(fot. Marcin Jończyk)

Ocalona z rzezi. Banderowcy wyrżnęli prawie całą wieś. Dwulatkę uratowali sąsiedzi

Banderowcy takie dzieci zabijali. Jeśli ktoś ich nie słuchał, mogli mu spalić gospodarstwo albo rozstrzelać. Ale z drugiej strony, jak zabić maleńkie dziecko, które cudem się uratowało? Ukraińcy stali więc w Gaju nad dziewczynką i się kłócili. Oddać banderowcom? Czy spróbować ją ocalić? Historia pani Hani to część książki Witolda Szabłowskiego "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia". Pomagamy szukać rodziny ocalałej Polki.

Od dziecka wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak. W szkole w Kaszówce, gdzie mieszkaliśmy, dzieciaki, jak chciały mi dogryźć, mówiły: - Nie jesteś córką swoich rodziców. - A kim? - pytałam. - Znajdą po Polakach. Szliśmy po szkole na sanki, a one dalej za mną: Znajda, znajda.

Szłam potem zapłakana do domu, a mamusia mnie przytulała i mówiła: Nie słuchaj głupot. Nasza jesteś. I tyle.

Rodzice mi nie powiedzieli nigdy ani słowa o tym, skąd się u nich wzięłam. Kiedy mama już była stareńka, ciocia, jej siostra, wszystko mi opowiedziała: My, stare, niedługo poumieramy - mówiła - a ty powinnaś znać prawdę. I jeszcze mamie tłumaczyła: Nie może być tak, że my do grobu pójdziemy, a Hania nie będzie nic wiedzieć. Powiedz jej!

Ale ciocia znała tę historię z drugiej ręki. Powiedziała dużo, ale najważniejszych szczegółów nie znała. A ja bym chciała wiedzieć, jak się nazywali moi prawdziwi ojciec i matka. Nawet jeśli tam zginęli, to chciałabym znać chociaż imię i nazwisko tej polskiej mamy. To ważne dla człowieka, żeby wiedział takie rzeczy. Sama miałam trójkę dzieci i choćby nie wiem co się stało, chciałabym, żeby wiedziały, kim ja jestem. Jakie jest moje imię i nazwisko. Chociaż tyle - imię. I nazwisko.

Pani Hania (fot. Marcin Jończyk)Pani Hania (fot. Marcin Jończyk)

Idę więc do mamy, mówię: Mamo, już wiem, że nie jestem wasza. Opowiedzcie mi, jak to było.

A mama płacze. Powtarza: Nasza jesteś, córeczko. I ucieka. Chowa się przede mną. Drzwi zamyka. Z ciotką w ogóle przestała rozmawiać, choć wcześniej dzwoniły do siebie co kilka dni.

Mama i tata nie mieli innych dzieci. Ja też do nich trafiłam dość późno - tatko miał już prawie 40 lat. Bali się chyba, że jak poznam prawdę, wyjadę do Polski. Podobno były takie dzieci w innych wioskach, które po wojnie odnajdywała rodzina, nawet dalsza, i które wyjeżdżały. Boże, jak oni się musieli tego bać, skoro tak mnie kochali... Zawsze mi kupowali najlepszy materiał na ubrania. I najlepsze zabawki: niedźwiadki, zajączki... Ktokolwiek nowy się we wsi pojawiał - geodeta, leśnik, ktoś z urzędu - oni się biedni trzęśli, że to ktoś przyjechał zabrać ich Hanię.

No dobrze. Ale przez wiele lat nikt nie przyjechał. Potem, jak  miałam 40 czy 50 lat i własne dzieci, wiadomo już było, że nigdzie nie pojadę. Dlaczego wtedy mi nic nie powiedzieli?

Myślę, że z przyzwyczajenia. Skoro całe życie ukrywali, to już nie umieli powiedzieć. Może nawet sami zaczęli wierzyć, że jestem ich córką? Jak człowiek w coś mocno chce uwierzyć, to w końcu uwierzy, no, sam niech pan powie, czy tak nie jest.

A było tak. W 1943 roku jakaś banda napadła na polską wieś, która się nazywała Gaj. Cały dzień ludzi zabijali; nie przepuścili nawet dzieciom. Zabitych wrzucali do rowu przy szkole. Co to była za banda? Dlaczego to robili? Nie wiem. Mówią, że banderowcy; ci, co walczyli o wolną Ukrainę.

Po wsi Gaj nie ma dziś śladu, choć była to bardzo duża wioska. Wiem, bo nieraz tamtędy przez las jeździłam, i potrafię sobie wyobrazić, ile mniej więcej zajmowała. Ale długo nie wiedziałam, że tam przed wojną była wieś - las, jak wszędzie, tyle że trochę młodszy. Dopiero jak byłam nastolatką, ktoś ze starszych zaczął mówić - a, tutaj do polskiej szkoły chodziłem. Tutaj kolegę Polaka miałem. I tak po odrobince się dowiadywałam, że tu w czasie wojny jakichś ludzi zamordowali. Dziwne, prawda? Że tyle czasu nikt nic nie mówił. To były wioski odległe od siebie dwa kilometry; ludzie do Gaju i do kowala jeździli, i w różnych innych sprawach. I mój tatko, i mama musieli tam być wiele razy. A przez wiele lat tylko po zdziczałych wiśniach i jabłonkach można było poznać, że kiedyś tam były domy, szkoła, normalne życie. Jakby ludzie z jakiegoś powodu chcieli ten Gaj zapomnieć, wyrzucić go z głowy.

Po wiosce Gaj dziś prawie nie ma śladu (fot. Marcin Jończyk)Po wiosce Gaj dziś prawie nie ma śladu (fot. Marcin Jończyk)

Podobno Polacy piękne sady mieli. Ich wiśnie były najlepsze w okolicy. Ludzie w Kaszówce do dziś wspominają, że takie soczyste, słodkie. Można było poznać, kto się przyjaźni z Polakami po tym, że sok z wiśni miał w domu.

Czy coś tam czułam szczególnego w tym lesie? Nie, zupełnie nic. Tylko żal mi było tych ludzi, że ich tak wymordowali.

Nigdy nie myślałam w ten sposób, że tam moi mama i tata leżą; nawet jak już znam prawdę, to ciężko mi o tym myśleć w ten sposób. Niby to wiem, niby wiem, że tam moi rodzice, dziadkowie, a pewnie i ciotki, wujowie, rodzeństwo leżą, ale jakoś to do mnie nie dociera. Może jakby Bojmistrukowie mnie źle traktowali, toby było inaczej. Tobym tęskniła za tym, co mogło być. Ale oni mnie tak kochali, tak gładzili, że nawet się nie zastanawiałam, jakby mi było z tymi innymi rodzicami.

Dwa dni po masakrze ludzie z mojej wioski jechali do Gaju. Ta banda, która tam ludzi wymordowała, wróciła i kazała ludziom z Kaszówki pochować zabitych, bo już się zaczęli rozkładać. Wtedy mnie znaleźli, gdzieś wśród drzewek owocowych. Podobno płakałam w stodole, a obok mnie leżały same trupy. Dwóch martwych chłopców i starszy pan - ciocia mówiła, że pewnie ci dwaj to bracia, a ten pan to dziadek.

Miałam w jednym ręku kawałeczek chleba, a w drugim - chusteczkę z dwoma literami, pewnie to moje inicjały. Jakie? Nie wiem. Ciocia też nie pamiętała. Nigdy tej chusteczki nie zobaczyłam, pewnie poszła do pieca jeszcze w czasie wojny. Nie pamiętam nawet jednego obrazu z tych dni. Podobno obok mnie stał pusty kubek, a  bardzo mi się chciało pić.

W miejscu masowego grobu mieszkańców wsi Gaj stoi krzyż. To jedyna pozostałość po tragedii (fot. Marcin Jończyk)W miejscu masowego grobu mieszkańców wsi Gaj stoi krzyż. To jedyna pozostałość po tragedii (fot. Marcin Jończyk)

*

Kaszówka to wioseczka-bajeczka, nie sposób się w niej nie zakochać. Pięknie położona nad rozleniwioną tu nieco rzeką Stochód, w której kąpią się gęsi; otoczona z każdej strony gęstym lasem, z błękitną cerkwią pośrodku.

Prawie każdy gospodarz ma tu konia albo i parkę. Zimą jeździ się saniami, które latem zawiesza się na ścianie stodoły. Latem jeździ się furmanką albo (rzadziej) kolaską. Samochody mają tylko bogatsi, a koń stoi na co drugim podwórku.

Jeśli jadąc tu dołożymy kilka kilometrów na popolskim bruku, a później pół kilometra polną, wyjeżdżoną przez furmanki drogą, dojedziemy do miejsca, gdzie kiedyś stała wioska Gaj. Wystarczy przejść kilkanaście metrów, żeby dotrzeć do dawnego rowu strzeleckiego, gdzie mieszkańcy sąsiednich wiosek (niektórzy z nich sami wzięli udział w zabijaniu) zrzucili ciała zabitych. Później, już w czasach wolnej Ukrainy - to wyszło w czasie ekshumacji - zrobili sobie w tym miejscu nielegalne składowisko śmieci. Do dziś często można tu wsadzić nogę do dziury - to miłośnicy historii z Kowla, Łucka albo innych większych miast szukają tu za pomocą wykrywaczy metalu złota albo innych skarbów po Polakach.

Jeśli jednak ominiemy Gaj i pojedziemy prosto do Kaszówki, starsi ludzie od razu pokażą, gdzie kiedyś mieszkała rodzina Bojmistruków, ukraińskich rodziców pani Hani. Tu na wioskach ludzie znają swoich sąsiadów do trzeciego pokolenia wstecz. Pytanie o kogoś, kto wyprowadził się pół wieku wcześniej, nikogo nie dziwi. Wiem to, bo jeżdżę po wsiach Wołynia już od kilku lat z takimi dziwnymi pytaniami. Szukam historii takich jak historia pani Hani i jej ukraińskich rodziców. Historii o dobrych ludziach, którzy ryzykowali życiem, żeby uratować swoich sąsiadów w czasie wojny, a głównie w czasie rzezi wołyńskiej w 1943 roku. Czasami ratowali współmałżonków, czasami sąsiadów, czasem obcych ludzi.

Czasami - jak w przypadku pani Hani - ratowali małe dzieci.

Witold Szabłowski (fot. Marcin Jończyk)Witold Szabłowski (fot. Marcin Jończyk)

Jestem w Kaszówce, bo podejrzewamy razem z panią Hanią, że starsi ludzie wiedzą, z czyjego podwórka została jako dziecko zabrana. Między Gajem a jej wioską był stały kontakt. Ludzie z tych dwóch wiosek dobrze się znali, wiedzieli, kto gdzie mieszkał. Jej nikt nie zdradzi nazwiska polskich rodziców, choćby przez wzgląd na Fedora i Katerinę Bojmistruków, jej ukraińskich rodziców. Ale może mnie powiedzą?

Bojmistruki? O, tam, gdzie teraz te krzaki tarniny rosną, mieszkali - pokazuje dawna sąsiadka. - Fedor zmarł, matka się wyprowadziła, to i o chatę nikt nie dbał. Spłonęła któregoś dnia. Może się samo zajęło, a może dzieciaki dla zabawy podpaliły? Hania? Wszyscy tu wiedzieli, że ona jest od Polaków. Do dziś na nią mówią Hania Polaczka. Ale matce chyba by serce pękło, jakby ktoś Hani o tym powiedział, jakby z nią zaczął o tym rozmawiać. Ale jeśli chcecie się więcej dowiedzieć, jedźcie do drugiej części wsi, za Stochód. Tam ją najpierw przywieźli. Może wam coś powiedzą.

Jadę więc do tej części wsi. Ludzie od razu pokazują mi tu żółtą, położoną niedaleko błękitnej cerkwi chatę, do której w 1943 roku przywieźli furmanką małą dziewczynkę z Gaju.

- Hania? Jak znaleźli tego dzieciaka, zaczęli na miejscu radzić, co z nią zrobić - opowiada jeden z najstarszych mieszkańców Kaszówki, pan Walery, który pamięta ten dzień. - Banderowcy takie dzieci zabijali. Jeśli ktoś ich nie słuchał, mogli mu spalić gospodarstwo albo rozstrzelać - każdy Lach miał być zabity, nieważne, ile miał lat. Ale z drugiej strony, jak zabić maleńkie dziecko, które cudem się uratowało? Stali więc w Gaju nad tą małą i się kłócili. Oddać banderowcom? Czy spróbować ją ocalić? Taki nad nią odbyli sąd.

W końcu jeden z gospodarzy, Aleksander Jaszczuk, bierze dziewczynkę na swoją furmankę i rusza. - Co ma być, to będzie, ale dzieciaka nie zabijemy - mówi. A że jest szanowanym gospodarzem, ludzie w milczeniu mu przytakują. Kaszówka nie trzyma z banderowcami. Miejscowy batiuszka został nawet zastrzelony, bo podobno nie chciał dać ślubu ich przywódcy ani święcić noży, których mieli używać w trakcie rzezi.

We wsi małą Polkę biorą na przechowanie rodzice Kateriny Bojmistruk.

Pani Hania próbuje poznać całą prawdę o swojej przeszłości (fot. Marcin Jończyk)Pani Hania próbuje poznać całą prawdę o swojej przeszłości (fot. Marcin Jończyk)

Katerina i Fedor nie mogą tej nocy spać. Aż trudno dziś sobie wyobrazić ich dylemat. Z jednej strony - wojna przysyła im upragniony prezent, dziecko, którego sami najwyraźniej mieć nie mogą. Z drugiej - ten podarunek losu może ich kosztować życie. Co robić? Decydują się po dwóch tygodniach. Biorą małą do domu i czym prędzej jadą do cerkwi, do pobliskich Hołób, by ochrzcić.

I tak już zostaje.

*

W samym centrum Kaszówki, zaraz obok cerkwi, stoi mała chatynka. W środku tyle miejsca co na łóżko i mały piec. Przed chatynką - płotek, a przy nim - ławeczka. Tu w pogodne dni grzeje się na słonku 89-letni Wołodymir Jaszczuk, ostatni żyjący uczestnik wyprawy, która w 1943 roku przywiozła do wsi małą Hanię - oprócz samej Hani, rzecz jasna. To jego ojciec zdecydował wtedy, żeby dziecka nie zabijać, tylko przywieźć do wsi.

Chciałbym mu zadać wiele pytań, ale nie jest to łatwe. Po pierwsze, Jaszczuk bardzo źle słyszy. Trzeba krzyczeć, a i tak może nie zrozumieć pytania. Po drugie - wiek robi swoje. Jaszczuk nie poznaje sąsiadów, nie poznaje swoich dzieci i często nie wie, w jakiej epoce zasnął, a w jakiej się obudził.

Na szczęście jest jedna sąsiadka, którą Jaszczuk bardzo lubi. Ją poznaje prawie zawsze i kiedy ona krzyczy, rozumie niemal wszystko. Idę po tę sąsiadkę.

- Dziadku! Dziaaaadkuuuu!!! - krzyczy sąsiadka. - Pan jest z Polski! O Hani naszej pisze. O Hani! Tej, którą żeście z Gaju przywieźli!

- O Hani Polaczce? - upewnia się Jaszczuk i przekrzywia głowę. - A to może Polak? - pyta i wskazuje na mnie pomarszczonym palcem.

Polak - potwierdza sąsiadka.

- Jeszcze Polska nie zginęła! - staruszek zaczyna śpiewać hymn, którego nauczył się w polskiej szkole. A później pogrąża się na chwilę w letargu, jakby próbował znaleźć w głowie choć kilka słów, które mogą mi się przydać. - Jak ją wzięli Bojmistrukowie, bandy robiły im problemy - mówi wreszcie, ważąc każde słowo. - Na wsi trudno utrzymać taką rzecz w sekrecie, zwłaszcza że myśmy w Gaju byli w kilka wozów. Świadków było dużo. Cała wieś wiedziała... - dodaje i znów zastyga, jakby szukał w głowie dalszych słów. Zamyka na chwilę oczy. Otwiera. Znów zamyka. Spogląda na mnie po dłuższej chwili. Potem spogląda na sąsiadkę.

- A ten mężczyzna to kto? - pyta i pokazuje na mnie palcem.

Nie pogadamy, choć i tak uświadomił mi ważną rzecz. Małą Polkę z Gaju ratowała cała Kaszówka, nie tylko rodzina Bojmistruków. - Fedor skarżył się kiedyś mojemu ojcu, że raz przyjechali banderowcy i kazali im Hanię oddać - dodaje pan Walery. - Bojmistruk na to, że to jego córka i że najpierw muszą jego zastrzelić. A oni, że oczywiście, zastrzelą małą, a potem jego i żonę. Ale jak zobaczyli uśmiechniętą dziewczynkę z buzią jak pierożek, uwierzyli, że jest Ukrainką. A może tylko udali, że wierzą? Ważne, że dali im spokój. Choć Fedor całą wojnę bał się banderowców; zwłaszcza jak poszedł na front. Bał się, że w tym czasie przyjadą i zabiorą dziecko Katerinie.

Pani Hania (fot. Marcin Jończyk)Pani Hania (fot. Marcin Jończyk)

- Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa jest takie - mówi pani Hania. - Leżymy z mamusią pod łóżkiem, w domu są jacyś mężczyźni, a mamusia trzyma mi rękę na ustach. I ja już wtedy, choć miałam pewnie niecałe trzy latka, dobrze wiedziałam, że się nie mam prawa odezwać. Musiała mnie mamusia tego uczyć dużo wcześniej. Tatki nie było, pewnie był na froncie, a myśmy się ukrywały. Pamiętam, że ci mężczyźni pochodzili chwilę po tej izbie, w której myśmy leżały, porozmawiali, i wyszli. Może nas nie zauważyli. A może i zauważyli, ale okazali się ludźmi. Tam przecież też jeden poszedł sam, bo chciał, a drugi poszedł, bo mu kazali.

*

Siedzimy. Patrzymy na siebie. Kot Białka mruży oczy pod piecem. Sielsko, rodzinnie się zrobiło. I wtedy mówię coś, czego chyba mówić nie powinienem. Mówię: - Pani Haniu, jutro wracam do Polski. Znajdę pani rodzinę.

Fragment pochodzi z książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”

Wydawnictwo Znak wspólnie z autorem poszukuje osób, które pomogą odtworzyć historię rodziny Pani Hani. Jeśli ktokolwiek z Państwa wie coś o jej rodzinie, albo zna kogoś, kto może coś wiedzieć o jej przodkach, prosimy o kontakt na adres mailowy: asystent@znak.com.pl (z dopiskiem „Wołyń”).

Książki Witolda Szabłowskiego są dostępne w Publio.pl

Witold Szabłowski (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta / okładka książki: materiały prasowe)

Witold Szabłowski (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta / okładka książki: materiały prasowe)

Witold Szabłowski. Dziennikarz „Dużego Formatu”, autor bestsellerów „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”, „Tańczące niedźwiedzie”, współautor książki „Nasz mały PRL”. Laureat prestiżowych nagród, m.in.: Nagrody Dziennikarskiej Parlamentu Europejskiego, Nagrody im. Anny Lindh i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego; nominowany do Nagrody Literackiej NIKE. We wrześniu ukaże się jego książka "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia". Kolejną - która na razie pozostaje tajemnicą - opublikuje największe wydawnictwo na świecie - amerykańskie Penguin Random.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (187)
Zaloguj się
  • mazuvian

    Oceniono 215 razy 191

    Myślé, że Polska powinna mieć specjalne odznaczenia, archiwum historii i nagrody finansowe dla nie-Polaków ratujácych Polaków podczas rzezi dokonanych w czasie 2 wojny światowej ze strony Niemcówi, Ukraińców, Rosjan itd.

    Mam na myśli coś w stylu żydowskich Medalów dla Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, instytutu Yad Vashem...

    Przykładowo rodzice tej Hanny by já otrzymali pośmiertnie, z innymi mieszkańcami wioski, z certyfikatami, ich imiona i relacje byłyby spisane, drzewa ich imienia posadzone, a wioska otrzymałaby nagrodé za ich pomoc, powiedzmy 1 mln złotych.

    Co wy myślicie?

  • rikol

    Oceniono 104 razy 72

    Zauważcie, że Hanię uratowała rodzina ukraińska. I bardzo dobrze była traktowana. Ukraińcy byli gotowi oddać zycie za polskie dziecko. Czy w końcu udało się znaleźć informacje na temat jej pochodzenia?

  • rikol

    Oceniono 128 razy 46

    grudzień 1937-1939 - władze podjęły akcję polonizacyjną. Została rozpoczęta na Wołyniu we wsi Hrynki w powiecie krzemienieckim, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami "nawrócono" na Wołyniu do 1939 10 tys. osób.

    Wojsko przymusowo nawracało na katolicyzm prawosławnych Ukraińców na Chełmszczyźnie, paliło cerkwie lub rewindykowano je dla Kościoła katolickiego.

    Sprawozdanie wojewody lubelskiego: zniszczonych zostało 91 cerkwi, 26 domów modlitewnych oraz 10 kaplic, zaś cerkiew w Szczebrzeszynie (była zabytkiem z 1185) została pozostawiona w stanie zupełnej ruiny. Ponadto cztery cerkwie zostały zaadaptowane na kościoły rzymskokatolickie, cztery – na kostnice.Kościół prawosławny stracił w 1938 1/3 wszystkich swoich świątyń.

    Kierownik akcji płk Marian Turkowski otwarcie podkreślał, że celem działań jest podtwierdzenie tego, że "w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś w Polsce do powiedzenia".

    23.II.1939 - w lubelskim Urzędzie Wojewódzkim zorganizowana została konferencja przedstawicieli rządu, wojska i administracji lokalnej‚ naktórej ustalono, że w ostatecznym rozrachunku region lubelski i chełmski miałyby zostać całkowicie oczyszczone z ludności wyznania prawosławnego oraz z ludności silnie identyfikującej się z ukraińskością, koniec akcji zaplanowano na rok 1941.

    W wyniku akcji nastąpił na Wołyniu wzrost nastrojów antypolskich. Została ona potępiona przez wielu polskich intelektualistów. Celnie skomentowała ją Maria Dąbrowska:"Biedny Wołyń! Wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających z prawosławia na katolicyzm. Moralnie - ohyda, politycznie - kliniczna głupota, błąd za który Polska ciężko płacić będzie".

  • swojakzlazarza

    Oceniono 64 razy 42

    Szanowna Redakcjo, proszę nie wprowadzać w błąd. Na Wołyniu mordowali UKRAIŃCY. Odmienianie przez wszystkie przypadki określenia banderowcy nie jest zwyczajnie uczciwe. Ludobójstwa dokonywali ukraińscy chłopi na swoich polskich, ormiańskich i żydowskich sąsiadach. Tylko część morderców była członkami UPA, większość to sąsiedzi któzy spontanicznie dołaczali do przeprowadzanych rzezi. I nie trzeba wiele zachodu żeby się tego dowiedzieć - pozostało wiele relacji ocalałych.

  • korcia2000

    Oceniono 59 razy 39

    Byłem świadkiem banderowskich zbrodni i nic ani nikt nie wymaże ich z pamięci pokolenia, które ten horror przeżyło. Byli wśród Ukraińców ludzie, którzy byli tym zbrodniom przeciwni i ratowali Polakó. Znam takie fakty. Jednak nie wybaczymy, dopóki UPA będzie obiektem kultu a kaci banderowscy będą mieli status narodowych bohaterów. Niemcy odżegnaji się od hitleryzmu, Rosjanie od stalinizmu i im możemy wybaczyć.

  • Przemek Brożek

    Oceniono 55 razy 39

    Fajny reportaż ale jedna rzecz mnie razi. Nie nazwywanie rzeczy po imieniu. Źli banderowcy, źli hitlerowcy. Dobrzy Ukraińcy, dobrzy Niemcy... A potem np. ankietowani studenci w Kanadzie myslą, że Ci mityczni hitlerowcy to Polacy. Zaklinanie historii trwa.

  • tekameka

    Oceniono 126 razy 38

    to nie banderowcy lecz Ukraińcy wyrznęli wieś.
    ech ta poprawność polityczna
    enkawudziści ale nie sowieci
    naziści ale nie Niemcy
    faszyści ale nie Włosi

  • jan.go

    Oceniono 56 razy 34

    Tak się kończy polityka historyczna Z jednej strony ludobójstwa nie było bo trzeba nienawidzić Ruskich a z drugiej Ukraińcy to mordercy A historia to proces i wielka mozaika z nosem w mozaice za cholery nie zobaczymy co przedstawia Ludobójstwo było i zacytuję Putina taki był świat Żeby się nie pastwić nad Ruskimi to przypomnę Filipińskie wsie i miasteczka wyżynane przez Amerykanów ,wsie Wietnamskie ( jak coś się spali z samolotu to ponoć nie ludobójstwo więc miast nie liczę ) 800 tyś Kenijczyków zamordowanych przez Brytyjczyków w obozach koncentracyjnych i na Malajach tu ciekawostka metody mordu były podobne jak na Wołyniu To czasy Elżbiety II i Churchilla i tak można w nieskończoność O pakcie Ribbentrop -Mołotow każdy słyszał a o pakcie USA Japonia w sprawie podziału Chin Nie ze obie strony nie chciały podpisać tylko amerykanie byli takimi rasistami że nie mogli opanować w czasie rozmów swojej pogardy w stosunku do "żółtków " i Japończycy rozmowy zerwali Czy Ukraińcy to mordercy ? A pewnie tylko ze Wołyń to nie znowu taka duża część Ukrainy Większość była przeciwna Banderowcom i tych mordowano a i teraz te partie które się do niego odwołują nie mają nawet kilku procent poparcia Jednym słowem pamiętać ale prawdy historyczne a nie to co nam politycy podpowiadają przez usta historyków politycznych Nie mamy wyjścia trzeba żyć dalej z Ukraińcami ,Niemcami i Rosjanami szczególnie że też mamy za uszami może i niedużo w porównaniu z sąsiadami ale pomyślcie jakby skolonizowali ten Madagaskar to jak dzisiaj musielibyśmy się wstydzić

  • jakobhorner

    Oceniono 33 razy 31

    Zbieraniem i katalogowaniem informacji o ukraińskich sprawiedliwych zajmuje się zawodowo historyk Romuald Niedzielko. Poszukajcie w sieci. Moja rodzina została (częściowo) uratowana i zawsze to powtarzam, że należy tych sprawiedliwych wyróżnić.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX