(fot. Juliusz Strachota)

reportaż

''Brak kina Moskwa to ja''. Juliusz Strachota zabiera nas na wycieczkę po Warszawie, której już nie ma

Światy znikają. Nie ma mojej górki obok Pekinu, bo jakiś cymbał zabudował ją apartamentami/biurami. Nie ma kina Sawa, bo jakiś cymbał postawił na jego miejscu apartamenty/biura, żeby jeszcze więcej osób mogło być z Saskiej Kępy. Też kiedyś chciałem być z Saskiej Kępy, ale mi przeszło, bo jej już nie ma. Nie ma kina Moskwa, bo są, umówmy się, apartamenty/biura. Nie ma Uniwersamu, Sezamu i Supersamu.

Miga mi kościół, który stał obok Bazy Sokołowskiej, tej, w której pracował Marek Hłasko. Pisał o niej: Rzucony z daleka od miasta transport, a mówiąc potocznie baza, gniótł się na peryferiach Woli w zaułku ulicy Sokołowskiej. Stanowczo słowo baza brzmiało zbyt szumnie i obszernie w odniesieniu do tego małego placyku, zatłoczonego samochodami od płotu do płotu.

Byłem tam, chodziłem po tych halach i pamiętam, że tam na moje młodzieńcze potrzeby rzeczywistość krzyżowała się z literaturą. Z Sonatą Marymoncką, z opowiadaniem Baza Sokołowska. Była budka dyspozytora. Za bazą była bocznica kolejowa, która też została opisana w którymś z opowiadań. Wszystko się zgadzało. Tak się tam świat realny z książkowym zaplatał, że uszy miałem aż czerwone od emocji. Zdawało mi się, że to ja odkryłem, że Baza Sokołowska istnieje naprawdę.

To było odkrycie przez duże O. Miałem może dziewiętnaście lat. Był tam pewien prezes, bo jak przyszedłem, to nie była Baza Sokołowska, ale Agencja Celna Sokołowska, i ten prezes, on kazał się tytułować miłośnikiem prozy Hłaski. To go tytułowałem, a on mi pozwalał łazić z aparatem po całym terenie. Tak to zapamiętałem, tak było, ale minęło już prawie dwadzieścia lat. A teraz stoją tam bloki. Baza należy do tych miejsc, które nie wiadomo kiedy wyparowały.

Budynki Bazy Sokołowskiej pod koniec lat 90. Topografia zgadzała się z tym, co pisał Hłasko (fot. Juliusz Strachota)Budynki Bazy Sokołowskiej pod koniec lat 90. Topografia zgadzała się z tym, co pisał Hłasko (fot. Juliusz Strachota)

Nie ma już wielu innych skrzyżowań światów, punktów styku z czasem przeszłym, a moje poszukiwania przeszłości same są przecież przeszłością. Nie szukam już, tak mi się przypomniało teraz. Już mi się nie chce, bo i tak wszystko idzie z dymem. A jak na to patrzę, to mnie za gardło łapie, bo zawsze tak mam, że jak czegoś nie ma, to ja jestem. Coś wtedy mi się przypomina, coś wraca do mnie z przeszłości. Wtedy dopiero coś widzę.

Na tropie

Niezgoda na przemijanie była u mnie kiedyś działaniem. Miałem dwadzieścia lat temu taki zryw zderzony z raczkującą pasją fotograficzną, taką pewność, że w Warszawie tuż za rogiem czai się przygoda. I to poszukiwanie przygód przybrało formę dość absurdalną.

Wynosili mnie z siedziby YMCA na Konopnickiej, bo usiłowałem tam znaleźć pokój Leopolda Tyrmanda. Prosiłem Marka Nowakowskiego, żeby uruchomił swoje kontakty i pomógł mi się wbić do Paradisu na Nowym Świecie (kultowa kawiarnia i dansing - przyp. red.). Wtedy nie było tam striptizu, tylko woda stała, a ja myliłem znów literaturę z rzeczywistością, bo Marek Nowakowski nie miał kontaktów i nigdy do środka nie trafiłem. Za to całe dnie spędzałem w korytarzu, tym, po którym Białoszewski się przechadzał na Chamowie (tak mieszkańcy Saskiej Kępy nazywali część miasta, w której leżała ulica Lizbońska, a w której stał blok Białoszewskiego - przyp. red.). Klatka schodowa wysypana była jakimś proszkiem odkażającym, bo wtedy w każdej klatce spali browniarze.

Wnętrza Bazy Sokołowskiej wiele lat się nie zmieniały, a któregoś dnia zniknęły (fot. Juliusz Strachota)Wnętrza Bazy Sokołowskiej wiele lat się nie zmieniały, a któregoś dnia zniknęły (fot. Juliusz Strachota)

Szwendałem się po Bazarze Różyckiego, żeby znaleźć tam saturator do wody sodowej, jaki pamiętałem z dzieciństwa (które skończyło się chwilę wcześniej), ale znalazłem go kawałek dalej. Ostatni działający w Warszawie saturator należał do moich odkryć.

PasjObsesja

Jest tak, że pod koniec lat 90. mam już tę obsesję przemijania. Jestem detektywem tlącej się przeszłości. Stoję obok zakładów radarowych na osiedlu Gocław. Zaglądam przez siatkę i tam, proszę spojrzeć, w krzakach jest taka budka, jak te budki, co telefony w nich były. Tylko odmalować i przeszłość wraca.

Mój kontrahent wsiada do subaru imprezy i odjeżdża. Po budkę telefoniczną za kilka dni przyjeżdża ciężarówka. Ja w tym czasie przeszukałem miasto w poszukiwaniu najlepiej zachowanej i w porządku była na placu Powstańców, nawet niezła na parkingu Za Żelazną Bramą, ale wygrała taka, w której siedział stróż w szpitalu na Woli. Od tego stróża kupiłem jego budkę za sto złotych, a sprzedałem za dwa tysiące.

Chwilę wcześniej kupiłem swój pierwszy saturator do wody sodowej. Szukałem go rok. Na Bazarze Różyckiego. W magazynach Społem. Pod Halą Mirowską. Pod Halą Koszyki. W magazynach Dworca Śródmieście. Ten saturator był, jeśli ktoś pamięta, na wystawie Szare w kolorze w Zachęcie. Później w Centrum Sztuki Współczesnej. Byłem z nim w „Teleexpressie” i ku mojemu zmieszaniu umieszczono mnie w „Galerii ludzi pozytywnie zakręconych”. Wcześniej saturator stał przypięty za Dworcem Stadion. Córka właściciela przed budynkiem sprzedawała jabłka. To był saturator, z którego wodę pili ludzie na Jarmarku Europa, i nie słyszałem o żadnym egzemplarzu tej maszyny, który by działał dłużej. Nie mówię tu o saturatorach przemienionych później w wehikuły czasu na niedzielne festyny. Mówię o końcu świata.

Potem odnalazłem i kupiłem jeszcze drugi. Potem kolejny. Był koniec lat 90. Skończyłem niedawno dzieciństwo, nie podobało mi się to nic a nic, dorastać nie miałem zamiaru, więc postanowiłem je jednak zatrzymać. Lektury młodzieńcze odtwarzałem, poszukiwałem obrazów z przeszłości. Można to pewnie było leczyć, ale ja się temu poddawałem.

Saturator przypięty na tyłach Dworca Stadion. Jeszcze pod koniec lat 90. działał na terenie Jarmarku Europa (fot. Juliusz Strachota)Saturator przypięty na tyłach Dworca Stadion. Jeszcze pod koniec lat 90. działał na terenie Jarmarku Europa (fot. Juliusz Strachota)

Nostalgia w działaniu

Przedmioty kupowałem, opowiadając historie. Pierwszy saturator, ten pod Dworcem Stadion, kupiłem za sto złotych na studenta łódzkiej Filmówki, który do etiudy potrzebuje dekoracji. Kolejne tak samo.

Więc żeby ten czas przywrócić:

Wchodzę do administracji Dworca Wschodniego tak jak wcześniej wchodziłem na inne dworce, wchodzę na pewniaka, choć nie wiem, czy podziemia dworca kryją jakieś skarby, a w ogóle już te podziemia są póki co produktem mojej wyobraźni. Wchodzę i jestem studentem Filmówki, który, wie pan, szuka takich elementów gastronomii PRL, bo do etiudy, wie pan, mi potrzeba, i oczywiście zaraz się okazuje, już po tym, jak ustaliliśmy cenę, że podziemia oczywiście są. A jakie skarby, to zobaczymy.

I jeszcze hala Warsu jest, na której podobają mi się neony. I następnego dnia jest rusztowanie, dzięki któremu neony wędrują do mojej piwnicy.

Magazyny Społem były kopalniami skarbów. Warto było też odwiedzać magazyny dworców i hal targowych (fot. Juliusz Strachota)Magazyny Społem były kopalniami skarbów. Warto było też odwiedzać magazyny dworców i hal targowych (fot. Juliusz Strachota)

Od razu zaznaczę, że chęć posiadania tych przedmiotów była jedną z głupszych moich chęci, bo w tej kolekcji, którą przez pewien czas posiadałem, ukojenia nie odnajdywałem. Czas nie zawracał biegu.

Bo to jest ważny punkt w tym wszystkim, punkt, który zrozumiałem dopiero w przyszłości, że na tym Dworcu Wschodnim cieszę się jak dziecko, bo szukam, odkrywam, zdobywam, bawię się, a potem już będzie tylko tona śmieci do składowania w piwnicy.

Więc wtedy nie rozumiem, że ta wielka radość uruchamia się w momencie poszukiwania.

A kolejnego słonecznego dnia wchodzę na górę schodów ruchomych przy Trasie W-Z. Na dole schody są zamknięte i zieją tajemnicą. Siedzi na górze stróż i ja mu mówię, że jestem studentem, poszukiwaczem, chciałbym, poproszę, czy mógłbym. I mogę. Co więcej, stróż pozwala mi wynieść trochę szpargałów, pamiętam, że taką wielką instrukcję obsługi schodów taszczę zawiniętą w gazety. Ale najważniejsze, że mogę łazić z latarką. Choć schody zamknięte są wtedy, to jak już się przekroczy próg, to otwarte tam jest to, co zamknięte teraz. I w tym kurzu na samym dole palcem wymazuję: Julek, tu byłem, fotografuję to i nie mam jeszcze wtedy Facebooka, żeby wrzucić kolejny punkt na mapie warszawskiej przygody.

Zejście w czeluść nieruchomych schodów przy Trasie W-Z (fot. Juliusz Strachota)Zejście w czeluść nieruchomych schodów przy Trasie W-Z (fot. Juliusz Strachota)

Nie oddawajcie kina Moskwa

No rozwalili mi Bazę Sokołowską, zrobili to już dawno, ale ciśnienie podnosi mi się, jak kiedyś, na chwilę, widzę ten dom, w którym mieszkają źli ludzie, winni wszystkiemu. Jezu, dajcie spokój.

Wyburzanie budynków, znikanie świata nie jest dla mnie zdrowe. Teraz już lepiej sobie z tym radzę i nie uczestniczę w tego typu pogrzebach. Ominąłem Uniwersam, ominąłem Emilię (wiem, wiem, przeniosą, nie zniknie, jak nie znika wszystko inne), przy braku Smyka odwracam głowę, bo, pamiętam, jak to ja bardzo chciałem zatrzymać kino Sawa, kino Moskwa, kino Praha, kino W-Z, kino Skarpa.

Ale ja wiem, że nie tędy droga. Że to nie moje powierzchowne sentymenty. Że to architektura cenna, a ja tym tekstem zaniżam poziom. No tylko w Smyku były obite zielonym suknem schodki, na które się wdrapywałem, bo na górze były telefony, z których miały lecieć bajki, a nigdy nie leciały. A kiedy idę Dworcem Śródmieście, to widzę te mozaiki, które jeszcze ledwo są częścią genialnego założenia i widzę swoją pierwszą podróż do babci, która mieszkała w Piastowie. To są moje skrzyżowania prywatne, mam ich wiele, bo całe dzieciństwo zajmowałem się chodzeniem z tatą po Warszawie.

Światy znikają. Nie ma mojej górki obok Pekinu, bo jakiś cymbał zabudował ją apartamentami/biurami. Nie ma kina Sawa, bo jakiś cymbał postawił na jego miejscu apartamenty/biura, żeby jeszcze więcej osób mogło być z Saskiej Kępy. Też kiedyś chciałem być z Saskiej Kępy, ale mi przeszło, bo jej już nie ma. Nie ma kina Moskwa, bo są, umówmy się, apartamenty/biura. Nie ma Uniwersamu, bo będą apartamenty/biura. Nie ma Uniwersamu, Sezamu i Supersamu.

(Saturatory też dawno sprzedałem)

Kabina kinooperatora w Kinie Sawa. Prawdopodobnie jest to rok 1999, bo pan Wiesiek puszcza właśnie „Ogniem i mieczem” (fot. Juliusz Strachota)Kabina kinooperatora w Kinie Sawa. Prawdopodobnie jest to rok 1999, bo pan Wiesiek puszcza właśnie „Ogniem i mieczem” (fot. Juliusz Strachota)

Ja nadal potrafię przeżywać ten brak kina Moskwa. Nie ma go dwadzieścia lat, ale jak zacznę, to nie mogę skończyć. Nie ma nawet kina, które otwarto na miejscu kina Moskwa, ale brak kina Moskwa to ja. Nie tam kino, bo byłem w nim tylko raz w życiu, ale jego brak to moja tożsamość. Brak kina Sawa to też ja. Bo jak czegoś nie ma, to jestem.

Tylko że nie mam siły, żeby braki mnie określały. No bo mijam brak Smyka i targa mną wściekłość. Kto robi ze mnie takiego idiotę? Że opowiada mi bajkę o tym, że zabytkiem jest tylko betonowy szkielet? Wyburzcie ten szkielet już. Po co jakiś kretyn zostawił ten szkielet? Czy, kretynie, o twoim człowieczeństwie świadczy twój szkielet?

Wzór na nostalgię

W czasach, gdy uskuteczniałem te poszukiwania, nostalgię traktowałem jako coś rzeczywistego. A teraz widzę, że nostalgia to tylko zestaw nałożonych na siebie obrazków. Dla przykładu moja tęsknota dziś może dotyczyć chwili, w których stałem na górce na Pekinie, oddychałem kończącym się latem i wspominałem chwilę, w której pięć lat wcześniej stałem na tej albo innej górce, ale w podobnych krzakach, oddychałem wiosną i wspominałem chwilę, kiedy stałem nad kanałkiem za osiedlem Gocław, i wspominałem chwilę, której już za bardzo nie pamiętam. Ogólnie rzecz biorąc nostalgia w ogóle kupy się nie trzyma.

Nostalgia jest powtarzalna, jest mechanizmem po prostu, a nie czymś realnie gdzieś ulokowanym. Jest, było, a nie ma, ale nieważne, co było, a czego nie ma. Coś było, czegoś nie ma. Czyli nie ma czego chwytać. Jeśli jej nie pielęgnować, nostalgia przechodzi jak i cała reszta. Potem zostaje na jakiś czas jeszcze swego rodzaju nostalgia za nostalgią, a następnie całość się roztapia, znika.

Cafe Grażynka istniała na tyłach Sezamu, który też już zniknął (fot. Juliusz Strachota)Cafe Grażynka istniała na tyłach Sezamu, który też już zniknął (fot. Juliusz Strachota)

Obśmiewam teraz to zjawisko za pomocą eksperymentu. Wygląda to tak. Otóż różne aktualne zdarzenia wyobrażam sobie jako wspomnienia z przeszłości. To trochę robi w głowie zamieszania, bo okazuje się, że takie nostalgiczne klisze są raczej dziełem splotu przypadków, a nie są to jakieś ważne, piękne, niezwykłe wydarzenia. To raczej powidoki, jakby zagapić się na zachodzące słońce.

I dzisiaj okazuje się, że ta przeszłość, której tak poszukiwałem, to nie przeszłość. Patrzę, jak nie ma tej Bazy Sokołowskiej. No nie ma. Tak mi się tylko przypomniało, kiedy jadę autobusem.

A słońce świeci tak jak wtedy świeciło.

I tak jadę dalej, zagapiam się i myślę sobie, że gdyby te miejsca jednak nie znikały i wszystkie by trwały niezmiennie, to nie wiem, czy ja wtedy bym był sobą. Wyobraźmy sobie, że nic w Warszawie nie znika. Budynki, miejsca wciąż są. Czy to nie koniec świata?

PeDet na Woli. Malowidła jakoś tak same przepadły przy remoncie (fot. Juliusz Strachota)PeDet na Woli. Malowidła jakoś tak same przepadły przy remoncie (fot. Juliusz Strachota)

Przeszłości nadal należy szukać na działkach. Tutaj kiosk RUCH-u w okolicach ul. Międzynarodowej (fot. Juliusz Strachota)Przeszłości nadal należy szukać na działkach. Tutaj kiosk RUCH-u w okolicach ul. Międzynarodowej (fot. Juliusz Strachota)

Baseny przy Wale Miedzeszyńskim (fot. Juliusz Strachota)Baseny przy Wale Miedzeszyńskim (fot. Juliusz Strachota)

Juliusz Strachota (ur. 1979). Pisarz, autor zbiorów opowiadań „Oprócz marzeń warto mieć papierosy” i „Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego” oraz powieści „Zakłady nowego człowieka”. Ostatnio wydał powieść „Relaks amerykański”. Swoje teksty drukował w „Lampie”, „Polityce”, „Wysokich Obcasach”, „Dużym Formacie”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (21)
Zaloguj się
  • nosorozecwlochaty

    Oceniono 23 razy 15

    A mi się artykuł podoba. Fajnie gdy człowiek potrafi się czymś zachwycić i dostrzec w tym rzeczy których inni nie widzą, choć stykali się z tym setki razy. I wszystko jedno czy to będzie wart miliony słynny obraz czy też jakaś stara zapomniana zajezdnia albo pordzewiały saturator.

    Zresztą autor ma dystans do tej swojej nostalgii, dostrzega że na postrzegany urok różnych rzeczy nakładają mu się jakieś osobiste wspomnienia, gdy był młody i beztroski.

    Pamiętam jak Wałęsę kiedyś zapytali czy dobrze było za Gierka. "Tak, dobrze było być młodym" odpowiedział :) Dużo się tutaj do tego sprowadza.

  • motomycha

    Oceniono 16 razy 12

    budujmy przyszlosc tak zeby potem nasze dzieci tesknily za tym co bylo!!!! (motywacja na dzis....)

  • bene_gesserit

    Oceniono 22 razy 10

    O mamusiu, ależ z autora męczybuła straszliwa. Temat przefajny, ale w tym atoerotycznym sosie kompletnie nie do zniesienia.

  • n29a

    Oceniono 5 razy 5

    " Od tego stróża kupiłem jego budkę za sto złotych, a sprzedałem za dwa tysiące." - e, to ja wiem, kto pan jest...

  • parafiraza

    Oceniono 7 razy 5

    Temat dobry, tekst trudny do czytania. Drobnica słowotokowa. Nie godzenie się z przemijającym czasem jest zastanawiające o tyle , że autor pogoni za tym co stracił - zdobywa po części - a potem to sprzedaje z zyskiem. Tekst przyprawia o zawrót głowy .Lekka karuzela myśli i przecinków wciąż powtarzających się .

    Wszystko mija. Czas, uroda , zdrowie .Można to zatrzymać w kadrze zdjęcia albo przewinąć film od początku.

  • a.k.traper

    Oceniono 5 razy 3

    Gdy się autor rodził ja zdałem maturę i poszedłem do woja, mógłbym kilka stronic opisać co było, co mi się podobało a czego już nie ma i nie będzie, nawet stacja benzynowa stała gdzie indziej a do motorów trzeba było paliwo mieszać, do syrenek i trabantów też. Fajne są niektóre wspomnienia ale fajne są też i nowe doznania, ja pamiętam jak u dziadków we wsi elektryfikację zrobiono i żarówka czasem się świeciła ale przeważnie lampa naftowa i jest u kuzyna do dziś, podobnie jak kierat, młynki, sierp i cepy, jak dziadek chciał sobie bzyknąć to gasił lampę mówiąc, że nafty szkoda, moi rodzice spali przeważnie w stodole, podobnie jak inni, którzy przyjeżdżali za miasta pomóc w żniwach, dzisiaj w stodołach prawie nie ma na czym spać, inna technologia a stodoła to taki większy magazyn obecnie.
    Niektóre rzeczy były dziadowskie i żadnej wartości nie mają, na wsiach saturatorów nie było ale była soda i ocet, ci co ich suszyło często z tego korzystali, w mieście nazywaliśmy to "gruźliczanka", czasem woda z jeziora nad ranem miała lepszy smak, tylko bąbelków nie było, lody bywały smaczne i wodniste, zależy od wytwórcy, u babki na odpuście były "skrzybane" i przynosili w słoiku starszym i schorowanym a także dzieciom, których do kościoła nie wleczono. W kinie "Moskwa" ostatni raz byłem na filmie "Robotnicy '80" a kilka lat temu na szkolenie w pewnej instytucji w tym miejscu, nie brak kina Moskwa jest dotkliwy ale kultura widzów na seansie, smsy, siorbanie koli, chrzęst popcornu towarzyszyły mi w kinie Femina podczas premiery "Pianisty", od tamtej pory rzadko bywam w kinie a jak już to staram się wybierać kina zachowujące jeszcze klimat studyjny i dyskusyjny a nie jarmark z reklamami na full. Dziadostwa nigdy nie trzeba żałować, że odchodzi,

  • marrob

    Oceniono 3 razy 3

    Tak to już jest że człowiek wrażliwy ma powidoki. Wraca się do dzieciństwa, młodości do chwil które zapisały się z takiego czy innego powodu w pamięci (czasami pamięta się po latach drobne sprawy z niebywałymi szczegółami:). Ja pamiętam i mam wspomnienia z Warszawy lat 60-tych. Dużo wspomnień. Warszawa z tamtych lat to dla mnie miasto prawdziwej (jakiej juz dzis nie ma, naprawdę!) wiosny, słońca krótkiego lata i zimy z lodowiskiem i śniegiem na ulicach. A sama Warszawa? "Szczerbata" po zniszczeniach wojennych i wciąż biedna (jak całe ówczesne społeczeństwo).I drobne często wydawałoby się dziwne powidoki jak ten z początków lat 60-tych. Letni upał, rozgrzany asfalt i setki dziurek w asfalcie zrobionych modnymi wtedy "szpilkami" kobiet na przejściu dla pieszych na ul.Odyńca przy Kazimierzowskiej. Dziwne? Nie, normalne. Przecież można tez jak moja 90 letnia mama pamiętać że żyrandol który wisi do dziś u nas w mieszkaniu został kupiony na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w 1936 roku a pamięta o tym dlatego że jadła wtedy pyszne (oczywiście jak to we wspomnieniach dziś już takich nie ma:)) lody kupione przez jej ojca a mojego dziadka. I szkoda tylko, że wszystkie te wspomnienia przepadają wraz z ludźmi którzy je w sobie noszą bo takie drobne wspomnienia wg. mnie najbardziej dokładnie "opowiadają" o życiu które już za nami.

  • Monika Rabikowska

    Oceniono 1 raz 1

    Jeszcze do niedawna mnie rowniez bolalo znikanie sladow mojego dziecinstwa. Domy jak ludzie- odchodza, przemijaja. Teraz staram sie tylko uchwycic moment zmian na mokej dzielnicy

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX