Pani Teresa w Hanoi

Pani Teresa w Hanoi (Fot. archiwum prywatne)

ludzie

Polska królowa autostopu. W podróż ruszyła, kiedy miała 62 lata. Chciała uciec od problemów

Pierwszy raz ?za jeden uśmiech? zwiedziła Skandynawię. Potem były Izrael, Maroko, Tunezja, Egipt, Japonia, Wietnam, Chiny, Kolumbia i wiele innych miejsc. Poznajcie Teresę Bancewicz, być może najstarszą autostopowiczkę w Polsce. Dziś ma 84 lata i nadal podróżuje stopem.

Pamięta pani swoją pierwszą podróż w życiu?

- Pamiętam wózek z wielkimi kołami, czarny, z ceraty. Mama mówiła, że kupiła go na starzyźnie. Wiozła mnie w tym wózku z Sosnowca do Brześcia. Gdzieś w połowie drogi pozbyła się go, dalej wędrowałyśmy piechotą albo ktoś nas podwoził furmanką. Mogłam mieć dwa, trzy lata. To było przed wojną, w czasach kryzysu, wielu ludzi nie miało pracy. Moi rodzice zajmowali się tym, co dziś nazwalibyśmy handlem obwoźnym. Wtedy to był handel obnośny, bo nikt samochodu nie miał. Nazywano rodziców rajzerami.

Mama szybko owdowiała. Musiała utrzymać siebie i mnie. Chodziła od wioski do wioski, handlowała, czym mogła. A ja się robiłam coraz starsza, rosłam, bardzo szybko dojrzewałam w tych podróżach. Stałam się odważna, zdecydowana, niczego się nie bałam, żadnej ciemności, żadnego miejsca, gdzie musiałyśmy nocować. Wtedy prawdopodobnie się zahartowałam. Potem wybuchła wojna i Niemcy zabronili przemieszczania się. Mama nie mogła już podróżować. Dostałyśmy mieszkanie w Sosnowcu - to było nasze pierwsze prawdziwe mieszkanie. Miałam wtedy sześć lat. Tam przeżyłyśmy wojnę. Nie chodziłam do szkoły, ale bardzo dużo czytałam. Najpierw "Płomyczki"i "Płomyki", bardzo dobrze redagowane przedwojenne pisemka dla dzieci. Potem przyszły książki, przeważnie podróżnicze: London, Curwood.

A kiedy zaczęło się pani świadome, już samodzielne podróżowanie?

- Niedługo po urodzeniu pierwszego dziecka. Moja córka Dorotka miała półtora roku, gdy zaczęłam z nią wyjeżdżać nad Bałtyk pod namiot. Potem na świat przyszedł Przemek i już we trójkę wakacje spędzaliśmy nad Morzem Czarnym - w Rumunii, Bułgarii. Mąż z nami nie jeździł, bo nie lubił takich prymitywnych warunków. Dostawaliśmy się tam pociągami, nie mieliśmy samochodu, z plecakiem, ciężkim brezentowym namiotem, materacami dmuchanymi, butlą gazową. Teraz wielu rodziców uważa się za postępowych, bo podróżują z dziećmi, a ja wyprzedziłam epokę o jakieś 50 lat! Część osób mnie podziwiała, ale było wielu, którzy mnie krytykowali, nazywali szaloną kobietą. No bo jak można z półtorarocznym dzieckiem jechać pod namiot? Na tamte czasy to było odważne.

Pani Teresa autostopem pojechała zobaczyć Wielki Mur Chiński. Obok wiza do Chin (fot. archiwum prywatne)Pani Teresa autostopem pojechała zobaczyć Wielki Mur Chiński. Obok wiza do Chin (fot. archiwum prywatne)

Podobnie jak to, że już jako 62-latka wybrała się pani w podróż, i to autostopem.

- Moje podróże autostopem nie wynikły z fanaberii, fantazji, ale z konieczności. W moim małżeństwie nie układało się najlepiej, ale mogę powiedzieć, że byłam szczęśliwą osobą - miałam sukcesy zawodowe, najpierw pracowałam jako projektantka ubrań w Jeleniej Górze, potem byłam projektantką wnętrz. Doceniano mnie, za swoje osiągnięcia dostawałam nagrody. Dzieci też przynosiły mi dużo satysfakcji, były mądre, zdrowe, odważne. Przepracowałam 35 lat.

Przenieśliśmy się na wieś, do Przejęsławia pod Bolesławcem, w Bory Dolnośląskie. Było i jest tu bardzo pięknie. Kupiliśmy stary, 200-letni dom do remontu. Był 1986 rok. W 1988 roku zaczęły się przemiany. Nie tylko dla mnie straszne, również dla wielu ludzi. Likwidowano zakłady pracy, fabryki. Zwolnili i mnie. Jeśli ktoś był młody, mógł jeszcze sobie dać radę, ale tacy jak ja? Pięć lat przed emeryturą? Dom w ruinie. Mąż też stracił pracę. Mój najmłodszy syn Miłosz miał 10 lat, kiedy nas dotknęła ta tragedia. Nie rozumiał, dlaczego jesteśmy biedni. Pytał: - Mamo, co się stało, przecież nie było wojny? Dlaczego Przemek i Dorota jeździli na wakacje, chodzili na judo, do szkoły muzycznej, a ja nie mogę? Nie umiałam mu tego wytłumaczyć.

Nastał dla mnie bardzo ciężki czas. I pierwszy raz w życiu się załamałam. Zachorowałam na depresję. Leczyłam się kilka lat. Nic nie pomagało. Mój stan wpłynął na psychikę mojego najmłodszego dziecka. Kilkanaście lat później, w wieku 25 lat, Miłosz popełnił samobójstwo, z braku perspektyw na stałą pracę. Obwiniam siebie za ten okres, gdy nie mogłam go podbudować psychicznie. Moja depresja pogłębiała się. Lekarz mówił: - Niech pani wyjedzie gdzieś, oderwie się od problemów. Ale jak? Przecież nie mam pieniędzy! Wiedziałam, że istnieje taka praktyka podróżowania autostopem. Postanowiłam spróbować.

Dokąd pani wtedy pojechała?

- Chciałam zwiedzić Skandynawię. Autostopem pojechać przez Litwę, Łotwę, do Estonii, a stamtąd do Helsinek promem. Prom kosztował kilkanaście dolarów - dla mnie majątek. Tę sumę chciałam pożyczyć od przyjaciółki z Olsztyna. Pieniędzy żadnych nie miałam, podobnie jak namiotu. Śpiwór ktoś mi dał, stare korki wzięłam od Miłosza. Miałam ze sobą kilkaset moich prac - kompozycji z zasuszonych kwiatów na malarskim tle, które chciałam sprzedać w Helsinkach albo rozdawać w zamian za podwózkę czy nocleg. Mój plecak ważył ok. 30 kg. Tak pojechałam. I od razu spotkałam wspaniałych, dobrych ludzi.

Ważący 30 kg plecak po lewej. Po prawej - gobelin, który powstał na warsztatach tkackich prowadzonych przez panią Teresę (fot. archiwum prywatne)Ważący 30 kg plecak po lewej. Po prawej - gobelin, który powstał na warsztatach tkackich prowadzonych przez panią Teresę (fot. archiwum prywatne)

Dojechałam do Olsztyna, była noc. Szukałam adresu, pod którym mieszkała moja przyjaciółka. Zapytałam o drogę mężczyzn, którzy stali na ulicy i sobie popijali. Jak się dowiedzieli, że przyjechałam autostopem, od razu wzięli ode mnie plecak. Nie oponowałam, choć widziałam, że są wstawieni. Odprowadzili mnie pod same drzwi i czekają. - A jak przyjaciółki nie ma albo nie usłyszy? - mówią. - W razie czego już mamy dla pani nocleg. Na szczęście przyjaciółka była w domu. Przenocowałam u niej. Pożyczyłam pieniądze na prom. Miałam nadzieję, że oddam jej, jak tylko uda mi się sprzedać moje kompozycje w Helsinkach. I wyjechałam.

W Królewcu wsiadłam w autobus, bo musiałam się dostać na autostradę, a nie miałam za co kupić biletu. Pytam kierowcę, czy mnie zabierze. A tu las rąk. Wszyscy pasażerowie albo chcieli mi dać bilet, albo pieniądze. A kierowca od nikogo nic nie wziął, powiedział, że mogę jechać i jeszcze zrobił miejsce, żebym sobie usiadła. Dotarłam do Helsinek. Udało mi się w kilku galeriach sprzedać moje prace. Te galerie nawet same mnie sobie polecały. Chyba im się spodobały moje prace - oni na Północy nie mają zbyt wiele słońca, a moje dziełka, jak je nazywam, były takie kolorowe, słoneczne.

"Moje dziełka" - mówi o swoich pracach Teresa Bancewicz (fot. archiwum prywatne)

Tyle sprzedałam, że mogłam sobie pozwolić na kupno kilku bananów, bułki i jogurtu. Skandynawia jest bardzo droga. Na szczęście, jak w każdej mojej podróży, woziłam ze sobą płatki, mleko granulowane, potem wzbogaciłam te moje posiłki o orzechy, migdały, rodzynki.

To bardzo skromnie...

- Wiele osób się dziwiło, ale ja nigdy w podróży nie czuję głodu. Mój organizm tak się przystosowuje, że kiedy mam, to jem, a kiedy nie jem, to nie ma tragedii. Zresztą emocje, które mi towarzyszyły, zastępowały bardziej kaloryczne posiłki. Ja się czułam bardzo zdrowa, bardzo silna. Nie wiem, czy pani się orientuje, co to jest depresja... To nie jest tylko schorzenie psychiczne, przygnębienie, dołek, że człowiek czuje się zagubiony, chciałby zniknąć. On nawet nie ma siły wybrać, jaką śmiercią ma umrzeć. To są bóle fizyczne. Wyłysiałam. Wypadły mi zęby, pękała mi skóra na piętach, na dłoniach. Mieszkałam na wsi, pełno owoców wokół domu, a ja dostałam awitaminozy. Wzmogło się migotanie przedsionków, podejrzewano u mnie wrzody żołądka. Brałam masę leków. Od pierwszej chwili, gdy wyruszyłam w drogę do Olsztyna, żadnego leku nie wzięłam. Nic mi nie dokuczało, nic mnie nie bolało. Skóra zagoiła się samoistnie. To, co widziałam, w czym uczestniczyłam, uleczyło mnie.

Byłam zaskoczona i rozczulona tym, co się wokół mnie dzieje... Ludzie byli mi tak życzliwi. Też nie mieli pracy, byli biedni, ale jakoś sobie radzili. Jechałam przecież przez byłe republiki ZSRR, był początek lat 90. Pomyślałam sobie: - Boże, są ludzie jeszcze biedniejsi ode mnie... Jak człowiek mógł z takiej podróży wrócić chory, w depresji?

Podróże nie tylko panią uleczyły, ale też przyniosły pani nową miłość.

- Janisa poznałam w czasie mojej trzeciej podróży, do Izraela. Po Skandynawii zatęskniłam za słońcem, Południem. Na promie z Pireusu do Hajfy byłam jedyną Polką. Nie mogłam porozumieć się w żadnym języku, który mniej więcej znam. Przede mną siedział mężczyzna, zapytałam go, czy zna niemiecki. W tym momencie on, jakby czekał na ten kontakt, wstał, przedstawił się i usiadł obok mnie. Był Grekiem. Płynął do rodziców na Cypr. Zostałam tam zaproszona, rodzice o tym nie wiedzieli, byli zaskoczeni. Zresztą ja też. Od tego czasu jesteśmy razem. Ja bardziej sceptycznie podchodziłam do tej znajomości. On miał wtedy 42 lata, a ja 64. Byłam przecież starą kobietą. Ale nasz związek trwa już ponad 20 lat, choć jest to związek na odległość.

Mieliśmy dłuższe przerwy, teraz nie widzieliśmy się prawie dwa lata. Tak się złożyło, że w ciągu tego czasu najpierw umarł ojciec Janisa, a w zeszłym roku ja pochowałam męża Jana, z którym dzieliłam nasz wspólny dom. Choć nie łączyło nas już uczucie, nie mogłam zostawić go bez opieki. Zmarł na raka płuc. Na to samo choruje dziewięćdziesięcioletnia matka Janisa, a on jest jedyną osobą, która może się nią zająć. Mamy tylko kontakt telefoniczny.

Poranek na greckiej wyspie Kythera (fot. archiwum prywatne)Poranek na greckiej wyspie Kythera (fot. archiwum prywatne)

Nie czuje pani dużej różnicy wieku?

- Nie, zresztą Janis twierdzi, że mam młodą duszę. Że niejedna 20-letnia osoba jest starsza ode mnie. Na początku myślałam, że może - jak każdy mężczyzna - szukał krótkiej przygody, ale ja nie byłam tym zainteresowana. Po podróżach po Skandynawii wiedziałam, że te sprawy moralne mogą wyglądać zupełnie inaczej niż w Polsce. Dostawałam różne propozycje, związane z narkotykami, alkoholem, także seksualne. W trakcie jazdy nieraz proponowano mi seks i prawdopodobnie byłby to seks płatny. Byli to głównie kierowcy samochodów osobowych, a nie tirowcy, jak można by się spodziewać. Ale nie szukałam tego, wycofywałam się. Nasza kultura jest zupełnie inna. Skandynawowie kompletnie inaczej do wszystkiego podchodzą. I do wychowywania dzieci, i do narkotyków, i do seksu.

A nie bała się pani, że coś się jej stanie?

- Wiele osób mnie o to pytało. Zawsze odpowiadałam, że jak mi się coś stanie, jak umrę, to jestem ubezpieczona. Tylko w pierwszych trzech podróżach nie byłam, bo nie wiedziałam, że trzeba. No to jak dzieciaki przyjadą po moje prochy, to sobie przynajmniej ten kraj zwiedzą. Zresztą w Europie, która z pozoru wydaje się bardziej cywilizowana, jest mniej bezpiecznie niż w  Maroku, Egipcie, Libii czy Tunezji. Nie szukałam schronienia w hotelach, miejscach dla bogatych, ale tam, gdzie byli prości ludzie. I oni mówili do mnie: - Ty jesteś pielgrzymem. Pielgrzymujesz po świecie tak jak my do Mekki, i tak jak nam po drodze wszyscy pomagają, tak my tobie też pomożemy. Allah przykazuje dać pielgrzymowi cień i wodę. Łzy mi w oczach stawały, jacy oni byli dla mnie dobrzy.

Podczas podróży: na wyspie La Gomera i w pociągu Kolei Transsyberyjskiej (fot. archiwum prywatne)Podczas podróży: na wyspie La Gomera i w pociągu Kolei Transsyberyjskiej (fot. archiwum prywatne)

Kiedy byłam w Tunezji, pewnego dnia przyszło mi nocować na Saharze. Rano byłam bardzo spragniona, ledwo doszłam do głównej drogi, pomyślałam, że jeśli ktoś nie będzie tędy jechał, to padnę. Na szczęście przejeżdżał terenowy samochód - okazało się, że kierowcą jest Arab, przewodnik wycieczek niemieckich. Od razu dał mi wody. Wziął mnie do samochodu. Powiedział, że skoro polska turystka przyjechała autostopem do Tunezji, to on dziś nie będzie pracował dla pieniędzy, tylko dla tej turystki. Pokazał mi okolicę. Ja, chcąc podkreślić swoją odwagę, powiedziałam: - Czy wiesz, Ahmed, że ja tu, na tej pustyni, sama spałam pod namiotem? Oczekiwałam, że mu tym zaimponuję. A on mówi: - Teresa, ty nie byłaś sama, Allah był z tobą. Obwoził mnie po niesamowitych miejscach, pokazywał przepiękne widoki. W pewnym momencie położył mi rękę na ramieniu i mówi: - Teresa, zobacz jak tu pusto wokoło, nikt nas nie widzi. Czy wiesz, jak piękna jest miłość na pustyni? Domyśliłam się, do czego zmierza, więc mu odpowiedziałam: - Przecież sam powiedziałeś, Ahmed, że Allah wszystko widzi. Słowo Allah w krajach arabskich często pomaga w trudnych sytuacjach.

Jak ten świat, który pani zwiedzała przez ponad 20 lat, w tym czasie się zmienił?

- Miałam wielkie szczęście, że w pierwszych moich podróżach oglądałam Afrykę egzotyczną, Afrykę szczęśliwą. Podobnie jak Bliski Wschód. Fantastyczni są ci wszyscy ludzie. To znaczy byli. Bo ja nie wiem, jak teraz by się zachowali po tym, jak wiele szkody im wyrządziliśmy. Zniszczyliśmy ich kulturę, ale też wyeksploatowaliśmy ich materialnie. Amerykanie, Anglicy, Francuzi i Niemcy też zniszczyli Afrykę, świat arabski. W Iraku, w Libii zabili przywódców, którzy wiedzieli, jak rządzić, a nie zaoferowali niczego w zamian. Już po wojnie w Iraku zaczęło mi się gorzej podróżować. Ja to tak prosto tłumaczę... Mrówki są spokojne, nie atakują, ale kiedy się włoży kij w mrowisko, to uciekają, stają się agresywne. Dlatego mamy teraz problem z uchodźcami. Ja sobie zdaję sprawę, że niełatwo jest przyjąć obcego pod swój dach, ale sama byłam takim obcym. Zresztą na początku lat 90., kiedy zaczynałam podróżować, my, Polacy, zachowywaliśmy się bardzo podobnie. Mnie było przykro słuchać, jak Włosi czy Grecy skarżyli się na to, na co teraz my narzekamy - na uchodźców. Tyle tylko, że wtedy byli to uchodźcy z krajów byłej demokracji ludowej, tak jak ja, pozbawieni pracy, szukający szczęścia, m.in. Polacy. Po parkach spali, byli natrętni, z kościołów trzeba było ich wpędzać, wzywając policję.

Zastanawiałam się, gdzie ja bym teraz chciała pojechać. Bałabym się dziś podróżować przez Europę. Kilka razy byłam na wyspach greckich, ale tam nie jest bezpiecznie. Grecy się skarżą, że uchodźcy, jeśli im się uda dopłynąć z Dalekiego Wschodu, z Afryki, chcą jedzenia, chcą miejsca, są agresywni, a Grecja sama przeżywa kryzys.

Postanowiłam, że już w tak dalekie podróże nie będę się wybierać. Po śmierci męża teraz tylko ja mogę się zająć domem. Ale nie rezygnuję z podróżowania zupełnie. Dwa razy w tygodniu prowadzę zajęcia plastyczne w domu kultury w Bolesławcu - dojeżdżam tam autostopem, bo autobus mi nie pasuje.

Teresa Bancewicz prowadzi bloga, na którym opisuje swoje podróże

Aneta Szeliga. Dziennikarka, redaktorka, skończyła polonistykę i dziennikarstwo na UW. Lubi rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy parają się literaturą. Kiedy sama ma coś napisać, towarzyszy jej myśl Czechowa: Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość siostrą talentu. Współpracowała z Dziennikiem Metro, Wysokimi Obcasami, portalem ngo.pl, Muzeum Polin. Od słów odpoczywa fotografią.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (13)
Zaloguj się
  • 71tosia

    Oceniono 38 razy 38

    ogladalam jakis czas temu program telewizyjny o tej Pani, orginalny i bardzo skuteczy sposob na radzenie sobie ze stresem i wiekiem.

  • krisdebarg

    Oceniono 23 razy 15

    Takie podróże to ciężka harówka i dopiero po powrocie w opowieściach nabierają romantyzmu.

  • mossebo

    Oceniono 9 razy 9

    SZACUN

  • jakobhorner

    Oceniono 8 razy 6

    Homo Viator

  • Oceniono 2 razy 2

    Jeżeli tylko nasza Bohaterka wyrazi zgodę,dołaczam na następny raz.Póki co serdeczne pozdrowienia i gratulacje!

  • Jacko Opa

    0

    mieliśmy to szczęście gościć u nas w Opałkowej Chacie panią Teresę 7 lat temu już. Poprowadziła jedno ze spotkań "Chata obieżyświata" i przyznam , że nie często spotykamy tak pozytywnie zakręconych ludzi. Pozdrawiam ją z Bolesławca !

  • szopik63

    0

    A czemu usuwacie komentarze które są nieprzychylne ?????????????

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX