zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.com)

reportaż

Clubbing warszawski, czyli kulturalny burdel w centrum stolicy. ''I'd like to fu*k her''

Pierwszej selekcji dokonuje bramkarz. Wpuszcza tylko ładne dziewczyny. Muszą być kusząco ubrane - mieć krótką sukienkę z dekoltem albo mini, a zamiast bluzki coś, co ledwo zakrywa biust. Inaczej nie wejdą. Potem to już hulaj dusza. - Chodź ze mną, chodź, tam jest taki zaciszny pokoik. Lepiej się poznamy - nagabuje mnie obcy facet przy barze w jednym z klubów muzycznych w centrum stolicy. Choć wiele osób twierdzi, że to klub "muzyczny" tylko z nazwy.

- I'd like to fu*k her - słyszę w windzie komentarz rzucony przez jednego ze stojących obok mnie obcokrajowców, ciemnoskórego czterdziestolatka. Mówi do towarzyszy, również obcokrajowców. Innych kobiet z nami nie ma, mowa więc o mnie. W ostatniej chwili gryzę się w język i nie odpowiadam, chociaż przez moment miałam ochotę. Ostatecznie ja jestem jedna, ich trzech, a sam fakt, że jeden z nich bez żadnego skrępowania taką uwagę poczynił, dowodzi raczej braku ogłady i szacunku do kobiet.

Nie powinnam jednak być zdziwiona, bo to właśnie z powodu "opinii", jakie krążą o tym miejscu, zdecydowałam się tu wybrać. Sam klub reklamuje się jako ekskluzywny i muzyczny, ale z relacji osób, które były tu wcześniej wiem, że ekskluzywność sprowadza się wyłącznie do dość drogich wejściówek i haniebnie drogich drinków, a muzyka jest przewidywalna i niczym nie zachwyca. To, co w opiniach na temat tego miejsca przewija się bardzo często, to także hasło "przykrywka dla brudnych interesów" czy "kulturalny burdel".

Kulturalnie jadę więc w ciasnej windzie z trzema napaleńcami przez kolejne piętra warszawskiego wieżowca i udaję, że nie znam angielskiego, dopóki na górze nie zapala się lampka z numerem 29. Drzwi się otwierają, pora na przesiadkę. Żeby dostać się do baru i na parkiet, trzeba wjechać jeszcze dwa piętra, ale inną windą. Nie mając ochoty na kontynuowanie jazdy w tym samym towarzystwie, wysiadam i skręcam do łazienki. Panowie, oglądając się za mną z niejakim żalem, idą w inną stronę, do drugiej windy.

zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.com)zdjęcie ilustracyjne (fot. Mark Stout / iStockphoto.com)

Wchodzisz? Tylko w krótkiej kiecce

Łazienki - jak cały klub, o czym przekonam się niebawem - są nie tylko piękne, ale jeszcze wyposażone z uwzględnieniem rozmaitych potrzeb klientek. Koło umywalek stoją półeczki z prezerwatywami, tamponami, przyborami do makijażu lub demakijażu, balsamami i kremami do rąk. Jest też sporo wolnego miejsca - przypuszczam, że wygospodarowanego nie tylko z myślą o potrzebach fizjologicznych - i piękny widok z okien.

Jestem tu już drugi raz, za pierwszym nie wpuszczono mnie do środka. - Nie podobasz mi się - usłyszałam wtedy od barczystego bramkarza. Miałam na sobie czarny T-shirt i spódnicę z wysokim stanem, za kolano. Nie świeciłam golizną. Z tej "porażki" wyciągam wnioski - tydzień później przychodzę w małej czarnej, najkrótszej, jaką udało mi się znaleźć w szafie. I oczywiście ma "stosowny" dekolt. Ach, zapomniałabym - mała, krótka, wydekoltowana czarna jest też błyszcząca. Stojąc w kolejce do kasy, poprawiam szminkę, jak wszystkie panie, które są przede mną. To kilkanaście młodych kobiet. Trudno określić ich wiek precyzyjnie, bo wszystkie mają mocny makijaż.

Barczysty bramkarz chyba mnie nie poznaje, przygląda mi się z uznaniem. Tym razem nie komentuje, przepuszcza mnie. Płacę za wejście 30 złotych - dostaję na dowód papierową bransoletkę - i drzwi stają przede mną otworem.

zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.com)zdjęcie ilustracyjne (fot. Kanashkin / iStockphoto.com)

Nie szukaj tu męża

Na niezbyt dużym parkiecie jest tłok, trudno przejść. Wśród zajmujących go ludzi dominują bardzo młode dziewczyny i raczej nie pierwszej już młodości panowie. One ubrane w stylu - jak to określiła w sieci jedna z będących tu wcześniej klientek - "nie trać czasu na ściąganie". Oni są nieco bardziej eleganccy, wielu w garniturach, pod krawatem. Niektórzy tańczą, inni rozmawiają, choć jest niemożliwie głośno. Po kątach kilka par dość wylewnie okazuje sobie czułość. Co jakiś czas do stolików podchodzą kelnerki z tacami pełnymi drinków, tak samo młodziutkie i mocno umalowane jak większość klientek. Na pierwszy rzut oka klubowy standard.

Ochroniarze, koledzy tych, którzy sterczeli na dole, przed wejściem do windy, ale też koło wind na 29. piętrze, w klubie rozstawieni są po całej sali. Doliczam się piętnastu wokół samego parkietu. Klientela musi widocznie sprawiać problemy, choć podczas mojego pobytu nie dzieje się nic niepokojącego.

Zajmuję strategiczne miejsce przy barze i próbuję zagadnąć siedzącą obok i chyba czekającą na drinka dziewczynę. Opalona brunetka w białej, obcisłej sukience, z ustami pomalowanymi krwistoczerwoną szminką, nie odpowiada mi na "cześć", za to zadaje pytanie: - Czego tu szukasz? Po tonie jej głosu wnoszę, że raczej się nie zaprzyjaźnimy i zastanawiam się, skąd u niej aż tak widoczna niechęć. Może z powodu sukienki, w porównaniu do tych noszonych przez inne obecne tu panie - moja nadal wydaje się za długa. Albo za mało wydekoltowana.

Nie do końca wiem, czy brunetka zamierza mnie wspomóc dobrą radą, czy też raczej pogonić jako potencjalną konkurencję. Wymijająco odpowiadam więc pytaniem: - A ty? Dziewczyna wzrusza tylko ramionami. Mówię więc, że słyszałam różne rzeczy o tym miejscu, że podobno ławo kogoś tu znaleźć i że przyszłam się rozejrzeć. - Tylko nie licz na męża - rzuca mi już na odchodnym, bo kelner właśnie przyniósł drinki. Przypuszczam, biorąc pod uwagę średnią wieku obecnych tu dam, oscylującą wokół osiemnastki, że nawet gdybym właśnie na upolowanie męża liczyła, i tak musiałabym się obejść smakiem.

zdjęcie ilustracyjne (fot. Olivier Huitson / iStockphoto.com)zdjęcie ilustracyjne (fot. Olivier Huitson / iStockphoto.com)

Parkiet albo zaciszny pokoik

Odbieram z baru drinka i idę na papierosa, na taras, do którego wejście oddzielono od wnętrza klubu jedynie plastikową zasłoną. Przez białe barierki można tu z góry podziwiać nocną panoramę Warszawy. Albo raczej można byłoby, gdyby nie to, że tu jest jeszcze tłoczniej niż na parkiecie. Nie ma tu stolików ani krzeseł, nie zmieściłyby się. Jest kilka kwiatków w doniczkach, które klienci widocznie zgodnie uznali za świetny substytut popielniczek - każdy w dłoni trzyma papierosa.

Słyszę fragmenty rozmów. Większość dotyczy tego kto, jak, kiedy i kogo planuje poderwać lub że już to zrobił. Niektóre z pań dają rady młodym adeptkom sztuki uwodzenia na podstawie własnych, udanych doświadczeń. Inne wymieniają się wrażeniami po "sprawdzonych" facetach i oceniają, czy tego konkretnego warto polecić koleżance. - Po wszystkim przysłał mi kwiaty - mówi z ogniem w oczach eteryczna blondynka do mniej więcej dwudziestoletniego chłopaka. Dalej słyszę, że kwiaty dostarczono do domu dziewczyny, która jednak nadziwić się nie mogła, skąd ich nadawca miał jej domowy adres, bo - co sama przyznaje - spotykali się tylko "na mieście". I to chyba właśnie to, że ktoś jej adres ustalił, a nie sam fakt, że dostała kwiaty, budzi w niej widoczny zachwyt.

Wracam do baru, gdzie zastaję mojego niedoszłego "absztyfikanta" z windy. Gość na mój widok, pamiętając widocznie, że nie zareagowałam na poprzednią zaczepkę, tym razem zagaja łamaną polszczyzną: - Byłaś tu już wcześniej? - Nie - odpowiadam. - Mówisz prawdę. Inaczej bym cię pamiętał. - Masz dobrą pamięć - stwierdzam. - Pamiętam tylko to, co chcę pamiętać. Podobasz mi się, może byśmy się lepiej poznali? Tam - wskazuje ręką drogę w kierunku wind - jest taki zaciszny pokoik. Chodź, w nim będzie nam się lepiej rozmawiało.

zdjęcie ilustracyjne (fot. Shironosov / iStockphoto.com)zdjęcie ilustracyjne (fot. Shironosov / iStockphoto.com)

Nie widziałam po drodze żadnego pokoiku. Na 29. piętrze był natomiast korytarz, do którego wejścia pilnował, a jakże by inaczej, sporych rozmiarów ochroniarz. Udając, że się zgubiłam po wyjściu z łazienki, chciałam nawet tam zajrzeć. Zaciekawiło mnie, dlaczego facet stoi przed wejściem do czegoś, co zasłaniała pluszowa kotara. W dodatku stał tu, mimo że na całym 29. piętrze nie działo się praktycznie nic, wszędzie panował półmrok i - nie licząc dźwięków muzyki dobiegającej z sali dwa piętra wyżej - było cicho. Kulturalnie jednak mnie odprawiono, kiedy tylko udało mi się nieco odsunąć zasłonkę. - Bar jest tam - kategorycznie zwrócił mi uwagę ochroniarz i wskazał palcem kierunek, żebym nie miała już żadnych wątpliwości.

Teraz wcale już nie mam ochoty tam schodzić i szukać pokoiku, tym bardziej w takim towarzystwie. Pokrętnie tłumaczę facetowi, że czekam na znajomych, że muszę siedzieć przy barze, bo inaczej mnie nie znajdą. Jesteśmy tak wysoko, że komórka momentami traci zasięg. Liczę na to, że zaczepiający mnie mężczyzna się zniechęci i poszuka damy nieco bardziej skorej do "lepszego poznania". Nie zniechęca się jednak, więc to ja w końcu odchodzę od baru.

Mam wrażenie, że na parkiet albo taras gość pójdzie za mną, uznaję więc, że najbezpieczniej będzie ponownie poszukać azylu w łazience. Idę do tej dwa piętra niżej - stamtąd mam bliżej do wind jadących na dół, w międzyczasie planuję wezwać taksówkę, bo szczęśliwie przynajmniej w tym pomieszczeniu jest zasięg. Widocznie mam jednak pecha - jeśli wierzyć dobiegającym z kabin odgłosom erotycznej ekstazy, "lepiej poznać" postanowiło się tu akurat kilka par. W koszyczku koło umywalek nie ma już ani jednej prezerwatywy.

 

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii "Alimentare znaczy karmić" dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki "Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice". Publikowała w toruńskiej "Gazecie Wyborczej", dziale zagranicznym "Polska The Times" i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (164)
Zaloguj się
  • nosorozecwlochaty

    Oceniono 515 razy 497

    Trochę bez sensu taki reportaż. Przychodzi przestraszona kobita do modnego klubu. Konsekwentnie w reportażu nie pada nazwa co to za klub żeby pewnie nie narazić się na proces sądowy. Autorka zauważa napakowanych ochroniarzy, wylaszczone panny, kolesi próbujących ją podrywać i pokój z kotarą. Ucieka. Koniec.

    Jaki z tego wniosek? Czym to się różni od klubów sprzed 20 lat? Czym to się różni od dark roomu w klubie gejowskim "Le Madame" który Gazeta kiedyś tak kochała?

    Reportaż byłby lepszy gdyby jednak udało się więcej porozmawiać z ludźmi tam chodzącymi. Kim są w normalnym życiu, czego szukają...

    A autorce zwyczajnie na przyszłość radzę iść razem z koleżanką dla większej pewności siebie

  • superkoment

    Oceniono 438 razy 432

    "Artykuł sponsorowany" :-)))))

    Chyba nikt inteligenty nie da się nabrać na te prowokacyjne bajeczki, których jedynym celem jest wywołanie pożądania wobec "owocu zakazanego" jakim niby ma być ta niedawno otwarta speluna na 29 piętrze.

    Chodzi o skuszenie tajemnicą "za pluszową kotarą" i podniecenie słowami kluczami jak "burdel", czyli łatwy seks z młodymi dupeczkami w ekscytującej atmosferze. Niby krytyka ale tak naprawdę... reklama...

    Trzeba być durniem żeby przepłacać 30 zet za takie "atrakcje", które gdzie indziej są o wiele tańsze...

    Przy okazji autorka może się dowartościować marzeniami (rzekomymi relacjami) o pożądaniu jakie sama jeszcze wzbudza u płci przeciwnej.

    To się nazywa "prawdziwe dziennikarstwo" ha, ha...

  • tomq12

    Oceniono 461 razy 425

    "Alimentare" znaczy Kijowski.

  • michr

    Oceniono 401 razy 397

    No, nie przypuszczałem że GW zajmie się reklamą burdeli. Nie musicie podawać adresu , zainteresowani znajdą ten przybytek

  • kapitan.kirk

    Oceniono 413 razy 351

    Panna przyszła do klubu, posiedziała chwilę i wyszła. Materiał na Pulitzera jak nic.
    Pzdr

  • mariuszdd

    Oceniono 367 razy 349

    W sumie jechała do burdelu dwiema windami .
    Takie to innowacyjne

  • kralik111

    Oceniono 369 razy 347

    CZyli co, autorka poszla do burdelu robic reportaz i zdziwiona, ze mandingo wants to fuck her? :)

  • zdzisiek66

    Oceniono 549 razy 345

    I co to ma być, reportaż???
    Nie wiadomo, jaki klub i o co konkretnie chodzi. W tytule burdel, a czego się konkretnie pani wielka dziennikarka dowiedziała? Że jak się wyzywająco ubierze, to ją będą faceci zaczepiali? I że w jakimś klubie jest jakaś kotara? Podsłuchiwanie strzępków rozmów, to ma być dziennikarstwo? A do tego jeszcze te piękne zdjęcia, żebyśmy wiedzieli, jak kieliszki wyglądają.
    Litości, takiej żenady to nawet Superekspres nie odstawia.

  • obserwator_z_davos

    Oceniono 346 razy 344

    Dziennikarka GazWybu w końcu odnalazła swoje ścieżkę kariery :-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX