(fot. Łukasz Zakrzewski)

reportaż

Marynarz: Słyszysz opowieści o portowych dziwkach. I nagle trafiasz w sam środek takiej historii

Kiedy kilka lat temu zaciągałem się na statek żeglugi dalekomorskiej, świat marynarskich przygód powoli już umierał. Przez krótki czas doświadczałem go intensywnie. Tak naprawdę poznałem go jednak z opowieści wytrawnych matrosów.

*Weekend na wakacjach - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Marcin

Ze snu budzi cię telefon od oficera. Wychodzicie z portu. Szybko ubierasz się w drelich i idziesz na manewry. Świta, gdy statek odbija od nabrzeża. Tamci, na brzegu, śpią. Ty patrzysz na słońce, które powoli wznosi się nad taflą morza. Myślisz o bliskich na drugim końcu świata. Gdzie są? Co robią? Śmieją się? Spotykają? Imprezują, kochają, przytulają? Myślisz o bogactwie życia, które płynie bez ciebie.

Na statku głównie czekasz. Na wejście do portu, rozładunek, załadunek. Czekasz na maila, SMS-a od bliskich. Czekasz na zasięg w telefonie. Na wypłatę. Na powrót. W brudnych wackach (w żargonie marynarskim to pomieszczenia socjalne - przyp. red.) umieszczamy tabliczki, na których do połowy kontraktu zapisujemy, ile dni minęło od zamustrowania, a od połowy - ile dni zostało do końca. Dlatego nie ciągiem, żeby nie przerażało za bardzo.

Piotr

Wszystko zależy od tego, na jaką załogę trafisz. Mój trzeci kontrakt to była ciągła impreza, zero hamulców. Najpierw półtora miesiąca staliśmy na redzie portu Paranaguá w Brazylii, czekając w kolejce na wejście. Gdy w końcu weszliśmy, byliśmy wyposzczeni, bo na statku od dłuższego czasu nie było już alkoholu i papierosów.

(fot. Łukasz Zakrzewski)*(fot. Łukasz Zakrzewski)*

Po wachcie ruszyłem do marynarskiego kurwidołka w slumsach. Tam już pili nasi. Właściciel co chwilę przynosił nowe butelki Bacardi. Do naszego stolika dosiadły się dwie dziewczyny. Następne, co pamiętam: całuję się z jedną z nich przy stole bilardowym. Byłem strasznie pijany. Nie pamiętam jej imienia. Cały czas mówiła, że jej się podobam i nie chce ode mnie pieniędzy. Widziałem, że jest mną zainteresowana i było mi z tym dobrze. Miło. W upojeniu czułem się trochę, jakbym podrywał studentkę w szczecińskim klubie. Opowiadała, że jest z biedniejszej rodziny, chce iść na studia i musi jakoś dorobić. Nie znaczy to, że każdy ją może mieć.

W pewnej chwili trzeci mechanik zapytał, czy idziemy z nimi do hotelu. Nagle zdałem sobie sprawę, co to znaczy. Poczułem blokadę. Płacić za seks? Nigdy wcześniej nie musiałem tego robić. Nie mam problemów z kobietami. Ale potem pomyślałem: Mam 22 lata, jestem samotnym marynarzem i piję rum ze starymi wilkami morskimi w Brazylii. Dlaczego nie? Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał taką szansę. To jest tak, że gdy pływasz, ciągle słyszysz historie o portowych dziwkach. I nagle trafiasz w sam środek takiej opowieści. Tutaj nikogo to nie gorszy. Działasz pod wpływem chwili. Jest fajnie, masz ochotę, idziesz. Okoliczności cię usprawiedliwiają.

Wiktor

Na początku, po zamustrowaniu, piszę maile. Do dziewczyny, brata. Wszystko opisuję. Po dwóch miesiącach pytają: "Czemu nic nie piszesz?". A co mam pisać? Chodzę do roboty, stukam, maluję, szlifuję. Kończę pracę, idę do kabiny, kąpię się, kolacja, jakieś filmy i spanie. Dzień jak co dzień.

Większość statków ma biblioteczki złożone z odpadów, które zostały po poprzednich marynarzach. Ja zawsze biorę swoje. Jak starczy mi determinacji, to chodzę na salę gimnastyczną. Sprzęt zrobiony najczęściej przez samych marynarzy, ale można poćwiczyć. Niektórzy biorą ze sobą gitary, biegają, łowią ryby. Różne rzeczy. Najczęściej jednak ogląda się filmy na laptopie. Przed rejsem bierzesz pięć dysków twardych. Później wymieniasz się z innymi.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Grzesiek

Tajlandia. Z Birmy przywieźliśmy koncentrat cynku i miedzi. Po wyładunku ekipa inspektorów stwierdziła, że ładownie się nie nadają i jeżeli do wieczora nie umyjemy ich prawidłowo, wyrzucą statek z portu. To ogromne koszty dla armatora. Myli wszyscy. Dwadzieścia jeden osób razem ze stewardem. Gdy się udało, Chief postawił załodze trzy kartony piwa. Wypiłem jedno i poszedłem wziąć prysznic. Gdy wszedłem do mesy oficerskiej, nie do końca wierzyłem w to, co widziałem. Chłopaki z drinkami rozłożeni na kanapach. Między nimi kilkanaście miejscowych dziewczyn. Muza, dziewczyny tańczą na stołach. Kto chciał, wybierał jedną albo dwie i szedł do siebie. Pękło piętnaście flaszek. Kapitan siedział na fotelu. Dupy miał na obu kolanach. Po mesie przechadzał się steward z kondomami na tacy.

Jeden z kumpli, który tam był, powiedział mi potem, że pływa już dwadzieścia lat i nigdy takiej imprezy nie przeżył. I że pierwszy raz miał dupę na statku. Później przyszedł na wachtę i mówi: rozwód. Okazało się, że gdy żona do niego dzwoniła, w kajucie była Tajka i odebrała telefon.

Marcin

Trzy tygodnie na kotwicy w Nowym Orleanie. Brzeg prawie na wyciągnięcie ręki, ale ty nie możesz zejść ze statku. Na motorówkę szkoda ci pieniędzy. Ten sam widok, te same twarze, ta sama robota. Najgorsze są święta. Masz za dużo czasu na myślenie. W Niedzielę Wielkanocną o szóstej rano obudził mnie pomocnik elektryka z 1,75 litra Jacka Daniel'sa pod pachą. Dwie godziny później spał na moim łóżku, a ja na kanapie.

Tego dnia trzy razy trzeźwiałem i trzy razy zasypiałem zachlany. W lany poniedziałek w ośmiu siedzieliśmy w kajucie motorzysty. Piliśmy i oglądaliśmy teledyski z półnagimi dziewczynami. Gdy Chief pokładu mnie zobaczył, powiedział do kumpla, żeby zrobił coś, bo kadet chyba przesadza. Ale takie święta podobno rzadko się zdarzają. Częściej chłopaki po kolacji rozchodzą się samotnie po kajutach i oglądają filmy.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Michał

Siedzimy na plaży w Lizbonie. Ja, dwóch młodych marynarzy i stary majster. Pijemy wino z gwinta, każdy po kolei. Butelka dochodzi do majstra. On patrzy na nią, na nas. Mówi, że to ostatni raz. Po Brazylii na pewno nie wypije po nas z butelki ani z kubka. Na bank któryś coś złapie.

Marcin

W Hondurasie zwykle chodziliśmy do "Manili", lokalu rzut beretem od bramy portowej. Ja to nazywam baroburdelem. Siadaliśmy na ogrodowych krzesłach, nad nami kręcił się wiatrak chroniący przed upałem. Ale i tak czułeś, jak powietrze przylepia się do ciebie. Zawsze było tam kilka dziewczyn. Gdy przychodziliśmy, już po pierwszej butelce Bacardi z lodem i colą pojawiały się następne. Zasady w takich miejscach są proste. Dziewczyna dostaje od właściciela klubu procent od rachunku. Zwykle wynajmuje się też pokoje na godziny. Cenę uzgadniasz z dziewczyną. Za towarzystwo zawsze coś zostawiasz.

Kilka razy chciałem po prostu napić się w spokoju piwa. Popatrzeć na ludzi, posłuchać latynoskiej muzyki. Szedłem do baru w głębi miasta, siadałem przy stoliku. Zwykle właściciel, widząc mnie, podchodził i proponował mi barmankę. Potrafi to i to, mówił. W Puerto Cortes jedynymi białymi byli marynarze. Później nawet stojąc w kolejce w tamtejszym supermarkecie miałem wrażenie, że każdej kobiecie mogę zaproponować seks za pieniądze, a ona w najgorszym wypadku grzecznie odmówi.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Grzesiek

Cała Ameryka Łacińska jest taka. Czujesz się jak w filmie erotycznym. W Ekwadorze weszliśmy do baru na jedno piwo. Tylko usiedliśmy, zaraz obsiadło nas kilka dziewczyn. Jedna miała piętnaście lat. W Brazylii wchodzę do pierwszego lokalu, w drzwiach mijam się z parą. Dziewczyna uśmiecha się do mnie i daje klapsa w pośladek. Inni ludzie, inna kultura.

Zbigniew

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Ze dwadzieścia lat temu. Zamustrował wtedy jeden facet, trzydzieści parę lat. Pierwszy raz na statku. Prosty chłop z jakiejś dziury na Śląsku. Mechanik. Staliśmy w Kolumbii. Chłopaki poszły pić. Miałem nocną wachtę, gdy na nabrzeże zajechała taksówka. Patrzę, to ten chłop wychodzi chwiejnym krokiem. Za nim trzy młode Kolumbijki. Śmieją się, krzyczą. Wchodzą po trapie, on między nimi. Mija mnie z uśmiechem, jakby właśnie szedł odebrać główną wygraną w lotka. Później dowiedziałem się, że było tak: siedzieli w barze, wokół dziewczyny. Jemu oczy wychodziły z orbit. Nic nie mówił, tylko patrzył. Ile? - spytał w końcu chłopaków. 10 dolców za jedną. Długo się nie zastanawiał. Wyobrażasz sobie, co on czuł, idąc po tym trapie?

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Michał

W Brazylii przeżyłem szok kulturowy. Obok domów z kartonów i blachy widziałem marinę, gdzie stały jachty po dwa, trzy miliony dolarów. Staliśmy tam tydzień. Byliśmy podkręceni opowieściami starych marynarzy, że co tam się nie dzieje. Jak idziesz na dupy, to najpierw sprawdź, czy nie ma jąder - mówili. Trzech z nas było pierwszy raz na statku. Jeden złapał rozwódkę. Trochę się zabujał i odchorowywał potem dwa tygodnie. Drugi był typowym skoczkiem. Raz tu, raz tu. Tę, tamtą. Łącznie z tym, że się ze starym barmanem umawiali, żeby na dwa baty się zabawiać. Pół kilo trawy przewiózł do kraju. Zbierał doświadczenia. Gdy byliśmy w Lyonie, pozamieniał sobie wachty i TGV pojechał do Paryża.

A ja? Możesz nie wierzyć, ale ja byłem wtedy ciężko zakochany. Miałem dziewczynę i chciałem być jej wierny. W egzotycznych krajach bardziej starałem się korzystać kulinarnie. Chodziłem po knajpach. Ośmiornice, tego typu rzeczy.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Grzesiek

Czasy wesołego marynarstwa już minęły. My liznęliśmy tylko końcówkę. Statki są większe, poruszają się szybciej, a porty są lepiej przygotowane do ładowania i odbioru jednostek pływających. W Stanach Zjednoczonych, Australii czy bardziej rozwiniętych krajach Europy stoi się kilka, kilkanaście godzin. Przyjeżdżamy tam po pieniądze, nie dla rozrywki. Gdy się ma rodzinę, pensja oficera to wcale nie tak dużo. Wiesz, dzieci, kredyty, domy, samochody. To się odbija na relacjach. Każdy idzie do roboty, je i idzie do siebie. Niektórzy po pracy w ogóle nie wychodzą z kabiny.

Zdarza się jeszcze, że czasem usiądziemy w kilka osób i spożywamy. Bo przecież nie będziemy sobie w oczy patrzeć. Kiedyś to było dziesięć osób, teraz trzy. Ale to i tak wtedy, jak już ludziom nie chce się filmów tłuc na komputerze. Życie towarzyskie na statkach umiera.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Wiktor

Kiedyś stało się w porcie nawet miesiąc. I wtedy rzeczywiście często było tak, że co port, to rodzina. Zwłaszcza gdy pływali na liniach. Steward mi opowiadał, że miał kiedyś stałą dziewczynę, razem chodzili po zakupy i tak dalej. Jak w domu. W krajach Trzeciego Świata marynarz był kimś bogatym. Zdarzało się, że dziewczyny oddawały się za worek ryżu. Gdy statek wchodził do portu, na kei czekała gromadka. Rozchodziły się po kajutach, praktycznie mieszkały na statkach. Sprzątały, prasowały. Dostały jeść, trochę grosza. Przy wyjściu zawsze coś ukradły.

Dla nich to był jakiś tam rodzaj szczęścia. Po zamachach na wieże World Trade Center wprowadzono międzynarodowy system bezpieczeństwa portów ISPS i teraz prawie niemożliwością jest przytargać dziewczynę na statek.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Piotr

W hotelu starała się, jak mogła, żeby było mi dobrze. Byłem zbyt pijany, żeby coś zdziałać. Powiedziałem jej, że źle się czuję, za godzinę mam wachtę i muszę iść. Zrobiła mi zupkę chińską. Prosiła, żebym został. Wtedy usłyszałem pukanie. W drzwiach stał nagi trzeci mechanik ze stojącym kutasem. Spytał: to co? Zmiana bociana? Jego dziewczyna nie paliła się do niego. Najwyraźniej im nie szło. To był typ człowieka, który kobiety ma tylko za pieniądze. Więc korzystał w każdym porcie. Trochę to było obrzydliwe.

Moja dziewczyna nie chciała, ja tym bardziej. Ćwiara burknął coś i poszedł. Zebrałem się, a ona do mnie: może dałbyś mi pieniądze? Nie wiedziałem, czy po tej libacji w ogóle mam coś w portfelu. Wcześniej mówiła, że nie chce pieniędzy. Teraz chce? Obraziłem się. Dałem jej czterdzieści euro, tyle miałem, i wyszedłem. To był barak w środku slumsów. Krzyczała przez okno, żebym poczekał. Że zamówi taksówkę. Ale ja byłem zły i przekonany, że wiem, gdzie jestem. Odkrzyknąłem coś brzydkiego i poszedłem. Była czwarta rano. Zgubiłem się. Byłem spóźniony na wachtę. Do tego zaczęła się ulewa. Po jakimś czasie usiadłem na chodniku. Wtedy podjechał do mnie samochód. W środku była ona. - O tej porze nawet miejscowi nie spacerują w tej dzielnicy - powiedziała. Zawiozła mnie pod samą bramę portu, chciała oddać pieniądze. Może będziesz chciał się jeszcze ze mną zobaczyć? - pytała. Powiedziałem, żeby zostawiła sobie euro. Byłem jej wdzięczny za uratowanie mi dupy.

Marcin

Znam historię o studencie, który się zakochał. Nie pamiętam, gdzie to było dokładnie, ale na pewno Ameryka Południowa. Chodził z nią na zakupy, przywoził perfumy, prezenty ze Stanów. Zapożyczał się u innych matrosów. Któregoś dnia przychodzi do starego i mówi, że chce dokumenty. On tu zostaje. Kapitan do niego:  jasne, ale teraz nie mam czasu, przyjdź później. Młody poszedł, a stary za telefon i opowiada bosmanowi.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Wieczorem wszyscy idą do kurwidołka. Student, gdy tylko widzi swoją miłość, od razu chce do niej iść. Marynarze go powstrzymują. Poczekaj, mówią, usiądź, napij się z nami i przez chwilę nic nie rób. Przecież cię kocha, więc może chwilę poczekać, nie? Laska zobaczyła, że młody się nie kwapi, więc zaczęła szukać zarobku. Po chwili lizała się z jakimś Filipińcem przy barze. Student już nie chciał dokumentów.

Romek

Dziś większość marynarzy traktuje pływanie bardziej zawodowo. Na przykład w Norwegii zdarzają się dwa porty dziennie, więc każdą wolną chwilę wykorzystujesz, żeby przyłożyć głowę do poduszki. Raczej stare matrosy z przyzwyczajenia ciągną do przyjemności. Niektórzy robią to mechanicznie, bez emocji. Często na trzeźwo. Otwarcie mówią, że idą poruchać. Wchodzą do baru, wybierają, robią swoje i wracają na statek. Nie biją się potem z myślami. Ale to raczej rzadkość.

Młodzi oficerowie coraz rzadziej imprezują. Mamy dużo roboty. Na mieście szybki supermarket, piwo albo dwa i z powrotem. Chcesz po prostu wyjść, na chwilę zmienić środowisko. Pochodzić po twardej ziemi, popatrzeć na innych ludzi.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Na statku zdarzają się przyjaźnie, ale najczęściej pogadamy sobie, skomentujemy wiadomości, pożartujemy. Bez zwierzeń. Poza tym nigdy do końca nie wiesz, z kim rozmawiasz. Zdarzają się uchole, którzy potem idą do kapitana i zdają relacje.

Gdy już możesz wyjść wieczorem, chcesz się rozerwać. Z dziewczynami gadasz o wszystkim i niczym, bez wchodzenia głęboko w życiorysy. To znajomość, która będzie trwała kilka godzin. I ma być przede wszystkim miło. Nie ma sensu się wywnętrzać.

Michał

Puerto Cabello. Wenezuela. Ktoś znał to miejsce z poprzednich rejsów. Typowa melina dla marynarzy niedaleko od portu. Duża sala z barem wyłożonym białymi kafelkami. Wszystko podświetlone ultrafioletem. Zamawiam piwo i siadam na sofie nieco z prawej strony sali. Sam. Już ponad dwa miesiące patrzymy na siebie dzień w dzień. Razem pracujemy, jemy, imprezujemy. Twarze po jakimś czasie zamieniają się w mordy, na które patrzysz z obrzydzeniem. Chcę od nich odpocząć.

Obserwuję, co się dzieje w lokalu, gdy podchodzi do mnie pulchna dziewczyna. Uśmiecha się już z odległości kilku metrów. Niska brunetka ubrana w dżinsy i zieloną bluzkę. Od razu wiem, że to kurwa. Nie należy do piękności, ale ciągle się uśmiecha. A ja właśnie tego w tej chwili potrzebuję najbardziej. Uśmiechniętej kobiety. Kupuję nam piwo. Ona zna kilka słów po angielsku, ja kilka po hiszpańsku. Rozmawiamy ponad dwie godziny, co chwilę wybuchając śmiechem. O czym? Na pewno o niczym ważnym. Co jakiś czas chodzę po kolejne piwa, a ona po każdym wypitym pyta, czy będzie bang bang. Ale ja nie chcę bang bang. Niedługo mam wachtę, więc płacę jej za czas, żegnam się i wychodzę.

Co daje mi te sto dwadzieścia minut? Człowiek po kilku miesiącach na statku zwalnia jak komputer, który przez długi czas nie jest wyłączany. Traci odporność. Ten czas to restart. Dzięki niemu wymazuję dwa miesiące i przez chwilę zapominam, że zaraz wrócę do monotonii. Rozumiesz? Nie ma żadnych szaleństw. Tylko zwykła, uśmiechnięta twarz dziewczyny. Magiczna pigułka szczęścia.

(fot. Łukasz Zakrzewski)(fot. Łukasz Zakrzewski)

Wiktor

Wbrew pozorom mało kto korzysta z usług dziewczyn. W procentach? Od zera do dziesięciu. Na niektórych statkach nikt. Zależy kto pływa i gdzie. Ostatnio kucharz mi mówił, że nigdzie nie chodzi. Ma żonę, która na niego czeka. Gdy wraca, ona przez tydzień ogląda sufit. Jemu to wystarcza. Takich jak on jest najwięcej. Gdy rozmowy schodzą na dom, zwykle po alkoholu, prawie zawsze robi się rzewnie. Są tacy, co mówią, że stara siedzi w domu i czeka. Ale zdecydowana większość bardzo przeżywa życie rodziny. A to syn do szkoły, to córka na studia. Często im się łezka w oku kręci. Każdy telefon do domu to potem dwa dni obgadywania.

Romek

Co najbardziej lubię w pływaniu? Wypłatę. I to, że na lądzie jestem wolny, nic nie muszę. Czasy romantyzmu dawno się skończyły.

* Na zdjęciach nie ma bohaterów reportażu

Marcin Szot. Reporter, trener komunikacji. Publikował m.in. w "Polityce", "Dużym Formacie", "Newsweeku". Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Zanim zajął się pisaniem, pracował m.in. jako marynarz, ryksiarz w Barcelonie i Kopenhadze, kucharz w Norwegii, kelner w Szkocji, instruktor w parku linowym, pomocnik elektryka. Zwiedza świat i lubi o tym opowiadać.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (143)
Zaloguj się
  • tpdlagier

    Oceniono 96 razy 86

    Ciekawy tekst, chyba bardzo szczery. Smutek jednak ogarnia kiedy kilka razy czytam, że romantyzm morza dawno utonął. Romantyzm pracy, współzawodnictwa, wszelkie objawy życzliwości międzyzawodowej - dzisiaj to tylko ciężary dla biznesu. Pozwalamy się porwać marzeniom o pieniądzach, a życie ucieka.

  • taragitara

    Oceniono 63 razy 45

    Świetny tekst. Podobnych przygód doświadczyłem 20 lat temu podczas praktyk studenckich. Dziewczyny,alkohol, zabawa do upadłego pełna beztroska w egzotycznych krajach. Czego chcieć więcej jak się ma 23 lata. Dopiero po pewnym czasie przyszła refleksja jakie miałem szczeście że nie spotkało mnie nic złego... Podsumowując jak ktoś szuka szcześcia niech unika morza.

  • krzywelustro

    Oceniono 42 razy 40

    Jestem bardzo ciekawy, jak wyglądałby podobny, obiektywny reportaż, w którym wypowiadaliby się przypływający do polskich portów matrosi blisko- i dalekowschodni, marynarze z Oceanii, Afryki, każdej z Ameryk...

  • fuqu

    Oceniono 46 razy 32

    Kiedyś wracałem z miasta w Itaqui (Brazylia),
    przed bramą był ostatni bar, siadłem sobie na piwo.
    W barze były trzy osoby, barmanka, dziewczyna i ja.
    Godzina późna, mocno późna.
    Siedzę piję to moje piwo, jest fajnie.

    W pewnym momencie dziewczyna wstaje od stołu,
    podchodzi i rozpoczyna się rozmowa:
    D: Daj pięć dolarów.
    J: A przepraszam, za co?
    D: Jesteś marynarzem?
    J: tak.
    D: No a ja jestem qrwą, daj pięć dolarów na taksówkę.

    Siła argumentu była powalająca.
    Dałem 5 dolarów.

    To było dawno i się właściwie skończyło.
    Mój ostatni statek miał 230 000 ton ładowności.
    W Dampier (Australia) ładowali nas 23 godziny.
    Tylko dla tego, że miałem za małe pompy do debalastu.
    Oni mogli mnie załadować w 19 godzin.

    W Sepetibie (Brazylia) stałem CAŁE 3 dni,
    tylko dla tego, że mój statek miał TYLKO 130 000 ton
    i ładowano nas w przerwach między wyjściem/wejściem
    DUŻYCH statków takich po 350 000.

    Pływanie staje się, ....mało ciekawe.

  • tacx

    Oceniono 26 razy 20

    Pierdoły. Kiedyś Edouard Manet był marynarzem. W czasie pobytu w RIO poszedł do burdelu. Przywiózł do domu kiłę która wykończyła go po 30 latach. Wycieczkę pamietał do końca życia - wraz z pamiątką po imprezie.

  • ade1301

    Oceniono 66 razy 20

    Witam, nigdy nie wypisuje zadnych komentarzy (przeparaszam za brak polskich znakow - ale pisze obecnie ze statku gdzie nie ma zainstalowanego poskiego jézyka w systemie) podrozuje z portu LOME do Libreville w Afryce. Mam 3 miesiace kontrakt i plywam za Chief Officer. Od razu chce wyjasnic czytelnikom w Polsce ze to sa opowiesci dziwnej tresci wypocone przez jakiegos marynaza z PZM. Bo tacy tylko zostali poniewaz nigdzie juz nie sa zatrudniani szeregowi marynarze - poniewaz zalogoi filipinskie sa znacznie tansze i maja kontrakty 8 - 10 miesiecy. To jest kolejny smieszny artykol ktory zostal napisany o marynarzach i o morzu po filmie Kapitan Philips..... kiedys ktos mnie zapytal o zdanie na temat filmu..,,,, odpowiedzialem...... nie zla komedia..... ewentualnie film fantastyczny.... to samo moge powiedziec o tym artykule... Pozdrawiam

  • nieufamkobietom

    Oceniono 21 razy 17

    Po tych myciach i czyszczeniach ladowni to co sie dzieje z tym swinstwem co jest usuwane ?

  • unixyz

    Oceniono 25 razy 15

    Zrobilem dwa rejsy jako kadet i stwierdzilem ze to najnudniejsze zajecie na swiecie a imprezy tez sie po trzech dniach nudza. Zrezygnowalem z tego typu zycia i nie zaluje. To bylo 20 lat temu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX