    Szesciotygodniowy płód to embrion a nie człowiek jeszcze,prawnie nie istnieje,jeśli nie można nawet określić płci, można zakopać w ogrodzie,jeśli szpital wyda,bo z reguły nie wydaje i parom szczątki w kotlownii

  • cleryka

    Oceniono 8 razy -2

    Kobiety! nie czytajcie tej love story/makabra,połączona z nieludzkim traktowaniem i matek i smiertelnie uszkodzonych dzieci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX