Nick Cave

Nick Cave (fot. Kerry Brown / materiały prasowe)

wywiad gazeta.pl

Film o nieobecności. Nick Cave opowiada o traumie po śmierci nastoletniego syna

Mieliśmy z Nickiem umowę: ja mogę kręcić, co chcę, ale on może wyciąć, co chce. Było wiele takich scen, które chciał usunąć. Ale kiedy to zrobił, okazało się, że ?One More Time with Feeling? nawet bez nich jest dla niego bolesny - mówi reżyser Andrew Dominik, przyjaciel Cave'a, którego muzyk poprosił o stworzenie filmowego portretu swojej żałoby.

15-letniego Arthura Cave'a znaleziono wieczorem, 14 lipca 2015 roku, w okolicach Brighton. Spadł z klifu o wysokości 18 metrów. Chłopak był w ciężkim stanie. Przechodnie udzielili mu pierwszej pomocy, helikopterem został przetransportowany do miejskiego szpitala, gdzie zmarł.

Wiadomość o śmierci syna dotarła do Nicka Cave'a, kiedy wraz z zespołem The Bad Seeds pracował nad płytą "Skeleton Tree". Tragedia, która dotknęła muzyka, wpłynęła na ostateczny kształt tego albumu. Krążek trafił niedawno na sklepowe półki, a w kinach na całym świecie przez jeden dzień wyświetlano film Andrew Dominika, przyjaciela Cave'a, którego muzyk poprosił, by przez pół roku towarzyszył mu z kamerą. Wierzył, że dzięki temu łatwiej mu będzie przeżyć żałobę.

Kadr z filmu  title=Kadr z filmu Kadr z filmu "One More Time with Feeling" (fot. materiały prasowe)

Artur Zaborski: Czym różni się "One More Time with Feeling" od innych dokumentów o Nicku Cave?

Andrew Dominik: - Tym, że inne powstały po to, żeby podbić sprzedaż jego płyt. I tym, że były zrobione przez reżyserów, którzy sami chcieli je zrobić.

Pan nie chciał pracować nad tym projektem?

- To Nick Cave w grudniu ubiegłego roku poprosił mnie, żebym nakręcił ten film. Zaledwie dziewięć miesięcy później obraz trafił do kin. Musieliśmy pracować w takim tempie, bo tylko tempo wymusza podjęcie natychmiastowych decyzji. A ten film był tak osobisty i dotykał tak trudnego tematu, że trzeba było działać instynktownie. Rejestrowaliśmy przecież proces żałoby i traumę Nicka Cave'a po stracie 15-letniego syna Arthura.

Kadr z filmu  title=Kadr z filmu Kadr z filmu "One More Time with Feeling" (fot. materiały prasowe)

Dlaczego to pana Cave wybrał na reżysera?

- On zna wielu filmowych twórców. Z Johnem Hillcoatem jest właściwie bliżej niż ze mną. Ale przez to John jest bardziej emocjonalnie związany ze śmiercią Arthura niż ja. Podejrzewam, że właśnie dzięki temu, że mam do tego tematu większy dystans, Nick zdecydował się na mnie.

Jak dobrze się znacie?

- Jesteśmy kumplami od ponad trzydziestu lat, przyjaźnimy się od dziesięciu. Zacząłem go częściej widywać, kiedy Arthur zmarł. Ale nie byłem wyjątkiem - wpadało mnóstwo osób, wszyscy chcieliśmy mu jakoś pomóc. Pomysł na film jest wynikiem tych spotkań. Nick wiedział, że lada moment wyjdzie jego nowa płyta. Nie mógł sobie wyobrazić siebie w tradycyjnej akcji marketingowej. Nie w tym stanie, w jakim się znajdował.

Czego chciał uniknąć?

- Kontekstem nowych nagrań jest śmierć Arthura. Nie chciał rozmawiać o niej z ludźmi, których nie znał. Musiał mieć pewność, że to, z czego się zwierzy, nie zostanie wykorzystane przeciwko niemu, nie posłuży jako materiał do skrzywdzenia go. Prasa brukowa zrobiłaby z tego pożywkę, tanią sensację. Tak zresztą stało się po tym tragicznym wydarzeniu. Dlatego Nick postanowił opowiedzieć o tym przed kamerą, bo przed nią, w obecności bliskich ludzi, mógł się otworzyć.

I otworzył się?

- Kręciliśmy przez sześć miesięcy i dotarliśmy naprawdę głęboko. Każdy, kto kogoś traci, jest w różnych fazach szoku. U Nicka doskonale było widać, jak jedna faza przechodzi w drugą. W styczniu mówił o Arthurze zupełnie inaczej niż w kwietniu.

Co się zmieniło?

- W styczniu Nick nie był w stanie mówić o synu inaczej, jak tylko w abstrakcyjny sposób. Arthur nie był osobą, nie był podmiotem, człowiekiem, tylko był kontekstem nowych piosenek i tekstów. Nie było szans na to, żeby mówił o nim inaczej. Trauma, w której był, trzymała go w garści.

W kwietniu było już inaczej. O nieżyjącym synu mówił w kontekście nieobecności. Rozliczał się z tymi wszystkimi powiedzeniami w stylu: "On żyje w mojej pamięci", "On żyje w moim sercu". Nick temu zaprzeczał: mówił, że Arthur cały czas jest w jego sercu i pamięci, ale nie żywy, tylko martwy.

Jak się czuł przed kamerą?

- Nie było mowy o komforcie, ale on jest teraz w stanie, który nie pozwala mu spojrzeć na rzeczywistość racjonalnie. Jak sam mówi, niby nic nie jest OK, ale z drugiej strony - wszystko jest OK. Niby zawalił się jego świat, ale życie przecież toczy się dalej. On wciąż trwa, inni ludzie tak samo.

Nick ma w sobie instynkt, który każe mu przepracowywać emocje i doświadczenia poprzez nadawanie im narratywnej formy. On musi sobie opowiedzieć historię na temat tego, co się wydarzyło. Inaczej sobie nie poradzi z żalem ani żałobą. W tym sensie można przekonać się, że Nick jest artystą sensu stricto. Kiedy Arthur zmarł, natychmiast potrzebował tak działać. Dlatego wrócił do pracy nad nową płytą i zdecydował się na ten film.

I to mu pomogło?

- Nie sądzę, by to dało mu specjalne ukojenie, ale na pewno po pracy nad dokumentem jest mniej straumatyzowany, niż był przed jej rozpoczęciem. Leczy się, a leczenie wymaga czasu. Poza tym pamiętajmy o tym, że życie Nicka nie było dotąd tragiczne. On był zawsze otoczony miłością. Sam zresztą jest osobą, której miłość się po prostu czuje. Nie znam drugiego takiego jak on ojca i partnera. Jego bliscy są obdzielani przez niego uczuciami na każdym kroku. W związku z tym strata Arthura była dla niego katastrofą. Z czegoś takiego nie można się pozbierać od razu. Ale on, jako artysta i człowiek refleksyjny i rozumny, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że smutek jeszcze bardziej uwydatnia radość, której doświadczasz w życiu.

Nick patrzy teraz na świat inaczej?

- On nigdy sobie nie pozwolił na to, żeby patrzeć na rzeczywistość z jednej perspektywy. Wielokrotnie o coś kłóciliśmy się rano, po czym po południu on przyznawał mi rację. Nick tak właśnie działa. Jest bardzo otwarty, ciekawy i nieortodoksyjny. Nie ma dla niego jednej prawdy, jednego właściwego sposobu patrzenia na świat.

W filmie uderzyła mnie ostatnia scena, w której pojawia się niesławny klif, gdzie Arthur zakończył życie. A także to, że Arthur w filmie w ogóle się nie pojawia.

- Jest jedno jego zdjęcie, nic więcej nie było potrzebne, bo to film o nieobecności. Natomiast klif musiał się w filmie pojawić, bo za każdym razem, kiedy ja i ekipa myśleliśmy o śmierci Arthura, wyobrażaliśmy sobie klif. Tak właśnie malował się obraz śmierci w naszej głowie: nie jako abstrakcja, nie jako personifikacja, tylko jako miejsce. Po pogrzebie często chodziliśmy tam z Susie, żoną Nicka.

Pamiętam, kiedy pojawiłem się tam po raz pierwszy. To było niesamowite doświadczenie zmierzyć się z miejscem, które sobie wyobrażałem jako groźne, nieprzyjacielskie, mroczne, a okazało się piękne, majestatyczne, malownicze. Chciałem umożliwić widzom taką konfrontację poprzez pokazanie im tego miejsca. Założę się, że większość z nich przeżyła to samo, co ja. Oczywiście Nick chciał tę scenę usunąć z filmu.

Dlaczego została?

- Mieliśmy z Nickiem umowę: ja mogę kręcić, co chcę, ale on może wyciąć, co chce. Było wiele takich scen, które chciał usunąć. Ale kiedy to zrobił, okazało się, że "One More Time with Feeling" nawet bez nich jest dla niego tak samo bolesny. Przywrócił więc je wszystkie.

On bardzo tego filmu potrzebował także z tego powodu, że dzięki temu mógł spojrzeć na siebie czyimiś oczami. Kiedy zabrał się do montażu i usuwania scen, wtedy uświadomił sobie, że nie patrzy już na siebie czyimiś, w tym przypadku moimi, oczami, tylko na powrót swoimi. Dlatego wszystkie te sceny przywrócił.

Kadr z filmu One More Time with Feeling (fot. materiały prasowe) title=Kadr z filmu One More Time with Feeling (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "One More Time with Feeling" (fot. materiały prasowe)

Dlaczego zdecydował się pan na 3D i czarno-biały obraz?

- Bo opowiadam o czymś abstrakcyjnym. Ten film jest o stracie i nieobecności, a ich nie można sobie zwizualizować. W kolorze widz skupiałby się na ubraniach Nicka i jego rodziny, na wnętrzu jego domu, na detalach i przedmiotach z jego otoczenia. Bez tego skupia się na twarzy, która w tym filmie jest najważniejsza. Celem było zbliżenie oglądających "One More Time with Feeling" do emocji i przeżyć Nicka, a nie do tego, jak on żyje. To nie jest film lifestyle'owy. Nie było więc mowy o tym, by opowiadać tutaj narracyjną historię. Od początku o tym wiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, co kręcę.

To dlaczego zdecydował się pan wziąć udział w projekcie?

- Brak kontroli, co w przypadku reżysera takiego jak ja jest czymś zupełnie nowym. Niezwykle mnie możliwość zakosztowania czegoś takiego na planie pociągała. Kiedy kręci się duży film fabularny, wtedy wszystko musi być zaplanowane: kolejność kręcenia scen, zastępstwa, plan B na wypadek złej pogody - wszystko musi być pod kontrolą. To bardzo stresujące. Tutaj nic nie było zaplanowane. Nie wiedzieliśmy, co kręcimy. To było fantastyczne doświadczenie.

Dlaczego film na całym świecie jest wyświetlany tylko przez jeden dzień?

- Bo jestem perwersyjny (śmiech). To nie jest film dla szerokiej publiczności, tylko dla tych osób, które znają Nicka Cave'a i chcą się do niego zbliżyć, pojąć sens jego muzyki i sztuki, a także zmierzyć się z tym, przez co teraz przechodzi. Myślę, że "One More Time with Feeling" wyjdzie w końcu na DVD i Blu-ray, ale cała idea była taka, żeby pokazać go w kinach jedynie raz.

Projekcje odbywają się na dzień przed premierą nowej płyty Nicka i jego zespołu The Bad Seeds zatytułowanej "Skeleton Tree". Muzycy pracowali nad nią przed śmiercią Arthura?

- Tak, ona zaczęła powstawać dużo wcześniej, ale kiedy wydarzyła się ta tragedia, Nick nie przerwał pracy. Jestem pewny, że nie potrzebował ani pieniędzy, ani kolejnej płyty w dyskografii. On po prostu tak ma, że kiedy czegoś doświadcza, musi to przepracować w formie nowych piosenek. To nie zawsze się mu udaje, ale odzywa się w nim instynkt, o którym już mówiłem. On każe mu wejść do studia, pisać, nagrywać i wierzyć, że dzięki temu wszystko zaraz się ułoży. Ale nie zawsze się układa. Śmierć Arthura wydarzyła się, kiedy oni nad tą płytą pracowali. I wszystko wywróciła do góry nogami. Praca, naturalnie, została wstrzymana. Ale po dwóch tygodniach Nick wrócił do studia i nagrał nową piosenkę, niewiarygodną, surową. Działał instynktownie.

Jak śmierć Arthura przełożyła się na kształt "Skeleton Tree"?

- Kiedy Nick i jego zespół nagrywają nowy materiał, zawsze szukają jakiegoś punktu odniesienia. W przypadku tej płyty takim momentem stała się chwila przed tym, zanim uświadamiasz sobie, że stała się tragedia. To właśnie poszukiwanie tego momentu, kiedy Nick i pozostali członkowie grupy dowiedzieli się, że Arthur nie żyje, ale jeszcze nie uwierzyli w to, nie dopuścili do świadomości, stało się podstawą tej płyty. Myślę, że każdy, kto doświadczył śmierci kogoś bliskiego, bądź innej traumy, będzie w stanie się w tej muzyce odnaleźć.

Andrew Dominik. Reżyser filmowy urodzony w Nowej Zelandii. W 1988 roku ukończył australijską szkołę filmową przy uniwersytecie Swinburne w Melbourne, po czym zajął się pracą przy teledyskach i reklamach telewizyjnych. Na pełnometrażowy debiut czekał długo, aż do 2000 roku - wtedy na ekrany wszedł jego film "Chopper", będący adaptacją autobiografii australijskiego gangstera Marka "Choppera" Reada, który wsławił się głównie rabowaniem dilerów narkotyków i porywaniem innych gangsterów dla okupu. Andrew Dominik napisał scenariusz i wyreżyserował film, obsadzając w głównej roli Erica Banę. według sugestii samego "Choppera". Film zdobył uznanie krytyków i świata filmowego, w szczególności - co warto odnotować - przykuł uwagę Brada Pitta i jego Plan B Entertainment, z którym reżyser zrobił swój kolejny film "Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda". Pitt zagrał także w jego trzecim filmie: "Zabić, jak to łatwo powiedzieć".

Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (7)
Zaloguj się
  • cezar85

    Oceniono 15 razy 9

    gdyby nasze grajki miały ćwierć talentu Cave'a....

    to.....och... gdyby tylko nasze grajki miały ćwierć talentu Cave'a

  • jerry.atric

    Oceniono 3 razy 3

    Byłem na filmie... Całe kino siedziało do końca napisów, w ciszy... Łzy w oczach... Take care Nick

  • iwano10

    0

    Strata dziecka to zawsze koniec świata dla rodzica-ci bez talentów muzycznych czy artystycznych też cierpią ale bez rozgłosu.Nicka,tak jak wszystkich opłakujących śmierć dziecka, żal,nawet bez oglądania filmu.

  • nocioni

    Oceniono 10 razy -6

    " Jesteśmy kumplami od ponad trzydziestu lat, "
    Pytam się jak to możliwe skoro pod tekstem stoi, że reżyser jest rocznik 1988...???????
    Czyżby zaczął kumplować się z Nickiem już przed swoimi narodzinami...??????

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX