Powojenny dyplom Hanki Zach (tu pod nazwiskiem pierwszego męża)

Powojenny dyplom Hanki Zach (tu pod nazwiskiem pierwszego męża) (fot. materiały wyd. Poradnia K)

1941 rok. 16-letnia Polka randkuje z hitlerowcami. Zanim ją osądzicie, przeczytajcie jej pamiętnik

Co byś zrobił, młody Polaku, gdyby nasz kraj był teraz pod niemiecką okupacją, a ty zobaczyłbyś w Warszawie polską nastolatkę flirtującą z niemieckim lotnikiem? Zdrajczyni - tak byś o niej pomyślał? No to przeczytaj pamiętnik Hanki Zach "Mój wróg, moja miłość". Po tej lekturze nic już nie będzie takie proste.
„Mój stosunek do naszych największych wrogów nie był bynajmniej nigdy wrogi. Odwrotnie, miałam do nich zawsze słabość, szczególnie jednak po wybuchu wojny. Zdaję sobie sprawę, że w takich warunkach, o ile się nie zmienią, nie potrafię być dobrą Polką”.

Kim jest ktoś, kto pisze takie słowa, by kilkanaście stron później pisać wściekle, że „nienawidzi wojny i nienawidzi Niemców”, a kocha swoją ojczyznę? Nastoletnią Polką w okupowanej Warszawie w 1941 roku.

Varsavianista Krzysztof Jaszczyński przeczytał wiele pamiętników z czasów wojny. Ale ten oprawiony w czerwoną skórę stukartkowy zeszyt, który pewien warszawski antykwariusz podarował właśnie Jaszczyńskiemu, jest inny niż wszystkie.

„Moje całe życie to jedna chwila. Wszystko jest nieosiągalne. Więc życzę sobie jakąś część”

- pisze Hanka (Halina) Zach.

Hanka w wieku 20 lat (fot. materiały wyd. Poradnia K)Hanka w wieku 20 lat (fot. materiały wyd. Poradnia K)

Pamiętnik Hanki Zach "Mój wróg, moja miłość" ukazuje się 31 sierpnia nakładem wydawnictwa Poradnia K - możesz ją kupić >>> TUTAJ.

Hanka to nastolatka z zamożnego domu. Ojciec, przed wojną właściciel fabryki, dzięki sprzedaży części majątku zapewnia rodzinie dostatni jak na okupację byt. Hania mieszka z rodzicami i bratem w wygodnym mieszkaniu w centrum Warszawy, ma co jeść, chodzi na tajne komplety do dobrej szkoły i na lekcje gry na pianinie. Buntuje się jak każda nastolatka. I czerpie z życia stolicy pełnymi garściami. Wychodzi z przyjaciółkami do kina, objada się ciastkami w cukierniach, organizuje imprezę u siebie w domu, umawia się z chłopcami. Ale ma słabość do szczególnej grupy chłopców. Tych w niemieckich mundurach.

Günter, Peter, Walter i liczni inni nieznani oficerowie. Jeśli wierzyć słowom pamiętnika, młodzi żołnierze non stop zaczepiają Hankę na ulicy. Niemcom (Hanka ma słabość zwłaszcza do lotników) idzie o tyle łatwiej, że brak bariery językowej - młoda Polka mówi perfekt po niemiecku, a na dodatek fascynuje się niemiecką kulturą i sztuką.

„Jestem na siebie nieraz strasznie zła. Nie potrafię robić obojętnej miny, gdy mnie zaczepiają Niemcy. Po prostu uśmiecham się i to zbyt szczerze jak do wrogów. Gdzież mam godność. Od jutra będę wypinała język (...)”

A parę stron dalej:

„Na zaczepki Niemców byłam nieczuła jak głaz. Mam ich dosyć po same uszy. Przez tych kretynów cierpimy wszyscy, a ja nie mogę się stroić i bawić, a co nawet gorsza, nie mogę uczyć się angielskiego”.

Zaraz, zaraz, tu okupacja, wojna, a ta dziewczyna pisze o tym, że nie może się stroić i bawić? Że angielskiego nie ma jak się uczyć?

Dokładnie tak.

Każde słowo z pamiętnika Hanki Zach idzie wbrew obowiązującej w polskiej prasie, mediach i części historiografii narracji: o bohaterskim społeczeństwie, które jak jeden mąż konspirowało, odmawiało jakiejkolwiek współpracy z okupantem, nie mówiąc już o fraternizacji. Oczywiście Polskie Państwo Podziemne to precedens niezwykły, ale nie wszyscy poszli do konspiracji, a potem na barykady. Niektórzy po prostu chcieli żyć „normalnie” - na tyle, na ile pod okupacją to było możliwe. A już na pewno żyć chciała szesnastoletnia dziewczyna, której przyszło dojrzewać w czasie wojny.

To najtrudniejszy wątek. Niemcy nie są na kartach pamiętnika wrogiem, mordercą, okupantem, katem, ale po prostu młodymi, przystojnymi chłopakami. Hania umawia się z nimi wręcz nałogowo. Najczęściej kończy się na jednym spotkaniu, zresztą to pierwsze jest zawsze przypadkowe - w tramwaju, na ulicy, podczas przejażdżki rowerem.

„Jeździłam dziś rowerem mimo, że był duży wiatr. Podczas gdy jechałam w stronę Okęcia było świetnie, bo z wiatrem, ale później musiałam iść niestety piechotą. Byłam ubrana w mamusi żółty sweter i śpiewałam koloraturą „Życzenie” Chopina. Przystojny Niemiec, o równych, białych zębach powiedział: Komari vogel (Drugi człon znaczy: ptak. Pierwszego członu nie dało się przetłumaczyć - przyp. tłum.). Z przyjemnością przyjęłam ten komplement. Danke schön. Bitte fahren Sie mit uns, o nein ich komm nicht. Doch hab ich nein Rad („Dziękuję pięknie. Proszę niech pani pojedzie z nami, o nie, nie pojadę. Przecież nie mam roweru”. Ostatnie zdanie niezrozumiałe, możliwe, że miało być: „Przecież mam rower” - przyp. tłum). Ledwiem się wykręciła. Później drugie zaproszenie. Mam nadzwyczajne powodzenie. Po prostu z każdego busa wychylał się jakiś Niemiec. Nie wiem, z jakiego powodu. Uważam się za brzydką, a takiego powodzenia jak ja nie ma chyba żadna koleżanka. Więc chyba jestem ładną. Pani doktorowa, z którą byłam wczoraj w Cafe Club mówiła, że mam małe, śliczne usta i oryginalne włosy. Wbiło mnie to w dumę. Haneczka nie wie, że jest taka ładna. Ano nie wiem i zaczerwieniłam się. Haneczka nie wie, jak ci dwaj Niemcy na Haneczkę patrzą. I rzeczywiście, za moimi plecami siedzieli dwaj lotnicy. W tym roku mam wyjątkowe szczęście do lotników.

Nieznana z nazwiska kobieta i niemiecki oficer w restauracji (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Nieznana z nazwiska kobieta i niemiecki oficer w restauracji (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ci, którzy teraz chcą polską szesnastolatkę postawić pod mur za flirt z wrogiem, niech przeczytają cały pamiętnik. To portret tej Warszawy, która chciała podczas okupacji żyć. Chodzić do kina, na lody, jeździć rowerem, zachwycać się muzyką, literaturą, cieszyć się chwilami błogiego spokoju na wsi pod miastem. Portret tej Warszawy, która zginęła pod gruzami Powstania Warszawskiego.

Zresztą z zapisków panny Zach wynika, że z reguły „poderwany” Niemiec na drugie spotkanie już nie przychodził. A nawet jak przyszedł, to potem musiał na front - i znikał z kart opowieści.

Zaczęło się od tego, że stojąc już chwiejnie na swoich wysokich obcasach, przy raptownym zahamowaniu tramwaju, wpadłam w objęcia jakiemuś Niemcowi. Ofiarował mi odprowadzenie do domu. Niewiele myśląc, kiwnęłam głową. Śliczny chłopak. Wysoki, blondyn, lotnik, 20 lat. Czarne oczy i śliczne usta. Jakżem mogła się wahać. Nazywa się Günter i pochodzi z Dortmund. Rozmawiałam z nim na bardzo poważne tematy, naturalnie, że przy poruszeniu spraw politycznych nie obawiałam się wygarnąć prawdy. Umówiłam się z nim dzisiaj na 7 koło Helgoland (przedwojenne kino Palladium - przyp. tłum). Chciałabym, żeby przyszedł. Ciekawa jestem, czy przyjedzie. (...) [dzień później] Günter był tylko snem. Wczoraj umówiłam się z nim i go nie było, bo przecież patrzyłam przez balkon (...).

Ilu młodych Hansów, Günterów i innych to wyłącznie produkt fantazji, buntu dziewczyny - możliwe, że większość? Możliwe, że wszyscy. Możliwe, że każdy był prawdziwy, choć to mało realne. W pamiętniku są nieścisłości. Luki. Zdarzenia całkowicie nieprawdopodobne. Jak randkowanie z Helmutem z SS, dla którego specjalnie zakłada pierścionek z hakenkreuzem (swastyką). I jak rzekome porwanie przez niemieckiego oficera, kilkudniowa szaleńcza podróż przez Niemcy i... powrót do domu okraszony jedynie drobną awanturą.

Hanka - z lewej z bratem Lolkiem w 1946 r., z prawej jako gimnazjalistka (fot. materiały wydawnictwa Poradnia K)Hanka - z lewej z bratem Lolkiem w 1946 r., z prawej jako gimnazjalistka (fot. materiały wydawnictwa Poradnia K)

Co jest prawdą, a co wymysłem obdarzonej niezwykłą fantazją i sprawnym piórem autorki? Jak zgodnie podkreślają recenzenci pamiętnika - jasne jest, że Hanka Zach opowiada nie tylko o  „rozrywkach i obowiązkach, o filmach, książkach, kawiarniach”, ale także o fantazjach i flirtach i „miłości i dusz spotkaniu”. Czyli o wszystkim, co jest ważne dla szesnastoletniego dziecka (płci obojga). Oto fragment pamiętnika, który jasno to pokazuje:

Wczorajsza niedziela była nie tyle wesoła, ile zabawna. Rano byłyśmy z Daną na Bielanach. Po obiedzie w kinie na „Dziewczęta w bieli” w [kinie] Casino. Film był naprawdę śliczny, ale nie bardzo mogłyśmy na niego patrzyć, gdyż miałyśmy oczy pełne łez. Akcja przeciwko Polakom chodzącym do kina znalazła rzetelne odbicie we wszystkich kinach Warszawy (Władze Polskiego Państwa Podziemnego nawoływały do bojkotu niemieckich instytucji kulturalnych, w tym i kin, czego widomym znakiem było hasło „Tylko świnie siedzą w kinie” i akcje przeciwko widzom: rozpylanie gazu łzawiącego czy oblewanie ubrań żrącymi substancjami. Akcje te nie przyniosły jednak spodziewanego rezultatu i przez cały okres okupacji warszawskie kina były pełne widzów - przyp. tłum.). Brawo! Płakałam, a jednak byłam zadowolona. Po kinie nowa przygoda, zaczepili nas trzej Niemcy. Ja niewiele myśląc, umówiłam się z nim na dzisiaj na randkę. Prosili, bym dała im coś jako fant. Nie chciałam. Sądziłam, że przyjdą. Niestety nie przyszli. Szkoda. Przystojni chłopcy. Oficerowie lotnictwa. I takiego tupetu połączonego z temperamentem, jak miał jeden z nich, nie widziałam jeszcze nigdy. Byłam zła na cały świat, bo tylko zawrócili nam głowę. Przez nich byłam w Danki szkole na lekcji polskiego, jako nowa uczennica. Mniejsza o to. Nie będzie ten, to będzie inny i nie pomogą nic łzy. Bynajmniej nie mamy zamiaru płakać. Znajdę sobie dziesiątki innych. Wieczorem byłam w cukierni na koncercie z Jurkiem. Chór Juranda i rzępolenie na pianinie to wszystko. Rżnęłam wielką damę. Byłam obojętna na wszystko i dla wszystkich. Teraz śmieję się z siebie. Bawię się. Myślę z bólem o zaniedbywanych lekcjach. Co dzień coś opuszczam, co dzień nie mam czegoś przygotowanego. Gdzież moja sumienność.

W jednym wpisie o kinie, szkole, chłopakach i wojnie! Czy gdyby Hanka była bezrefleksyjną kolaborantką, zdrajczynią zaprzedaną Niemcom, lub po prostu nieprawdopodobnie naiwną dziewczyną, to chodziłaby równocześnie na tajne nauczanie, pochwalała akcje podziemia wpuszczania gazu do niemieckich kin (choć sama siedziała wówczas na sali), czy otwarcie po wielokroć w pamiętniku deklarowała, że jest Polką?

Zresztą wszelkich złudzeń co do okupanta z pewnością pozbyła się w lecie 1942 r., kiedy została posądzona o szpiegostwo i wpadła w ręce gestapo. Według informacji córki Hanki - z niewoli wykupili ją rodzice. W styczniu 1943 r. Niemcy nasilili terror tak, że dziewczyna w pamiętniku nie zapisuje prawie żadnych szczęśliwych chwil. Wylicza niemieckie ofiary wojny. I 17 stycznia 1943 przestaje pisać pamiętnik po niemiecku (wcześniej robiła tak na wypadek, gdyby znaleźli go jej nieznający języka okupanta rodzice).

W 1943 roku pamiętnik się urywa. Co działo się z Hanką po 1943 r.? Czy walczyła w Powstaniu? Jak dzisiaj pamięta czas okupacji?

Po lewej mała Hania Zach w stroju ludowym, po prawej okładka książki Po lewej mała Hania Zach w stroju ludowym, po prawej okładka książki "Mój wróg, moja miłość" (fot. materiały wyd. Poradnia K)

O to samo chcieli zapytać 86-letnią Hannę Wogeck, panieńskie nazwisko Zach, mieszkankę niemieckiego Dessau, Krzysztof Jaszczyński i reżyser Krzysztof Lang, gdy odnaleźli ją i odwiedzili w 2012 r. Niestety, pogarszające się zdrowie i pamięć - a być może także niechęć do intymnych zwierzeń wobec dwóch nieznajomych mężczyzn - sprawiły, że pani Wogeck (po drugim mężu, z którym szczęśliwie przeżyła w Niemczech ponad 20 lat) nie była w stanie opowiedzieć zbyt wiele szczegółów o najbardziej interesującym okresie swojej biografii. Opowiedziała o dzieciństwie w Łomży, o studiach na stomatologii w Łodzi. Nie pamiętała wielu zapisanych przez siebie wiele lat temu szczegółów i nie wiedziała, jakie były koleje losu jej pamiętników.

Pamiętników, których lektura przypomina, że pozostający pod okupacją Polacy i „przyjezdni” Niemcy nie mogli żyć zupełnie niezależnie obok siebie - kontakty były po prostu nieuniknione. Przecież część administracji była polska, w szkołach uczyli polscy nauczyciele, Polacy z Niemcami handlowali, kantowali ich, oni nas, kłócili się, kochali, nienawidzili, zabijali, zdradzali. Żyli.

Książka „Mój wróg, moja miłość” ukazuje się 31 sierpnia nakładem wydawnictwa Poradnia K - możesz ją kupić >>> TUTAJ. Według pomysłu Langa powstał monodram pt. „Porozmawiajmy po niemiecku” oparty na pamiętniku Hanny Zach.


Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego „Dziennika” i działu społecznego „Newsweeka”. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze i Instagramie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (154)
Zaloguj się
  • i_am_keyser_soze

    Oceniono 86 razy 78

    Ludzie myślą, że w czasie wojny można być tylko tchórzem lub bohaterem, bo taką durną narrację się im sprzedaje od urodzenia. Kupa ludzi żyła na tyle na ile to było możliwe normalnie, nie pisali pamiętników jak ta dziewczyna, ale sam znam i znałem takich multum. Nie bili się o nic i z nikim, żyli z dnia na dzień, bo nie było innej możliwości. Serio rzygać mi się chce gdy z wojny robi się jakiś wspaniały czas bohaterstwa i poświęcenia w imię wyższych celów - był to wstrętny, obrzydliwy czas, który trzeba było przetrwać i pora wojnę odmitologizować.

  • asperamanka

    Oceniono 72 razy 64

    Trzeba po prostu uczciwie przyznać, że myśmy o wielu sprawach nie wiedzieli.

    Ja kilka historii rodzinnych na forum opisałem.. Ale najbardziej zszokowani byliśmy, kiedy do mojego dziadka od strony taty przyjechał pod koniec lat 80. pewien Niemiec.. Podziękować za uratowanie życia. Okazało się, myśmy wszyscy w rodzinie wierzyli, że pod klapą w podłodze kuchni on chował Żydów, ale okazało się że w 1945 roku pod tą samą klapą przez trzy miesiące chował miejscowego komendanta Wehrmachtu, zanim mu załatwili lewe papiery na wyjazd.

    Jeszcze większy szok mieliśmy, kiedy przyszli sąsiedzi i się z nim witali jak ze starym znajomym, bo ponoć ten gość w okupację uratował sporo osób.

    Przez 50 lat nikt w tej miejscowości o tym nie mówił, bo nie wypadało.

    Historia nie była czarno-biała.

  • lazy_bones

    Oceniono 154 razy 52

    Przebrnąłem przez kilka akapitów artykułu o tym absolutnie bezsensownym i niepotrzebnym pamiętniku z jakąś rozpieszczoną latawicą w roli głównej, dalej nie dam rady.

  • calun_torunski

    Oceniono 43 razy 43

    "komari Vogel" to po prostu Kanari Voegel, bo miała żółty sweterek ... Doch habe ich mein Rad.... ech....

  • onduma

    Oceniono 43 razy 37

    Mezczyzni, szczegolnie Francuzi , w czasie okupacji pracowali u Niemca i nawet mieli kolegow Niemcow i nikt im za to jąder nie golił . Im bardziej byli bierni wobec okupanta tym bardziej mscili sie na kobietyach sypiajacych z Niemcami. W ten sposob odreagowywali wlasna bezsilnosc lub tchorzostwo

  • tomtg123

    Oceniono 37 razy 31

    Ani mi w głowie "obwoływać" kogokolwiek kimkolwiek (zdrajcą/super-patriotą/ w ogóle kimkolwiek) z powodu takich czy siakich związków uczuciowych.
    Natomiast przyznaję, że ten tekst przeczytałem z lekkim zażenowaniem , bo traktuje on o cudzych emocjach i o cudzym życiu uczuciowym, a cudze życie uczuciowe zwyczajnie mało mnie obchodzi i czuję się dość nieswojo zapoznając się z nim ( nawet jeśli pisząca osoba chyba nie ma nic przeciwko temu ).
    Przy czym generalnie pamiętniki/dzienniki czytam chętnie, ale raczej po to, żeby zapoznawać się z realiami życia 50, 100, 150 lat temu , natomiast emocje nastolatek/nastolatków związane z wiekiem dojrzewania są chyba zawsze podobne i ( z całym szacunkiem dla nastolatek/nastolatków ) trochę mniej mnie one ciekawią.

  • n29a

    Oceniono 46 razy 26

    Po nagłówku tyle ode mnie: na rany Nieistniejącego, co wy robicie? Nie jestem od czytania takich rzeczy ani od sądzenia... Sądzić można żołnierzy, którzy z niedobitkami polskiego wojska kolaborowali z okupantem albo uciekali z nim na Zachód, kiedy "drugi okupant" wkraczal.

    Dziewczynę zostawić... po co to wywlekać jeszcze, po tylu latach? (A spece od brzytew/butelek niech się sami nad sobą zastanowią zgodnie z bajką o rzucaniu kamieniem... )

  • sadul

    Oceniono 55 razy 19

    Lektura tego tekstu jest przerażająca. A jeszcze bardziej przerażająca jest postawa i komentarz p. Gostkiewicza, który, podobnie jak i prawicowi zwolennicy lustracji, nie wie, co to "praca nad źródłami".

    Tak można i w Generalnym Gubernatorstwie dostrzec polską państwowość - przecież "cześć administracji była polska, Polacy i Niemcy sobie żyli, chodzili do kina"...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX