Oscary. Kadr z filmu

Oscary. Kadr z filmu "Powidoki" (fot. Anna Włoch / Akson Studio)

wywiad gazeta.pl

Nowy film Wajdy to ''krytyka Polski''? Linda: Świat oszalał, stał się homofobiczny i rasistowski

W latach 90. w polskim kinie był jeden bohater. Pyskaty twardziel, który najpierw strzelał, a potem szukał motywu. Grał go Bogusław Linda. Teraz aktor zagrał główną rolę w ostatnim filmie Andrzeja Wajdy. "Powidoki" wchodzą dziś do kin.

(Od redakcji: Wywiad został przeprowadzony przed śmiercią Andrzeja Wajdy)

Czy myśli pan, że Andrzej Wajda może mieć ukryty cel, misję wręcz, pokazywania pana w rolach tak zupełnie różnych od pana gangsterskich wcieleń w filmach sensacyjnych?

- Nie wydaje mi się, chociaż paradoksalnie moje role gangsterów pozwoliły mi grać trochę innych ludzi, w trochę innych filmach. Przy "Panu Tadeuszu" Andrzej zadzwonił i powiedział, że potrzebuje kogoś takiego jak ja - bandyty, który będzie grał księdza. Teraz też potrzebował kogoś, kto niczego się nie boi, jest twardy. Natomiast ja z miejsca powiedziałem, że tego grać nie będę.

Wiem, że Andrzej bardzo się denerwował, bo ciągle wykreślałem swoje kwestie, które wydawały mi się za długie i zbyt nadęte. Chciałem z nim to konsultować, ale tak był przywiązany do tego tekstu, że udawał, że mnie w ogóle nie słyszy. Mimo fizycznych ułomności i 90 lat na karku i tak wszystkim się zdawało, jakby był najmłodszy z ekipy. Ten film go naprawdę ożywił i odmłodził.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Powidoki" (fot. Anna Włoch / Akson Studio)

"Powidoki" są dla Andrzeja Wajdy bardzo ważnym obrazem. Ale czy pana zdaniem przeniesienie na ekran historii awangardowego malarza, Władysława Strzemińskiego, jest potrzebne polskiemu kinu?

- Ale to wcale nie jest film o malarzu! To jest przecież czyste, nowe kino moralnego niepokoju! Przede wszystkim to historia człowieka uwikłanego w politykę, szukającego własnego miejsca, starającego się za wszelką cenę przeżyć i zachować godność. Kwestie zupełnie ponadczasowe.

Strzemiński jest bohaterem bezkompromisowym. Całe życie poświęcił walce o twórczą i osobistą wolność, której zawsze mu brakowało. To szlachetne ideały, ale przez nie najbardziej ucierpiała rodzina artysty, dlatego mnie akurat takie poświęcenie dziwi.

Dlaczego?

- Nigdy nie zachowałbym się w podobny sposób, nie poświęciłbym rodziny dla sztuki. O skali tego poświęcenia przekonałem się jednak dopiero na planie, kiedy zobaczyłem moją filmową córkę, czyli "młodą Zamachowską" (Nikę Strzemińską, córkę rzeźbiarki Katarzyny Kobro i Strzemińskiego, gra Bronisława Zamachowska - przyp. aut.). Zdałem sobie wtedy sprawę, jak strasznie jest być odrzuconym, do tego w tak młodym wieku. Niezwykłe, że ta młoda dziewczyna intuicyjnie rozumiała, co czuje jej bohaterka.

Bronisława Zamachowska, kadr z filmu Bronisława Zamachowska, kadr z filmu "Powidoki" (fot. Anna Włoch / Akson Studio)

Trudno się oprzeć wrażeniu, i nie będzie to chyba zdanie odosobnione, że kino Andrzeja Wajdy stało się dość archaiczne, trochę nieprzystosowane do tego, w którą stronę poszła światowa kinematografia. To nie przytyk, i dla takich filmów jest miejsce, patrząc po statystykach, widownia chce je oglądać. Mimo to "Powidoki" wydają się inne, bardziej żywe, "gniewne".

- Wydaje mi się, że dwie rzeczy wchodzą tu w grę. Po pierwsze, opowiadamy historię niezwykle bliską sercu Andrzeja, to jego lata młodości, znajome miejsca. Po drugie, obecność malarstwa, sztuki. On zawsze chciał być malarzem, chociaż wiedział, że nigdy nie będzie w stanie dorównać choćby komuś takiemu jak Strzemiński. Dlatego "Powidoki" są tak bardzo osobiste, i dlatego też wydają się inne od ostatnich filmów Wajdy.

Mówi pan, że "Powidoki" to kino moralnego niepokoju, ale czy są też jakimś łącznikiem z pana dawnymi wcieleniami w filmach Holland czy Kieślowskiego?

- Na pewno. Myślę, że naszą intencją było stworzenie filmu, do którego będziemy wracać po latach, że może zostawimy w ten sposób jakiś ślad.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Powidoki" (fot. Anna Włoch / Akson Studio)

Rozmawiamy podczas festiwalu w Toronto, gdzie "Powidoki" zostały pokazane szerokiej publiczności po raz pierwszy. Jego dyrektor zapowiadając film, określił go mianem "zawoalowanej krytyki współczesnej Polski".

- Tak jest, ale krytyka nie dotyczy właściwie tylko Polski. W równej mierze, co o naszym kraju, "Powidoki" są o Donaldzie Trumpie. Świat oszalał, stał się homofobiczny, rasistowski, a my - wychowani w innych czasach, z innego pokolenia - nie rozumiemy do końca, co się dzieje. Cały czas nie bardzo wierzymy, że można sterować, manipulować ludźmi, żeby osiągnąć własny cel. O tym też jest ten film.

Brakuje panu czegoś we współczesnym polskim kinie?

- Wbrew pozorom polskie kino ma się dobrze. Robimy świetne filmy, jeszcze musimy się tylko nauczyć je sprzedawać. Myślę natomiast, że wyszliśmy z okresu taśmowego produkowania głupich komedii romantycznych. Zaniknął gdzieś ten żałosny podział, że albo robimy strasznie smutne dramaty rodzinne, albo nieśmieszne komedyjki, bez trzeciej drogi. Jest miejsce na dobre, gatunkowe kino środka.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Powidoki" (fot. Jarosław Sosiński / Akson Studio)

A czy jest też miejsce na seriale i reklamy, w których często widzimy znanych aktorów, a którzy niekoniecznie są życzliwie odbierani przez kolegów z branży?

- Kiedyś mówiłem, że granie w serialach jest upokarzające. Trochę ostatnio zmieniłem zdanie. Obejrzałem parę produkcji, zrobionych np. przez HBO, które zupełnie przeczą takim twierdzeniom. Osobiście uwielbiam "Detektywa" i "Fargo". To seriale, które raptem stały się lepsze niż filmy fabularne, mają wartość, i w nich też można grać piękne, psychologiczne role.

Zastanawia się pan czasem, co by było, gdyby nie był pan aktorem?

- Nieustannie. To jest zawód, którego ja specjalnie nie lubię i wcale tego nie ukrywam. Chociaż wydaje mi się, że właśnie dlatego udało mi się osiągnąć jakiś tam sukces.

Przypomniała mi się scena z "Psów", kiedy siedzi pan przed komisją weryfikacyjną naprzeciw Zbigniewa Zapasiewicza i innych znakomitych aktorów. Wszyscy grają, poza panem, który po prostu jest i pali papierosa. Nic dziwnego, że Jacek Bromski nazwał pana kiedyś "jedynym amerykańskim aktorem w Polsce".

- Ta moja "metoda" grania/nie-grania pojawiła się chyba najpierw na planie "Gorączki" Agnieszki Holland. Nasz operator przyleciał w czasie jednego z pierwszych dni zdjęciowych do Agnieszki, krzycząc niemal: - Patrz co on tam gra! Tak nie można! Na co Agnieszka odpowiedziała, żeby mnie zostawił w spokoju, że wszystko się okaże potem. Chyba się w końcu okazało, bo pozwolili mi robić, co chciałem. Od tego się zaczęło, moją intencją zawsze było trochę inne potraktowanie tego zawodu i od tamtego filmu staram się tak robić. Do reżyserów miałem natomiast wybitne szczęście, w końcu niektórzy, jak Władek Pasikowski, pisali nawet z myślą o mnie.

Bez wątpienia role u Pasikowskiego ugruntowały pański wizerunek twardziela, z którym chyba się pan w końcu pogodził. A może wolałby pan być obsadzany w rolach romantycznych kochanków?

- (śmiech) Na szczęście to nie zależy ode mnie. Zagrałem w ponad 120 filmach, a pewnie z 18 z nich, tych najbardziej popularnych, to są filmy sensacyjne. Najwidoczniej takim chcą mnie oglądać widzowie, a ja nie mam nic do powiedzenia.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Powidoki" (fot. Anna Włoch / Akson Studio)

A gdyby widzowie chcieli zobaczyć pana u któregoś z młodych reżyserów lub reżyserek, to z kim pracowałby pan najchętniej?

- Jest bardzo dużo takich osób, ale nie zdradzę, żeby nie wyszło, że się podlizuję. Dzisiaj w Polsce bardzo dużo ludzi umie robić kino. Bez względu na płeć, chociaż obserwuję pewne ruchy w konkretnym kierunku. Na przykład na reżyserii u nas w szkole jest więcej chłopaków, na aktorstwie zdecydowanie więcej dziewczyn.

Myśli pan, że przyszły dla pana?

- O nie (śmiech). Myślę, że przyszły dla kariery i dla pieniędzy. I po to, żeby ładniej wyglądać.

 

Bogusław Linda. Aktor, reżyser i pedagog. Debiutował w 1976 roku, i od tego czasu współpracował m.in. z Agnieszką Holland, Krzysztofem Kieślowskim, Wojciechem Marczewskim, Feliksem Falkiem, Andrzejem Żuławskim, Andrzejem Wajdą i Władysławem Pasikowskim. Jest współzałożycielem Warszawskiej Szkoły Filmowej.

Magdalena Maksimiuk. Dziennikarka filmowa współpracująca z polskimi i amerykańskimi mediami. Doktorantka Polskiej Akademii Nauk, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Uwielbia chodzić po dużych miastach i londyńskich teatrach.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (178)
Zaloguj się
  • lodzermensz1

    Oceniono 120 razy 86

    I na ten film pójdę do kina.
    Bo to co się teraz dzieje to tylko wiatr historii...

  • chemik49

    Oceniono 104 razy 74

    Dziwne, jestem tu pierwszy raz a wszystkie komentarze opatrzone są uwagą "już oceniałeś" Co jest grane? Do tego jestem na stałe zalogowany i każą mi się zalogować!

  • szabepio

    Oceniono 69 razy 45

    miałbym prosbę zeby nakręcić film pt. smoleńsk bez kłamstw. czyli pokazac w nim pismo lecha do kancelarii premiera ze wizyta jest prywatna kancelarii prezydenta i premier ma sie nie wtracac. pokazac rolę dudy i sasina jako organizatorów. pokazac alkohol pokazac brak kompetencji pilotów pokazac włażących do kabiny i rozkazukacych lądowac w fatalnych warunkach bez systemu naprowadzania, pokazać uciekajacego macierewicza który nie pomagał w ratowaniu, pokazac spóźnionego prawdopodobnie mocno skacowanego lecha. no i pokazac rozmowę bkiźniaków. gwaratnuję oglądalnosc 2mln ludzi. !!!

  • bromborek83

    Oceniono 43 razy 41

    Świat oszalał, stał się homofobiczny, rasistowski... - a może zawsze taki był, tylko przez jakiś czas to skutecznie przykrywano?

  • kimdongun

    Oceniono 44 razy 24

    Być może dzieci aktorów lub znajomych maja nawyki i geny, które im pozwalają też być dobrymi aktorami. Jest to sprawa komercyjna (no, chyba że za państwowe pieniądze) i nepotyzm w aktorstwie mało mnie interesuje.
    Jednak, kiedy Pan Wajda robił film Pan Tadeusz, wtedy był casting otwarty do roli Zosi i miało nie być znanej aktorki do roli tylko miano wybrać "zwykłą" dziewczynę z ludu.
    Akurat wtedy pracowałem obok i chodziłem na obiady do stołówki WFDiF. Francuzi, którzy ze mną pracowali, się pytali dlaczego jest tam tak dużo dziewczyn, czytających jakieś teksty.
    Odpowiedziałem, że jest casting do ważnej roli w filmie Wajdy i że do tej roli mają wybrać dziewczynę, która nie jest profesjonalna aktorką i nie jest z klucza znajomych ale że i tak to się skończy jak zawsze. A te dziewczyny marnują czas i dostana gorzką lekcję życia w Polsce.
    Pozdrawiam Pana Wajdę i Panią Alicję Bachledę Curuś. I Pana Lindę, którego bardzo szanuję i lubię.

  • Maciek Jarosz

    Oceniono 45 razy 23

    przypomnę tylko, ze jeden z ostatnich filmów Wajdy Tatarak dostal Nagrode Bauera na Festiwau w Berlinie za wyznaczanie nowych dróg kinematografii więc mowienie o archaiczności kina naprawdę jest dosyć zabawne

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX