(fot. Filip Springer)

reportaż

Zaczął w Kaliszu, skończył w Radomiu. Finał podróży Springera po Polsce mniejszych miast

Wyruszyłem w pięciomiesięczną podróż, żeby poznać Polskę mniejszych miast. Przejechałem ponad 30 tys. km - zacząłem w Kaliszu, skończyłem w Radomiu. W Przemyślu piekłem chleb, w Lesznie spotkałem człowieka, który ratuje czas. W Słupsku przyglądałem się Robertowi Biedroniowi, w Wałbrzychu bezrobotnemu, który zbierał złom, by mieć na słodycze dla wnuka. We Włocławku rzucali we mnie bryłami zmrożonej ziemi, w Krośnie poznałem króla. Tak powstał projekt ?Miasto Archipelag?.

Czternaście gęsto zapisanych notesów, kilkanaście tysięcy zdjęć, kilometry wydeptane pieszo. 14 września, nakładem Wydawnictwa Karakter, ukaże się książka "Miasto Archipelag", będąca owocem podróży przez 31 miast, które w 1998 roku utraciły status stolicy województwa.

Książka nie kończy jednak projektu dokumentalnego poświęconego Polsce mniejszych miast. "Miasto Archipelag" trwa nadal, wkrótce jego kolejne odsłony (między innymi przewodnik turystyczny Ogarnij Miasto Archipelag). Dziś prezentujemy reporterskie notatki z wyprawy po Polsce i towarzyszące im obrazy.

Płock

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Im bardziej zbliżałem się do rzeki, tym kolory stawały się bledsze, traciły na wyrazistości. Nikły. Wzmagał się za to wiatr. W prześwitach między blokami zrywał z głowy czapkę i sypał w oczy piachem. Na Zduńskiej wył w szczelinach płotów, przewiewał śmieci i uginał ludzi. Tutaj kolorów już właściwie nie było. Wokół rynku wiele domów stało opuszczonych, niektóre z nich nie były nawet otynkowane. To znaczy pewnie kiedyś były, ale wiatr zdarł z nich tynki i odsłonił mury. Bo to chodziło o wiatr, teraz już rozumiałem. Z uporem ścierał kolory i kształty. Chłostał mury z groźnym poświstem. Bladość tej części miasta to była jego robota.

- Wiesz, ja lubię tę rzekę i tę skarpę - powiedziała mi A. - Skarpę lubię chyba nawet bardziej. Głównie za to, że pozwala patrzeć na ptaki z góry.

Tarnobrzeg

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Styczeń. Stoję na wale i z góry patrzę na porzucony na drugim brzegu rzeki prom. Dzień wcześniej puścił lód, ale kra jeszcze jest zbyt duża, by można go było uruchomić. Tam, w Tarnobrzegu, jakoś nikt się jednak o niego nie upomina. Po drugiej stronie naprawdę niewiele jest. Raptem kilka wiosek, pola i ciągnące się w nieskończoność sady. Po kilku minutach przyjeżdża na rowerach dwóch chłopaków, patrzą przez chwilę na wodę, wypalają po papierosie, dopijają piwo, wyrzucają butelki i odjeżdżają.

Siedlce

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

W jednym z tutejszych liceów zapytałem, czym pachnie to miasto. Napisali mi na karteczkach: deszczem; jak większość miast głównie spalinami i szlugami, ale czasami też latem i kwiatami; spalinami samochodowymi; zapachem parujących ścieków w upał; zdechłą rybą, bo nad zalewem często śmierdzi; strachem; dla mnie lasem (ul. Leśna); chlebem; kaszanką; każdego dnia pachną inaczej, oryginalnie; świeżością; zależy od pory roku; kebabem, bo na każdym kroku są "restauracje"; kebabem; zmęczeniem, przepracowaniem, dużą ambicją; domem i mamą; rosyjskimi papierosami z przemytu i tanim alkoholem; dymem z kominka; zapiekanką obok galerii; zanieczyszczeniami; jedzeniem z Maca, kebabem i używkami (papierosy); spalonymi kartoflami.

Koszalin

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

W pracowni HS99 słucham o przemianie Koszalina, jaka dokonała się tu w latach siedemdziesiątych. Gaszą światło, włączają rzutnik. Zdjęcie z lotu ptaka, jeszcze przedwojenne, na samym środku rynek, dookoła ciasno ustawione kamienice. Za kilkoma uliczkami zaczynają się już pola.

Kolejna fotografia, druga połowa lat siedemdziesiątych. W miejscu jednej z pierzei rynku rozpycha się czteropasmowa droga, ulica Zwycięstwa, która przecina całe miasto ze wschodu na zachód. - Przerżnięto nią Stare Miasto, które całkowicie straciło swój charakter - mówi Piotr Smierzewski, architekt z HS99.

To przy okazji ogólnopolskich dożynek zdecydowano się wyburzyć kamienice stojące przy koszalińskim rynku i zastąpić je czteropasmową drogą. Tak miało być nowocześniej.

- Ktoś mnie kiedyś pytał, w której części Koszalina jest nasza pracownia - śmieje się Wojciech Subalski z HS99 - prawo- czy lewobrzeżnej. Ten ktoś nie wiedział, że nie wszystkie miasta mają rzekę płynącą przez środek, jak Warszawa czy Kraków. Ale dużo się nie pomylił, bo tutaj za rzekę dzielącą miasto na pół robi ta ulica.

Radom

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Romuald Krzysztof Bochyński, MCSW "Elektrownia" w Radomiu: - Ludzie sobie tutaj nie radzą z rzeczywistością, bo ona jest od nich wiele razy silniejsza. Nie mają instrumentów do tego, by ją sobie objaśniać, więc dużo łatwiej jest ich tutaj karmić mitami. Jednym z nich jest fabryka. Że jak powstaną fabryki, to będzie wspaniale. No bo kiedyś były i Radom kwitł. Innym mitem było lotnisko. Ja do tych mitów zaliczam także wojewódzkość. Że niby jak powstanie województwo, to już będzie cudownie. A nie będzie. Radom to jest dzisiaj tonący człowiek. I to taki, obok którego płynie łódka i wszyscy z tej łódki mu krzyczą, żeby się sam wyciągnął za włosy na brzeg. A on tylko słabnie i słabnie.

Przemyśl

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

- Knajpa przetrwała nam rok, potem padła. Wtedy miałam kryzys. Byłam na to miasto wku*wiona, że sami dresiarze i emeryci, że ludzie nic nie rozumieją i nic im się nie chce - mówi Lila Kalinowska, architektka wnętrz i aktywistka Towarzystwa Ulepszania Miasta. - Wymyśliliśmy, że gdzieś na chwilę wyskoczymy, na jakiś festiwal muzyczny, żeby się zresetować. Wybraliśmy coś w Belgii. Program mieli imponujący. Ale okazało się, że jest tam strasznie. Sami nastolatkowie, głównie siedzieli w namiotach albo robili koszmarny syf. No dramat, przykre doświadczenie.

Wróciliśmy stamtąd, usiedliśmy nad Sanem. Obok siedziało dwóch dresów. I wiesz, po tej Belgii jakąś sympatią do nich zapałałam, wręcz mi się wydawało, że oni tak między sobą całkiem mądrze gadają. I zaczęłam myśleć o tej naszej porażce z knajpą i jeszcze raz wszystko analizować. I doszłam do wniosku, że to nie jest wina Przemyśla. Bo myśmy mieli złą lokalizację, trochę przeinwestowaliśmy, a trochę też program był przeładowany. No i ja się do prowadzenia interesu pewnie nie nadaję. Koledzy zawsze mówili, że przedkładam relacje nad transakcje. No w każdym razie wyszło mi na to, że nie ma się co na ten Przemyśl obrażać, tylko trzeba robić swoje.

Piła

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Piła jest jak Ameryka. Jeśli coś tutaj pochodzi z XIX wieku, to jest już bardzo stare.

Jeszcze zanim tu trafiłem, rozmawiałem z Ł. Mówiłem mu, dokąd jadę, a on chciał chyba zaznaczyć, że coś o tej Pile jednak wie. Podrapał się w głowę, dłuższą chwilę pomyślał i rzucił: - Tam jest chyba jeden zabytek. Dom Stanisława Staszica. Mój ojciec go budował.

Zabytków jest jednak trochę więcej. Ale nie dużo więcej. Miasto pokazywał mi Rafał, który jest współautorem książki ze starymi pocztówkami Schneidemühl, bo tak przed wojną nazywało się miasto. A potem przyszedł czterdziesty piąty i kamień na kamieniu nie został. 75 procent zabudowy znikło. Dlatego teraz wszędzie są tu bloki. Chodziliśmy między nimi, a Rafał co jakiś czas wyciągał tę swoją książkę i pokazywał mi, co gdzie było. Czasami miałem wrażenie, że w ogóle nie ma dla niego znaczenia, że tego już nie ma. Że przemieszczamy się w czasie, a nie w przestrzeni. Bo przestrzeń w tej podróży nie miała już większego znaczenia. Wszędzie było podobnie.

Legnica

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Marcin Makuch, portal Liegnitz.pl: - Tu, w Legnicy, ludzie nie myślą o przeszłości, nie interesują się nią, nie szanują jej. Przeszłością się gra, pogrywa, mówi się o niej, ale się o niej nie myśli. Zwracają się do mnie duże zakłady pracy, pytają, czy ja mam coś o ich historii, jakieś materiały. Ja mam mieć? Przecież to oni powinni trzymać w archiwach wszystko. Ale nie trzymają. Jezu, oni czasem nie mają zdjęć swoich dyrektorów z lat dziewięćdziesiątych. Nic po nas nie zostanie, kilka plastikowych butelek i trochę szpetnych budynków. Nie chciałbym być na miejscu tych, którzy będą badać swoją historię na podstawie tego, co my im zostawimy.

Kalisz

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

To podobno najbardziej usamochodowione miasto w Polsce. Dwa lata temu media w całej Polsce grzały się przez moment informacją, że według danych GUS na 1000 mieszkańców przypada tu aż 865 samochodów. Polska średnia to około 650 aut, w Berlinie jest to ponaddwukrotnie mniej.

Władze w Kaliszu zmieniły się ubiegłej jesieni. Poprzednia ekipa była na tyle bezczelna, że parkowała na płycie rynku, pod samym ratuszem, mimo że ten obszar z ruchu samochodowego jest akurat wyłączony. W dni, gdy odbywały się sesje Rady Miasta, kaliski rynek był wręcz pełen aut. Gdy dwa lata temu w mieście powstało rowerowe stowarzyszenie, pierwszą akcją było kupno prezydentowi Januszowi Pęcherzowi holenderskiego roweru.

Całą akcją podobno strasznie się zirytował. Kilka miesięcy później powiedział, że kaliszanie na rower jako środek transportu nie są jeszcze gotowi. W odpowiedzi otrzymał ponad tysiąc zdjęć mieszkańców miasta, którzy fotografowali się z deklaracją, że jednak są.

Sieradz

Sieradz (fot. Filip Springer) (fot. Filip Springer)

W centrum Sieradza zaglądam na jedno z podwórek: - A ten kot to Putin. To znaczy naprawdę to  ma na imię Władek, ale tak się tu wszystkimi rządził, że  mówimy na niego Putin. Jak psy wieczorem nie chcą wejść do domu, to on je, proszę pana, normalnie łapą do środka zagania. A one się go słuchają, bo wiedzą, że to już nie ma żartów, że Putina trzeba słuchać, bo i tak dopnie swego, tylko będzie bardziej bolało. Ile my tu zwierząt mamy? No można powiedzieć, że zwierzyniec cały: dwa koty i dwa psy. Nas jest dziewięcioro. Na trzech pokojach żyjemy, z trzema piecami.

Piotrków Trybunalski

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

- Od lat dziewięćdziesiątych estetyka całego Piotrkowa zmieniła się diametralnie - zapewnia piotrkowski artysta Piotr Gajda. - Przecież rynek i te okolice to kiedyś była kompletna ruina. Odrapane kamienice, śmieci, strach było tam iść wieczorem. A wystarczyło trochę posprzątać, kostkę położyć, podświetlić tu i tam i nagle okazuje się, że to są piękne budynki, piękne ulice, że restauracje wystawiają ogródki latem, ludzie przesiadują. Że ten rynek żyje. Znajomy przyjechał z Irlandii, mówił, że się tam czuje jak w Dublinie. Koleżanka oczarowana pieje, że tu jest jak w Krakowie. A ci z Łodzi to nam zazdroszczą, bo sami nie mają. Niesamowita była przemiana tej starej części miasta. Całkowita.

Skierniewice

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Czasami to tylko jedno większe podwórko, które lepiej omijać szerokim łukiem. Jak ta brama Bombla w Skierniewicach przy Sienkiewicza 18. Po mieście do dziś krąży legenda, że nazwę wzięła od herszta jakiejś bandy z początków XX wieku. Prawda jest jednak o wiele bardziej prozaiczna. Budynek należał do przedsiębiorcy Mosze Bombla, reprezentanta społeczności żydowskiej w Radzie Miasta i budowniczego tutejszych koszar.

Wałbrzych-Sobięcin

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Sobięcin nazywany jest Palestyną, bo to tutaj po 1945 roku osiedlono część ocalałych z Holocaustu Żydów. Wyjechali dopiero w 1968 roku, a ich miejsce zaczęli zajmować górnicy i pracownicy przykopalnianych zakładów.

Dziś w cieniu jednej z tych nieczynnych już od dawna kopalni działa ogromne złomowisko. Od bladego świtu pielgrzymują do niego okoliczni zbieracze złomu. Dzielnicę od miasta oddziela wielka galeria handlowa. Dla wielu wałbrzyszan jest symbolem pozytywnych zmian w mieście. Za plecami mam zrujnowane kwartały Palestyny, przed sobą zdziczały sad, jakieś ruiny i wielki na kilka pięter napis z nazwą galerii: Victoria.

Wałbrzych-Piaskowa Góra

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Magda Wach mieszka na jednym z wałbrzyskich blokowisk, w opisanej przez Joannę Bator Piaskowej Górze. - Wiesz, co jest w tym Wałbrzychu najfajniejsze? Otóż to, że my dziś możemy zrobić z tym miastem, co chcemy. Dno już osiągnęliśmy. Jak nikt inny w Polsce wiemy, jak tam jest. Teraz możemy się od tego dna tylko odbić.

Krosno

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

"Na bazarowy parking skręca zielony nissan z Humennégo. Chwilę później kolejny kęs placu urywa ford z Nitry, a potem volkswagen z Šali. Od teraz strumień słowackich aut będzie już tylko wzbierał. Zjeżdżają tu osobówki z całej wschodniej Słowacji, tylko z rzadka poprzetykane rejestracjami z Krosna i okolicznych powiatów. Słowacy wysiadają, rozprostowują kości, a potem rozchodzą się po labiryncie ciasnych bazarowych uliczek, prowadzeni szyldami, które przemawiają do nich w ich ojczystej mowie: cajkáva na lewo, mrazený filety prosto i po łuku na prawo, záclony od razu na prawo.

Z jednego z aut wysiadają Viera i Marian. Z Michalovec do Krosna mieli 130 kilometrów, dwie godziny drogi. Jeszcze rok, dwa lata temu przejeżdżali tę trasę kilka razy do roku, ale odkąd ceny w Polsce i na Słowacji trochę się wyrównały, ruszają do Krosna tylko wówczas, gdy przyszpili ich naprawdę ważny powód" - Dawid Iwaniec "Gdzie się podziały słowackie autobusy?"

Jelenia Góra

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Koniec września. Trwa coroczny targ staroci. Na niemal wszystkich uliczkach Starego Miasta rozkładają się handlarze ze swoimi kramami. Nieporadnie przeciskam się między stoiskami pełnymi starych gratów i pożółkłych książek. Nie dotarłem nawet do rynku, a już kupiłem kilka rzeczy. Jak się widzi pierwsze wydanie "Lata leśnych ludzi" za dwa złote, to nie wolno się zastanawiać, tylko trzeba działać.

- Pocztówek szukam z Reichenstein, ale takich powojennych.

- No to jak powojennych, to Złoty Stok.

- No mówię przecież: Reichenstein.

- Coś mam, ale niech pan szuka pod Równe.

*

- Ile za tę szablę?

- 1000 złotych, ale będzie pan zadowolony.

*

- Zwariowałem, oszalałem, wyprzedaję towar, w taki dzień, w taki dzień. Firany sprzedaję, przed parapet, za parapet, do samej podłogi, brać, zanim wyzdrowieję!

*

- A ta fontanna tam, ta pierwsza z nimfami, to za ile?

- 42 tysiące, miła pani.

- Kurczę, piękna jest.

Włocławek

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Louis, czyli Robert Chełminiak, jest zegarmistrzem, ale jego największą pasją są zabytkowe volkswageny. Ws´ród miłośników tych samochodów jest znany w całej Polsce, bo to on z kilkoma kolegami organizuje najfaj-niejszy zlot garbusów w tym kraju. Tutaj, we Włocławku.

- Ja dopiero przy trzeciej edycji sobie uświadomiłem, że ten nasz Wło-cławek, to on jest w samym centrum Polski. Wszyscy mają do nas mniej więcej ten sam dystans. Ale stąd się zwinęło dużo zakładów. Nawet ket-chup włocławski robią w Warszawie. Łatwo się tu poczuć jak na jakimś obrzeżu, na peryferiach. A my tu jesteśmy w samym s´rodku, tylko nie zawsze o tym pamiętamy. Tu, we Włocławku, najbardziej brakuje pieniędzy. Ludzie ich nie mają. Praca jakaś tam jest, ale nie ma pieniędzy.

Tarnów

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

W drodze do Tarnowa zaczął padać śnieg. Jechaliśmy autostradą i co kilkanaście kilometrów mijaliśmy rozbite samochody. Nie że poważnie, ale faceci i tak stali na drodze z telefonami i próbowali wydzwonić jakąś pomoc drogową. Dookoła było idealnie biało. Ale w samym Tarnowie było tylko szaro - bo tutaj, zamiast śniegu, leciał z nieba deszcz.

- Mogę się z panem spotkać teraz - powiedział mi A. przez telefon, mimo że byliśmy umówieni nieco później. - Miałem wyjechać do Krakowa, ale nie w tę pogodę. Za miastem pewnie leży mnóstwo śniegu.

Przyjechał po dziesięciu minutach. Zamówiłem mu kawę, bo to był warunek spotkania. Z plecaka wyjął drożdżówkę i zaczął ją bezczelnie jeść. Kelner chrząknął, ale A. odwdzięczył mu się takim spojrzeniem, że tamten się zawinął i już nie wrócił nawet z rachunkiem.

- Ja tu ich wszystkich znam - powiedział usprawiedliwiająco.

- Skąd pan wiedział o tym śniegu za miastem? - zapytałem. - Tu ledwo posypało.

- Tu jest biegun ciepła - odpowiedział. - Polski biegun ciepła.

Skierniewice

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Jest noc, skierniewicki dworzec stoi pusty, tylko w poczekalni drzemie jakiś bezdomny. Kto już miał wrócić, ten na pewno wrócił. Od popołudnia po każdym pociągu z Warszawy uliczki wokół dworca korkowały się na kilka chwil. Ludzie gorączkowo rozjeżdżali się do domów. Z każdą godziną parking pod wiaduktem pustoszał, tak jak i stojące przy peronie stojaki na rowery. Te, co zostały tu na noc, przejmują smutkiem. Bo nikt po nie nie wrócił - zostały porzucone i będą tu rdzewieć po wsze czasy. Albo ci, co je tu zostawili, pracują w Warszawie na nocki.

Tak czy inaczej, w tej ciemności i pustce wyglądają jak najsmutniejsze rowery świata.

Leszno

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Chciałem uciec przed mrokiem. Nie lubię tego pierwszego obchodu miasta robić w ciemności, bo ona zaburza odbiór. Można ulec złudzeniu, że ciemność jest dla miasta stanem jedynym i właściwym, że innego nie ma. Jak się jest samemu w obcym mieście, łatwo w to uwierzyć. Zwłaszcza teraz, gdy dni są coraz krótsze, a słońce z trudem przedziera się przez chmury. Chciałem więc od tego uciec.

Nawet po zmroku miasto wydawało mi się uporządkowane i czyste.

- Z tym porządkiem w Lesznie to ja bym nie przesadzał - kręci głową J., gdy dzień później rozmawiamy w jego sklepie.

- No ale z drugiej strony - odpowiadam mu - Leszno jest szesnastym miastem na mojej trasie, ale pierwszym, w którym widać tylu sprzątaczy podnoszących śmieci na ulicach.

Patrzy na mnie wątpiąco. A ci kolesie naprawdę rzucają się tu w oczy. Mają jaskrawe kombinezony i proste rowery z przyczepkami. Na przyczepkach kubły na śmieci. Szedłem za jednym dłuższy kawałek. Zatrzymywał się przy każdym papierku i przy pomocy specjalnych szczypców na długim trzonku ładował go na przyczepkę.

- Oni ciągle tu po mieście jeżdżą - przekonuję go.

- No tak, ale nie w niedzielę rano.

Słupsk

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Gorsza pogoda byłaby tylko wówczas, gdyby z tym deszczem padał też śnieg. Przyszło ponad pięćset osób, prawie czterysta zdecydowało się pobiec. Piątkowy wieczór, zimno jak cholera, można było robić w domu tysiąc przyjemniejszych rzeczy, a oni przyszli na otwarcie obwodnicy. Policzyli do dziesięciu i pobiegli.

Pierwszy wrócił po siedemnastu minutach. Po trzydziestu przybiegł Biedroń, po czterdziestu czterech zjawili się ostatni: seniorzy z kijkami z jakiegoś klubu nordic walking. Potem wszyscy udali się do pobliskiej szkoły, były paszteciki i barszczyk. Dzieciaki bawiły się balonami, nic sobie nie robiąc z tego, że trwa rozdanie nagród. Koleś, który przybiegł jako trzynasty, dostał skrzynkę jabłek.

Na koniec mikrofon wziął Biedroń - trochę było widać, że jeszcze nie do końca doszedł po tym bieganiu do siebie - i powiedział: - To jest dwudziesta szósta, największa inwestycja w Polsce, ale pierwsza, której nie otwiera facet w garniturze, ani facet z kropidłem, tylko gość, który najszybciej biega. Bardzo równy asfalt, samochodom się będzie dobrze jeździło.

A potem wszyscy rozeszli się do domów.

 

Organizatorem projektu dokumentalnego "Miasto Archipelag" jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, tygodnik "Polityka", Instytut Reportażu. Projekt realizowany był przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku.

 

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), "13 Pięter" (Czarne) i "Księgi zachwytów" (Agora SA). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Komentarze (50)
Zaloguj się
  • AJ Raben

    Oceniono 67 razy 65

    Ot i prawda. Polska. Wypisz wymaluj. Mnie sie podoba. Chce ksiazke.

  • sraczezwersacze

    Oceniono 54 razy 50

    Bardzo dobre zdjęcia, gratuluję autorowi. Też jestem maniakiem fotografii. Osobiście uważam, że Polska jest piękna ale ma też takie swojskie "perełki" jak te na zdjęciach. Każde miasto je ma. W Europie i na Świecie też. Życie. W sumie to też ma swój osobliwy urok. Wszystko zależy od punktu widzenia. Te same miejsca sfotografowane z umiejętnym wykadrowaniem i nieco innej perspektywy będą wyglądały jak wyjęte "z żurnala" turystycznego. Przynajmniej każdy maniak fotografii wie o co chodzi. Pozdro dla wszystkich zakręconych pozytywnie.

  • szlachcic

    Oceniono 65 razy 37

    PIS doszedl do wladzy i to juz jest nieaktualne, w tych miejscach dzisiaj bogactwo, wygoda i zadowoleni ludzie.
    nie pada deszcz i snieg, slonca wiecej niz w Kalifornii

  • flamengista

    Oceniono 39 razy 31

    No i da się pisać ciekawe książki o współczesnej Polsce...

  • osmanthus

    Oceniono 41 razy 31

    Tez chce ksiazke.
    Zawsze mowilam, ze kilka wiezowcow ze szkla i stali w Warszawie Polski nie czyni.

  • borkitworki

    Oceniono 34 razy 20

    "Ja twierdzę, że jest to reportaż optymistyczny, żartobliwy, wesoły z akcentami humorystycznymi. W sumie uważam, że potrzeba nam jest zdrowych, wesołych, optymistycznych reportaży właśnie takich..."

  • strange_email

    Oceniono 24 razy 14

    Człowiek z wwy poznaje resztę kraju, temat na książkę.

  • knokkelmann1

    Oceniono 15 razy 13

    a elblag??????????

  • Magdalena Nowska

    Oceniono 27 razy 11

    mnie sie nie podoba, moj rodzinny Radom zostal pokazany chyba w najgorszym miejscu jakie sobie mozna bylo wybrac a i w zdjeciach ponizej, w innym miastach tez podejrzewam ze odczucia beda podobne, bo wiele tych zdjec az narzuca myslenie "nie noooo na pewno jest tam cos fajnego przeciez tak nie wyglada cale miasto". W kazdym miescie mozna znalezc taka szkarade jaka zostala ujeta na co poniektorych zdjeciach. A o podpisie nie wspomne tymbardziej ktos z Elektrowni sie tak wypowiedzial, ktora ja ostatnio podaje jako wizytowke i dowod tego ze miasto sie rozwija?....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX