(fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

Nauczycielka: Ośmiolatek powiedział mi, żebym z nim nie zadzierała, bo ma tatę prokuratora

Dwa miesiące wakacji, dwutygodniowe ferie zimowe, wolne między Bożym Narodzeniem a sylwestrem, a przy tym całkiem dobra pensja i osiemnaście godzin tygodniowo etatu - tak większość Polaków kojarzy zawód nauczyciela. Sprawdzamy, czy praca w szkole jest faktycznie taką sielanką, jaką się wydaje.

Beata od ponad 30 lat pracuje w jednej ze szkół podstawowych w Polsce (miejscowość do wiadomości redakcji). Uczy w klasach I-III. Od ponad 10 lat jest nauczycielem dyplomowanym, czyli osiągnęła najwyższy stopień awansu zawodowego. Ciągle się dokształca, angażuje w swoją pracę i jest bardzo aktywna, choć prywatnie jest mamą trójki dzieci, w tym dwójki gimnazjalistów. Zarabia około 2,8 tys. zł na rękę, wliczając w to tzw. dodatek motywacyjny, czyli niespełna 130 zł.

- To jest wszystko, na co może liczyć nauczyciel na etacie bez zastępstw czy nadgodzin, o które teraz nie jest łatwo - mówi nauczycielka. - Kuratoria i dyrekcje dbają o to, aby pomimo niżu demograficznego jak najwięcej nauczycieli miało pracę, więc mamy "gołe" etaty. W większych, bogatszych miastach zarobki mogą być o kilkaset złotych wyższe, jeśli władze stać na wyższe stawki dodatku motywacyjnego - dodaje.

System motywacyjny

Beata każdego dnia zaczyna pracę przynajmniej pół godziny przed pierwszą lekcją swoich uczniów. W tym czasie drukuje lub kseruje materiały na zajęcia, a kiedy skończy, idzie po dzieci do szatni i prowadzi je do klasy, która mieści się na ostatnim, trzecim piętrze budynku. - Staram się, żeby cała grupa była w sali piętnaście minut przed lekcjami. Mogą wtedy spokojnie rozpakować się i przygotować do zajęć. Dzięki temu unikają też kontaktu z uczniami ze starszych klas, kiedy ci mają przerwę. Dbamy o to ze względu na bezpieczeństwo najmłodszych uczniów. Lepiej dmuchać na zimne - tłumaczy nauczycielka.

Od pierwszego dnia w szkole nauczyciele mają za zadanie nie tylko uczyć, ale i dbać o bezpieczeństwo dzieci (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)Od pierwszego dnia w szkole nauczyciele mają za zadanie nie tylko uczyć, ale i dbać o bezpieczeństwo dzieci (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Po wejściu do klasy dzieci zdejmują plecaki, wyjmują z nich zeszyty i piórniki. Kilkoro uczniów przynosi również niepotrzebne gadżety i zabawki, żeby pochwalić się kolegom i koleżankom, ale nie ma wśród tych rzeczy telefonów komórkowych, bo dyrekcja wprowadziła zakaz przynoszenia ich do szkoły. Korzystając z ostatnich wolnych chwil przed zajęciami, maluchy chodzą między ławkami, głośno rozmawiają i śmieją się. Kiedy za drzwiami słychać dzwonek kończący przerwę, dzieci nie siadają w swoich ławkach, ale stają obok nich i rozpoczynają krótkie ćwiczenia dla wyciszenia. Robią wiatraczki, przysiady, podskakują, rozluźniają dłonie i są gotowe do nauki. Gimnastyka powtarza się za każdym razem, gdy uczniowie zaczynają głośno rozmawiać, zamiast wykonywać polecenia nauczycielki i nie reagują na jej upomnienia.

W sali z trzema rzędami ławek ustawionych od najniższych do najwyższych są jasne ściany i duże okna z roletami. Z tyłu stoją szafki, w których uczniowie trzymają swoje teczki z rzeczami potrzebnymi np. na plastykę. Zostawiają w nich też podręczniki po lekcjach i ćwiczenia, kiedy nie mają zadanej pracy domowej. Dzięki temu ich plecaki są lżejsze. Na ścianie przy drzwiach po prawej stronie namalowana jest kolorowa miarka. Od czasu do czasu ustawia się przy niej dzieci, aby sprawdzić ich wzrost i dopasować wysokość ławek i krzesełek.

W klasie Beaty obok kredowej tablicy wisi ekran rzutnika. Nauczycielka uruchamia podłączony do laptopa rzutnik przed pierwszą lekcją, by towarzyszył jej do ostatniego dzwonka. Dzisiaj tematem jest jesień. Na ekranie projekcyjnym wyświetla się wiersz z kolorowymi ilustracjami. Beata czyta, a dzieci słuchają, zwracając jednocześnie uwagę na obrazki. Później wyjaśniają, jakie elementy ilustracji odnoszą się do treści. Czasami ich interpretacje są zaskakujące.

Uczniowie podczas lekcji w jednej z krakowskich szkół podstawowych (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)Uczniowie podczas lekcji w jednej z krakowskich szkół podstawowych (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

- Skąd wiemy, że na tym obrazku jest jesień? - pyta nauczycielka. Po kilku odpowiedziach o kolorowych liściach, postaciach ubranych w swetry itp. zgłasza się Julia: - Bo nie ma na nim śniegu - odpowiada. Reszta klasy zaczyna się śmiać. Nauczycielka uspakaja uczniów, tłumaczy Julii, że właściwie ma rację, ale byłoby lepiej, gdyby skupiła się na tym, co jest pokazane w podręczniku, a nie na tym, czego tu brakuje. Julia za odpowiedź, tak jak reszta dzieci, dostaje "motywacyjną naklejkę". To pomysł Beaty, by zachęcić uczniów do czynnego udziału w lekcjach.

- Wprowadziłam ten system, kiedy byli w pierwszej klasie ze względu na ich niechęć do odpowiadania. W 25-osobowej klasie miałam pięcioro dzieci, które udzielały się, a reszta nie chciała się odzywać. Wtedy wpadłam na pomysł z naklejkami motywacyjnymi - opowiada Beata. - Świetnie się to sprawdziło. Teraz każdy choć raz chce zabrać głos na lekcji, bo wie, że dostanie za to naklejkę. Na koniec miesiąca rozliczamy się z ich liczby. Uczniowie, którzy zgromadzili najwięcej, mogą wymienić je na jakiś upominek, np. długopis, smycz do kluczy, figurkę z gipsu czy muszelkę - dodaje.

Początkowo naklejki miały formę drukowanych znaczków wklejanych do zeszytów, ale po kilku tygodniach okazało się, że jeden z uczniów kopiował je i drukował sobie w domu. Kiedy nieuczciwa konkurencja wyszła na jaw, nauczycielka postanowiła nawiązać współpracę z lokalną drukarnią, która co miesiąc dostarcza jej bloczek z około 250 naklejkami. Każda z innym wzorem.

Dobre zmiany. I te gorsze

Ponad 15 lat temu Beata uczyła maluchy klasycznym systemem, który chyba każdy z nas pamięta ze szkoły - na każde 45 minut lekcji przypadał jeden konkretny przedmiot, np. język polski czy matematyka. - Teraz uczymy blokami tematycznymi, a nie przedmiotami. Nikt mi nie mówi, ile godzin tygodniowo mam poświęcić np. na język polski czy matematykę i to jest bardzo dobre - uważa nauczycielka. - Jeśli zacznę jakiś temat na jednej lekcji i nie skończę go przed dzwonkiem, mogę kontynuować na kolejnej, zaraz po przerwie, a następnie przejść swobodnie do następnego przedmiotu, który nie wymaga aż tyle czasu - dodaje.

Nauczyciele muszą zachęcić dzieci do aktywności na lekcjach. Każdy ma na to swoje sposoby (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)Nauczyciele muszą zachęcić dzieci do aktywności na lekcjach. Każdy ma na to swoje sposoby (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Przyznaje, że taki system jest lepszy od poprzedniego, ale zdecydowanie bardziej czasochłonny, bo wymaga od nauczyciela więcej przygotowania, żeby zajęcia były ciekawe i rozwijające. To wszystko wiąże się z dodatkowymi godzinami pracy, których nikt nie liczy.

- Codziennie po lekcjach przygotowuję w domu różne pomoce, np. rozsypanki wyrazowe lub zdaniowe dla każdego dziecka, do tego plansze, krzyżówki w dużym formacie, na tablicę oraz prezentacje multimedialne. Wyszukuję w internecie ciekawe filmiki pasujące do tematu, układam sprawdziany, kartkówki, bo dostępne publikacje ze sprawdzianami są standardowe, a ja muszę dostosować zadania do możliwości uczniów na różnym poziomie, aby każdy mógł osiągnąć sukces - tłumaczy Beata. - Zajmuje mi to średnio około dwóch godzin. Oczywiście bywają dni, kiedy robię coś w pół godziny, ale bywają takie, kiedy spędzam nad pomocami naukowymi cztery godziny - dodaje.

O ile przejście od klasycznych przedmiotów do bloków tematycznych sprawdziło się, to już wprowadzenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków było, zdaniem nauczycielki, przykładem nie do końca dobrej reformy. Dlaczego? Bo wielu sześciolatków, którzy w 2015 roku trafili do pierwszych klas, nie było na to gotowych. - Ja akurat w tamtym roku miałam drugą klasę, ale koleżanki mówiły, że częścią sześciolatków, które przyszły do pierwszej klasy, trzeba było zająć się jak w przedszkolu, tzn. zawiązać buty, jeśli wychodziło się na spacer czy na boisko, założyć kurtkę, czapkę, szalik, a nawet zapiąć spodnie po powrocie z toalety - opowiada. - Sześciolatki od dawna bywały w pierwszych klasach m.in. u mnie, ale tylko wtedy, gdy były na to gotowe. Masowe wysyłanie dzieci w tym wieku do szkół pokazało tylko, że to nie był dobry pomysł. Dopasowane ławeczki i krzesełka to nie wszystko - dodaje.

Beata wolałaby, żeby w szkolnictwie nic już się nie zmieniało i stoi po stronie protestujących przeciwko reformie, która wprowadziła czteroletnie nauczanie początkowe i przywróciła ośmioklasowe podstawówki. Jej zdaniem jest ona nie do końca przemyślana. - Proponowane zmiany oznaczają dezorganizację pracy nauczyciela. Dzieci będą królikami doświadczalnymi. Pojawią się dodatkowe wydatki, m.in. na zakup większych ławek, zmianę pieczątek, druków itp. Wielu nauczycieli straci pracę albo będą uczyć w kilku szkołach, żeby uzbierać etat - uważa nauczycielka. - Trzy lata temu do szkół wprowadzono darmowe podręczniki. Sfinansowano je z publicznych pieniędzy. Jeśli zmieni się system nauczania i podstawa programowa, to te podręczniki trzeba będzie wyrzucić - zauważa.

Protest nauczycieli w Kielcach (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)Protest nauczycieli w Kielcach (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Mit wypoczętego nauczyciela

Do uczniów Beaty przychodzi nauczycielka rytmiki, która zajmie się nimi przez kolejne 45 minut. Ten czas spędzamy w szkolnej bibliotece, gdzie moja rozmówczyni kończy znakować darmowe podręczniki i ćwiczenia, o których przed chwilą rozmawiałyśmy. - Każdy uczeń ma swój egzemplarz i  jest za niego odpowiedzialny. Jeśli ktoś zniszczy podręcznik, to musi za niego zapłacić, bo książki mają służyć kolejnym rocznikom - wyjaśnia.

Przy tej pracy opowiada o mitach, które narosły wokół jej zawodu. - Wszyscy sądzą, że my pracujemy 18 godzin tygodniowo - bo tyle mamy lekcji - albo że mamy dwa miesiące wakacji. Tak naprawdę przez tydzień po zakończeniu roku szkolnego wciąż jesteśmy do dyspozycji dyrektora. Nie prowadzimy już lekcji, ale w szkole są też inne rzeczy do zrobienia, np. porządkowanie naszych sal, szafek. Tym zajmujemy się właśnie my - podkreśla nauczycielka. - Podobnie jest z powrotem do szkoły. U nas do 1 września były cztery rady pedagogiczne. Wracamy do pracy w połowie sierpnia. Od dwóch lat nie mamy też tzw. ferii świątecznych, bo pełnimy dyżury w szkole, tak samo jest w czasie ferii zimowych - dodaje.

Zaznacza: - Nie ma dnia, żebym po zakończonych lekcjach miała wolne popołudnie. Jak każdy nauczyciel uzupełnia dziennik papierowy i elektroniczny, arkusze, sprawdza klasówki i przygotowuje konkursy. - Dużo czasu zajmuje uzasadnianie ocen uczniów, bo dzisiaj nie stawia się po prostu piątki czy czwórki, jak kiedyś. Teraz każda ocena musi wskazywać, co uczeń potrafi, a czego jeszcze powinien się nauczyć - wyjaśnia Beata.

Poza tym kilka razy w miesiącu wypada albo wywiadówka, albo rada pedagogiczna, spotkanie szkolnego zespołu, szkolenie, akademia np. z okazji Dnia Babci, zabawa szkolna czy dyżur dla rodziców. - Nikt nam za to dodatkowo nie płaci, tak samo jak za całodniowe wycieczki, wyjazdy do teatru czy kilkudniowe zielone szkoły, a przecież my wtedy jesteśmy w pracy cały czas - zauważa nauczycielka.

Na korytarzu słychać dzwonek. Zaczyna się krótka przerwa, więc szybko przenosimy się do sali nr 25, gdzie Beata poprowadzi kolejne trzy lekcje. W drodze do klasy trudno zamienić choćby kilka słów. Jest straszny hałas. Na każdym korytarzu oprócz tłumu dzieci i młodzieży spotykamy dyżurującego nauczyciela, który pilnuje porządku w czasie przerwy. Na pomalowanych zieloną farbą olejną korytarzach tej prawie 60-letniej szkoły wiszą pamiątkowe zdjęcia klas, które zakończyły tutaj naukę wiele lat temu. - Niektórzy uczniowie odnajdują na nich swoje babcie i dziadków - mówi Beata.

Podczas przerwy na szkolnym korytarzu jest bardzo głośno (fot. Marcin Tomalka / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)Podczas przerwy na szkolnym korytarzu jest bardzo głośno (fot. Marcin Tomalka / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Wchodzimy do sali. Nauczycielka rytmiki przekazuje uczniów wychowawczyni. Dla Beaty to znak, że od teraz będzie na wyłączność trzecioklasistów, bez chwili na zjedzenie kanapki, wypicie kawy czy herbaty, a nawet wyjście do toalety, bo dzieci nie można zostawić samych nawet na kilka sekund. - Mamy przerwy co 45 minut, ale wtedy też muszę zostać z dziećmi w klasie, przypilnować, żeby zjadły to, co rodzice im dali do szkoły, i zorganizować im te 5, 10 czy 15 minut wolnego, bo inaczej rozniosłyby salę i siebie nawzajem. Na korytarz nie mogę ich wypuścić ze względu na starsze klasy - wyjaśnia nauczycielka.

Jej zadaniem jest nie tylko przekazanie wiedzy 25 uczniom, ale też dbanie o ich bezpieczeństwo, wygodę i relacje między nimi. Upomina na przykład jedno z dzieci, aby bardziej przesunęło się w stronę brzegu ławki, bo drugiemu łokieć z niej zwisa w czasie pisania. Poucza uczniów, żeby się nie przezywali i nie krzyczeli, kiedy kolega czy koleżanka mówi.

Pokolenie materialistów i samolubów?

Kiedy pytam Beatę o prestiż jej zawodu, okazuje się, że właściwie nie ma o czym mówić. Nauczycielka jest zdania, że m.in. z powodu medialnej nagonki podejście rodziców i dzieci do jej pracy znacząco się zmieniło przez ostatnie lata. -  Kiedyś nauczyciel był kimś ważnym, autorytetem dla dzieci, a nawet rodziców. Dziś zarówno rodzice, jak i dzieci nie szanują nas, mają wobec nas bardzo roszczeniową postawę i prawie o wszystkim decydują - mówi nauczycielka. - Od kilku lat rodzice mają większe prawo do ingerencji w szkolne sprawy. Muszą na przykład wyrazić zgodę nawet na to, że ich dziecko będzie powtarzać klasę, albo na to, że do klasy ma dołączyć nowy uczeń - zaznacza.

Dzieci są bardzo swobodne i pewne siebie, bo mają poczucie, że racja jest zawsze po ich i rodziców stronie. Nawet te najmłodsze próbują straszyć nauczycieli. - Niedawno miałam taką sytuację, że kiedy kolejny raz zwróciłam uwagę uczniowi w drugiej klasie, to ten wstał i powiedział mi, żebym z nim nie zadzierała, bo on ma tatę prokuratora - wspomina.

Jej zdaniem zmieniły się też relacje między dziećmi: - Kiedyś przynajmniej ci najmłodsi uczniowie starali się nie ranić siebie nawzajem, nie zwracali uwagi na to, jak i w co są ubrani. Teraz 7-latki mówią sobie prosto w twarz "nie lubię cię", "odejdź ode mnie", "nie chcę się z tobą bawić", "jesteś downem", "brzydzę się tobą" i śmieją się z siebie nawzajem z powodu "niefirmowych" ubrań, butów czy telefonów. Wczoraj jeden z moich uczniów powiedział drugiemu, że żałuje, że chodzi z nim do klasy i że lepiej byłoby bez niego.

Rodzice podejmują decyzję w wielu sprawach dotyczących szkoły. Muszą np. zgodzić się na to, że ich dziecko będzie powtarzać klasę (fot. Agencja Gazeta)Rodzice podejmują decyzję w wielu sprawach dotyczących szkoły. Muszą np. zgodzić się na to, że ich dziecko będzie powtarzać klasę (fot. Agencja Gazeta)

Skąd takie zachowania? Według nauczycielki - z domów, w których nie uczy się podstawowych norm, zasad i szacunku do drugiego człowieka. - Mam wrażenie, że wpływ na to ma szybkość życia i fakt, że wiele rodzin jest rozbitych przez rozwody lub emigrację jednego z rodziców - zaznacza. Jednego w polskich domach uczy się jednak dzieci od najmłodszych lat: przywiązania do własności. - Dzieci słyszą od rodziców, żeby niczego nikomu nie pożyczać. Doszło nawet do tego, że przychodzą do szkoły z oznakowanymi ołówkami i kredkami, żeby im nie zginęły... - mówi Beata.

O tym, że sprawy materialne są dla dzieci bardzo ważne, mogłam przekonać się w czasie lekcji, na którą nauczycielka przyniosła przysłowia na temat nauki i pytała dzieci, jak je rozumieją. Amelia przeczytała: "Uczymy się nie dla szkoły, lecz dla siebie". Janek szybko podsumował: - Żeby kiedyś mieć dobrą pracę, pieniądze i dom. Ta sama odpowiedź padała później wielokrotnie z ust innych dzieci. - U nich wszystko kręci się wokół, jak to mówią: "hajsu" i dużo czasu poświęcają temu tematowi, choć to dopiero ośmio- i dziewięciolatki - zauważa nauczycielka.

Piotruś i cała reszta

Co cieszy Beatę? - Mam satysfakcję, kiedy widzę, że to, co mówię moim uczniom, do nich trafia i skutkuje. Nie chodzi tu nawet o samą wiedzę, ale także życiową postawę, np. kiedy zaczynają pomagać sobie i używać zwrotów: proszę, dziękuję, przepraszam. Wydaje się to banalne, ale dzisiaj o to naprawdę trudno. Choć zdarzają się dzieci, których nie trzeba tego uczyć. Mam w klasie takiego Piotrusia, który od trzech lat, każdego dnia na początku lekcji, podchodzi do mnie i pyta: "Proszę pani, w czym mogę dziś pani pomóc"? To jest przemiłe! Kiedyś go pochwaliłam, że jest bardzo miły i pomocny. Odpowiedział mi, że mama wychowuje go na dobrego męża - śmieje się Beata.

Piotrek jest chyba wyjątkiem. Większość dzieci, zamiast zaoferować pomoc, czeka na potknięcie. Kiedy w czasie pisania na tablicy nauczycielce złamała się kreda i część spadła na ziemię, cała klasa zaczęła się śmiać. Nie znalazł się nikt, kto podszedłby, aby tę kredę podnieść. - Jeszcze parę lat temu pół klasy biłoby się o to, kto to zrobi - mówi nauczycielka.


Jest 14.45, na korytarzu słychać dzwonek na przerwę. Dla pani Beaty jest on równoznaczny z końcem dzisiejszych lekcji. Dzieci pakują plecaki, wyrównują ławki i krzesełka, ustawiają się w pary przed drzwiami i wychodzą prowadzone przez nauczycielkę na korytarz, a następnie do szatni, gdzie czekają na nich rodzice, starsze rodzeństwo lub dziadkowie. Beata żegna się z uczniami i ich opiekunami, wraca do sali wyłączyć rzutnik, spakować i zabrać laptopa oraz swoją torebkę, w której znajdują się m.in. podręczniki i ćwiczenia.

Chwilę po 15.00 wychodzi ze szkoły. Kiedy wróci do domu, będzie około 15.30. Zje z rodziną obiad, a po nim będzie przygotowywać plansze i wycinanki na jutrzejsze lekcje. Dziś zajmie jej to około godziny. Wieczorem musi znaleźć jeszcze chwilę na zrobienie obiadu na następny dzień, bo jutro musi być w szkole przed 9.00, a wróci z niej około 15.00 tylko na chwilę, bo o 16.00 ma zaplanowaną radę pedagogiczną, a po niej zebranie z rodzicami. - Tak właśnie wygląda ten nasz 18-godzinny tydzień pracy - uśmiecha się, pokazując swój kalendarz.

Początek roku szkolnego 2017/2018 upływa pod znakiem reformy edukacji. Wśród nauczycieli, rodziców i samych uczniów rodzi to wiele obaw, pytań, wątpliwości, ale i nadziei. Masz opinię na ten temat? Chcesz opowiedzieć nam, jak w Twojej szkole wygląda w praktyce wdrażanie reformy? Zapraszamy do pisania na adres listydoredakcji@gazeta.pl. Najciekawsze listy opublikujemy w Gazeta.pl.

Artykuł opublikowaliśmy pierwszy raz w październiku 2016 r.

Anna Tomczyk-Anioł. Dziennikarka i freelancerka. Publikowała m.in. w lokalnych mediach w Krakowie i Stalowej Woli. Współpracowała z PAP oraz Interia.pl. Lubi, kiedy jej praca przekłada się na pomoc innym.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (308)
Zaloguj się
  • sofija_xs

    Oceniono 363 razy 339

    To rodzice odpowiadają za schamienie dzieci. Beznadziejni i roszczeniowi rodzice bez jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Wstyd i hańba. Przez taki "kwiat narodu" jak wy drodzy bezmyślni rodzice strach posyłać dzieci do szkoły. Nie nadajecie się na rodziców. Siadać. Pała.

  • szlachcic

    Oceniono 255 razy 251

    osmiolatek po prostu slucha co tatus prymityw prokurator mowi do mamusi znajomych czy kolegow.
    a mowi cos takiego "powiedz mu kim ja jestem, moge go zgnoic"

  • Cyryl Pawel

    Oceniono 192 razy 192

    Nauczycielka powinna była powiedzieć, że jej tata zna Zbigniewa Ziobrę i jeśli ośmiolatek się nie przymknie, to wkrótce jego tata, obecnie prokurator, będzie szukał pracy w szkole na stanowisku ciecia.

  • Oceniono 202 razy 130

    bierzmy przyjlad ze Skandynawii - tam ludzie sa inni, dzieci, szkola, - u nas kosciol katolicki szczuje ludzi na siebie, dziecli na lepszych i gorszych, nie ma wzorocow moralnych

  • ursi51

    Oceniono 118 razy 106

    Mnie kiedyś uczeń z którym były kłopoty wychowawcze oznajmił: "Mój tata powiedział, że pani i tak nie może mi nic zrobić". Ręce mi opadły.

  • jkk59slezsko

    Oceniono 118 razy 104

    Okazuje się, że przekaz chamstwa i nienawiści niesiony przez waadze dotarł już do rodziców tych maluchów i zatruł te dzieci. Nie wiedzą, że dzięki temu niedługo znajdą się mentalnie w Azjii Sowieckiej.A w zasadzie zostaną neandertalczykami Europy.

  • poorpoora

    Oceniono 97 razy 91

    Kiedyś pokolenie klepiacych paciorki po łacinie glabow zarznelo kochana Polskę. Za kilkanaście lat pokolenie roszczeniowych, nadetych glabow-pokemonow załatwi ja na dobre. Pokolenie chamów, złodziei i podłych niedouczonych cwaniaków.

  • el.pistolero

    Oceniono 106 razy 82

    Kwintesencja tzw bezstresowego wychowania, czyli róbta co chceta. Tak najłatwiej, bo prawdziwe wychowywanie dzieci jest nad wyraz czasochłonne i przez wielu rodziców odbierane jako nudne. Niech robi co chce, a mamuśka czy tatuś przed kompem, lakują na Fejsbusiu każde życiowe pierdnięcie znajomych. Patrzę na kolegów z pracy, przecierając oczy ze zdumienia. Ściemniając, siedzą po godzinach w biurze, mimo że nikt im za to nie zapłaci. Wolą robotę niż dom, gdzie trzeba zasuwać nad dzieckiem. Pytam wprost; po co w takim razie decydowali się na potomka? Odpowiedz krótka: presja rodziny i znajomych. Po prostu, trzeba mieć dzieciaka, bo będą traktować cię jak odmieńca. Ręce opadają.

  • Werkstatt Ford

    Oceniono 83 razy 71

    Jestem nauczycielem i myślę, że część tez tego artykułu autorka powinna przedstawić swojej redakcyjnej koleżance Pani D. Wielowiejskiej. Jej poglądy na czas pracy i wynagrodzenia nauczycieli prezentowane w TOK FM są zgoła inne.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX