Longyearbyen

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Tam, gdzie dzień miesza się z nocą. Z wizytą w najdalej wysuniętej na północ ludzkiej osadzie

Kiedy fotografka Dominika Gęsicka dowiedziała się o istnieniu tego miejsca, zarezerwowała bilet, wsiadła do samolotu i wylądowała na Spitsbergenie. W Longyearbyen, najbardziej na świecie wysuniętej na północ ludzkiej osadzie. Tam, gdzie nikt nie zamyka domów, a na spacerze można natknąć się na niedźwiedzia polarnego.

Jakie było twoje pierwsze wrażenie, kiedy wysiadłaś z samolotu w Longyearbyen?

- Najpierw poczułam powiew świeżego i dosyć chłodnego powietrza. Do Longyearbyen, stolicy Svalbardu, czyli norweskiej prowincji w Arktyce, pojechałam pierwszy raz w sierpniu 2015 roku. Nie było bardzo zimno, ale czuło się rześki chłód. Po przylocie wieczór spędziłam, siedząc w oknie, oddychając tym powietrzem i cieszyłam się tym jak dziecko.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

To był też dzień polarny. Na szczęście tak się złożyło, że miałam ze sobą srebrny koc ratunkowy, który nie przepuszcza światła. Doskonale posłużył za zasłonę. Gdyby nie to, byłabym skazana na bezsenność. Od początku pilnowałam, żeby przestrzegać moich normalnych godzin snu. Kiedy słońce świeci cały czas, bardzo łatwo stracić rachubę czasu. Pierwszego dnia bardzo długo odwlekałam wyjście z hostelu. Turyści, których udało mi się wtedy spotkać, mieli już jakiś plan, wykupione wycieczki, a ja kompletnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.

Dokąd najpierw idzie się w takim miejscu jak Longyearbyen?

- Jak już się odważyłam wyjść, poszłam po prostu przed siebie. Zamiast planować, postanowiłam działać intuicyjnie i odkrywać Longyearbyen po swojemu. Zauroczyły mnie domki, wyglądające jakby były zrobione z klocków Lego. Przypomniało mi się wtedy, że w swojej książce "Białe" Ilona Wiśniewska napisała, że to miasteczko wygląda jak z gry "Monopol" i faktycznie tak jest. Domy są bardzo geometryczne, w określonych kolorach, które są z góry narzucone. Muszą to być kolory występujące w naturze, na przykład taki przytłumiony czerwony, niebieski, piaskowy czy czarny ziemisty. Bardzo podoba mi się taki ład architektoniczny. Brakuje mi go w polskim krajobrazie.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Po co pojechałaś akurat do Longyearbyen?

- Przeczytałam książkę Ilony Wiśniewskiej "Białe", w której opisuje między innymi właśnie miejscowość Longyearbyen. Wcześniej nie miałam pojęcia, że istnieje taka ludzka osada na Spitsbergenie. Kojarzyłam to miejsce głównie z polską stacją badawczą w Hornsundzie, wielkimi połaciami lodu i śniegu oraz niedźwiedziami polarnymi. Po przeczytaniu książki czułam, że muszę tam pojechać. Byłam akurat w takim momencie w życiu, że zrobiłam sobie przerwę w pracy zawodowej, spontanicznie kupiłam więc bilet i pojechałam na Spitsbergen. Kompletnie nie wiedziałam, czego mam oczekiwać. I w dodatku była to moja pierwsza podróż w pojedynkę. Same nowości.

Co było dla ciebie na miejscu największym zaskoczeniem?

- Szybki internet (śmiech). Przed wyjazdem obejrzałam filmik na YouTube, w którym autor opowiadał, że chcąc złapać połączenie, dosłownie trzeba wspiąć się na najbliższe wzgórze, stanąć na palcach i jeszcze wyciągać rękę z telefonem. Tymczasem okazało się, że połączenie ze światem jest tam bardzo szybkie. Na Spitsbergenie działa dużo stacji badawczych i NASA chciała mieć dostęp online do ich danych, więc położyli superszybki światłowód.

Zaskoczyła mnie też duża liczba skuterów śnieżnych. Mówi się, że jest ich cztery razy więcej niż mieszkańców, którzy z utęsknieniem czekają na sezon skuterowy. W Longyearbyen są tylko trzy drogi. Jedna prowadzi z centrum w górę do dzielnicy, gdzie są akademiki i hostele - tam się kończy. Druga droga prowadzi do kopalni, a trzecia na lotnisko. I na tym koniec.

Skutery dają wolność, można pojechać, gdzie dusza zapragnie. Ja też pokochałam wyprawy skuterowe, chociaż nie obyło się bez przygód. Raz pomyliłam gaz z hamulcem i zamiast jak najszybciej puścić gaz, to z nerwów przyciskałam go coraz mocniej. Zaliczyłam spektakularny przelot przez stertę kamieni, ale szczęśliwie wylądowałam w zaspie śniegu.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Longyearbyen to bardzo małe miejsce, wszyscy się tam znają?

- Mieszka tam około 2000 osób, ale nie wszyscy się znają. Chociażby z tego powodu, że jest duża rotacja i co roku jedna trzecia mieszkańców wymienia się na nowych. Średni okres zamieszkiwania na Spitsbergenie wynosi od trzech do pięciu lat. Głównie mieszkają tam ludzie młodzi, pomiędzy 25. a 44. rokiem życia. Zdarza się, że ktoś przyjeżdża tylko na wakacje, a zostaje pięć lat, ale bywa też na odwrót - ktoś przyjeżdża z zamiarem osiedlenia się, a ucieka po dwóch tygodniach. To jest takie miejsce, które albo kochasz, albo go nienawidzisz. Ludzie opuszczają Spitsbergen, bo albo wygasa im kontrakt w pracy, albo dochodzą do wniosku, że ich arktyczna przygoda dobiegła końca i jadą szukać szczęścia gdzie indziej.

W Longyearbyen mieszkają przedstawiciele około 40 różnych narodowości. Sporo jest na przykład Tajów. Na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego z 1920 roku członkowie wszystkich krajów, które go podpisały, mogą na tym terenie legalnie przebywać i pracować. Tajlandia była jednym z tych krajów. Tajowie, którzy nie mogą dostać pracy w Europie, a chcą trochę zarobić, mogą jechać na Spitsbergen. Najwięcej jest jednak Norwegów, Szwedów i Rosjan. Są też Polacy, ale jest ich niewielu.

Zaprzyjaźniłam się z parą Polaków, Olą i Sebastianem. Mieszkają tam już cztery lata, pracują na tamtejszym uniwersytecie. Na Svalbardzie działa uniwersytet UNIS - The University Center in Svalbard, gdzie nie ma takich tradycyjnych studiów stacjonarnych, natomiast studenci przyjeżdżają na semestr, czasem dwa. Robią w tym czasie kursy m.in. z zakresu geologii czy biologii. Ola robi doktorat właśnie z geologii, a Sebastian zajmuje się szeroko pojętą logistyką, na przykład organizuje wyprawy skuterowe dla studentów. Wcześniej przez rok byli w polskiej stacji badawczej w Hornsundzie. Żeby było ciekawiej, poznali się na Spitsbergenie, jeszcze zanim pojechali na polską stację.

Są też Polacy, którzy pracują jako pracownicy budowlani. Jeden z nich, Leszek, wydał tomik wierszy.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Jechałaś na Spitsbergen od początku z zamiarem zrobienia cyklu fotografii?

- Nie, po prostu chciałam tam pojechać. Oczywiście zabrałam ze sobą sprzęt fotograficzny i od początku robiłam tam zdjęcia, ale bez konkretnego celu. Pierwszy wyjazd, w sierpniu 2015 roku, trwał dwa tygodnie i był bardziej rozpoznawczy. Przy drugim, w październiku, też jeszcze nie wiedziałam, co dokładnie chcę fotografować, ale dużo rozmawiałam z ludźmi. Odkryłam wtedy, że tamtejsi mieszkańcy często mają za sobą jakieś dramatyczne historie. I Spitsbergen jest trochę takim miejscem ucieczki, sposobem na oderwanie się od codzienności czy historii z przeszłości.

Czasami są to naprawdę dramatyczne przeżycia, takie jak wojna czy śmierć dziecka, czasami "tylko" złamane serce. Izolacja geograficzna Longyearbyen pozwala na zostawienie wielu spraw za sobą. Jakiś czas temu wróciłam z mojej trzeciej podróży tam. Była inna od poprzednich. Przede wszystkim dlatego, że trwała pięć tygodni, więc zdążyłam się w Longyearbyen trochę zadomowić, ale i nieco znudzić. Znudzić w takim sensie, że przestało być dla mnie aż tak egzotyczne, stało się codziennością. I za trzecim razem wiedziałam już, że chcę opowiedzieć o miejscu, do którego się ucieka, a z którego nie tak łatwo się wydostać. Jest to więc pewien rodzaj pułapki. Cykl fotografii, które powstały, nazwałam "This is not real life" ("To nie jest prawdziwe życie").

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Brzmi to jakbyś opowiadała o miejscu oderwanym od reszty świata.

- Nadal trochę tak jest. Longyearbyen jest niezwykłe właśnie z powodu swojego położenia geograficznego i niewielkiej liczby ludzi, którzy tam mieszkają. Jednocześnie jest to normalne miejsce do życia - ze szkołą, sklepami, muzeum, kościołem, służbą zdrowia. Chociaż ta ostatnia jest naprawdę podstawowa. I z tego powodu na operacje lata się do Oslo, podobnie jak na porody. Dwa tygodnie przed rozwiązaniem trzeba udać się do Norwegii, najczęściej do Tromso. Nie jest to kwestia wyboru, tylko wymóg tamtejszej służby zdrowia.

W Longyearbyen nikt się nie rodzi i nikt nie umiera. Oczywiście tylko teoretycznie. Wiadomo, jak to jest z porodami, mogą zdarzyć się wcześniej. Nie można być tam pochowanym, bo z powodu wiecznej zmarzliny ciała nie rozłożyłyby się. Można powiedzieć, za tytułem filmu braci Coen, że "to nie jest kraj dla starych ludzi". Starsze osoby nie mają tam zapewnionych świadczeń czy opieki. Jeśli chcesz mieszkać w Arktyce, musisz być twardy i umieć sam zadbać o siebie.

To dlatego prawie każdy ma w domu broń?

- Ludzie trzymają broń na wypadek spotkania z niedźwiedziem. Poza tym tam prawie nie ma przestępczości. Także policja nie ma zbyt wiele do roboty. Nikt nie zamyka domów ani samochodów. Podobno chodzi o to, żeby każdy w razie potrzeby mógł schować się przed drapieżnikiem.

Policja zatrzymała mnie raz, kiedy jechałam ze znajomymi na skuterach. Chcieli sprawdzić, czy mamy broń na wypadek spotkania z misiem (śmiech). Co ciekawe, właśnie wtedy w oddali pojawił się niedźwiedź i policja użyczyła mi swojej lornetki, żebym mogła go lepiej zobaczyć.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Czy w takiej małej społeczności trudno wtopić się w tłum i robić zdjęcia?

- Nie, co też było dla mnie zaskoczeniem. To znaczy - nie wtapiasz się za bardzo w tłum, bo tam tłumów nie ma, ale przyjeżdża bardzo dużo fotografów zainteresowanych głównie fotografowaniem dzikiej przyrody i zórz polarnych. Powstaje też dużo filmów dokumentalnych o Longyearbyen. Podczas mojego ostatniego pobytu spotkałam dwie ekipy filmowe. Jedną z nich było BBC, które przygotowuje serial dokumentalny o mieszkańcach Longyearbyen. Także wszyscy są tam przyzwyczajeni do ludzi obwieszonych sprzętem fotograficznym czy filmowców. Aczkolwiek mieszkańcy są trochę zmęczeni turystami, którzy potrafią wejść bez pukania do czyjegoś domu albo robić zdjęcia wnętrz domów przez okna. Trzeba więc mieć sporo wyczucia, żeby nie przekroczyć granicy ich prywatności.

Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Powiedziałaś, że mieszkańcy są zmęczeni turystami. To znaczy, że przemysł turystyczny tam kwitnie?

- Do tej pory głównym pracodawcą była kopalnia węgla, ale wkrótce ma zostać zamknięta. Jest sporo zwolnień i w związku z tym dużo ludzi wyjeżdża. Coś trzeba jednak zrobić z rozbudowaną infrastrukturą, więc władze chcą postawić na turystów. Mają między innymi dodatkowo uruchomić loty z Londynu. Poza Longyearbyen turyści odwiedzają też dwie miejscowości rosyjskie: Barentsburg, gdzie jest działająca rosyjska kopalnia węgla i mieszka kilkaset osób, oraz Piramidę, tak zwane ghost city. Tam też kiedyś była kopalnia, a teraz całe miasteczko wypełnia pustka.

Mogłabyś żyć w Longyearbyen?

- Może przez jakiś czas tak. To jest przecież normalne miejsce do życia. Mimo nocy polarnej, dnia polarnego, lawin czy niedźwiedzi. Natura, którą tam można podziwiać, jest naprawdę niesamowita. W Longyearbyen widziałam pierwszy raz w życiu zorzę polarną, i to dokładnie w swoje urodziny. To było 8 marca, kiedy jednocześnie trwało Święto Słońca. Wtedy po nocy polarnej do Longyearbyen, które położone jest w dolinie, wraca słońce. Cała miejscowość gromadzi się na wzgórzu, przy schodach starego szpitala. Dzieci są przebrane za słoneczka i śpiewają "Słońce, słońce pokaż się". I to podobno rzadko się zdarza, że słońce pokazuje się akurat w tym momencie, ale w tym roku udało się. Było to bardzo wzruszające przeżycie. Tuż po zachodzie słońca niebo zaświeciło się na różowo, co w połączeniu z bielą śniegu daje surrealistyczny krajobraz. W nocy była piękna zorza polarna, na niebie tańczyły wstęgi zieleni.

Spitsbergen zorganizował mi świetne urodziny. Ostatniego dnia przed wylotem poszłam na pożegnalny spacer i naszła mnie taka myśl: a może rzucić to wszystko i zostać? Nie odważyłam się jednak. Chyba za bardzo lubię Warszawę. Na pewno jeszcze tam pojadę. To jest takie miejsce, do którego wraca się przez całe życie.

 

Zdjęcia Dominiki Gęsickiej będzie można obejrzeć już wkrótce na wystawie w galerii "Miejsce przy Miejscu" we Wrocławiu (Plac Strzelecki 12). Wernisaż odbędzie się 20 października o godz. 19. Wystawa potrwa do 11 listopada.

Po lewej: Dominika Gęsicka (archiwum prywatne); po prawej: Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)Po lewej: Dominika Gęsicka (archiwum prywatne); po prawej: Longyearbyen (fot. Dominika Gęsicka / zgoda na jednorazowe wykorzystanie w Weekend.Gazeta.pl)

Dominika Gęsicka. Pochodzi z Włocławka, obecnie mieszka w Warszawie. Ukończyła stosunki międzynarodowe na warszawskiej SGH, jest na trzecim roku fotografii w Instytucie Twórczej Fotografii w Opawie. Jest laureatką programu Show Off Miesiąca Fotografii w Krakowie (2014). Otrzymała grant fundacji Ideas Tap oraz agencji Magnum Photos na dokończenie projektu "This is not real life" (2015). Jest finalistką konkursu Lens Culture Exposure Awards (2016). Należy do kolektywu fotograficznego "People You May Know".

Magdalena Gorlas. Absolwentka socjologii. Od lat w trasie między dwoma miastami - Poznaniem i Warszawą. Dziennikarzem bywa, ale stara się to zmienić. Z czasami na często. Publikowała m.in. w "Polityce" i "Wysokich Obcasach".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (23)
Zaloguj się
  • lol76

    Oceniono 28 razy 24

    Niezly tekst ale te zdjecia... Szczegolnie to zdjecie lokalnek arhcitektury...Naprawde nie dalo sie zrobic ladniejszych zdjec? Bylem w Longyearbyen i zabudowa jest przeurocza... na pani zdjeciu jakos to wyglada szaro-buro...

    Jedna rzecz, ktora od razu rzucila mnie sie w oczy... Longyearbyen - ladny i zadbany, piekna gama kolorow, wszystlo jakos sie trzyma kupy i jest urokliwe... Barentsburg (w ktorym zyja Rosjanie i Ukraincy) - straszna zabudowa, wilkie bydynki-straszydla, walace sie domy i ploty; ogolny balagan; jakies dziwne uczucie beznadziei... Podczas gdy w Longyearbyen moglbym spedzic jakis czas swojego zycia, do Barentsburga nigdy juz bym nie chcial pojechac... nawet na chwile...

  • stalker_gw

    Oceniono 11 razy 7

    Nie znam książki, o której mówi p. Dominika, ale znam inną, którą gorąco polecam - "Pod biegunem kwitną kwiaty" Liv Balstad. Autorka to żona jednego z gubernatorów Svalbardu; w pełen humoru sposób opisuje swoje spostrzeżenia o Svalbardzie jako całości, Spitsbergenie jako wyspie i Longyearbyen jako miejscu. Książka ma tylko jedno polskie wydanie z 1957 r. (seria "Naokoło świata", wyd. Iskry), ale warto poszukać jej w bibliotece albo na portalach aukcyjnych. Opisu i opinii można szukać również na Lubimy Czytać.

  • biderus

    Oceniono 12 razy 6

    Ciekawy temat, fajny wywiad a przede wszystkim przepiękne są te zdjęcia !!!

  • grzegorz-g1953

    Oceniono 3 razy 3

    Z tą najdalej wysuniętą na północ osadą to nieco przesada. Nie szukając daleko, na tym samym Svalbardzie, można znaleźć np. Ny Alesund, także osadę z lotniskiem/lądowiskiem, a dalej wysuniętą ma północ.

  • Zenek Nowak

    Oceniono 14 razy 2

    Miejsce... wspaniałe! Ale ta dziecinna pańcia... i te jej "fotografie". :(

  • ania_kozlowska_80

    Oceniono 1 raz 1

    To jest porządny fotoreportaż o podobnej tematyce:

    Najzimniejsze miasto świata na fotografiach Amosa Chapple'a: www.swiatobrazu.pl/najzimniejsze-miasto-swiata-na-fotografiach-amosa-chapplea-31863.html

    Ania

  • rikol

    Oceniono 17 razy 1

    Natura piękna, architektura koszmarna. Mam nadzieję, ze ludzie jednak nie będą się tam osiedlali, bo to oznacza coraz więcej zabijanych niedźwiedzi.

  • jakobhorner

    Oceniono 18 razy 0

    zdjęcia nic ciekawego

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX