Zdjęcie zrobione z ukrycia w stanie wojennym

Zdjęcie zrobione z ukrycia w stanie wojennym ((fot. Tomasz Tomaszewski))

wywiad gazeta.pl

To ona była "Buntownikiem z Warszawy". Wykiwała SB i przemyciła na Zachód wieści z Polski

Za granicą poznali ją jako mężczyznę, ojca Kajtka, męża Anki. Naprawdę była kobietą, matką Maryny, żoną Tomasza. Przemyciła z Polski zdjęcia internowanego Lecha Wałęsy i prawdę o stanie wojennym. Dziś Małgorzata Niezabitowska, dziennikarka, rzeczniczka rządu Mazowieckiego, ujawnia, jak to zrobiła.

Patrzy pani dziś na Wiadomości TVP i...?

- To jest bardzo pouczające, oglądać po kolei trzy wieczorne programy informacyjne. Nasza rzeczywistość jest tam przedstawiana, hmmm... różnie. Ale im trudniejszy czas, tym trudniejszy egzamin z przyzwoitości dla ludzi. W stanie wojennym ludzie "Solidarności" w ogromnej mierze zachowywali się właściwie, a nasz ruch liczył dziewięć i pół miliona członków. Razem z "Solidarnością Rolników Indywidualnych", związkami twórczymi i studenckimi była to zdecydowana większość społeczeństwa, która zdała ten egzamin, wielu wręcz znakomicie.  Ale byli też tacy, co go oblali.

A dziś? Też zdajemy egzamin?

- Od paru miesięcy słyszę ludzi mówiących, że teraz to już jest jak w stanie wojennym. Nie, nie jest. To krzywdzące porównanie.

Dlaczego?

Bo stan wojenny był naprawdę wojenny - czołgi, wojsko i ZOMO na ulicach, brutalne rozbijanie strajków i demonstracji, zabici i ciężko ranni wśród protestujących i strajkujących (np. w kopalni Wujek), tysiące aresztowanych, zawieszenie podstawowych praw publicznych i pełna pacyfikacja mediów. Kraj zamknięty, zakaz opuszczania miejsca zamieszkania, godzina milicyjna, przez pierwszy miesiąc głuche telefony. Mogłabym ten tragiczny obraz kreślić długo, ale chyba wystarczy do porównania z tym, co jest dzisiaj. Co nie znaczy, że wolność i system demokratyczny są dane raz na zawsze. Trzeba tych wartości pilnie strzec.

Małgorzata Niezabitowska przy pisaniu dziennika, tuż przed Sylwestrem 1981 r. (fot. Tomasz Tomaszewski)Małgorzata Niezabitowska przy pisaniu dziennika, tuż przed Sylwestrem 1981 r. (fot. Tomasz Tomaszewski)

Pisze pani w książce o "czasie skur*****ów".

- Ponieważ zwłaszcza w czasach, gdy następuje wielki negatywny przełom, na różnych poziomach, na uczelniach, w mediach, najlepsi odchodzą, nie godząc się na to, co się dzieje lub z tego samego powodu są bezwzględnie usuwani. A na ich miejscach sadowią się miernoty. Karierowicze. Często ludzie zawistni, wyżywający się na tych, którym zazdrościli, a którzy, jak wówczas internowani, bronić się nie mogą.

O tym, jak w stanie wojennym było, opowiada pani książka. Na trzy sposoby.

- Tak, dzieli się na trzy części. W całości zamieszczony jest "Dziennik buntownika z Warszawy", jak zachodnie media nazwały mój regularnie przemycany z  kraju tekst, w którym ukrywałam moich przyjaciół i własną tożsamość, zmieniając się w mężczyznę. Kolejne części to fragmenty prowadzonego równolegle dziennika osobistego, bez kamuflażu oraz opisane już w wolnej Polsce nasze z Tomkiem, moim mężem, i innymi osobami konspiracyjne akcje, które dla dobra w te akcje zaangażowanych musiały wcześniej pozostać w tajemnicy.

Kiedy czytałem pierwszą część, ja, rocznik 1983, przypomniałem sobie opowieść taty, jak to było, kiedy człowiek włączał TV, widział twarz Urbana i szlag go trafiał. Pani dziennik pokazuje tę złość, jaka ludzi ogarnęła.

- Był w nas ból i gniew. 15 miesięcy "Solidarności", mimo ogromnych napięć i trudów dnia codziennego, kiedy w sklepach straszyły jedynie puste półki, było okresem wielkich nadziei i - jak na "obóz socjalistyczny" - wolności. Władze zresztą celowo zaostrzały kryzys żywnościowy, o jego spowodowanie oskarżając związek, aby ludzie zwrócili się przeciw "Solidarności". Lecz to się nie powiodło, choć niewątpliwie skrajnie udręczyło, zwłaszcza kobiety. Jednak bunt kierował się przeciw reżimowi, jak na marszu głodowym w Łodzi, który relacjonowałam. Na ulicę Piotrkowską wyszły tysiące kobiet z dziećmi, niosąc transparenty: "Głodni wszystkich krajów łączcie się!". Była więc nasza wielka wspólna sprawa - "Solidarność", a jednocześnie bieda i jątrzenie. A potem stan wojenny. Najlepsi w więzieniach. Górnicy w "Wujku" - zabici. Okropne poczucie bezsilności. No bo co zrobisz? A z ekranu wylewa się propaganda. Niektórzy nawet pluli na ten ekran.

Małgorzata Niezabitowska w 1989 r.  (fot. Tomasz Wierzejski/AG)Małgorzata Niezabitowska w 1989 r. (fot. Tomasz Wierzejski/AG)

Pani nalepiła swastykę na telewizor.

- Był to prezent, jaki zrobiliśmy sobie w pierwszy dzień Bożego Narodzenia wspólnie z przyjaciółmi, Ryszardem i Elżbietą Bugajskimi, których odwiedziliśmy. Odczuwaliśmy gwałtowną potrzebę wyrażenia naszych uczuć. Natychmiast. No to wycięliśmy swastykę z papieru. Ryś założył opaskę "Solidarności" i kiedy na ekranie pojawiał się przedstawiciel reżimu, pokazywał gest Kozakiewicza, a Tomek fotografował. On wrócił do Polski z Niemiec tuż po ogłoszeniu stanu wojennego, pierwszym pociągiem. Pustym. Celnicy byli zdumieni, po co wracał, pytali.

Miał dobry powód. Panią.

- Przyjechał wieczorem 16 grudnia. Przewiózł przez granicę trzy małe aparaciki fotograficzne.

Jak przewiózł?

- W kroczu. Najlepszy sposób, od zawsze. Poprzypinał. Niewygodne było, ale skuteczne. Zresztą akurat wtedy ci zdziwieni celnicy w ogóle go nie kontrolowali.

Oboje wiedzieliśmy, że wokół Polski władze zrobiły pełną blokadę informacyjną, bo prawdy reżim bał się najbardziej. Toteż postawiliśmy sobie cel - tę prawdę opisywać i pokazywać. Od 13 grudnia zaczęłam prowadzić dziennik, żeby przeciwstawić się wszech głoszonemu kłamstwu. Na przykład takiemu jak to, że "Solidarność" miała plan wymordowania funkcjonariuszy milicji i bezpieki wraz z rodzinami. Ciekawe czym mieliśmy ich wymordować. Podczas rewizji w siedzibie regionu Mazowsze znaleziono jedną, zdobytą prawdopodobnie wcześniej przypadkiem, milicyjną pałkę. Pokazywano to "narzędzie zbrodni" z lubością w "Dzienniku Telewizyjnym". Oni nas chyba wszystkich uważali za idiotów.

A wracając do naszej pracy. Pierwszej nocy po powrocie Tomek wyciął dziurkę na obiektyw w mojej futrzanej rękawiczce, umieścił tam aparat i rano poszliśmy na miasto, żeby fotografować. To było zabronione pod karą 5 lat więzienia.

Tomasz Tomaszewski przygotowuje kamuflaż na aparat fotograficzny, przeznaczony do robienia konspiracyjnej dokumentacji na ulicach 'wojennej' Warszawy (fot. Małgorzata Niezabitowska)Tomasz Tomaszewski przygotowuje kamuflaż na aparat fotograficzny, przeznaczony do robienia konspiracyjnej dokumentacji na ulicach "wojennej" Warszawy (fot. Małgorzata Niezabitowska)

Jak się człowiek czuje, mając w dłoni ten aparacik i wiedząc, że jak złapią, to najpierw pałą, a potem do więzienia...?

- Adrenalina załatwia sprawę.

Nie każdy by się odważył.

- To już nie mnie mówić. Uważam zresztą, że w takich czasach nie można od nikogo wymagać czynów heroicznych. Wymagać należy przyzwoitości. Wtedy bierny opór w społeczeństwie był masowy, i to było bardzo cenne. My mieliśmy dwuosobową rodzinną komórkę oporu i stały kanał przerzutowy na Zachód, co było zupełnie wyjątkowe i stanowiło dla nas ogromne zobowiązanie, żeby przedstawiać jak najwięcej.

Ryzykowaliście. Przecież mieliście małe dziecko.

- Nasza córeczka Maryna, wówczas trzyletnia, w książce występuje w dwóch postaciach - w "Dzienniku buntownika" jako chłopiec, Kajtek, a w osobistym jako ona sama. Opisuję, na przykład, że stoję z Kajtkiem - w rzeczywistości z Maryną - w Łazienkach i myślę o tym, że się boję, oraz o tym, jak błyskawicznie małe dziecko przyswoiło sobie nazewnictwo stanu wojennego i zrozumiało takie pojęcia, jak np. jak godzina milicyjna.

Najbardziej wstrząsające było dla mnie, kiedy Maryna przyszła z karteczką, na której "napisała" -  jak objaśniła - list rycerza. I "czyta": "Wolno jeść chleb, wolno wychodzić na ulicę". Sama wymyśliła coś takiego. Więc w dzienniku, który miało przeczytać wielu ludzi, przyszedł z karteczką Kajtek.

No a gdyby nas złapali na akcji, zostałaby sama z dziadkiem, moim ojcem.

Czołg na ulicy Cietrzewia we Włochach, 16 grudnia 1981. Zdjęcie zrobione z ukryciaTransporter opancerzony na ulicy Cietrzewia we Włochach, 16 grudnia 1981. Zdjęcie zrobione z ukrycia, spod kożucha (fot. Małgorzata Niezabitowska)

To nie był łatwy wybór.

- Na szczęście ojciec bardzo nam pomagał stworzyć dla małej w miarę możliwości ciepłe, rodzinne warunki. Była ukochana wnusia i ukochany dziadek.

A my się pilnowaliśmy i działaliśmy maksymalnie zawodowo, w czym również pomógł nam ojciec, opowiadając, jak wyglądała konspiracja podczas wojny w AK. Dom generalnie musiał być "czysty", wynosiliśmy trefne materiały, a te bieżące trzymaliśmy w skrytce, którą Tomek  przemyślnie skonstruował w kolumnie głośnikowej. W momencie samej akcji byliśmy skoncentrowani, skupieni. Napięcie, adrenalina. Fotografowanie z rękawiczki było dla nas novum. Zdjęcie robiliśmy z brzucha, o tu (Niezabitowska pokazuje, jak trzymała ukryty aparat, by nie wzbudzić podejrzeń milicjantów). Obiektyw był w dziurce. Przysłona zablokowana na stałe. I uczyliśmy się tak robić zdjęcia. Każdy krok zmieniał położenie ręki. Z pierwszych zdjęć wywołaliśmy np. kadry z samymi nogami lub czubkami drzew, potem było coraz lepiej. Dzień po dniu wychodziliśmy w miasto, śmieliśmy się, jak do zwykłej pracy. I udawaliśmy... Nie, nie udawaliśmy, my byliśmy zakochaną młodą parą. Co ułatwiało nam demonstrowanie tego zakochania, a pod jego pozorem fotografowanie, gdy zomowcy i milicjanci myśleli, że jesteśmy zajęci tylko sobą. Jedno z nas było zawsze czujką. Patrzyło wokół  i pod nogi, gdy drugie wykonywało zdjęcie. Tym bardziej uważaliśmy, że miałam dowód osobisty z wpisanym miejscem pracy.

"Tygodnik Solidarność". Czyli jak złapią...

- To będzie bardzo, bardzo źle. Do radiowozu i nie wiadomo, co dalej.

Czego się pani najbardziej bała?

- Bicia. Bałam się bicia. W prywatnym dzienniku dałam temu wyraz. Przecież jeśli złapią, to będzie śledztwo. I może będą bić. A ja nie wiem, czy bicie wytrzymam. Chcę wytrzymać. Powtarzam sobie, jeśli to się zdarzy, musisz wytrzymać. Ale przecież nie mogę być pewna, jak zareaguję, kiedy zaczną mnie tłuc. Dlatego tak uważałam w obu dziennikach, żeby nie tylko nikomu nie zaszkodzić, ale nawet nie dać poznać, że mam taką wiedzę, którą  w razie wpadki mogliby ze mnie próbować wydobyć.

No ale nie złapali. Dlatego "Buntownik z Warszawy" mógł ukazywać się drukiem.

Dzięki pewnemu Francuzowi.

- Oczywiście chcieliśmy nasze materiały przekazać na zewnątrz, na Zachód, ale z początku nie było jak. Zero możliwości. Co nie zmieniało faktu, że codziennie przez wiele godzin pisałam, a dokładnie nocami. Aż nadarzyła się okazja, a właściwie cud. Tuż po Bożym Narodzeniu przyjechał do nas zaprzyjaźniony francuski dyplomata Olivier de la Boume. Mądry, odważny człowiek. Od progu powiedział, że zgubił ubecki ogon, więc nasz kontakt nie został namierzony. To było niezwykle ważne, gdy po krótkiej rozmowie, kiedy opowiedzieliśmy mu, czym się zajmujemy, zgodził się nasze zdjęcia i teksty przekazywać do Francji w poczcie dyplomatycznej. Pięknie to o nim świadczy. Gdyby władze odkryły jego działalność, byłby dyplomatyczny skandal, a on zostałby wydalony z Polski.

Jeden z materiałów napisanych przez Jeden z materiałów napisanych przez "Buntownika z Warszawy" (fot. Tomasz Tomaszewski)

Jak odbywało się przekazanie materiałów?

- Spotykaliśmy się w kawiarni niedaleko francuskiej ambasady. Ja przychodziłam "czysta", moich stróżów, jeśli mi towarzyszyli, zostawiałam w "przechowalni",  jak nazywaliśmy  kamienice lub podwórza z wyjściem na drugą ulicę. Starałam się też zmienić, przebierałam, włosy ukrywałam pod chustką lub czapką. Oliviera, całkiem jawnie, choć z pewnej odległości, eskortowali esbecy, mieliśmy więc zaledwie sekundy, aby, nim wejdą za nim, przekazać i schować kopertę z negatywami i mikrofilmami mojego dziennika. Działo się to w wiatrołapie kawiarni. Olivier wchodził, ja wychodziłam, przez moment byliśmy dla nikogo niewidoczni. Działaliśmy z maksymalną precyzją. Czułam się prawie jak James Bond. Z tą różnicą, że to nie był film, tylko moje życie i w razie wpadki kwalifikacja jednoznaczna - szpiegostwo, w którym najniższy wymiar kary wynosił 10 lat.

"Dziennik Buntownika" jest niezwykle emocjonalny, to nie jest zwykły tekst prasowy.

- Wybrałam formę dziennika, bo chciałam nie tylko pokazać autentyczne wydarzenia, ale i poruszyć czytelników, wstrząsnąć nimi, aby gdzieś tam w Europie współodczuwali nasz dramat.  Żeby wolni zrozumieli pozbawionych wolności. Syci - głodnych. Mający dostęp do wszelkich rozrywek - cierpiących nudę. Tak, nudę, bo do tego w stanie wojennym zrobiła się jeszcze potworna, sowiecka nuda. Teatry pozamykane, a po otwarciu rewizja repertuaru, tak samo kina, prasa, gdy pozwolono wydawać, ściśle cenzurowana. Nie było co robić. Dlatego tyle dzieci się później urodziło.

Teraz, po latach, gdy przeczytałam swoje zapiski, nigdy wcześniej nie wydane, okazało się, że ta ich opisowość nabrała wartości. Wyrosły przecież dwa pokolenia Polaków, które o stanie wojennym wiedzą tyle, co wtedy ci na Zachodzie - mało lub wcale, a starsi z powodu upływu lat wiele zapomnieli. Dlatego postanowiłam wydać dziennik, bo stan wojenny należy przywrócić naszej zbiorowej świadomości.

Pisze pani o tym, jak zazdrościła rodzicom "doświadczenia pokoleniowego", jakim była walka z wrogiem w czasie wojny, w AK i w konspiracji.

- A ojciec mi mówił: Tak, doświadczenie wielkie, sprawa szlachetna, lecz cena straszna - zniszczenie, śmierć. Ale mimo wszystko mu zazdrościłam tej wielkiej sprawy.

Takim doświadczeniem stał się dla pani stan wojenny.

- Przede wszystkim "Solidarność" - doświadczenie pozytywne. A potem stan wojenny i konspiracja, która była dla mnie czymś naturalnym. Wychowano mnie bowiem na historii mojej rodziny, tych powstańców, żołnierzy, legionistów. Teraz przyszła moja kolei, uważałam.

Widzę w dzisiejszych moich rówieśnikach i młodszych osobach tęsknotę za takim doświadczeniem. I bardzo nie chcę, żebyśmy podobne musieli przeżyć.

- Pamiętam, jak w latach 90. moja nastoletnia córka żaliła się: Mamo, wy mieliście swoją wielką sprawę. Mieliście "Solidarność", potem podziemie, walkę z reżimem. A my nic. Jest miło, dobrze, ale nie mamy wielkiej sprawy. W każdym pokoleniu drzemie pragnienie nie tyle żeby pójść na wojnę - o tym marzy ekstrema - ale żeby mieć to wspólne, mocne doświadczenie. Rozumiem to doskonale. Największe emocje, utożsamienie, zjednoczenie ze sprawą i z milionami ludzi przeżyłam w 1980 i 1981 roku. Paradoksalnie w 1989 roku już nie było takiego nastroju, chociaż była to bezkrwawa przemiana ustrojowa, która się pozytywnie skończyła.

Dziś wielu kwestionuje to, czy pozytywnie. Nie umiemy zobaczyć wielkiego celu naszego pokolenia w żmudnej, nudnej pracy organicznej na rzecz doprowadzania Polski do stanu używalności po PRL-u.

- A pole do działania jest ogromne. Może nim być przeciwdziałanie demagogii, ksenofobii, postawom radykalnym, ekstremistycznym. Dla mnie, człowieka "S", to, co się obecnie dzieje, jest bolesne. Polaryzacja między Polakami jest ogromna. I się pogłębia. To już jakiś Rów Mariański. W stanie wojennym podział był zupełnie inny. Byliśmy "my" - niemal cały naród i byli "oni" - partia, SB, milicja, ludzie reżimu. Dlatego nie zapomnę Jarosławowi Kaczyńskiemu słów na temat opozycji: "My stoimy tam, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO". A ja pamiętam, jak w nocy transportery opancerzone przyjechały na naszą ulicę. Było strasznie - nie wiedzieliśmy, czy to "nasi", czy "Ruskie". Rano się okazało, że mówią polszczyzną nie do podrobienia. Najpierw ludzie bali się wyjść z domów, ale w końcu wyszły ciekawskie dzieci. Potem kobiety. Potem mężczyźni. I zaczęło się bratanie, bo żołnierze byli zmarznięci, nic ciepłego nie jedli od wielu dni. Kobiety przyniosły herbatę, potem zupę. Nawet Marynę moją jakiś żołnierz na sankach ciągnął. Sceny jak z pacyfistycznego filmu. Ja fotografowałam z ukrycia sama, bo Tomek jeszcze nie wrócił z Niemiec. A w mojej głowie było pytanie, czy to oni pacyfikowali wcześniej Hutę Warszawa.

Zdjęcie zrobione przez dziurkę w rękawiczce. Posterunek w Warszawie, zaopatrzony w koksownik, aby milicjanci i żołnierze mogli się ogrzać i zjeść posiłek. (fot. Tomasz Tomaszewski i Małgorzata Niezabitowska)Zdjęcie zrobione przez dziurkę w rękawiczce. Posterunek w Warszawie, zaopatrzony w koksownik, aby milicjanci i żołnierze mogli się ogrzać i zjeść posiłek. (fot. Tomasz Tomaszewski i Małgorzata Niezabitowska)

Przypominam sobie również mszę w Bydgoszczy, jeszcze za legalnej "Solidarności" w 1981 roku, gdy po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat obchodziliśmy 3 maja. Porywająca homilia biskupa Michalika o wolności. I potem 300 tysięcy ludzi, którzy się zgromadzili, śpiewających "Rotę" i "Boże, coś Polskę". Dla takich chwil warto żyć. To poczucie solidarności było fantastyczne. To byliśmy właśnie my.

Zazdroszczę pani tego poczucia solidarności, bo teraz go mało. Co my z tą solidarnością zrobiliśmy?

- Ta z dużej litery, ta moja, nie roszczeniowy związek zawodowy, tylko ten wielki niepodległościowy ruch nie rozwiązał się na początku lat 90. A szkoda, bo wówczas przetrwałby w historii i w pamięci w swojej najlepszej formie. A tak skarlał, rozmieniony na dobre.

Ilustruje to sytuacja Lecha Wałęsy. Człowiek, który w 1980, 1981 i 1989 roku był fetowany jako bohater, dziś jest dla jednych zasłużonym emerytem, dla innych śmiesznym starszym panem, dla innych zdrajcą ps. "Bolek".

- Był, niestety, lepszym przywódcą związkowym niż prezydentem. Ta wielka postać w późniejszych latach z różnych powodów zaczęła tracić swoją charyzmę i wielkość. Ale wtedy, w najtrudniejszym czasie, był naszym przywódcą.

W książce wspomina pani czas, gdy był twardy i nie dał się złamać.

- Bardzo chcieliśmy dotrzeć do Lecha, trzymanego od 13 grudnia w całkowitej izolacji i odosobnieniu, aby pokazać, że się nie ugiął. To było bardzo ważne, wręcz bezcenne. Dlatego gdy udała się brawurowa akcja z przemyceniem przez brata Lecha aparatu, robieniem mu zdjęć i potem przerzuceniem ich na Zachód, byliśmy z Tomkiem tak szczęśliwi. Cały świat i Polacy zobaczyli  podniesioną w górę pięść i znak zwycięstwa naszego przywódcy. Te fotografie znalazły się na 90 okładkach w różnych krajach w jednym tygodniu. To była breaking news we wszystkich telewizjach.

Internowany Lech Wałęsa. Zdjęcie z oryginalnego negatywu. Fotografia: Stanisław Wałęsa we wspólnej akcji z Małgorzatą Niezabitowską i Tomaszem TomaszewskimInternowany Lech Wałęsa. Zdjęcie z oryginalnego negatywu (Fotografia: Stanisław Wałęsa we wspólnej akcji z Małgorzatą Niezabitowską i Tomaszem Tomaszewskim)

A musieliście ukrywać, że to wasza robota.

- Wszyscy mówili:  Jak oni to zrobili?". I my z Tomkiem, z pokerowymi twarzami, też powtarzaliśmy: "No jak oni to zrobili?", chociaż rozpierała nas radość i duma. Ale  nie opowiedzieliśmy nikomu. To była żelazna zasada, której się trzymaliśmy.  Szkolił nas wcześniej, jak już mówiłam, ojciec. Najlepszy jest łańcuch dwójkowy. Jeśli dwie osoby wiedzą o sprawie, to w razie najgorszego jest jasne, kto wydał. Tak było w AK. Jak jest więcej kandydatów, zaczynają się wątpliwości. Często mnie potem pytali, dlaczego to wszystko ujawniłam dopiero w wolnej Polsce. Właśnie dlatego. Żeby nikomu nie zaszkodzić i samej móc działać dalej.

Tym bardziej że zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego miała pani spotkanie z ubecją.

- Miałam przesłuchanie.

W dzienniku nie ma o tym słowa.

- Wszystko opisałam w książce "Prawdy jak chleba". Sprawa została wyjaśniona. A sąd potwierdził, że mówię prawdę.

Po latach okazało się, że bezpieka fabrykowała nieistniejących tajnych współpracowników w oparciu o donosy innych na tego, z którego chciano zrobić współpracownika.

- Lub z podsłuchów.

Takie zeznania są w aktach sądowych pani procesu lustracyjnego. Oficer bezpieki opisuje, jak właśnie w ten sposób sfabrykowano materiały rzekomo "obciążające" panią. Nie boi się pani, że ktoś zacznie kopać przy prawdzie o pani?

- Nie boję się. Sama wniosłam o autolustrację, a potem ujawniłam wszystko. Każdy może zobaczyć na mojej stronie internetowej, jak fabrykowano na mnie materiały. I głęboko wierzę, że teraz, gdy ktoś przeczyta dzienniki pisane wówczas, na gorąco, nie tylko pozna moje ówczesne myśli i emocje, ale też zrozumie, czym była dla mnie informacja o wyrobionych na mnie papierach. Pojmie mój ogromny ból i równie wielką determinację w walce o prawdę. Na kartach tej książki jestem prawdziwa ja. Jak się zachowywałam, co myślałam, co robiłam.

Okładka książki M. Niezabitowskiej i okładka tygodnika Okładka książki M. Niezabitowskiej i okładka tygodnika "La Vie", anonsująca publikowany w tym numerze "Dziennik buntownika z Warszawy" (fot. Tomasz Tomaszewski)

Książka Małgorzaty Niezabitowskiej "W twoim kraju wojna" ukazała się właśnie nakładem ośrodka Karta.


Małgorzata Niezabitowska. Autorka książek, dziennikarka, przed stanem wojennym reporterka "Tygodnika Solidarność", po upadku komunizmu rzeczniczka pierwszego po wojnie niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Uhonorowana nagrodami im. Ireny Sendlerowej i Czesława Miłosza. Otrzymała też - od weteranów bitwy - Medal Monte Cassino.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze i Instagramie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (270)
Zaloguj się
  • bialyrasizm

    Oceniono 231 razy 185

    EE ten stan wojenny to jakaś niegroźna popierdółka była.
    Teraz to dopiero mamy prawdziwy stan wojenny - totalitaryzm, brunatne bojówki na ulicach, zamach na media, zamach na sądownictwo, faszyzm, polowania na osoby o innych poglądach, brutalne pobicia na pogrzebach, likwidacja teatrów, palenie kukieł żydów, dyktaturę pedofilską... Czytam Wyborczą to wiem.
    Niech ta pani nie robi z siebie mazgaja i męczennicy, bo 1981 przy dzisiejszych czasach to były wczasy.

  • zuuuraw

    Oceniono 239 razy 183

    Kretynka, nie umie słuchać ze zrozumieniem i jeszcze sie tym chwali !
    Jaro nie powiedział, że wszyscy którzy sa przeciwko PiS stoja dziś tam gdzie stało ZOMO, miał na mysli tych dawnych opozycjonistów, którzy bronią obecnie starego układu i tego co po nim zostało. Tych 'opozycjonistów" , w tym prezydenta wolnej RP Komorowskiego, widzieliśmy na fetowaniu truchła sowieckiego generała w polskim mundurze, Jaruzelskiego. To ci "opozycjoniści", jak Michnik, walczyli w sejmie wolnej RP o pozostawienie majątku PZPR, płatnej agentury sowieckiej, to oni zwalczali lustrację mogącą oczyścić Polskę z raka komunizmu. Oni dalej stoją tam gdzie stało ZOMO, oni i ci wszyscy którzy się z nimi utożsamiają.

  • schneckenkorn

    Oceniono 75 razy 13

    Dokładnie takie skuwysyny, o jakich mówi Niezabitowska, rządziły w latach 2007-2015.

  • kapitan_popczyk

    Oceniono 51 razy 13

    TW "Nowak" chrzani i wakacje Wałęsy w Arłamowie to było to internowanie. Proponuję poszukać na YT "Rozmowa z bratem".
    No, z jednym mogę się zgodzić. Żołnierze służby poborowej mieli głęboko w d stan wojenny i na szczęście nie próbowano ich wykorzystać jak w roku 1970. Tym razem robiła to ZOMO i w ogóle MO. Na widok milicjanta ludzie dostawali wścieklizny a na widok żołnierza współczuli i przynosili czasami żarcie.

  • representation1

    Oceniono 46 razy 12

    Żałosna kobieta
    --------------------
    Prawdziwy wytwór michnikowszczyzny i grubej kreski.
    To dzięki grubej kresce Mazowieckiego i rządom niekompetentnego nieuka Wałęsy Polska została zabetonowana przez komunistów Kwaśniewskiego na 10 lat.

  • roy_cohn

    Oceniono 71 razy 11

    Bu ha ha ha - kontestowana wynegocjowana układowa opozycja "oficjalno KORowska" z waszym Boleczkiem na czele tak walczącym dzielnie podczas internowania:
    "W okresie internowania skonsumował samotnie lub w towarzystwie osób odwiedzających: spirytus - 2 but., wódka - 289 but., wino - 158 but., winiak i koniak - 59 but., szampan - 238 but., piwo - 1115 but."

  • aqua

    Oceniono 53 razy 11

    Taka ich złość na reżym Jaruzelskiego ogarnęła że zrobili z Jaruzelskiego, Kiszczaka ludzi honoru, a Urban intelektualista przyjaźnił się z intelektualistą Adasiem.. nędza.

  • kkes

    Oceniono 83 razy 11

    Dramat. Cóż za nieludzkie warunki byłt w tym Arłamowie. Ktos kto przebywał w tych obskórnych to prawdziwy bohater, a zdjęcia z ukrycia ze środka ulicy czy przez dziurke od rękawiczki MIAŻDŻĄ

  • elbertson

    Oceniono 76 razy 10

    a pózniej zamiast socjalizmu z ludzką twarzą zobaczyliśmy mordę kapitalizmu bo buntownicy dobrali sie do konfitur

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX