Heinz Reinefarth i uciekinierzy z niszczonej przez niego warszawskiej Woli

Heinz Reinefarth i uciekinierzy z niszczonej przez niego warszawskiej Woli (fot. Bundesarchiv/Wikimedia Commons/public domain/mat. wyd. Świat Książki))

W 1944 mordował Polaków. Jego historia pokazuje, jak trudno było RFN zrozumieć winę nazistów

Nigdy nie stanął przed sądem za rzeź mieszkańców Warszawy. Żył spokojnie w Niemczech jako szanowany obywatel. Dlaczego mu się udało, próbuje wyjaśnić historyk Philipp Marti w swojej książce "Sprawa Reinefartha".

We wczesnych godzinach rannych 5 sierpnia 1944 roku [Heinz] Reinefarth w domu we Włochach, położonych około pięciu kilometrów na zachód od Warszawy, omówił zadania bojowe z dowódcami zespołów operacyjnych, które zdążyły do tego czasu przybyć na miejsce.

Nie ulega wątpliwości, że wyłożył swoim podkomendnym, iż mają do czynienia z zaciekle walczącym wrogiem, który po części nosi niemieckie mundury i dopuścił się okrucieństw na niemieckich żołnierzach. Należy się spieszyć i działać bezwzględnie. Czy wydał rozkaz wymordowania ludności zgodny z intencją Himmlera - tego większość wówczas obecnych nie chciała sobie później przypomnieć.

Tym bardziej zdumiewająca i donioślejsza jest wypowiedź komendanta Batalionu Policji „Peterburs”: oficer żandarmerii Friedrich Peterburs - w 1944 roku już 55-letni, kilka dni po tej odprawie zwolniony na własną prośbę z funkcji dowódcy - krótko przed śmiercią (zmarł w 1962 roku) złożył w charakterze świadka zeznanie przed prokuratorem we Flensburgu.

Heinz Reinefarth oraz 3 Pułk Kozaków płk. Jakuba Bondarenki w okolicach ul. Wolskiej (fot. NN/Wikimedia Commons/public domain)Heinz Reinefarth oraz 3 Pułk Kozaków płk. Jakuba Bondarenki w okolicach ul. Wolskiej (fot. NN/Wikimedia Commons/public domain)

Najwyraźniej pragnąc uporządkować wszystkie sprawy, zeznał, że Reinefarth zagroził, iż „dowódcy jednostek, którzy nie zdobędą się na właściwą energię, zostaną za tchórzostwo postawieni przed sądem wojennym”. A dalej, że „wszystkich, którzy się pokażą na trasie przemarszu, należy traktować jak uczestników powstania”. Na pytanie prokuratora, co to ma oznaczać, Peterburs odrzekł, że odpowiedź przychodzi mu z trudem:

Bo nie chciałbym przez nieprawidłowe sformułowanie niesłusznie kogoś obciążyć, ponieważ wiem, że pamięć może mnie tu zawodzić. Ale miałem poczucie, że w praktyce chyba tak właśnie miało to zostać zrozumiane - że po prostu wszyscy powstańcy mają być zabijani. Jeśli jestem pytany, czy łącznie z cywilami, to mogę powiedzieć tylko tyle, że przecież w praktyce powstańcy to byli sami cywile. Miałem poczucie, jakby po prostu nikogo nie chciano oszczędzić.

To, co się po tej odprawie faktycznie rozgrywało na Woli i Ochocie, opisywano już wielokrotnie. Wprowadzone do walki niemieckie siły zbrojne już w poprzednich dniach dopuściły się wielu zbrodni wojennych (nie tylko licznych egzekucji schwytanych żołnierzy Armii Krajowej i osób cywilnych - w kilku wypadkach zmuszano nawet cywilów, by służąc za żywe tarcze szli przed nacierającymi niemieckimi czołgami), ale 5 sierpnia, a w nieco mniejszej skali nawet jeszcze w następnych dniach, rozmiary zbrodni osiągnęły nowy pułap. Na Woli oddziały Reinefartha, wypełniając dosłownie rozkaz Himmlera, mordowały wszystkich, którzy im się nawinęli pod lufę: małe dzieci, kobiety, starcy tak samo ginęli w masowych egzekucjach, jak całe załogi szpitali wraz z pacjentami czy księża, którzy razem z wiernymi chowali się w kościołach. Z reguły siłą wypędzano ludzi z piwnic, prowadzono na improwizowane miejsca egzekucji i tam w większych grupach mordowano. Jednocześnie podpalano zdobyte budynki. Na Ochocie, położonej na południe od Woli, mordowanie przebiegało mniej systematycznie, za to tym bardziej szalało tam żołdactwo Kamińskiego, rabując i gwałcąc.

Rozmowa telefoniczna między Reinefarthem a [generałem Nikolausem von] Vormannem późnym wieczorem tamtego dnia, zachowana w postaci brulionowych zapisków prowadzącego dziennik bojowy 9. Armii, nie w pełni dokumentuje piekło na Woli i Ochocie, wyraźnie jednak wskazuje na postawę Reinefartha. Zapiski te, na początku lat sześćdziesiątych odnalezione w tomach załącznikowych do dziennika działań bojowych, stały się kluczowym dokumentem dla prawników, a ponadto publicystyczną sensacją:

Vormann: Sytuacja?
Reinefarth: Powoli... Co mam robić z cywilami? Mam mniej amunicji niż jeńców.
V.: Propozycja, obwieścić: wszyscy wychodzą z Warszawy (użyć propagandy). Warszawa będzie zniszczona. Bach [-Zelewski] ma przecież zadanie?
R.: Tak.
V.: Führer mi powiedział, że milion ludzi może mu się jeszcze przydać.
R.: Straty własne: 6 zabitych, 24 ciężko-, 12 lekko[rannych].
V.: Nieprzyjaciela?
R.: Razem z rozstrzelanymi ponad 10 000. (...)

SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth (w środku) podczas rzezi Woli (fot. Guterman/Bundesarchiv/Wikimedia Commons/public domain)SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth (w środku) podczas rzezi Woli (fot. Guterman/Bundesarchiv/Wikimedia Commons/public domain)

1945, koniec wojny. Polskie władze żądają od Brytyjczyków i Amerykanów ekstradycji Reinefartha. Alianci stwierdzają jednak, że może im się on przydać jako świadek w procesach norymberskich. Odmawiają. Reinefarth trafia wprawdzie do aresztu pod zarzutem zbrodni wojennych, ale hamburski sąd zwalnia go - z braku dowodów. Reinefarth szybko wraca do życia publicznego - w latach 1951-1967 jest burmistrzem miasta Westerland, w latach 1958-1967 posłem do landtagu w Szlezwiku-Holsztynie. PRL wielokrotnie wzywała do ekstradycji nazisty, jednak bez skutku. Także niemiecki wymiar sprawiedliwości po długim śledztwie chciał zaniechać jego ścigania. A autor "Sprawy Reinefartha" Philipp Marti tak opisuje działania zachodnioniemieckich organów prawa:

Zaniechania ścigania Reinefartha nie można jednak wyjaśnić, opisując jedynie dynamikę przebiegu procesu prawniczego przepracowywania. Decydujące znaczenie miało wiele innych czynników, z jednej strony należących do dziedziny formalnoprawnych wytycznych, z drugiej jednak mogących wypływać także z emocjonalnej wykładni urzędników prowadzących dochodzenie. Opierając się na obowiązującym kodeksie postępowania karnego, flensburscy prawnicy zastosowali schematyczne postępowanie dowodowe, które w żaden sposób nie sprostało skali i charakterystyce wielkiej zbrodni opartej na podziale pracy i rozczłonkowało masowe mordy i ich zarządzenie na dużą liczbę pojedynczych elementów, samych w sobie trudnych do udowodnienia i definiowanych według kryterium czasu i oddziałów wojskowych.

Z kolei poszlaki w wypadku każdego z tych elementów mogły być interpretowane tak lub inaczej, ponieważ nieunikniona praca interpretacyjna nie jest sterowana paragrafami, lecz podlega wyłącznie danym urzędnikom wymiaru sprawiedliwości. Ocena tego wspartego przez takie postępowanie, bardzo jednostronnego, by nie powiedzieć tendencyjnego odczytania posiadanego materiału dowodowego generalnie jako pośredniej konsekwencji politycznych uprzedzeń prokuratorów i sędziów, byłaby jednak zbyt powierzchowna. (...)

Osoby podejmujące decyzje nie miały za sobą narodowosocjalistycznej przeszłości, która by na nich ciążyła, ponieważ przeważnie były na to za młode. Ze swojej młodości i wczesnej dorosłości wyniosły neutralne spojrzenie na wojnę jako taką. Z tej perspektywy zbrodnie wojenne, a tym bardziej udział Wehrmachtu i w tym kontekście militarnej rozprawy z bojownikami ruchu oporu, w przeciwieństwie do nazistowskich zbrodni uważanych za typowe, były bardzo trudne do powiązania z definicją morderstwa zawartą w kodeksie prawa karnego. Równie wielkie znaczenie miało jednak to, że podświadome tendencje do relatywizowania wspierali ze wszystkich sił zarówno Reinefarth, jak i przesłuchiwani niemieccy świadkowie.

Heinz Reinefarth przyjmuje milionowego przesiedleńca do Heinz Reinefarth przyjmuje milionowego przesiedleńca do "Kraju Warty" (czyli okupowanej Polski) Fot. Hoffmann/Bundesarichv/Wikimedia Commons

W efekcie Reinefarth żył przez wiele lat w RFN jako szanowany obywatel. Do czasu. Był już praktycznie na emeryturze, chciał wrócić do zawodu prawnika. W styczniu 1968 został przywrócony do zawodu adwokata. Wnioskował też o przywrócenie do zawodu notariusza. I tu mu się nie udało. Oto kolejny fragment książki Martiego, decyzja Senatu ds. notarialnych i administracyjnych landu Szlezwik-Holsztyn:

"Uzasadnienie [Głównej Komisji Denazyfikacyjnej we Flensburgu], jakoby wnioskodawca nie tylko w swoim wojskowym, lecz także w całym swoim politycznym nastawieniu przeciwnym narodowemu socjalizmowi niejednokrotnie ryzykował życie i stanowisko, jest dla Senatu [...] niezrozumiałe. Z niczego taka wrogość do narodowego socjalizmu nie wynika; przeciwnie, wnioskodawca poprzez przyjęcie wysokiego stanowiska jako HSSPF [Höhere SS- und Polizeiführer - Dowódca SS i Policji - przyp. red.] energicznie działał na rzecz reżimu nazistowskiego i jego celów, w szczególności także jego polityki wobec wschodu. Obok z pewnością istniejących pozytywnych stron jego charakteru istnieją zewnętrzne właściwości wnioskodawcy, jakie się uwidoczniają w jego stwierdzonym zachowaniu w życiu publicznym. Mimo że wydarzenia w Kraju Warty są już odległe, to bynajmniej nie poszły w niepamięć.

Właśnie w dzisiejszych czasach rząd federalny się stara, by po krzywdzie, jaką państwo narodowosocjalistyczne wyrządziło Polakom, ułożyć wzajemne stosunki na znośnej płaszczyźnie. Wnioskodawca na bardzo eksponowanym stanowisku był niezwykle uwikłany w ówczesną hierarchię SS i policji na obszarach polskich. Musi osobiście ponosić za to odpowiedzialność z takim skutkiem, że jeszcze dzisiaj w swoim wieku, mimo że w międzyczasie został ponownie dopuszczony do wykonywania zawodu adwokata, powinien być traktowany jako nienadający się do sprawowania urzędu publicznego.

Okładka książki/SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth (drugi z prawej) (fot. Wyd. Świat Książki/Gutermann /Bundesarchiv/Wikimedia Commons/CC-BY-SA 3.0)Okładka książki/SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth (drugi z prawej) (fot. Wyd. Świat Książki/Gutermann /Bundesarchiv/Wikimedia Commons/CC-BY-SA 3.0)

Heinz Reinefarth zmarł w 1979 r. w rezydencji na wyspie Sylt, nigdy nie ponosząc odpowiedzialności za swoje zbrodnie z czasów wojny. A Philipp Marti konkluduje:

Odrzucenie wniosku Reinefartha o dopuszczenie do wykonywania zawodu notariusza (...),  nie wzbudziło już uwagi opinii publicznej. Brak reakcji na tę decyzję nie wynikał przy tym tylko z faktu, że dotyczyła stosunkowo niespektakularnego przedmiotu - negatywne echo na dopuszczenie Reinefartha kilka lat wcześniej do zawodu adwokata pokazuje, że urzędowe decyzje dotyczące jego osoby w dalszym ciągu mogły wzbudzać zainteresowanie, o ile były przydatne do krótkotrwałego ożywienia dawnych medialnych dyskursów oburzenia. To, że ważny i mający nadzwyczajną wagę symboliczną, publicystycznie jednak najwyraźniej nieużyteczny ostatni akt sztuki dydaktycznej z Reinefarthem w roli głównej nie miał już widowni, pasuje więc do obrazu publicznego niemieckiego przezwyciężania przeszłości, które jeśli chodzi o kąt widzenia, głębokość i trwałość, miało przed sobą jeszcze długą drogę.

Książka "Sprawa Reinefahrta" ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki. Możesz ją kupić w Publio.pl.

Heinz Reinefarth. Od 1932 członek NSDAP, SS-Gruppenführer i Generalleutnant Waffen-SS. Od 5 sierpnia 1944 r. jego oddziały brały udział w walkach na Woli. W ciągu kilku dni wymordowały w masowych egzekucjach ok. 50 tysięcy cywilnych mieszkańców Warszawy. Jedyny generał SS z czasów III Rzeszy, który po wojnie objął urząd polityczny na szczeblu kraju związkowego zachodnich Niemiec. W latach 1951-1967 burmistrz miasta Westerland, w 1958-1967 poseł do landtagu w Szlezwiku-Holsztynie. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności karnej za swoje zbrodnie. Dopiero w 2014 r. w Westerlandzie zawisła tablica, na której mieszkańcy miasta napisali m.in.: "Zawstydzeni oddajemy pokłon jego ofiarom".

Philipp Marti. Ur. w 1979 roku w Solothurnie. Studiował historię, nauki o sporcie i socjologię na Uniwersytecie Berneńskim. W 2013 roku obronił pracę doktorską dotyczącą sprawy Heinza Reinefartha. Obecnie pracuje w Szwajcarii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Aarau i jako nauczyciel w gimnazjum w Burgdorfie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

reme de la creme

Komentarze (266)
Zaloguj się
  • zagraniczny-online

    Oceniono 177 razy 163

    moze powinnismy wziasc przyklad z Zydow ...
    wina byla ewidentna, proces nie jest niezbedny zeby wykonac wyrok smierci.Bez ekstradycji tez mozna sobie poradzic

  • tenare

    Oceniono 145 razy 133

    Niestety władze komunistyczne Polski przestrzegały prawa, w tym międzynarodowego, a należało Reinefartha kropnąć przy pomocy służb specjalnych, tak jak to robił izraelski MOSAD ze zbrodniarzami na Żydach.

  • talib-z-klewek

    Oceniono 156 razy 102

    I pomyśleć że w Polsce tak brutalnie doświadczonej przez nazizm, są wyznawcy narodowo socjalistycznej chorej ideologii. Cały ONR, NOP to nic innego jak neonaziści. Nikt z nich się do tego obecnie nie przyzna, ale jeszcze kilka lat temu paradowali w koszulkach z napisami 'combat 18' [kombatanci Adolfa Hitlera !!!] czy 'blood and honour'. Obie organizacje sa wpisane do rejestru przez Interpol jako bardzo groźne i terrorystyczne, mające na swoim koncie liczne morderstwa i ciężkie pobicia. Teraz wielcy "patrioci" a na piersi wydziargane SS....

  • banan125

    Oceniono 96 razy 72

    ciekawe dlaczego IPN takim sprawami się nie zajmuje tylko gnoi przeciwników politycznych zakompleksionego kaczora

  • mks82

    Oceniono 64 razy 52

    1. Zdecydowana wiekszosc nimieckich zbrodniarzy wojennych nie poniosła żadnej odpowiedzialności:
    2. Nawet ci, którzy zostali skazani przez aliantów na smierć lub dożywocie zostali pr\zez władze niemieckie zwolnieni z więziń po 3-4 latach odsiadki,
    3.prawie wszyscy lekarze ss oskarżeni a także skazani np. za eksperymenty na ludziach zostali przez Niemców wypuszczeni niemal od razu i objęli wysokie funkcje np. w niemieckich klinikach. W zasadzie podobnie działo sie w niemieckiej policji, wojsku, służbach, administracji itp.
    4. tylko w samym MSZ RFN na początku lat sześćdziesiątych funkcje dyrektorów/naczelników pełniło ok. 40 zbrodniarzy wojennych,
    5. władze niemieckie od końca lat 40-tych odmawiały aresztowania i tym bardziej wydania innym krajom zbrodniarzy,
    6. do lat 60-tych władze RFN odmawiały wszczynania jakichkolwiek procesów, dopiero pod wpływem nacisków międzynarodowych po tzw. sprawie Eichmanna rozpoczęły sie np. procesy oświęcimskie i inne. Trwały do końca lat 70-tycbh i były parodia wymiaru sprawiedliwości, zbrodniarze byli masowo uniewinniani, ewentualnie skazywani na śmiesznie niskie, wręcz symboliczne wyroki (było może parę wyjątków), świadkowie - byli więźniowie byli poniżany, zastraszani

  • c2u

    Oceniono 51 razy 47

    Ależ ta historia niewiele odbiega od losów tysięcy hitlerowskich zbrodniarzy. Wystarczy poczytać biogramy: po wojnie radca prawny w Monachium, zmarł w 1972, przedsiębiorca w Bremie, zmarł w 1987, radny w Osnabruck, zmarł w 1991. I tak dalej, i tak dalej. Prawda jest taka, że alianci zrobili pokazówkę jaką były procesy norymberskie, ale w skali makro stanęli przed zasadniczym problemem; gdzie postawić granicę? Kogo wysłać na szubienicę, a kogo zostawić w spokoju? Bo to co się stało, było kolektywną winą narodu niemieckiego. Wszyscy wiedzieli, co się dzieje. Gdzie nagle zniknęły te setki tysięcy, czy nawet miliony sąsiadów? Kroniki filmowe pokazywały płonące polskie, czy rosyjskie wsie. Wehrmacht wielokrotnie sam zaangażowany był w zbrodnie wojenne i przeciwko ludzkości. I to wszystko przy ciągłym poparciu dla Hitlera. Gdyby postawić sprawę uczciwie, to po wojnie alianci musieliby ukarać w większym lub mniejszym wymiarze jakieś 90% ludności Rzeszy. Co oczywiście doprowadziłoby do odrodzenia się tych klimatów, tak jak pognębienie Niemiec po I w.ś. doprowadziło do narodzenia nazizmu. I ta taktyka zagrała. Dzisiaj w przeciwieństwie do innych krajów Europy, skrajne postawy są w Niemczech zmarginalizowane, Niemcy jako naród swoją winę przepracowali (niektórzy nadal mają problem ze swoją - zwłaszcza Austriacy, "pierwsza ofiara Hitlera", czy Ukraińcy). To jest pytanie moralne, na które ja osobiście nie potrafię odpowiedzieć. Czy można odpuścić winę jednostkom, nawet potworne winy setkom tysięcy, w imię spokoju społecznego? Nie wiem...

  • vlllv

    Oceniono 90 razy 44

    Nie mniejszymi zbrodniarzami byli ludzie, którzy podjęli decyzję o Powstaniu. Wiadomo było, jakimi zwierzętami i prymitywami byli Niemcy. Wiadomo było, że przy takim stosunku sił Powstanie niw ma szans. Posłali tysiące ludzi na pewną, bezsensowną śmierć.

  • student_zebrak

    Oceniono 48 razy 42

    trzeba bylo skopiowac numer z Eichmannem, przywiezc go w kufrze samochodu dyplomatycznego, jak kapitana Czechowicza.

  • krisdebarg

    Oceniono 38 razy 22

    po wojnie były plany zaorania Niemiec i posiania nań cebuli, trza było tak zrobić

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX