Danna Arahabiana

Danna Arahabiana (fot. Kamila Józefowicz)

ludzie

Spędziła 15 lat w dżungli. ''Samotność nie jest łatwa, ale czasem z ludźmi żyje się trudniej''

Danna Arahabiana, argentyńska malarka, przez piętnaście lat samotnie mieszkała w domu nad oceanem, w brazylijskiej dżungli. Medytowała, malowała, uprawiała ziemię, walczyła z niechęcią lokalnej, patriarchalnej społeczności. Stworzyła sobie raj na ziemi. I utraciła go, kiedy wpuściła pod swój dach drugiego człowieka.

Tytuł filmu dokumentalnego Kamili Józefowicz, którego jesteś bohaterką, nosi tytuł "Galumphing" - to słowo zaczerpnięte z powieści Lewisa Carrolla. Galumphujemy, kiedy biegniemy w podskokach, zamiast iść, i kiedy wybieramy piękną drogę zamiast tej bardziej wydajnej. Ty tak robisz?

- Zawsze!

Jesteś Alicją? A twój dom w dżungli to Kraina Czarów?

- Od tej pory będę tak o sobie myśleć.

Urodziłam się w Buenos Aires. Moi rodzice żyli w separacji, mama musiała pracować, więc wychowywała mnie babcia, która całą młodość spędziła z mężem w dżungli znajdującej się na pograniczu Argentyny i Brazylii. Po jego śmierci wróciła z trójką dzieci do miasta. Na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych życie samotnej matki w dżungli byłoby gehenną. Babcia na zawsze pozostała jednak blisko związana z naturą. Pamiętam, że miała przepiękny ogród pełen kwiatów. Rosły w nim najpiękniejsze róże, jakie widziałam w życiu. Babcia uprawiała też warzywa. Nauczyła mnie kochać przyrodę i w kółko opowiadała historie o życiu w dżungli.

Pamiętasz którąś z nich?

- Kiedyś, jeszcze w czasach, gdy samochody odpalano na korbę, babcia z dziadkiem wybrali się do miasta. Drogę zaszedł im ogromny wąż. Nie mogli przejechać. Czy to była anakonda? Być może. Dziadek wypalił z pistoletu, zabił węża i wciągnął go na tylne siedzenie auta z myślą, że w mieście sprzeda skórę. Przez całą drogę babcia jednak drżącym głosem powtarzała, że wąż żyje. Dziadek bagatelizował jej lęk, póki oszołomione zwierzę nie obudziło się, kiedy dojechali do miasta! Wywołali tam niezłą panikę. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Danna Arahabiana (fot. Kamila Józefowicz)Danna Arahabiana (fot. Kamila Józefowicz)

Z twojego dziadka było niezłe ziółko.

- Nigdy go nie poznałam. Był Francuzem, który przyleciał do Argentyny, po czym na równi zakochał się w babci, egzotycznej przyrodzie i figurze gaucho. Babcia opowiadała, że w mgnieniu oka stał się typowym południowoamerykańskim kowbojem hodującym bydło na trawiastych pampach; był hojnym, szlachetnym i odważnym myśliwym. Dziś trudno powiedzieć, że myśliwi mają bliski kontakt z naturą, ale wtedy czasy były inne i inaczej pojmowano pewne kwestie. Nikt wówczas nie szanował natury i nie myślał o tym, by ją chronić.

Dziś też niewiele osób ma świadomość, że natura jest czymś cennym.

- Człowiek jest częścią natury, aktywną i kreatywną. Życie w zgodzie z nią powinno być rzeczą dla niego naturalną - tak jak śpiew dla ptaków. W naturze człowieka powinna leżeć potrzeba brania odpowiedzialności za świat, który go otacza. Nie powinniśmy zapominać, że przyroda jest źródłem wszystkiego. Niektórzy ludzie potrafią jednak wejść z nią w zupełnie inne relacje niż ze sobą nawzajem. Jeśli chcesz użyć w tym kontekście słowa miłość, to jest to uczucie czyste. Rozwija się powoli, ale jest autentyczne. Nie zakłamią go żadne słowa, nie ma mowy o żadnych obietnicach. Jest tylko współistnienie - raz łatwiejsze, innym razem trudniejsze.

Łatwiejsze wtedy, gdy człowiek nauczy się żyć zgodnie z rytmem natury?

- Tak. Kiedy posadzi się drzewo w porze suchej, trzeba się wokół niego nachodzić, podlewać je, raz osłaniać od słońca, innym razem na nie wystawiać. A i tak nie ma się gwarancji, czy nie uschnie. Jeśli posadzi się drzewo w porze deszczowej - wyrośnie, zakwitnie i zaowocuje. Na wszystko jest odpowiedni czas. Kiedy potrafi się słuchać i jest się uważnym, natura podpowiada, co należy robić.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Czas na twoją przeprowadzkę do Brazylii przyszedł z końcem lat dziewięćdziesiątych. Zamieszkałaś sama na farmie w stanie Bahia i w wielkim, pustym domu spędziłaś piętnaście lat. Uprawiałaś warzywa, dbałaś o pasiekę i malowałaś. Jak to tego doszło?

- Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych bardzo dużo podróżowałam ze swoim chłopakiem. Ziemię na wybrzeżach Brazylii, na której stoi dom, kupiliśmy wspólnie na początku lat dziewięćdziesiątych. Zakochaliśmy się w niej od pierwszego wejrzenia. Uprzedziliśmy innego chętnego, ale szybko wróciliśmy do Buenos Aires, bo mój chłopak bał się o nasze życie. Nie chciał zostać na farmie, bo dostawaliśmy pogróżki od kupca, któremu sprzątnęliśmy to miejsce sprzed nosa. W tamtym czasie mieszkanie tam samej przechodziłoby moje pojęcie. Wróciłam więc do Argentyny. Miałam nadzieję, że do domu jadę na krótkie wakacje, ale dostałam się do Akademii Sztuk Pięknych i zostałam w Buenos Aires przez kilka lat.

Wróciłaś do Brazylii po śmierci swojego chłopaka.

- Popełnił samobójstwo. Miał dwadzieścia pięć lat. Pojechałam wtedy na naszą farmę, żeby zobaczyć, co się dzieje z tym miejscem. Nadal bardzo je kochałam. I polubiłam życie, które tam znalazłam. Postanowiłam sprawdzić, czy uda mi się być samej.

Czujesz, że przed czymś wtedy uciekałaś?

- Nie. Wiele osób mnie o to pyta. A ja naprawdę przed niczym nie uciekałam. Szukałam raczej życia, które da mi więcej szczęścia.

I znalazłaś je?

- Tak. Ale też przez te lata nauczyłam się, że szczęśliwym można być wszędzie, bo szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych, ale twojego nastawienia do życia. Nie zawsze możemy mieć kontrolę nad tym, co się nam przydarza, ale zawsze to my decydujemy, jak zareagujemy na daną sytuację. A chwile, które sprawiają nam dyskomfort, nie pojawiają się bez powodu. Może musimy się jeszcze czegoś nauczyć? Dostajemy od losu lekcję. Kiedy dzieje się coś złego, staram się nie przyjmować pozycji wroga. Nie obrażać się na świat, nie odwracać do życia plecami.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Jak poradziłaś sobie z samobójczą śmiercią najbliższej ci osoby?

- Bardzo długo nie mogłam się z tym pogodzić. Kiedy się poznaliśmy, oboje mieliśmy szesnaście lat. Dojrzewaliśmy razem. Będąc ze sobą tak blisko, stworzyliśmy nasz własny, unikalny wszechświat i patrzyliśmy na rzeczywistość z jednej perspektywy. Gdy jednego z nas dwojga zabrakło, ten świat rozpadł się na pół i zniknął. To był długi proces, ale w końcu nauczyłam się zastępować złość z powodu jego odejścia wdzięcznością za czas, który spędziliśmy razem.

W wielu przypadkach cierpimy, bo nauczyliśmy się przywiązywać do ludzi, sytuacji i rzeczy. Dziś wiem, że jest nam łatwiej, kiedy zaczynamy rozumieć, że ludzie czasem odchodzą, a sytuacja ciągle się zmienia. Trzeba czerpać radość z chwil, które na to pozwalają.

Jak na twoją decyzję o wyjeździe zareagowali twoja rodzina i przyjaciele? Wystawiłaś wasze relacje na próbę, przez tyle lat nie przyjeżdżając do domu.

- Nie planowałam, że zostanę w Brazylii tak długo. Ale moja mama zawsze powtarzała: - Rób, co chcesz, ludzie i tak będą o tobie plotkować. Robiłam więc to, co podpowiadała mi intuicja. Poza tym dystans sprzyja niektórym relacjom. Z mamą utrzymywałam kontakt telefoniczny i zbliżyłyśmy się do siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. O pewnych sprawach łatwiej mówić, kiedy nie patrzy się drugiej osobie w oczy. A moi przyjaciele zdawali sobie sprawę z tego, że nie byłam szczęśliwa w Buenos Aires. Dziś też trudno mi się odnaleźć w mieście i nie chcę w nim żyć. Tęsknię za teatrem, kinem, galeriami sztuki, zawieraniem znajomości z interesującymi ludźmi, ale nie podoba mi się, że miasto niepotrzebnie pożera swoim mieszkańcom tak dużo czasu.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Jak wyglądał typowy dzień na twojej farmie?

- Żaden nie był podobny do poprzedniego! Codziennie miałam do zrobienia konkretne rzeczy, ale nie wiem, co to rutyna. Wiele zależało od pogody w danym dniu.

Wyobraźmy sobie zatem, że budzisz się i świeci słońce.

- Zimą wstaję z łóżka wcześnie rano, praktykuję jogę i biegnę do pasieki. Latem do pasieki idę od razu po przebudzeniu, bo temperatura w ciągu dnia rośnie bardzo szybko, a upał nie sprzyja pracy pszczelarza. O dziesiątej rano jestem z powrotem w domu, biorę prysznic i jem śniadanie. W południe jest już skwar, więc albo idę na plażę i praktykuję tam jogę, albo zostaję w domu i maluję lub pracuję. Po południu dbam o ogród, a w nocy - jeśli akurat jest czas miodobrania - znów idę do pasieki. Plastry z miodem można wyciągać z ula tylko w nocy, bo wtedy pszczoły śpią. Gdybym zrobiła to za dnia, zapach świeżego miodu zwabiłby rozzłoszczone owady do domu. W nocy często czytam lub maluję.

Kiedy zaczęłaś malować?

- Rysowałam, odkąd pamiętam; mam wrażenie, że od zawsze. Miałam też szczęście, że trafiłam do przedszkola, w którym stawiano szczególny nacisk na rozwijanie plastycznych zdolności u dzieci. Sądzę nawet, że wszystkiego, co wiem o malowaniu, nauczyłam się właśnie wtedy - w wieku pięciu lat.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Podobno artysta musi pielęgnować w sobie dziecko, bo to dzięki niemu tworzy. To brzmi jak frazes, ale chyba jest w nim odrobina prawdy?

- Moje wewnętrzne dziecko ma się świetnie. Myślę też, że to ono pomogło mi przetrwać w życiu ciężkie chwile i uparło się, żebym szła dalej, jakby zawsze było za wcześnie, żeby się poddać.

Staram się pielęgnować w sobie radość. Tworzenie jest wtedy zabawą. Kiedy maluję - bawię się. Gram w kolory. Z podobnym nastawieniem staram się podchodzić do życia. To nie jest łatwe, bo nie zawsze cieszy mnie to, co widzę wokół siebie; ale nieustanne zachowywanie powagi też nie jest najlepszym rozwiązaniem. W Buenos Aires studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych, ale nie ukończyłam studiów, a moja kariera nie potoczyła się tak szybko, jak sobie to wyobrażałam. Na pewno przyczynił się do tego fakt, że nigdy nie dbałam ani o tytuły, ani o sławę. Kiedy czułam, że szkoła nie oferuje mi tego, czego szukałam, zmieniałam ją. Chciałam się uczyć - jak dziecko chłonąć wiedzę.

Obrazy Danny (fot. Kamila Józefowicz)Obrazy Danny (fot. Kamila Józefowicz)

Kto znajduje się w kręgu twoich mistrzów? Na półce z twoimi książkami widziałam album z reprodukcjami obrazów Gustawa Klimta.

- Uwielbiam malarstwo Klimta i Egona Schielego, jego ucznia i protegowanego. Schiele nie stronił od seksualności, malował autoportrety, ciała na jego obrazach często były ekspresyjnie wykoślawione. Bardzo lubię ekspresjonizm - za energię zaklętą w ekspresjonistycznych obrazach i intensywność barw. Kiedy maluję, staram się używać wyłącznie kolorów, które występują w naturze.

W jaki sposób życie na łonie natury inspiruje twoją twórczość? W filmie mówisz, że ludzie, którzy nie znają twojego stylu życia, nie zrozumieją twoich obrazów.

- Życie na farmie i malowanie to dwie strony tego samego medalu, nie umiem myśleć o jednym bez drugiego i chłodnym okiem wskazać, które elementy życia są bardziej inspirujące od innych. Wszystko mnie inspiruje! Ale nie potrafię opisywać swoich obrazów słowami. Chciałabym, żeby dotykały tego, co w człowieku najważniejsze - najgłębszych emocji, najdelikatniejszych strun. W mojej sztuce jest coś instynktownego, może prymitywnego. Można tego doświadczyć w ciszy. Właśnie w chwilach, kiedy dany obraz sprawia, że brakuje ci słów, żeby zacząć go opisywać.

Obcowanie ze sztuką potrafi uwrażliwić człowieka i pomóc mu zrozumieć własne emocje, dotknąć jakichś spychanych do podświadomości traum albo otworzyć się na drugiego człowieka. Farby, barwniki, płótno to narzędzia, za pośrednictwem których mówi się o czymś więcej; budzi emocje. Czasem na pewno zdarza ci się oglądać dzieło sztuki (lub natury), które zapiera ci dech w piersiach, prawda?

Tak.

- W takim momencie masz wrażenie, że cały świat się na chwilę zatrzymuje, jakby czas przestał płynąć, a ziemia obracać wokół własnej osi. Nie myślisz, nie analizujesz - wyłącznie odczuwasz. Jak podczas medytacji, kiedy częstotliwość wrażeń jest nieco inna niż zwykle. Budzisz się do życia, budzi się w tobie miłość. Dlatego wierzę, że sztuka ma realną siłę i może być narzędziem prawdziwej transformacji duszy - a to początek wszystkich zmian w świecie.

Obrazy Danny (fot. Kamila Józefowicz)Obrazy Danny (fot. Kamila Józefowicz)

Żyłaś w ciszy i samotności. Udało ci się poznać siebie? Zmienić się na lepsze?

- Życie na łonie natury było bardzo silnym doświadczeniem. Byłam zdana tylko na siebie. I zrozumiałam, na czym polega traktowanie natury jak swojego najbliższego przyjaciela. Mogłam się skupić na poznaniu siebie i nauczyłam się podejmować własne decyzje. Żyjąc poza społeczeństwem nie tkwiłam w żadnej narzuconej roli, dzięki czemu nie byłam ograniczona schematami działania; nie musiałam spełniać niczyich oczekiwań. Mogłam się zastanowić, co i jak chcę robić ze swoim życiem. Kiedy żyje się samemu na łonie natury, trzeba samodzielnie znaleźć swoją drogę - jakby wydeptywało się ścieżkę w dżungli. Nikt tego za ciebie na zrobi.

To trudne.

- Funkcjonowanie w społeczeństwie to też nie bułka z masłem. Życie na łonie przyrody nie jest trudne, bo na co dzień obcuje się z pięknem. Któregoś wieczoru czułam lęk, wydawało mi się, że ktoś chodzi wokół domu. Wyszłam na zewnątrz i momentalnie otoczyły mnie tysiące świetlików. To było tak cudowne, że strach zniknął w mgnieniu oka. Natura mnie uspokaja.

Kiedy byłam smutna, chodziłam na plażę. Ocean zawsze przywracał mi spokój. Samotność nie jest łatwa, ale czasem z ludźmi żyje się dużo trudniej. Społeczność w stanie Bahia, gdzie mieszkałam, była do mnie dosyć wrogo nastawiona. Byłam obca, więc z marszu nielubiana. W zadzierzgnięciu przyjaźni nie pomagało to, że jestem kobietą.

Dlaczego?

- W stanie Bahia podziały płciowe są dosyć archaiczne. Mężczyźni w wiosce uważają, że kobiety są od nich gorsze. Kobiecie trudno z nimi rozmawiać o czymkolwiek, bo jej zdanie nie jest szanowane. Władzę dzierżą ci, którzy są silni, a silni są mężczyźni, bo siła tkwi w mięśniach. To typowa patriarchalna społeczność. Kobieta niczego im nie udowodni, zresztą żadna nie musi i nie powinna nikomu niczego udowadniać.

Niby żyłam poza społeczeństwem, ale presja była bardzo duża i często dawała o sobie znać. Nieraz słyszałam, że nie urodziłam się w Bahii, nie jestem nawet z Brazylii, więc nie mam prawa uprawiać brazylijskiej ziemi. Powinnam wracać do siebie. Ktoś, dawno temu, skłócił ze sobą ludzi mieszkających w tym regionie. Społeczność jest podzielona etnicznie i rasowo. Przez lata nic się nie zmieniło, bo ludzie nie skupiają się na walce o przyszłość i wspólne dobro, ale na walce między sobą. Nie rozumiem, jak do tej pory przetrwali. Wioska jest mała, ludzi niewielu. Obcego widać w okolicy jak na dłoni. Świadomość, że oprócz kwiatów wokół kwitnie też nienawiść, bywała straszna.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Pokutuje powszechne przekonanie, że to osoby, które wybrały samotne życie z dala od społeczeństwa, nie lubią ludzi.

- Bardzo lubię ludzi. Zwłaszcza że każdy człowiek to unikalny, piękny elementy natury. Jak, kochając przyrodę, mogłabym nie kochać drugiego człowieka? Dobrze jest mieć obok kogoś, kto rozumie cię bez słów; dobrze dzielić się pomysłami i odkrywać, że druga osoba ma fantastyczne idee, na które nie wpadłaś. Każdy potrzebuje miłości, fizycznego kontaktu z drugim człowiekiem. Sądzę jednak, że miłość pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy świadomi, kim jesteśmy i co możemy dać drugiej osobie. Wtedy wszystko zaczyna grać. Podobnie jest z melodią - aby wybrzmiała, potrzebuje momentów ciszy i dźwięku. Kiedy brakuje pierwszego z tych elementów, jest tylko hałas. Kiedy brakuje drugiego, nic nie słychać.

Mówiono o tobie, że jesteś czarownicą, nazywano cię wariatką.

- Śmiałam się z tego. Czasem jeździłam do miasta, żeby wymienić wiórki kokosowe lub miód z pasieki na artykuły lub owoce, których nie miałam na farmie. Nie da się żyć w zupełnym oderwaniu od świata. Miałam w wiosce kilku przyjaciół, ale to nie zmieniło faktu, że nieprzychylność społeczności była namacalna.

(fot. Kamila Józefowicz)(fot. Kamila Józefowicz)

Dlatego wyjechałaś z Brazylii?

- Złożyło się na to wiele czynników. Rok temu umarła moja mama. Pojechałam do Argentyny na pogrzeb i po powrocie do Brazylii zdałam sobie sprawę, jak jestem samotna i jak długo żyłam z dala od ludzi, których kocham. Z tymi emocjami zbiegł się fakt, że Brazylijczyk, w którym się wtedy zakochałam, zaczął mnie bić. To przeważyło szalę. Z miejsca, które było tylko moje, wygnał mnie człowiek, którego zaprosiłam pod swój dach. Ironia losu? Może. Spakowałam się i wróciłam do Buenos Aires. Mówię o tym, bo żadna kobieta nie powinna pozwalać żadnemu mężczyźnie, by traktował ją w taki sposób; by choć raz podniósł na nią rękę.

Co dzieje się teraz z twoim rajem na ziemi?

- Opiekuje się nim mój przyjaciel, to dobry człowiek. Nie wiem, czy tam wrócę. Wiem, że będę tęsknić za tym miejscem - spędziłam w nim połowę swojego życia. Obecnie mieszkam z rodziną w Buenos Aires. Jest wspaniała i kochająca. Jestem tym chyba trochę zdziwiona. Ale z radością kolejny raz w życiu odkrywam, co znaczy być kochaną. To niesamowite uczucie. Chcę go posmakować.

 

Danna Arahabiana jest bohaterką filmu dokumentalnego "Galumphing" Kamili Józefowicz. Od 9 września film można oglądać w wybranych kinach na terenie całej Polski. Jesienią w Buenos Aires odbędzie się pierwsza wystawa obrazów, które artystka malowała, mieszkając samotnie na farmie w Brazylii.

Anna Bielak. Konsultantka scenariuszowa, selekcjonerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego i dziennikarka współpracująca m.in. z Dwutygodnikiem, "Dziennikiem Gazetą Prawną" i "Urodą Życia". Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży, niezależnego kina i rozmów z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (38)
Zaloguj się
  • ahoy2

    Oceniono 63 razy 61

    Ci którzy nie rozumieją sensu życia w samotności, poszukiwania wolności i siebie, będą się czepiać szczegółów - dżungla czy puszcza, połowa czy 40%, a pochwalanie tego, że "dostała po mordzie" to już szczyt wszystkiego!

  • micki11

    Oceniono 80 razy 58

    Strach coś pisać , sami znawcy. Pewnie na samolotach też się tak znacie jak Macierewicz ?

  • annika_gottfried

    Oceniono 20 razy 20

    Piekny artykuł i piękna sztuka. Będę z niecierpliwoscią wypatrywać "Galumphing".

  • mniklasp

    Oceniono 27 razy 11

    Salvador de Bahia jest stolica stanu Bahia , bardzo murzynskiego , potomkowie niewolnikow z Mozambiku i Angoli, stan bardzo piekny ale nad Atlantykiem jest dosc cywilizowanie . Spedzilem tam tydzien , rejon znany z contebleu, wierzen religijnych , Intrygujace ze autorka filmu ja jakos znalazla , sporo Argebtynczykow miweszka wBrazyli poniewaz Argentyna jest biedniejszym krajem mimo ze Buenos Aires jest Paryzem Ameryki PD. Podrozowalem troche po tych krajach i uwazam ze Europejczycy maja slabe pojecie o Ameryce Pd np o kulturze tych krajow , malarstwie.

  • algreg

    Oceniono 7 razy 7

    piękne obrazy tworzy ta nietuzinkowa kobieta

  • Marek Arcimowicz

    Oceniono 59 razy 5

    (do autorki) Przepraszam Pani Anno, ale nie ma czegoś takiego jak "brazylijska dżungla", tak jak nie istnieje "indyjska selva". W Brazylii, czy w Amazonii jest puszcza, las równikowy, ale nie dżungla. Przez takie publikacje zaciera się ten termin coraz bardziej w potocznym języku... a chyba poważny dziennikarz i wydawca powinni dbać takie "detale".

  • Joe Joe

    Oceniono 4 razy 4

    miałem przyjemność obejrzeć przedpremierowo ten film po którym też była rozmowa z autorką...gorąco polecam. A z tego co zrozumiałem to będzie grany w tandemie z drugim polskim filmem THX GOD ,który jest również ciekawym ujęciem które warto wpuścić sobie do świadomości

  • elpatagon

    Oceniono 4 razy 4

    Szkoda, że określenie "w wybranych kinach na terenie całej Polski" tak naprawdę oznacza kilka kin w większych miastach i w praktyce oznacza zero szans na jego zobaczenie

  • joanna GOC

    Oceniono 13 razy -1

    Widac ze Pani nie ma pojecia o pszczelarstwie. Jestem pszczelarzem od 30 lat miod sie podbiera wtedy kiedy pszczoly pracuja a nie jak sa w ulu wszystkie. Pszczoly nigdy nie spia tylko maja drzemki a w nocy odbudowuja węze i wentyluja ul. Po ciemku podbiera miod ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX