Sasha Strunin

Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)

wywiad gazeta.pl

Sasha Strunin wraca na scenę. ''Miałam wrażenie, że oszukuję publiczność''

Zaczynała karierę jako 15-latka, odziana w kuse szorciki, śpiewając banalne popowe piosenki. Sasha Strunin - polska piosenkarka o rosyjsko-ukraińskich korzeniach - powraca jako dojrzała, świadoma swoich artystycznych i życiowych wyborów kobieta z płytą "Woman in Black", nagraną we współpracy z wybitnym amerykańskim trębaczem Garym Guthmanem.

Sasha czy Ola?

- Sasha, Sasha. To jest rosyjski skrót od Aleksandry, i tak jak Ola nie brzmi zbyt podobnie do oryginalnej formy imienia, więc często ludzie się dziwią. Urodziłam się jeszcze w Związku Radzieckim, moja mama jest Ukrainką, tata - Rosjaninem, i tak zdrobniale mówili na mnie w domu. Gdy w poznańskiej szkole nauczycielki próbowały się do mnie zwracać per "Ola", nie reagowałam - kwestia przyzwyczajenia.

Ciężko ci było z tym rosyjskim bagażem w polskiej szkole?

- Bywało trudno. Dzieci często bezrefleksyjnie kopiują zachowania rodziców i potrafią rzucić jakimś bolesnym słowem, nawet nie rozumiejąc jego znaczenia. Może dlatego najmocniej zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, która miała ojca z Kongo. Była też Żydówka, która również słyszała pod swoim adresem niemiłe rzeczy. Ale mam wrażenie, że ten okres szybko minął, kiedy moi rówieśnicy weszli w dojrzalszy wiek, w którym zaczyna się samodzielnie myśleć.

Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)

A ty czujesz się Polką?

- Tak, czuję się Polką, myślę po polsku, to mój pierwszy język. Miałam trzy lata, jak tu przyjechałam. Tu się wychowałam, tu chodziłam do przedszkola, szkoły. Moja babcia jest Polką i była bardzo szczęśliwa, gdy tu wróciliśmy, jako rodzina. Ale również - może ze względu na tę rodzinną wielokulturowość - czuję się obywatelką świata. Uważam, że to ciekawe, że młodzi ludzie dzisiaj mniej zwracają uwagę na kraj pochodzenia, podróżują, zmieniają miejsce zamieszkania i nie identyfikują się tak mocno z miejscem, w którym się urodzili. To coś, na co nie mamy wpływu.

Na polu muzycznym chętnie nawiązujesz rozmaite międzynarodowe kontakty. To ma związek z tą otwartością, o której mówisz?

- Myślę, że tak. Od dziecka poznawałam rozmaite kultury, ludzi z innych krajów, bo moi rodzice jako śpiewacy operowi dużo podróżowali po świecie, kiedy koncertowali, i jeśli mogli, zabierali mnie ze sobą. Dla mnie zawsze było to interesujące i rozwijające. Mając 15 lat, rozpoczęłam współpracę z zespołem The Jet Set i śpiewałam w duecie najpierw z Amerykaninem, potem z Anglikiem. Dzięki temu nauczyłam się języka angielskiego. Potem współpracowałam z muzykiem ze Szwecji, latałam do Skandynawii, by tam pracować. Takie doświadczenia otwierają głowę. To w jakimś sensie przygotowało mnie do tej jak na razie najważniejszej współpracy w moim życiu - z Garym Guthmanem, z którym nagrałam moją najnowszą płytę "Woman in Black".

Jak doszło do tej współpracy? Gdzie się poznaje wybitnych amerykańskich jazzmanów?

- Poznaliśmy się w studiu podczas sesji nagraniowej z moim narzeczonym Markiem Piotrkiem Szumskim. Gary nagrywał duży bigbandowy projekt, a ja postanowiłam po prostu przyjść i przywitać się - często tam bywam, pomagam, nie tylko muzycznie, ale też jako fotograf, bo taki kierunek skończyłam na ASP w Poznaniu. Znajomość z Garym przerodziła się w przyjaźń i w długie rozmowy o muzyce przy kawie lub winie. Byłam w takim okresie życia, gdy porzuciłam show-biznes, wróciłam na studia, zrobiłam dyplom i dałam sobie czas, by trochę poznać samą siebie, polubić się na nowo. Zastanowić się, co chcę dalej robić.

Zaczęłaś karierę muzyczną jako 15-latka, wpadłaś szybko w tryby show-biznesu. Nie było czasu na myślenie?

- Jak się ma 15 lat, to człowiek cieszy się, że jest na wielkiej scenie, że się rozwija wokalnie, zdobywa doświadczenie. Ale trzeba wewnętrznie dojrzeć, by móc samemu sobie powiedzieć, czego tak naprawdę się chce. W moim przypadku okazało się, że jest to coś dalekiego od tanecznego popu: chcę śpiewać rzeczy wielkie, inspirowane standardami amerykańskiej muzyki rozrywkowej i filmowej - stąd projekt "Woman In Black". Pod czujnym okiem Gary'ego Guthmana zaczęłam muzycznie rozkwitać i  przeobrażać się w świadomą siebie i swojej muzyki młodą kobietę.

Zamiłowanie do estetyki tamtych czasów zaszczepili we mnie babcia - aktorka teatralna, i dziadek - reżyser, z którymi oglądałam klasyki, jak np. "Casablanca" z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman. Gdy moi rodzice wyjeżdżali na tournée beze mnie, to zostawałam właśnie pod opieką dziadków. Tam była muzyka i estetyka, którą przesiąknęłam. Taka niewspółczesna. Zawsze tęskniłam za czasami, w których nigdy nie żyłam, podziwiałam, jak śpiewała Jane Russell, Marilyn Monroe. Uwielbiałam czarne kryminały, broadwayowskie musicale. I o tym wszystkim powiedziałam Gary'emu Guthmanowi. Był najlepszą osobą do pracy nad nowym albumem, a jego amerykańskie doświadczenie przełożyło się na efekt "Woman In Black".

Nad płytą pracowaliście dwa lata. Czemu tak długo?

- Gary od razu uprzedził mnie, że praca z nim będzie ciężka. Na płycie jest 11 utworów - opartych na historiach z mojego życia, związanych z moim dojrzewaniem, jako kobiety. Ale żeby te utwory powstały, musiałam przejść długi proces. Z jednej strony zagłębić się w siebie, swoje przeżycia, z drugiej nauczyć się inaczej śpiewać, inaczej brać oddechy, swingować. Zawsze mi się wydawało, że śpiewam dobrze, mam solidny warsztat, bo uczyłam się śpiewu pod okiem fachowców od dzieciństwa i dodatkowo przez 12 lat obecności na scenie. Gary właściwie zaczął mnie szkolić od nowa. Musiałam dobrze śpiewać standardy jazzowe, zanim zaczęliśmy komponować nowe utwory.

W dzisiejszych czasach muzyka jest często produktem, musi powstawać szybko.

- Skoro są odbiorcy takich szybkich produkcji, to nie ma w tym nic złego, ale dobrze jest najpierw pomyśleć, coś przeżyć i mieć co opowiedzieć. Może to nie jest najbardziej komercyjne podejście, ale chciałam, żeby wejście do studia było ukoronowaniem tej pracy, swojego rodzaju nagrodą.

Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)

Pochodzisz z artystycznego domu z tradycjami teatralnymi i muzycznymi. Czy obserwując rodziców zza kulis nabrałaś apetytu na własną karierę sceniczną?

- Tak, choć nigdy nie pociągała mnie tamta muzyka. Scena była normalnym elementem naszego życia - jako małe dziecko nawet wystąpiłam w kilku spektaklach, choć niezbyt świadoma tego, co się dzieje. Na co dzień żyłam za kulisami, wśród garderobianych. Przesiąkałam tym, nawet nie zdając sobie z tego sprawy i na pewno miało to na mnie ogromny wpływ.  Świadomie wybrałam dla siebie inną niż rodzice muzykę, wolałam szeroko pojętą muzykę rozrywkową, bo ona daje, moim zdaniem, więcej możliwości tworzenia. Bycie śpiewakiem operowym to bardzo ciężka, fizyczna praca. Nie chciałam podejmować tak ogromnego wysiłku, by śpiewać dwugodzinne barokowe arie. Wolę nowe rzeczy. Nawet jeśli poruszam się w klimatach retro: swingu, jazzu, bluesa, to jednak aranżacje i feminizujące teksty są bardzo współczesne.

A jakiej muzyki słuchało się w domu?

- Oczywiście operowej, bo rodzice, pracując nad swoim głosem, słuchali najlepszych, klasycznych nagrań: Callas, Pavarottiego. Ale oprócz tego dużo rocka - tata, zanim został śpiewakiem operowym, występował w musicalach rockowych, m.in. "Jesus Christ Superstar", i ma słabość do tego gatunku. Kiedy rodzice chcieli odpocząć od patosu muzyki operowej, to pojawiał się Sinatra, muzyka filmowa, a w aucie, gdy jechaliśmy na tournée, to słuchało się Michaela Jacksona, Bowiego, Prince'a, Queen. No i wszelkie rockowe inklinacje taty od Uriah Heep po Suzi Quatro.

Tata nie chciał, żebyś ty była bardziej rockowa, skoro już miałaś ostry sceniczny wizerunek, sexy małolaty?

- Tacie to by się na pewno podobało, ale mnie ciągnęło bardziej w stronę ballad i pięknego kobiecego wokalu. Natalie Cole, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughan - subtelne głosy, ale mocne kobiety. Na pewno rodzice, ich gust muzyczny, ale też cały dom - babcia i dziadek - bardzo na mnie wpłynęli artystycznie. Nawet mój romans z muzyką stricte komercyjną, popową nie zdołał tego we mnie zabić.

Przyzwyczaiłaś odbiorców do siebie popowej, idolki nastolatek. Czy wychodząc z tak poważnym, dojrzałym materiałem nie boisz się komercyjnej klapy? Popularne radia pewnie niechętnie będą grać takie kawałki, które brzmią jak nowa piosenka Bonda.

- Pracując nad płytą, zupełnie nie myślałam o tym aspekcie. Jeśli teraz nie będę robić tego, co chcę, to kiedy? Czuję, że muszę zaryzykować. A jeśli znajdzie się choć kilka osób, którym moja muzyka sprawi radość, ma to sens. Robię to, co kocham, pracuję z wybitnymi muzykami. Najważniejsze dla mnie to być szczerym w tym, co się robi.

Na wcześniejszych etapach kariery nie zawsze byłaś w takiej zgodzie z sobą?

- Bardzo chciałam śpiewać, sprawdzić się w kontakcie z szerszym odbiorcą, bo miałam tylko doświadczenie konkursów wokalnych dla dzieci i młodzieży, na których można było wygrać empetrójkę. Kiedy moja pani profesor śpiewu zaprezentowała mnie znanym producentom, którzy chcieli podpisać ze mną kontrakt, bardzo się ucieszyłam. Może było jeszcze za wcześnie, może byłam nieprzygotowana, ale to też napędziło mój rozwój. Problem zaczął się w momencie, kiedy ja dalej się rozwijałam, uczyłam i chciałam robić rzeczy poważniejsze, a tymczasem miałam nadal śpiewać te same piosenki, które wykonywałam, mając lat 15. Miałam wrażenie, że oszukuję publiczność. Dlatego postanowiłam rozstać się z muzyką, zajęłam się sztukami wizualnymi.

Mój dyplom był minispektaklem teatralnym, w którym śpiewałam razem z mamą, trochę operowo, nawiązując do koncepcji teatralnych Alfreda Jarry'ego i Antonina Artauda. Zmieniałam się po prostu. Dojrzewałam, czytałam, słuchałam muzyki.

Nie żałujesz tamtych doświadczeń?

- Nie. Gdyby ktoś mi teraz powiedział, że mogłabym wymazać swoją przeszłość, ale nie miałabym płyty "Woman In Black", do której mnie ta cała droga doprowadziła, to odmówiłabym. Był taki okres, kiedy zupełnie uciekłam od tego, co muzycznie robiłam z The Jet Set czy na swojej pierwszej płycie "Sasha". Dzisiaj na tamte utwory reaguję uśmiechem.

Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)

Czyj to był pomysł, żebyś wzięła udział w "Big Brotherze" czy rozbieranych sesjach?

- Przez sześć lat miałam podpisany kontrakt z moimi pierwszymi producentami i wszystkie decyzje wizerunkowe były podejmowane przez management. Tak to funkcjonowało.

Jak twoja rodzina odbierała to wszystko? Nie miała obaw?

- Wszystko, co się działo w moim życiu, to była moja własna decyzja, a rodzice mnie w niej wspierali. Namówiłam ich, by podpisali kontrakt, gdy byłam niepełnoletnia. Dopóki byłam w tym wszystkim szczęśliwa, to oni też, choć widzieli, że czasem się stresuję, mocno coś przeżywam. Plotki na mój temat, które gdzieś krążyły, na szczęście docierały do nich w niewielkim stopniu, bo oni są z innego środowiska. Wspierali mnie cały czas, także wtedy, gdy postanowiłam zerwać z tym światem, kiedy rzuciłam show-biznes. A teraz cieszy ich kierunek, w którym zmierzam. Płytę zadedykowałam babci Neli, z którą często rozmawiam na Skypie i o wszystkim opowiadam. Bardzo jej się podoba estetyka, w której teraz się poruszam, i to, jak zmienił się mój głos.

Wspomniałaś, że teksty na nowej płycie są osobiste i feminizujące - co przez to rozumiesz?

- Staram się unikać tego słowa, bo ono może się źle kojarzyć...

Taylor Swift nie unika, Beyoncé nie unika, a polskie artystki jakoś wolą unikać. Czemu?

- Kiedy myślę o feminizmie, to raczej o walce o prawa wyborcze czy prawie do studiowania. Widzę konkretne rzeczy i działania - z tym się identyfikuję. A dzisiejszy feminizm wydaje mi się mocno upolityczniony i nie do końca rozumiem jego intersekcjonalne cele. Ale też jestem kobietą w stu procentach i uważam, że jest teraz taki czas w Polsce, kiedy mamy o co walczyć. Moja kobieta w czerni, "Woman In Black" śpiewa o tym, że trzeba zerwać z przyzwyczajeniem, które odbiera siłę i chęć do zmian. Trzeba wyjść i zawalczyć o siebie. Myślę, że to dość uniwersalne przesłanie, zrozumiałe dla większości kobiet - czy odnieść je do polityki, czy do związków.

Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)Sasha Strunin (fot. Piotr Domagała)

Złe związki przekładają się na dobre piosenki?

- Mam nadzieję. Parę moich znalazło się na płycie.

Romans z bokserem Najmanem?

- Nie, to były wymysły kompletne. Kiedy pojawiłam się z nim w programie i zostaliśmy tam w ramach zadania "parą" na potrzeby show, to już wystarczyło, by plotkarska prasa uznała za fakt nasze "bycie razem".

Było też o tym, że tata cię wyciągnął siłą z programu, żeby przerwać ten związek ze starszym mężczyzną.

- Musiałam wtedy jechać do Holandii, nagrywać jingle dla Radia Eska - więc menedżerowie mnie wyciągnęli ze względu na zobowiązania zawodowe, a nie rzekomy romans...

A ludzie wierzą w te historie!

- Najbardziej rozbawił mnie news o tym, że tata wywiózł mnie na Syberię - a tak naprawdę wtedy miałam maturę i musiałam się uczyć.

Kibitką zapewne?

- Nawet nie można się na takie historie złościć. Czysta abstrakcja. Na szczęście tata też się nie przejął i mogliśmy się z tego pośmiać. Prasy plotkarskiej nie czytam, nie interesuje mnie aż tak bardzo osobiste życie innych ludzi. Lubię natomiast dobre książki biograficzne, bo one pokazują, jak życie zbiega się z artystycznymi wyborami, jak jedno wpływa na drugie - to może być ciekawe. Czytam teraz o Bogarcie, który zaczynał karierę jeszcze w czasach kina niemego. To dla mnie wejście w inną epokę, obcowanie z ciekawą osobowością, coś wartościowego. A śmieciowe, często wyssane z palca newsy - nie, dziękuję.

Ale wiesz, one jednak gdzieś zostają. Przygotowując się do rozmowy z tobą, musiałam przebić się przez całą ścianę informacji o tym, że gdzieś byłaś w za krótkiej sukience, a kiedy indziej zrobiłaś głupią minę. Pod tym znikają rzeczy istotne.

- Bardzo chciałabym się cofnąć do czasów, w których ludzi rozliczało się z czynów i dokonań - poświęciłabym nawet internet, który uważam za fantastyczny wynalazek. Myślę, że gdyby dziś żyli Glenn Miller czy Ella Fitzgerald, to taki plotkarski odbiór ich twórczości - przez pryzmat osobistych zawirowań, a nie artystycznych osiągnięć - dużo by nam popsuł.

Płyta Płyta "Woman in Black", Sasha Strunin (fot. materiały promocyjne)

Na szczęście nawet w dzisiejszym świecie można być Adele - świetną artystką, która nie potrzebuje plotek, by zaistnieć.

- Jest taki mem, który mi się podoba: "W czasach Kim Kardashian, bądź Adele". Gdy wszystko jest na sprzedaż i na wierzchu, to warto się wycofać, robić swoje z zaangażowaniem i talentem. I nie dbać o sławę, rozumianą jako obecność na ściankach, bywanie na imprezach, bycie tzw. celebrytą.

A nie martwi cię, że plotkarskie portale już komentują twój powrót w tonie: "Sasha zatęskniła za ścianką"?

- Taka jest rzeczywistość, to jest nieodłączny element tego świata. Dzisiaj mnie takie rzeczy już tylko bawią, choć gdy miałam naście lat, to bywało, że raniły, przeżywałam je. Czy przytyłam, czy schudłam, w co byłam ubrana i czemu tak brzydko. Teraz patrzę na to z dystansem. Muzyka, którą teraz współtworzę, nie leży w obszarze zainteresowań mediów plotkarskich. Nie włożę kusej spódniczki, żeby ją reklamować. Nie będzie o czym pisać. Nie muszę być wszędzie - to mój świadomy wybór. Świadomość jest fajną rzeczą.

 

Sasha Strunin, właściwie Aleksandra Igoriewna Strunina. Polska piosenkarka rosyjskiego pochodzenia. Urodziła się w 1989 r. w Leningradzie. Jako dziecko wyemigrowała z rodzicami, śpiewakami operowymi, do Polski. Absolwentka Katedry Fotografii na Wydziale Komunikacji Multimedialnej Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. W latach 2005-2008 występowała w zespole The Jet Set, z którym wzięła udział w konkursie Eurowizji. W 2009 roku rozpoczęła solową działalność muzyczną, wydając płytę "Sasha". Obecnie powraca z dojrzałym albumem "Woman in Black", nagranym z jazzmanem Garym Guthmanem.

Kasia Nowakowska. Była naczelna serwisu Foch.pl, felietonistka "Wysokich Obcasów", matka (córeczki - sztuk dwie), kolekcjonerka butów. Jest założycielką (nie)oficjalnego kultu Davida Bowie i współtwórczynią legendarnego "Bachora".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (39)
Zaloguj się
  • errorem

    Oceniono 27 razy 23

    Szanowna Pani Katarzyno,

    dobrze jest, jeśli sprawdza się informacje. Szczególnie te dotyczące CV.
    Pani Sasza Strunina jest nie tylko absolwentką, ale i obroniła dyplom z fotografii.
    Realizując pracę video, o której wspomina w wywiadzie.
    Ale nie na Wydziale Fotografii Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, bo takiego
    wydziału nigdy tam nie było.
    Jest Katedra Fotografii na Wydziale Komunikacji Multimedialnej Uniwersytetu
    Artystycznego w Poznaniu (przed 2008 r. - Akademii Sztuk Pięknych).
    Z poważaniem
    T.B.

  • fidelitka

    Oceniono 24 razy 18

    Byłam na koncercie Gary'ego Guthmana, na którym śpiewała też pani Sasha Strunin. Koncert kapitalny, Guthman to zwierzę sceniczne, kapitalny muzyk. A pani Sasha mu nie ustępowała. Piękna, charyzmatyczna kobieta, doskonały występ.
    Big Brothera nie widziałam, nie interesuje mnie to. Jeśli ktoś uważa, że występ w takim programie komukolwiek uwłacza, to po co, do cholery, ten program ogląda i jak to o nim świadczy według jego kryteriów? Czy może te kryteria są podwójne.
    Brawo za płytę, gratulacje! Mam nadzieję wybrać się na wasz wspólny koncert, bo wiem, że będzie niezłą robotą.

  • foreks

    Oceniono 29 razy 15

    Poznalem ojca Igora Strunin podczas wielogodzinnej podrozy z Wwy. Sensowny, oczytany, ciekawy czlowiek, ktory przez 3h potrafil dyskutowac z detalami z zakonnikiem o Pismie Swietym. Przypadkowa podroz, a wiele dala.

  • login-xyz

    Oceniono 10 razy 10

    Ona jest swietna! Potencjal osobowosci, urody oraz glosu Dziewczyna ma. Jest inna, tak jak jej styl oraz glos. Ma swoj atrybut. Zycze jej naprawde powodzenia. Ale nie wiem, czy w Polsce beda w stanie z niej *cytryne wycisnac*. U nas to kiepsko, niech probuje lepiej w Londynie. Berlin/Hamburg/Köln/Monachium - Niemcy sa polskim artystom bardzo przychylni, czuja kase w biznesie. Mozna naprawde duzo zdzialac. W Polskiej scenie muzycznej za malo pieprzu a za duzo cebuli niestety..

  • white_lake

    Oceniono 10 razy 10

    "Świadomość jest fajną rzeczą."
    za to ostatnie zdanie mam ochotę ją uściskać :)
    w ogóle fajny wywiad z interesującą i rozsądną młodą damą,
    też lubię tamtą epokę i tamte wokale, mam nadzieję, że płyta odniesie sukces, trzymam kciuki!

  • linber

    Oceniono 12 razy 8

    Rozsądna dziewczyna, niezły kawałek. Mam nadzieję, że dobrze się jej kariera potoczy. W każdym razie warto śledzić jej rozwój. A hejt? Zazwyczaj nic nie mówi o osobie hejtowanej i wszystko o hejterze.

  • mark211

    Oceniono 6 razy 6

    Przyjemnie się czyta wywiad z mądrą i inteligentną dziewczyną, która nie dość, że świetnie śpiewa to jeszcze ma coś ciekawego do powiedzenia. Pozdrawiam.

  • krzych.korab

    Oceniono 20 razy 6

    Pani Sasho minie podoba się te piosenka. Chętnie kupię pani płytę. Takimi jak witek7205, prezes_pan i Piotr Wojcuiech nie warto się przejmować. To ludzkie odpady!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX