(iStockphoto.com)

psychologia

Życie z chorobą afektywną dwubiegunową. ''W manii wierzyłam, że kieruję światem. Kiedy byłam w depresji, chciałam umrzeć''

Bartek początkowo nie wierzył w diagnozę. Justyna objawy manii myliła z zakochaniem. Stanisław miał okresy, gdy nie mógł wstać z łóżka. Teraz nie wyklucza, że będzie brać leki do końca życia. Nie chce wracać do huśtawki, z którą wiąże się choroba afektywna dwubiegunowa. Oddajemy głos tym, którzy się z nią zmagają.

*Weekend na wakacje - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Każdy człowiek ma wahania nastroju. U około 1,5 proc. populacji te wahania przybierają jednak skrajną formę. Można przez pół roku nie wstawać z łóżka, a przez następne pół roku przenosić góry. Bez specjalnego związku przyczynowo-skutkowego. Można też na zmianę zalewać się łzami i skakać ze szczęścia - ale nie raz w miesiącu przez pół dnia, tylko przez kilka lat, dzień w dzień. Wszystko zależy od przebiegu choroby. Podstawą diagnozy jest występowanie skrajnych stanów: depresji i manii lub hipomanii, jej łagodniejszej postaci. Dawniej chorobę nazywano cyklofrenią, psychozą maniakalno-depresyjną. Właściwa nazwa to choroba afektywna dwubiegunowa.

Jej podłoże to bardzo często uwarunkowania genetyczne, ale znaczenie mają też kwestie środowiskowe, na przykład trudne doświadczenia z przeszłości. Jak w przypadku wielu chorób psychicznych, "dwubiegun" wymyka się schematom. Każdorazowo jej przebieg jest inny, bo każda osoba, która choruje, jest inna. Zmiany w funkcjonowaniu mózgu wpływają na zachowanie, ale chory człowiek wciąż posiada własną osobowość, dokonuje ocen i, jeśli otrzyma pomoc, myśli racjonalnie i skutecznie działa.

Chowałem przed sobą sznurki

Bartek, polonista, 40 lat: Diagnozę mam od pięciu lat. Żałuję, że nie padła piętnaście lat wcześniej, bo moje życie inaczej by się potoczyło. Postrzegam je jako w dużej mierze stracone.

W depresji chowałem przed sobą wszystkie sznurki w domu, żeby mnie nie korciło. Czułem się zmęczony oddychaniem, wstawałem z łóżka o trzeciej po południu, bo wcześniej nie miałem siły, robiłem sobie coś do jedzenia i już był koniec dnia. Nie miałem pracy, bo nie miałem pomysłu na siebie. Moja ówczesna partnerka nie chciała się z tym zmagać, rozstała się ze mną.

W chorobie afektywnej dwubiegunowej przez pół roku można nie wstawać z łóżka, a przez kolejne miesiące przenosić góry (fot. iStockphoto.com)W chorobie afektywnej dwubiegunowej przez pół roku można nie wstawać z łóżka, a przez kolejne miesiące przenosić góry (fot. iStockphoto.com)

Byłem warzywem. W końcu stwierdziłem, że trzeba coś zmienić. Dałem radę umówić się do psychiatry znalezionej przez internet, prywatnie. Poprosiłem o antydepresant. Zrobiła ze mną wywiad i powiedziała, że wolałaby mi go nie przepisywać, bo boi się moich górek.

Dla mnie było to trudne do zaakceptowania: Gdzie, ja!? Górki!? Ja mam zawsze doła! Z wywiadu wynikało jednak, że miałem w życiu epizod manii. Dla psychiatry jeden przypadek wystarczył. Diagnoza: choroba dwubiegunowa. Faktycznie, był okres w moim życiu, gdy porwałem się na zbyt duże wyzwanie, sam robiłem projekt, do którego potrzebne są tabuny ludzi. Osiągnąłem to, co chciałem, ale ogromnym kosztem energetycznym.

Przemyślałem diagnozę i po pewnym czasie ją zaakceptowałem.

Psychiatra przepisała mi lit. Działał tak powoli, że na początku nie dostrzegałem większej zmiany. Ale długofalowo czułem się lepiej. Ostatnio przestałem brać: wiosną miałem mnóstwo pracy, nie znalazłem czasu, żeby pójść po receptę. Teraz nadchodzi jesień, w moim zawodzie to luźniejszy okres, mniej zleceń, więcej czasu na myślenie. To może być ryzykowne. Muszę włączyć leki jak najszybciej. Jednak pójście do przychodni wiąże się ze zirytowaniem lekarki, będzie mi ciosać kołki na głowie, że nie współpracuję.

Farmakoterapia bardzo często jest konieczna w leczeniu ''dwubiegunówki'' (fot. iStockphoto.com)Farmakoterapia bardzo często jest konieczna w leczeniu ''dwubiegunówki'' (fot. iStockphoto.com)

To prawda: wizyty u niej mi pomagają, dobrze trafiłem; to ona trafiła na kiepskiego pacjenta. Kiepsko współpracującego. Z terapeutami gorzej: na wizyty u jednej z terapeutek przychodziłem i patrzyłem się przez okno, a ona mnie pytała, o czym myślę. W końcu stwierdziłem, że nic nie wynoszę z tych spotkań. Kiedy jej to powiedziałem - popłakała się. Zobaczyłem, że ja nie mogę być lekarstwem na jej problem, bo sam potrzebuję pomocy.

Dla mnie dużo gorszą rzeczą niż mania jest depresja, lęki, problemy z poczuciem własnej wartości. Wydaje mi się, że z manią bym sobie poradził, że miałbym świadomość, co się ze mną dzieje. Kiedy w niej byłem, mogłem swoje zasoby przekuć w działania korzystne dla społeczeństwa. Natomiast z dołami sobie kompletnie nie radzę.

To ja kierowałam światem

Justyna, artystka, 27 lat: Już od czasu, kiedy byłam nastolatką, miałam okresy - najczęściej wiosną i latem - że przestawałam odczuwać głód, nie spałam, chudłam, byłam cały czas nakręcona, zaczynałam robić różne rzeczy, których zazwyczaj nie robiłam, na przykład gadałam do obcych ludzi, choć zazwyczaj byłam nieśmiała. Myślałam, że to po prostu dobry okres w moim życiu, bo nic strasznego się nie działo. Myliłam to też z zakochaniem. Ale z roku na rok było coraz gorzej: po każdej hipomanii przychodziła depresja. Przez kilka tygodni leżałam. Nie dało się wstać z łóżka. Ale nic z tym kompletnie nie robiłam, nie byłam u psychologa ani u psychiatry.

W chorobie afektywnej dwubiegunowej mania przeplata się z depresją (zdjęcie ilustracyjne - iStockphoto.com)W chorobie afektywnej dwubiegunowej mania przeplata się z depresją (zdjęcie ilustracyjne - iStockphoto.com)

W najsilniejszej manii, jaką do tej pory przeżyłam, cały czas imprezowałam, codziennie poznawałam mnóstwo nowych ludzi. Przez dziewięć dni nie jadłam absolutnie nic. Bardzo dużo schudłam. Wszystko wydawało mi się na miejscu, czułam się w symbiozie z kosmosem. Potrafiłam wymyślić niesamowite rzeczy, wpadałam na odkrycia wizualne, do których dojście teraz zajmuje mi dużo więcej czasu. Nie to, że jest trudniejsze, ale po prostu zajmuje mi czas. Wtedy to wszystko pojawiało się samo.

Potrafiłam przewidywać przyszłość i to ja kierowałam światem. Byłam przekonana na przykład, że dzięki mnie moja była już dziewczyna dostała pracę. Ludzie mi naprawdę ulegali, bo byłam totalnie pewna siebie, wręcz bezczelna. Moi bliscy nie mogli ze mną wytrzymać, a ja nie wiedziałam dlaczego. Bardzo dużo ważnych dla mnie osób zraniłam.

Ja ze sobą też nie mogłam wytrzymać, bo nie potrafiłam dokończyć żadnej czynności, nie potrafiłam do końca nawet sprawdzić czegoś w internecie, rozwieszenie prania było męką. Masz poczucie, że niby wszystko możesz zrobić, ale podświadomie widzisz, że tak naprawdę to nic nie robisz.

Do alkoholu doszły narkotyki. Nasiliły się halucynacje: ktoś na ulicy wsadzał rękę do kieszeni, a ja byłam święcie przekonana, że wyciąga z niej broń i że zaraz mnie zabije.

Niby wszystko było super, ale jednocześnie bardzo cierpiałam, nie potrafiłam tego udźwignąć, poradzić sobie z tym. Nie potrafiłam w tym wytrzymać. Podczas tamtej manii próbowałam się zabić. Był to jeden z momentów w moim życiu, który bardzo wiele zmienił. Obiecałam sobie, że wszystko od tej pory będzie inaczej.

A potem przyszedł dół adekwatny do tego, jak wysoka była góra. Czułam się nikim. Nie potrafiłam spojrzeć ludziom w oczy, bałam się, że zobaczą coś strasznego. Byłam kompletnie niekomunikatywna. Nie wiem, skąd znalazłam w sobie siłę, żeby zdawać na ASP, ale się dostałam. Przez pierwszy rok miałam takie wizje!

Zaczęłam chodzić do nowej terapeutki. Słuchałam wtedy płyty Alt-J; ta muzyka wydawała mi się niesamowita, ja ją tak przeżywałam! Kilka miesięcy później powiedziałam sobie: Dobra, to odtworzę ją sobie jeszcze raz - i to była zupełnie inna płyta.

Dobrze się złożyło, że miałam wtedy górę, bo w ogóle nie chciało mi się spać, a pracy na pierwszym roku było tak dużo, że można było sypiać jedynie po trzy, cztery godziny. Wszyscy byli mną zachwyceni. Ale niestety, pod koniec zimy znowu przyszedł dół. Jeździłam autobusami i płakałam. Cały czas płakałam. Czekałam tylko, aż pewnego dnia umrę.

Terapia grupowa pozwala niektórym chorym zrozumieć istotę zaburzenia (iStockphoto.com)Terapia grupowa pozwala niektórym chorym zrozumieć istotę zaburzenia (zdjęcie ilustracyjne - iStockphoto.com)

W szkole skwitowali mnie: Justyna robi tylko wtedy, gdy jej się chce. I jest to w pewnym sensie prawda, bo jeżeli mam warunki psychiczne, żeby zrobić, to robię. A jeżeli nie mam, to po prostu nie jestem w stanie. Tylko że w zwykłej depresji dostaje się zwolnienie lekarskie i wszyscy rozumieją, o co chodzi, a w przypadku ''dwubiegunówki'' najpierw pokazujesz siebie od najlepszej strony, a potem bęc - i jak to, co się z tobą stało? Przecież przed chwilą byłaś taka fantastyczna!

W tym czasie chodziłam na terapię grupową i zaczynałam sobie zdawać sprawę z tego, że nie wszyscy czują się tak, jak ja, i że to nie jest normalne.

Czytałam wówczas książkę Jeffreya Eugenidesa "Intryga małżeńska". Jeden z bohaterów opisywał, jak się czasem czuje. W pewnych stanach wydawało mu się, że inni są tak powolni, że kiedy coś do niego mówią, on mógłby pójść do domu, zrobić pranie i wrócić. To była kwintesencja tego, jak ja się nieraz czułam: Jak ja mam wytrzymać ten czas, kiedy oni mówią tak wolno!? Ten bohater miał też dołki, nie miał siły na nic, nie potrafił nigdzie wyjść, bardzo go to męczyło.

Tamtego lata cały czas chodziłam do muzeów, do galerii, bo to były jedyne ciche miejsca, w których byłam w stanie wytrzymać. Spotkałam się z koleżanką, która też była w dole. To ona poleciła mi tę książkę. Mówię: Hej, totalnie rozumiem Leonarda, ty też, no nie? A ona patrzy na mnie i mówi: Nie, skąd. Potem zapytałam jeszcze dwie osoby z naszego kręgu, które czytały powieść; okazało się, że też nigdy nie czuły się tak jak Leonard. W toku fabuły okazało się, że ten bohater ma chorobę afektywną dwubiegunową. Poszłam do psychiatry.

W gronie artystów, którzy cierpieli na ''dwubiegunówkę'' jest m.in. piosenkarz Marek Grechuta i postimpresjonistyczny malarz Vincent van Gogh (fot. Karolina Sikorska / Agencja Gazeta / iStockphoto.pl)W gronie artystów, którzy cierpieli na ''dwubiegunówkę'' jest m.in. piosenkarz Marek Grechuta i postimpresjonistyczny malarz Vincent van Gogh (fot. Karolina Sikorska / Agencja Gazeta / iStockphoto.pl)

Psychiatra po usłyszeniu mojej autodiagnozy przeprowadziła wywiad i zdiagnozowała chorobę afektywną dwubiegunową. Przepisała mi leki. Wcześniej byłam bardzo przeciwna lekom, ale tym razem pomyślałam: Dobra, wezmę, co mi szkodzi. Najpierw cały czas spałam, bo nareszcie mogłam się wysypiać, i śnić. Zaczęło się nowe życie: spokój. Systematyczna praca, trzeźwa ocena sytuacji, brak szarpaniny, to, że mogę na sobie polegać.

Katarzyna Piaskowska-Kondrusik, psychiatra z Ośrodka POLANA w Warszawie: Staram się przede wszystkim poznać osobę, która do mnie przychodzi, jej odczucia, doświadczenia życiowe, historię życia, aktualne problemy, aktualną sytuację. To wszystko jest bardzo ważne. Daje mi to orientację w tym, co działo się i dzieje w jej życiu. Pozwalam jej mówić, a ja po prostu słucham.

Leczenie to nie tylko farmakologia, to również psychoedukacja, psychoterapia, a czasem po prostu porada w aktualnym problemie życiowym. W chorobie afektywnej dwubiegunowej leki odgrywają podstawową rolę. Stosuje się tak zwane stabilizatory nastroju. Zawsze uwzględniam aktualne objawy, dotychczasowy przebieg choroby, przeciwwskazania wynikające z dodatkowych chorób, tolerancję leku. Nie zawsze udaje się szybko dobrać odpowiedni lek i dawkę. Wymaga to czasu i cierpliwości. Cierpliwości z mojej strony i ze strony pacjenta. Moją rolą jest zadbać, aby pacjenci nie zniechęcili się.

Ja widzę pacjentkę czy pacjenta tylko podczas wizyty, pacjent ma możliwość obserwowania siebie na co dzień. Zachęcenie go do takiej obserwacji to ogromny sukces, nieocenione źródło informacji o przebiegu choroby i leczenia. Elementy psychoedukacji w trakcie wizyty mogą zachęcić do poszerzania wiedzy o chorobie. Niektórzy sięgają po literaturę, inni korzystają z internetu. Czytają i odnoszą to do siebie. Czasem wymaga to weryfikacji, ale ważne jest to, że pytają, wyjaśniają swoje wątpliwości.

Wszyscy mamy prawdziwe problemy

Stanisław, dziennikarz, 35 lat: U mnie lekarstwa zadziałały w sposób czarodziejski. Wziąłem tabletki i poszedłem do pracy, i nagle okazało się, że miejsce, którego nie znosiłem, jest całkiem sympatyczne. To było bardzo budujące.

I tak biorę antydepresanty już od dwóch lat. Istnieje poważne prawdopodobieństwo, że zostanę z tymi lekarstwami do końca życia. Nie mam nic przeciwko temu.

W stanach depresyjnych grawitacja działa bardziej. Kiedy oboje siedzimy przy stole i ty masz wstać i ja mam wstać, to ja zużyję na to więcej energii. Miałem okresy, gdy nie byłem w stanie rano podnieść się z łóżka. To nie były mordercze stany, które by uniemożliwiały funkcjonowanie. Ale długotrwałe.

Z drugiej strony wiedziałem o sobie, że jestem w stanie zmobilizować się do gigantycznego wysiłku. Już w podstawówce miewałem dziewięć, trzynaście zagrożeń i w ostatniej chwili poprawiałem wszystkie oceny. Nie umiałem pracować w trakcie roku szkolnego, a potem w ciągu miesiąca wykonywałem wysiłek, który innym zajmował dziesięć miesięcy. Potem, już będąc dorosły, miałem okresy, w których dzień w dzień z tak samo dużą energią wstawałem rano, szedłem na siłownię, następnie do pracy, a wieczorem jeszcze spotkać się ze znajomymi. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że to jest zaburzenie.

Hipomania dawała mi poczucie, że w ostatniej chwili zrobię siup, deus ex machina i wszystko będzie załatwione. Prowokowała lenistwo. Wydaje mi się, że w tym tkwi tajemnica przekonania, że na ''dwubiegunówkę'' chorują ludzie o dużych uzdolnieniach: kiedy wszystko się wali, oni potrafią podjąć gigantyczny wysiłek i to wyprostować. Nie tęsknię za hipomanią. Po narkotykach też jest przyjemnie, ale lepiej na nich nie jechać.

Jednocześnie wkurza mnie systematyczność, której teraz, gdy nie miewam manii, wymaga moja praca. Ale też trochę się nią cieszę. Bo to jest coś, czego nie umiałem wcześniej.

Zdarza się, że chorzy antydepresanty muszą brać całe życie (fot. iStockphoto.com)Zdarza się, że chorzy antydepresanty muszą brać całe życie (fot. iStockphoto.com)

Diagnozą od początku byłem zachwycony! Nareszcie wiedziałem, co mi jest. Podszedłem do tego jak do wizyty u jakiegokolwiek innego lekarza. To jest jak każda inna choroba. Przecież nikt nie mówi: "Mam chorą wątrobę, więc chyba jestem do niczego". Albo: "Nie wiem, kim będę, gdy zacznę robić sobie zastrzyki z insuliny". Częścią naszego biologicznego jestestwa jest system nerwowy, który może działać lepiej lub gorzej. I od niego mamy nowoczesną medycynę i specjalistów.

Bardzo chciałbym, żeby część moich znajomych poszła do lekarza. Czasem, kiedy widzę, że są w złym stanie, mówię: "Może pójdź do psychiatry? Po co się męczysz? Chcesz numer telefonu?". Wtedy słyszę: "Ach, ty jesteś taki otwarty, fajnie ci, ty masz już to za sobą! Ale ja to mam prawdziwe problemy". Wszyscy mamy prawdziwe problemy! Choroby psychiczne są strasznie demonizowane. Jak człowiek nie wytwarza insuliny, to nie ma w tym nic dziwnego. Ale jeśli ktoś ma przesterowany system wychwytu zwrotnego serotoniny, to jest to już bardzo niepokojące.

Niektórzy chorzy nie chcą się leczyć, bo dzięki samodzielnej walce z chorobą mają co robić w życiu. Boją się, co będzie, jak leki załatwią sprawę i stracą ten cel. Może będą musieli zmienić pracę? Albo zająć się związkiem?

Jeśli człowieka ekscytuje, że nie może wstać rano z łóżka, to proszę bardzo. Ale jak ktoś się męczy i robi sobie wyrzuty, i zastanawia się, czy wszystko z nim w porządku, to może iść się leczyć.

Od redakcji: artykuł pierwotnie ukazał się w listopadzie 2016 r.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Katarzyna Michalczak. Autorka tekstów w różnych czasopismach, wierszy i opowiadań. Laureatka nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina. Doktorka nauk humanistycznych, współzałożycielka i członkini kolektywu szkoleniowo-kołczingowego Multiprops. Rysuje komiksy, które można oglądać na Facebooku na stronie "Pilnuj się i korzystaj".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (175)
Zaloguj się
  • herbb

    Oceniono 99 razy 39

    Niestety z lekami antydepresyjnymi nie jest tak różowo jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza ten dziennikarz Stanisław zdaje się być urzeczony antydepresantami, przedstawiając je jako tabletki które w prosty sposób człowieka uzdrowią. A prawda jest taka, że jednym z najbardziej uciążliwych skutków ubocznych zażywania selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny SSRI jest zabicie libido i w ogóle doprowadzenie swojego życia seksualnego do ruiny.

  • kretu23

    Oceniono 46 razy 34

    Nagle wpadasz na pomysł że by ze sobą skończyć więc idziesz w kierunku mostu, żeby skoczyć. po pięciu minutach zmieniasz jednak zdanie i kupujesz ptysie i chcesz je dać kierowcy autobusu... i tak 30 razy na dzień... rapid cycling w zaostrzeniu... wycieńcza śmiertelnie

  • justas32

    Oceniono 38 razy 32

    Nie przejmuj się i uwierz w siebie. Życie pokazuje że możesz zostać nawet Ministrem Obrony Narodowej ...

  • tinorossi

    Oceniono 52 razy 32

    Osoby w ciezkiej depresji nie placza. Antydepresanty nie wylecza z choroby dwubiegunowej. Towarzyszy im chec do autodestrukcji: kompulsywne wydawanie pieniedzy, rozdawanie swoich rzeczy, w ciezkim stanie mysli i czyny samobojcze. Choroby psychiczne to prawdziwy dramat dla chorych i ich rodzin. Dobry psychiatra potrafi postawic na nogi.

  • Mikael Angel

    Oceniono 44 razy 26

    Poznałem kobietę, która choruje na tę chorobę, połączoną z fiksacją,manią religijną. Zostawiła męża, dziecko, żyje na walizkach. Niestety nie chce się leczyć. Każda sugestia związana z tym,że jest chora, jest zbywana śmiechem i stwierdzeniem że to ja mam problem. Nie chcę wchodzić w szczegóły ale to jest straszne,kompulsywne zachowania. Nigdy nie wiesz jak ta osoba się zachowa, bo zachowuje się nieracjonalnie. Chciałbym jej pomóc ale nie potrafię, bo ona nie chce się leczyć. Mądra, inteligentna, wykształcona, babka, ale niestety chora.

  • coelka

    Oceniono 26 razy 16

    Ja ma wsród znajomych bliższych dwie osoby, które to maja. Koleżanke, która ma za soba juz 3 pobyty w psychiatryku, ogólnie fajna dziewczyna, organizatorka jak jest w fazie róznych imprez , lubiana bardzo przez wszystkich. Wszyscy wiedza ,ze ona to ma ze była w psychiatryku, akceptuja nikomu to nie przeszkadza, ale jak ma fazy to po prostu ma fazy. Kiedys podpatrzyła kolezance bedac w mani hasło na jej alegrro i zamowiła na jej konto wazon artystyczny za jakies 1500 zł, bedac przekonana ,ze koleance ten wazon jest potrzebny. Kolezanka to odkreciła, nie kupiła wazonu a wogóle zamowic wazon za 1500 zeta masakra. Innym razem wracałam z ta kumpela późno do domu z knajpy a ona nagle do mnie mowi ,ze ona w tej knajpie zrobi konkurs rzucania lotkami do celu, juz ma nazwiska tych co rzucaja i czasem ich pokazuja na eurosporcie, ma ich fejsa, jakies maile oni w mani potrafia zdobyc wszystko co cha i pisze do nich ze ich zaprasza. Ja mowie do niej Renia czy ty wiesz ,ze to sa zawodnicy , któzy maja terminy poustalane, chca chonoraria a ona ja to wiem , ja wszystko załatwie. Kolega natomiast ostatnio przylazł do mnie w nocy i zaczał jakies bzdury opowiadac, w końcu sie wygadał ze wydał w tydzień 4 tysiace zł, naopowiadał mi czego to on mi nie załatwi, juz wiedziałm ze4 w mani. tydzień póxniej go widziałam w knajpie pochwalił sie ze pije juz z kolega od 3 dni, do pracy nie chodzi a i9nny kolega powiedział ,ze juz go z tej pracy wyrzucili a in na to ze to nic , bedzie super.A jeszcze inna znajoma, to juz znajoma nie kolezanka z innego miasta jak była w mani to siedziała cała noc przed telewizorem i jak sa te konkursy ze slijcie SMSy i wygracie to miała wrazenie ze ona jak wysle to odrazu wygra , wszystko i słała cała noc.Jak póxnie4j zobaczyła rachubnek wpadła w depresje, u niej skończyło sie rozwodem bo w mani zupełnie nie kontrolowała sie, czysciła konto jeździła gdzies po Polsce ,zdradzała meza itp. itd. .To sa osoby, które w manimoga nawet sie wydac interesuajce bo duzo mowia , snuja jakies plany ,ale ogólnie sa to osoby bardzo niebezpieczne i zupełnie nie nadajace sie do wspólnego zycia, niebezpieczne w zyciu codziennym.No zal tych osób kolezanka wybaczyłą kolezance ten wazon, mysle ze w jakis srodowiskach pisowskich byał by spalona juz , my ja akceptujemy lubimy ,ale wiemy ,ze trzeba uwazac i pilnowac w sumie jej.

  • galia29

    Oceniono 20 razy 16

    Podstawową formą leczenia CHAD są leki stabilizujące a nie psychotropowe. Antydepresanty są wskazane wyłącznie równolegle ze stabilizatorami, w innym wypadku mogą doprowadzić do wystąpienia hipomanii lub manii. Leki stabilizujące muszą być zażywane systematycznie i do końca życia. Artykuł jest w tym względzie mylący a to może być dla chorych niebezpieczne.

  • okrutnykibol

    Oceniono 22 razy 12

    Czytam bzdury o tym, jak SSRI zabijają libido i rujnują życie seksualne i z podziwu wyjść nie mogę. Największym zabójcą libido i wszelkich innych życiowych przyjemności jest właśnie depresja, a nie leczenie depresji! Epizod depresyjny przytrafił mi się prawie 9 miesięcy temu. Nie rzucił mnie na kolana, pracowałem i żyłem normalnie, ale było to ciężkie i doświadczenie to oceniam jako najgorsze w moim życiu. Po dwóch tygodniach niepoprawiającego się stanu poszedłem do psychiatry, Pani doktor wysłuchała i przepisała SSRI a konkretnie fluoksetynę, z zaznaczeniem, że tego typu leki działają po około 2 tygodniach. Po tygodniu wylądowałem u niej znowu, żeby wyjaśnić moje wątpliwości właśnie odnośnie skutków ubocznych, o których w międzyczasie się naczytałem. Odpowiedziała na moje wszystkie pytania i uspokoiła na tyle, że jej zaufałem. Skutki uboczne się pojawiły, dokładnie jak przewidziała - lekkie mdłości i przejściowe niedyspozycje żołądkowe jednak o małym nasileniu. Wszystko minęło po około tygodniu. Nastrój mocno poszedł do góry po jakichś 3 tygodniach terapii, dojście do pełnej formy zajęło mi koło 3 miesięcy, ale zaznaczyć tu muszę, że zmagałem się w tym czasie nie tyle z depresją, co z nieodległymi wspomnieniami o niej, co samo w sobie nakręcało taki sobie nastrój. Wciąż biorę lek, bo to takie specyfiki, które trzeba nawet stosować po pełnym dojściu do siebie, choć niedługo będę je odstawiał zgodnie z tym co powiedziała Pani doktor. Wracając do libido, jest ZUPEŁNIE normalnie, zaburzenia erekcji itp. - nie mam z tym żadnych problemów. Wiem, że na ulotce jest informacja o takich działaniach niepożądanych, ale te ulotki trzeba też umieć czytać. Rzadko oznacza tam prawie nigdy, a często to 2 przypadki na 100. Inną sprawą jest fakt, że ludzie biorą tabletki na receptę jak cukierki mimo, że im nic nie dolega, albo dolega nie to co myślą, że im dolega. Antydepresanty nie zostały wymyślone po to, żeby ludziom robić krzywdę, ale żeby pomagać, choć wiem, że niektórych to i tak nie przekona, bo wierzą w ogólnoświatowy spisek. Mój kolega też jest święcie przekonany, że zmienia jest płaska i jesteśmy celowo wprowadzani w błąd. To nie żart, on naprawdę w to wierzy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX