(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

społeczeństwo

Kobiety biseksualne w Polsce. ''Faceci moją orientację odbierają jako przyjemny bonus do seksu''

Pociągają je kobiety. Pociągają je mężczyźni. Wchodzą w związki hetero i w związki lesbijskie. Próbują poliamorii. Mówią prosto w twarz o swoich upodobaniach lub udają, że są jak większość. Jak to jest być kobietą biseksualną w Polsce? Opowiadają nam Gaja, Patrycja i Małgorzata.

Gaja*, 27 lat

Gdy związałam się z dziewczyną, podobały mi się inne dziewczyny. Zaczęłam więc myśleć, że jestem lesbijką. Potem jednak okazało się, że podobają mi się też faceci. Doszłam do wniosku, że nie ma sensu szukać jakiejś jednoznaczności. Po co? Dla kogo? Stwierdziłam: OK, jestem bi. Choć najchętniej nie określałabym się wcale. Ale słowa są potrzebne w życiu z innymi ludźmi.

Lubię słowo „biseksualność”, w odróżnieniu od słowa „biseksualizm”, które jest przerażające w swojej medyczności. „Biseksualność” daje więcej przestrzeni, możliwości zmiany, to trochę jak „elastyczność”.

Biseksualność jest jednak trudna. Bo nie wpisuje się w sztywne, z góry określone ramy. Jeżeli ktoś jest hetero, to nie przeprowadza ważnej rozmowy z rodzicami: Mamo, tato, jestem hetero. Jeżeli ktoś jest homo, to taka rozmowa jest kluczowa. A jeśli ktoś jest bi, to co właściwie ma powiedzieć? To jakby się było trochę hetero, trochę homo, a właściwie ani do końca hetero, ani homo.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

Nie jestem poważnie traktowana przez żadną z grup. Faceci hetero, z którymi zdarza mi się spotykać, moją orientację odbierają jako przyjemny bonus do seksu. Albo jako jakieś skryte fantazje, których tak naprawdę nie chciałabym realizować. Pewna heteroseksualna koleżanka na wiadomość, że podobają mi się też kobiety, spytała: A co złego jest w facetach? A czy ja powiedziałam, że jest w nich coś złego!? Po prostu widzę coś pociągającego również w kobietach.

Z kolei w środowisku homo, w którym obracałam się przez kilka lat, często to dziewczyny mają bardzo negatywny stosunek do bycia bi. Doświadczyłam tego podczas dwuletniego związku. Wyglądałam wtedy i ubierałam się typowo kobieco - szpilki, duży biust, mini, długie blond włosy - więc bardzo wielu mężczyzn podrywało mnie na imprezach, zaczepiało na ulicy, zapraszało na randki. Moja dziewczyna obserwowała to wszystko i wiedziała, że nie jestem obojętna. Czuła się zagrożona. Wydawało jej się, że jak tylko poznam faceta, to z ulgą przeniosę się na drugą stronę, stanę się „zwyczajną dziewczyną”, wejdę w świat hetero i o niej zapomnę. Znam wiele lesbijek, które najbardziej boją się, że kobieta zdradzi je z facetem. W naszej kulturze są gorzej traktowane na wielu polach jako kobiety, więc właściwie spodziewają się zagrożenia ze strony mężczyzn.

Już w gimnazjum podobały mi się dziewczyny i nie czułam oporów, żeby o tym pogadać z przyjaciółkami. Jednak zamykałam się na możliwość związku z dziewczyną. Chciałam się z nimi jedynie całować. Miałam przekonanie, że na serio można być tylko z facetem. Kiedyś obejrzałam teledysk „Nas nie dogoniat” i niesamowicie poruszyła mnie pokazana tam historia miłości dwóch dziewczyn. Pokazałam go mamie. Powiedziała: Aha, OK. Chyba nie odebrała tego poważnie. Może chciała mnie wysłuchać, ale zarazem nie mieściło jej się w głowie, żebym to ja miała być jak bohaterka tego teledysku. Mieszkaliśmy w małym miasteczku, rodzice mają prestiżowe zawody, należą do elity, „chodzenie” ich córki z dziewczyną byłoby w tym środowisku nie do pomyślenia.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

Kilka lat później, gdy miałam szesnaście lat i uczyłam się w liceum w dużym mieście, z którego przyjeżdżałam do rodziców na weekendy, przyjaźniłam się z dziewczyną, która jednocześnie bardzo mi się podobała. Miałam wrażenie, że mama coś podejrzewa. Pewnego dnia zupełnie spontanicznie powiedziałam: A wiesz mamo, że ja jestem biseksualna? Wtedy zareagowała już inaczej: Przestań, nie mów tak nawet!

Od tamtych słów nie rozmawiałyśmy na ten temat. Nawet gdy związałam się z dziewczyną. Było mi ciężko, bo chciałam opowiedzieć mamie, że łał, zakochałam się z wzajemnością, jak fajnie! Ale nie było takiej możliwości. Mogłam o tym rozmawiać tylko z siostrą, która bardzo mnie wspierała.

Moja dziewczyna przyjechała razem ze mną do domu moich rodziców na kilka dni tylko raz. Oczywiście jako koleżanka. Wcześniej, gdy mieszkałam z rodzicami, gościłam wiele koleżanek i nigdy nie było problemu, abyśmy spały razem w moim łóżku. Tymczasem kiedy ja i moja dziewczyna przekroczyłyśmy próg domu, mama wykrzyknęła, że ja mam pościelone w swoim pokoju, a ona - w gościnnym. Strasznie się wkurzyłam. Stwierdziłam, że mam to w dupie, wzięłam kołdrę z gościnnego i przeniosłam do swojego łóżka. Spała ze mną i wszyscy się jakoś z tym pogodzili. Wiem jednak, że mama byłaby bardziej zadowolona, gdybym miała męża i przychodziła z nim na obiadki w niedzielę.

Gdziekolwiek pracuję, najczęściej się ukrywam. To nie takie trudne: po prostu udaję, że jestem zainteresowana wyłącznie mężczyznami. Obecnie pracuję w butiku, tam dużo się gada z koleżankami o facetach, więc po prostu bez mrugnięcia okiem opowiadam, który z nich mnie kręci, a który nie, i jest to prawda. Jednak niecała.

Czy wszyscy jesteśmy bi?

Dr Agata Loewe, psychoterapeutka, seksuolożka, założycielka Instytutu Pozytywnej Seksualności:

W radykalnej książce Shiri Einsler „Bi: Notes for Bisexual revolution” pada zdanie, że wszyscy jesteśmy bi. Nie wiem, czy wszyscy jesteśmy bi. To zależy od własnej identyfikacji. Znam osoby, które deklaratywnie są homo lub hetero, a na podstawie opowieści o ich życiu uznałabym, że są zdecydowanie bi. Ale orientacji się nie diagnozuje, bo nie jest ona chorobą, zaburzeniem ani symptomem. Każdy ma prawo do samookreślenia. Czasami pomagam osobom nazwać siebie według obowiązującego słownictwa i terminologii, jednak zaznaczam, że to jest kwestia indywidualna.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

Patrycja, 36 lat

Kiedyś seksuolog, z którym rozmawiałam stwierdził, że jestem stuprocentową biseksualistką. Bardzo się ucieszyłam: wreszcie jakiś autorytet mi to powiedział i już nie muszę się zastanawiać, czy faktycznie nią jestem, czy to tylko takie moje widzimisię.

Już od podstawówki podczas masturbacji najłatwiej osiągałam rozkosz, fantazjując o kobietach. Jednak nigdy nie przychodziło mi do głowy, że mogłabym coś do kobiety czuć. Może dlatego, że pochodzę z konserwatywnej rodziny, od pokoleń żyjącej w tym samym małym mieście, i moi rodzice zadbali, żebym nie miała pojęcia, że to możliwe. Oczywistym było, że Patrysia kiedyś wyjdzie za mąż i założy rodzinę. Jeśli ktoś miał mi się podobać, to na pewno chłopiec i na pewno z założeniem, że zostanie moim mężem do grobowej deski.

Pierwszy raz myśl o tym, że mogę być zainteresowana kobietami, pojawiła się, gdy na drugim roku studiów mieszkałam w dużym mieście, w akademiku żeńskim. Inne dziewczyny bez problemu chodziły w samym ręczniku, odsłaniały przy mnie piersi. Złapałam się na tym, że ja się ich wstydzę - tak jakbym się wstydziła mężczyzny. Wodziłam za kobietami wzrokiem. Odwracałam się za nimi na ulicy. Mężczyźni mogli dla mnie nie istnieć.

Na początku studiów zaprzyjaźniłam się z Bogusią, niezwykle piękną dziewczyną, niesamowicie dobrym człowiekiem. Spędzałyśmy razem każdą wolną chwilę. Kiedy wychodziłyśmy potańczyć w sobotę, czułam dumę, że taka wspaniała dziewczyna idzie ze mną! Pewnego razu poszłyśmy na dyskotekę i podczas tańca Bogusia zaczęła mnie dotykać - niby dla zabawy. Przesuwała rękami po plecach, po pośladkach. Kręcili się wokół nas mężczyźni, dla mnie istniała tylko ona. I wtedy znowu pojawił się ten wstyd. Poczułam, że ona znaczy dla mnie coś więcej, ale absolutnie nie przyszło mi do głowy, żeby z nią o tym pogadać. Miałam bardzo głębokie przekonanie, że moje uczucie musi pozostać w tajemnicy.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

W czasie studiów miałam przygodne relacje z facetami, ale tak naprawdę zaspokajaliśmy wzajemnie jedynie swoje potrzeby fizyczne. Oni pozwalali mi się rozładować, było mi z nimi dobrze w łóżku, ale jednocześnie wciąż myślałam o kobietach. Jeśli któraś z nich mi się podobała, nie potrafiłam rozpoznać, czy byłaby mną zainteresowana. Nikt mnie nigdy nie uczył, jak odczytać zachowania kobiet w kontekście erotycznym. W przeciwieństwie do zachowań facetów, z którymi zapoznawały mnie koleżanki już od początku szkoły: ten na ciebie zerknął, tamten pociągnął za włosy - to znaczy, że cię lubi.

Podniecałam facetów i widziałam to doskonale. W trakcie seksu mówiłam na głos o tym, że chciałabym być z kobietą. To był dla nich ogromny afrodyzjak. Na piątym roku poznałam mojego przyszłego męża, zaczęliśmy spotykać się na seks. Nie chciałam z nim być, ale zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że chcę urodzić, nie podlegało to żadnej kwestii. Jednocześnie czułam, że jestem w pułapce. O ciąży nie powiedziałam jemu, tylko Bogusi. To ona była przy mnie. Dzwoniła, pytała, jak się czuję, wspierała, zawoziła mnie na wizyty lekarskie. Jednak po pewnym czasie mój przyszły mąż dowiedział się przez przypadek o ciąży, przyjechał i stwierdził: OK, to stwórzmy rodzinę. Przystałam na to, co miałam robić?

Związek był nieudany. Zdecydowałam się na drugie dziecko, ale dla przyjemności nie chciałam z mężem w ogóle współżyć. Skoncentrowałam się na dzieciach i na pracy. Raz tylko wspomniałam mężowi, że chciałabym być z kobietą. To był mój największy błąd, bo od tego czasu wykorzystywał to przeciwko mnie. W kłótniach powtarzał, że nie jestem prawdziwą kobietą, tylko nie wiadomo czym. Te słowa słyszały dzieci. Odżyłam dopiero po rozwodzie. Zaczęłam na nowo odczuwać pociąg seksualny. Do obu płci. Cały czas chodziłam podniecona, bardzo o siebie dbałam, przyciągałam uwagę i było mi z tym dobrze. Wtedy poznałam Maćka. On wyzwolił we mnie wszystkie instynkty. Na samym początku powiedziałam mu, że podobają mi się też kobiety. Chciałam, żeby znał mnie taką, jaką naprawdę jestem. Powiedział mi potem, że tą otwartością go zdobyłam.

Jesteśmy w związku poliamorycznym, choć obecnie tylko we dwoje. Spotykamy się czasem z innymi kobietami na seks. Chcielibyśmy spotkać taką, z którą stworzylibyśmy związek we troje, ale bardzo trudno taką znaleźć. Kilka razy, gdy próbowaliśmy, okazywało się, że stoję dziewczynom na drodze do Maćka. Może lepiej by było, gdybym była z lesbijką, która z Maćkiem tylko by się przyjaźniła? Może wtedy miałabym poczucie, że ta dziewczyna jest ze mną, dla mnie. Tylko jak znaleźć taką, która zaakceptuje mój jednoczesny związek z facetem? Maciek powtarza, że nigdy nie będzie miał nic przeciwko mojemu związkowi z kobietą, jeśli będę szczęśliwa. Widzi, co się ze mną dzieje. Dopytuje: No i jak? Miałaś iść na randkę. A ja przyznaję: Znowu spietrałam.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

Spotykaliśmy się z Maćkiem z dziewczyną z innego miasta. Któregoś razu pojechałam do niej sama. Strasznie chciałam, żeby było pomiędzy nami coś więcej. Obie miałyśmy wypieki na twarzy, ale każda uciekła do innego pokoju. A przecież wcześniej już byłyśmy razem w łóżku, we troje z Maćkiem...

Chcę kobiety dojrzałej, która mnie pokocha taką, jaka jestem. Nie szukam przygód. Nie mam też potrzeby opowiadania wszystkim, że jestem bi. Dzieciom nigdy nie mówiłam wprost o swojej orientacji, ale też nie kryję się przed nimi. Swobodnie rozmawiam przy nich z Maćkiem, zachwycam się urodą kobiet w telewizji, opowiadam, która podobała mi się w klubie. Wiedzą, że istnieją geje i lesbijki. Wiedzą, że osoby homoseksualne powinny mieć takie same prawa, jak heteroseksualne. Jeśli dzieci zapytają wprost, jak to jest ze mną, odpowiem. Gorzej będzie, jak przez przypadek napomkną o tym dziadkom... Nie widzę szansy, żeby robić jakikolwiek coming out przed moimi rodzicami.

Czy istnieje stuprocentowa orientacja seksualna?

Dr Agata Loewe:

Nie ma czegoś takiego jak stuprocentowa orientacja seksualna. Osobiście - podobnie jak wielu innych ekspertów - uważam nawet, że orientacja seksualna nie istnieje. Wychodzę z założenia, że ludzie dobierają swoich partnerów, partnerki na podstawie zakochania, pożądania czy fascynacji. Płeć stanowi drugorzędną kategorię. To znaczy, że kiedy czujemy coś do kogoś, to nie ze względu na to, że jesteśmy homo czy hetero. Czujemy coś do konkretnej osoby i przy okazji może mieć ona jakąś płeć. Z doświadczenia zawodowego wiem, że to nie jest dla ludzi oczywiste.

Małgorzata, 33 lata

Tożsamość bi jest traktowana jako efemeryczna, kapryśna, chimeryczna, trochę zmyślona. Zwłaszcza w przypadku kobiet: naszych uczuć w kulturze nie bierze się poważnie. Seks dwóch kobiet odbierany jest często jako dodatek do „prawdziwego” zbliżenia. Zastanawiam się, na ile to wpływa na naszą pewność siebie? Na ile my, osoby bi, siebie same traktujemy z przymrużeniem oka. W kulturze, w której wszyscy się muszą na coś zdecydować, co właściwie jest moje?

Pamiętam, że między szóstą a siódmą klasą podstawówki czułam się kompletnie aseksualna. Nie umiałam ocenić swoich emocji do różnych osób: podobali mi się chłopcy, ale też głęboko wzruszały mnie koleżanki i czułam, że jest to coś innego niż zwykła dziewczęca przyjaźń. Miałam straszny mętlik. Dlatego wybrałam bycie ponad.

Erotyczne doświadczenia z dziewczynami kulturowo są postrzegane jako naturalny etap rozwoju. Żadna się nie przyzna, że coś czuje do koleżanki, z którą „ćwiczy” całowanie. Bo to ma być zabawa i nic więcej. A gdy dorosłam? Z kobietami miałam piękne, baśniowe przygody: w księżycową noc na starówce przypadkiem poznajesz dziewczynę i zaczynacie się całować. W przeciwieństwie do przaśnych związków, w których na przykład zamiast czytać książkę, która cię interesuje, pętasz się na piwo z osobą, która akurat przypadkiem jest twoim chłopcem. Byle odsiedzieć z nim dupogodziny.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

W większości przypadków wchodziłam w relacje dlatego, że ktoś tego bardzo chciał. Ja niekoniecznie. No bo skoro rycerz wykona te trzy zadania, to głupio by było, żeby księżniczka się odwróciła na pięcie, mówiąc: Sorry, ale wyjeżdżam na stypendium do Hiszpanii.

Przez jakiś czas umawiałam się z chłopcem, który sam był biseksualny. Wreszcie mogłam się wygadać, wreszcie ktoś miał podobne problemy. Choć mierzył się z zupełnie innymi dylematami, rozumiał mnie. Wielu rzeczy nie musiałam mu wyjaśniać, mogłam po prostu usiąść sobie z herbatą czy z piwem, i powymieniać się doświadczeniami. Nareszcie moje bycie bi nie było dla kogoś żadnym „łał”.

Ostatnio pewien znajomy, który często przychodzi do knajpy, którą prowadzę, zapytał mnie, czy jestem lesbijką. Często widuje mnie z dziewczyną, ona wpada do mnie do pracy, nie ukrywamy uczuć. Odpowiedziałam, że nie - że jestem biseksualna. Na co on: Żółwik! Mam do tego szacunek, dobrze, że jesteś z tego dumna! Ten znajomy jest kibicem. Największej akceptacji doświadczyłam od osób, które stereotypowo ocenia się jako nietolerancyjne. Doceniają moją jawność, to, że nie zakładam z góry, że będą agresorami. Umieją empatyzować z innymi, odwołując się do własnej sytuacji: Jesteś biseksualna, więc ludzie cię negatywnie oceniają, źle traktują - tak samo jak mnie, bo chodzę w szaliku. Największa bifobia spotkała mnie ze strony homoseksualnego chłopaka działającego w łódzkiej organizacji równościowej. Postawa na zasadzie: Jak to, jesteś biseksualna? Zdecyduj się! Ze swoją biseksualnością czuję się jak na warunkowym. Jak uchodźczyni, której urzędnicy przyglądają się, czy się dobrze zasymilowała. Czy spełnia ich warunki.

Czasem podczas pogaduszek w gronie nieheteroseksualnych dziewczyn słyszę teksty: A po co ty się z nią w ogóle umawiałaś, przecież wiedziałaś, że to biszkopt. Wiadomo, że odejdzie do faceta, zdradzi, odkręci numer. Często protestuję: Może nie wyszło wam nie dlatego, że ona jest bi, tylko po prostu nie umiałyście się dogadać? Żadna inna się wtedy nie odzywa. A przecież ja wiem, że większość z nich ma doświadczenia biseksualne.

Zawsze chciałam mieć córkę. Chciałam być młodą mamą, taką mamą-przyjaciółką. Jednak macierzyństwo mnie zaskoczyło: OK, to jest dziecko, którego strasznie chciałam, ale mam dwadzieścia lat, nie mam pracy i muszę to jakoś zorganizować. Związek z ojcem Łucji był pomyłką. Spotykałam się z nim głównie dlatego, że on chciał. Zaszłam w ciążę i chciałam tego dziecka, ale nie było mi dobrze w tej relacji. Miałam poczucie presji i rezygnacji, byłam w panice, że musimy tworzyć rodzinę. Wymuszałam na nim wdzięczność za sam fakt, że z nim jestem.

(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)(fot. iStockphoto.com / zdjęcie ilustracyjne)

W trakcie związku moje mówienie o biseksualności przyjmował jak anegdoty. Kiedy się rozstawaliśmy, powiedział mi, że moje zwierzenia to rodzaj kokieterii. Bardzo mnie to zabolało.

Przed Łucją niczego nie ukrywałam. Kultura i tak tworzy masę tematów tabu, jako rodzic nie trzeba dokładać kolejnych. Po moim rozstaniu z ojcem Łucji córka wręcz histerycznie reagowała na wszelkie osoby, z którymi próbowałam się umawiać. Niezależnie od płci. Z tego powodu kilku relacji nie pogłębiałam. Nie można tego dziecku robić. Przyprowadzasz kogoś, kogo ono bardzo nie lubi i mówisz: To jest twój nowy tata, to jest twoja nowa mama, ta osoba będzie z nami mieszkać przez najbliższe dwadzieścia lat, pogódź się z tym. Mam prawo ułożyć sobie życie na nowo, ale nie po trupach!

Marta jest pierwszą osobą, którą Łucja dobrze przyjęła. Poznałyśmy się na kobiecej imprezie. Od razu zaczęłyśmy się całować, następnego dnia spotkałyśmy się na randce i od tamtej pory widujemy się właściwie codziennie. Wchodząc w ten związek martwiłam się, że jeśli ktoś w szkole chciałby się wobec Łucji niesympatycznie zachować, to mama żyjąca z kobietą byłaby świetnym pretekstem. Ale nic takiego się nie stało.

Marta jest też pierwszą osobą, z którą zamieszkałam po związku z Łukaszem. Miałam duży lęk, bo bardzo potrzebuję przestrzeni dla siebie. Przekonało mnie obserwowanie, jak Marta i Łucja potrafią dwie godziny grać razem w jakąś grę, rozemocjonowane.

Moja dziewczyna miała straszliwie homofobiczną sytuację w domu rodzinnym, to niestety rzutuje na jej zachowania wobec mnie i jej stosunek do samej siebie. Dzięki jej doświadczeniom doceniłam swoich rodziców. Kiedy byłam bardzo młoda, moja matka powiedziała mi: Zawsze będę akceptować osoby, które przyprowadzisz, dopóki ty będziesz je akceptować. Wtedy wydawało mi się oczywiste, że ludzie nie robią problemu z rzeczy, które tak naprawdę nie są problemem.

Czy łatwo być bi w Polsce?

Komentarz dr Agaty Loewe:

Nasz świat nie wspiera różnorodności. Osoby tej samej płci trzymające się za ręce czy całujące się w autobusie bardzo często spotykają się z otwartą niechęcią czy nawet wrogością. My, Polacy, w ogóle jesteśmy seks-negatywni. Na publiczne przejawy zaangażowania intymnego reagujemy prychaniem, komentarzami czy zawstydzaniem. Inaczej wygląda metro w Londynie czy główna ulica w czeskiej Pradze. W tłumie, gdzie każdy pędzi załatwiać swoje sprawy, nie ma czasu na wytykanie palcami tych, co „nie pasują”. W Polsce chyba mamy za dużo wolnego czasu...

*Imiona Gai i Patrycji oraz imiona osób występujących w ich opowieściach zostały zmienione

 

Katarzyna Michalczak. Autorka tekstów w różnych czasopismach, wierszy i opowiadań. Laureatka nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina. Doktorka nauk humanistycznych, współzałożycielka i członkini kolektywu szkoleniowo-kołczingowego Multiprops. Rysuje komiksy, które można oglądać na Facebooku na stronie „Pilnuj się i korzystaj”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (131)
Zaloguj się
  • maxgazeta.pl

    Oceniono 201 razy 127

    Jakbym był kobietą to też zostałbym bi. A kobiety bi zawsze mile widziane :)

  • marekmarek44

    Oceniono 138 razy 114

    Kobiety- biseksy zawsze kręcą chłopaków bardziej niż zwykłe - heterki. Wiedzą o tym producenci porno i to wykorzystują

  • liberalna.demokracja

    Oceniono 111 razy 91

    Seks to taka nasza atawistyczna pozostałość, która jest na tyle dalej instynktowna i impulsywna, że dalej ślepo kieruje niektórymi ludźmi i wciąż prowadzi za rączkę, jak ulubiony smak np. do lodów poziomkowych. Dlatego każda forma seksu między ludźmi jest jak najbardziej dopuszczalna, pod warunkiem, że w takim związku jedna osoba nie będzie wykorzystywała drugiej, nie będzie znęcała się i nie będzie pastwiła się nad swoim partnerem. Seks ma być tylko przyjemnością, cielesnym przyjemnym doznaniem i wrażeniem. I jeszcze jeden warunek należy spełnić, tzn. tych swoich seksualnych zbliżeń z przyczyn czysto estetycznych i w ogóle dla szacunku dla człowieka w ogóle, nie należy uprawiać w miejscach publicznych i nie wolno robić tego z osobami małoletnimi. Dlatego absolutnie nie przeszkadza mi to, że np. dwie kobiety, trzy kobiety czy czterech facetów uprawia ze sobą sex razem, osobno czy nawet w systemie pucharowym, czyli każdy z każdym. Sex jest prywatną sprawą każdej osoby a na pewno nie opinii publicznej. Jeżeli ktoś chce regulować czyjeś prywatne życie, w tym życie seksualne, ten jest po prostu aspołeczny, paradny, trywialny lub po prostu jest czystym fanatykiem i niewolnikiem jakichś religijnych przekazów

  • motomycha

    Oceniono 96 razy 74

    kiedy miałem 7 lat widziałem jak moje kuzynki się wzajemnie masturbowały a na to one że bliżniaczki tak mają a ja wzruszyłem zawstydzony ramionami i poszedłem za swoimi "ważniejszymi sprawami" dziasiaj maja po 30lat zamężne ale podejrzewam dalej ze sie spotykaja ale nic nie wypytuje ,ich sprawa taka pogmatwana natura kobiet

  • buwalker

    Oceniono 46 razy 34

    Kobiety mają szerszą strefę intymną. Pewne atrybuty seksualne (np zdrowa cera i regularne rysy twarzy) stanowią o atrakcyjności obu płci, ale heteroseksualni panowie są bardziej wrażliwi na cechy własnej płci, stanowiące o rywalizacji, im wyższy poziom testosteronu, tym mniej będą traktować osoby tej samej płci jako obiekt seksualny, i tym bardziej będą czuć się niekomfortowo w znajomej sobie sytuacji, którą rozpoznają jako konkurencyjne prezentowanie atrybutów seksualnych przed samicą. Z drugiej jednak strony, wysoki poziom testosteronu u osobnika z genetycznie uwarunkowanym homoseksualizmem (pozostającym na razie na poziomie domniemań), będzie pewnie miał inne znaczenie. Do tego dochodzi narcyzm, miesza się psychologia z seksualnością, a jeszcze tak ważna estetyka, związana z witalnością, energią, do tego dochodzą wtórności kulturowe związane ze stygmatyzacją homoseksualizmu, sam czuję się skrępowany w obecności faceta o ładnej twarzy, jednocześnie dobrze wysportowanego, bo samą prezencją wysyła sprzeczne bodźce.

    Tak, czy inaczej, większość kobiet jest biologicznie zdeterminowana do biseksualności, i w pełni zgadzam się z tezą w nagłówku, mnie też to kręci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX