(fot. Roman Chełmowski)

ludzie

Prywatny detektyw: Co najmniej raz w tygodniu dzwoni ktoś z groźbą, że mnie zabije

Odszedł z policji, bo czuł się upokorzony niską pensją. Założył biuro detektywistyczne, które tropi niewiernych partnerów, szuka zaginionych i namierza oszustów. - Co najmniej raz w tygodniu dzwoni ktoś z groźbą, że mnie zabije. Dostaję też pocztą wycinanki. Moja sekretarka już się przyzwyczaiła, spokojnie odkłada je na półkę - mówi prywatny detektyw Arkadiusz Andała.

Dlaczego zostałeś prywatnym detektywem?

- (nie odrywając wzroku od ciężarówki za pobliskim parkanem, przy której uwija się kilku mężczyzn) Ciekawe, czy zwłoki pakują...

Zawsze tak masz?

- Mam. To wypadkowa wiedzy i doświadczenia zawodowego. Zresztą w tej pracy trzeba mieć intuicję.

Co ci ona podpowiada w sprawie ciężarówki?

- Że to jednak skrzynki z piwem, nie ciało.

Gdy widzisz robotników niosących skrzynie, to zawsze podejrzewasz, że skrywają rozczłonkowane ciało?

- Nie popadam w aż taką paranoję, ale zastanawiam się, co wynoszą. I często to sprawdzam. Ostatnio byłem na zleceniu w Pradze i zobaczyłem, jak dwaj mężczyźni wybijają szybę w aucie. Rzuciłem się w ich stronę i upuścili torbę, którą z tego auta ukradli.

Opowiem ci coś lepszego. Pojechałem do Poznania, gdzie doszło do serii napadów na banki. Zaparkowałem pod jednym z nich, zostawiłem w środku torbę oraz laptop i poszedłem coś zjeść. Gdy po 20 minutach wróciłem, laptopa nie było. Ale już drugiego dnia miałem go z powrotem.

?

- Włączył mi się szósty zmysł. Wyszedłem na ulicę pełną ludzi i wypatrzyłem chłopaka, który łokciem demonstrował kolegom ruch wybijania szyby w samochodzie. I coś opowiadał. Podbiegłem do niego. Wyśpiewał mi, że widział takie zdarzenie. Powiedziałem, że chcę odkupić tego laptopa. Udało mi się umówić ze złodziejem. Wcześniej powiadomiłem też policję i złodziej został zatrzymany, a ja odzyskałem sprzęt. - Panie, pan się nadaje do tej roboty - stwierdzili policjanci.

Arkadiusz Andała (fot. Roman Chełmowski)Arkadiusz Andała (fot. Roman Chełmowski)

Zanim zostałeś detektywem, byłeś policjantem.

- W policji sporo się nauczyłem, ale nie oszukujmy się, nie każdy dobry policjant musi być dobrym detektywem. Wiesz, moim mistrzem jest fikcyjny porucznik Colombo. Taki niby gapcio, niby przygłup. A w rzeczywistości gość, który świetnie kojarzył fakty i doskonale analizował.

Dlaczego właściwie odszedłeś z policji?

- Byłem komisarzem w wydziale kryminalnym i kochałem to. Wykrywałem zabójstwa, ścigałem przestępców zajmujących się narkotykami. Ale musiałem odejść. Bo nie może być tak, że zatrzymywany przestępca proponuje mi 100 tysięcy złotych, ja tych pieniędzy nie biorę, a od ojczyzny dostaję 1440 złotych miesięcznie. Czułem się upokorzony. W dodatku, ponieważ byłem dobry, w ramach „nagrody” zacząłem dostawać od przełożonych coraz więcej spraw. I praktycznie przestałem pojawiać się w domu. Miałem tego dość. Odszedłem i założyłem biuro detektywistyczne.

Pamiętasz pierwszą wykrytą sprawę?

- Oczywiście! To był oszust bankowy, który mieszkał w pięknej willi w Warszawie. Wziąłem za zlecenie pięć tysięcy, ale jeszcze dwa razy tyle dorzuciłem ze swoich do rozwiązania tej sprawy. I zgromadziłem na niego takie dowody, że go zatrzymano.

Osiągnąłeś sukces, a przy okazji nauczyłeś się lepiej wyceniać zlecenia?

- Nie od razu. Początkowo za małe pieniądze brałem trudne sprawy i poświęcałem na ich rozwikłanie sporo czasu, ale wiedziałem, że to zaprocentuje. Pod warunkiem że się sprawdzę. A jak nie wykryłem sprawy, nikt nie mógł mi zarzucić, że wziąłem pieniądze i nic nie zrobiłem.

Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że pracujesz za darmo?

- Teraz, przyjmując zlecenie, zawsze biorę pieniądze przy podpisaniu umowy. W przypadku firm, poniżej pięciu tysięcy za sprawę nie schodzę. Zlecenia prywatne negocjuję indywidualnie. I nigdy nie obiecuję niczego na wyrost. Przychodzi do mnie wdowa, pyta, czy na pewno złapię zabójcę jej męża i co ja mam jej powiedzieć?

No właśnie, co jej mówisz?

- Że nie mogę jej niczego obiecać, bo zdarzają mi się nierozwikłane sprawy. Ale że jeśli ja nie wykryję zabójcy, to po mnie nikomu się to nie uda.

Skromny jesteś.

-  Nie. Po tylu latach pracy znam wszystkie ograniczenia i wszystkie możliwości tej roboty. Biorąc sprawę zwykle już wiem, jaka jest skala trudności.

Andała jako policjant zarabiał 1440 zł miesięcznie (fot. Roman Chełmowski)Andała jako policjant zarabiał 1440 zł miesięcznie (fot. Roman Chełmowski)

Zwracasz pieniądze, jak nie rozwiążesz sprawy?

- Dlaczego miałbym zwracać? Nie zwracam z prostego powodu - wykonuję pracę i biorę za nią wynagrodzenie. Czy artysta po koncercie, który się nie spodobał, oddaje za bilety? Na każdą sprawę poświęcam dużo czasu, poza tym ta praca jest bardzo kosztowna.

Co wchodzi w te koszty?

- Wynagrodzenia dla pracowników. W tej branży nie płaci się 5 złotych za godzinę. Poza tym zatrudniam doświadczonych, emerytowanych funkcjonariuszy CBA, służb specjalnych oraz psychologów i informatyków. Korzystam też z pomocy konsultantów, na przykład przy przestępstwach gospodarczych. Do tego dochodzą hotele, wynajem samochodów, przeloty. Podkreślam jednak, że moi klienci dostają sprawozdania z mojej pracy.

Najmniej to pięć tysięcy, a najwięcej?

- Kilkadziesiąt tysięcy. Ale w niektórych przypadkach pracuję za darmo, charytatywnie, lub rozkładam wynagrodzenie na raty. Nigdy nie zaczynam rozmowy od pieniędzy. No i zaraz, zaraz, zapomniałem powiedzieć, że spore koszty generuje także sprzęt, którego używamy. Kamery, GPS, podsłuchy, podglądy...

Gadżety jak u Bonda?

- Ja pracuję szkiełkiem i okiem, ale moi pracownicy używają kamer w długopisie albo w okularach. Są niezbędne przy zdradach.

W sprawach tego typu miewamy zresztą różne „rekwizyty”. Na przykład przychodzi do mnie kiedyś facet i wyciąga z kieszeni damskie stringi. - Proszę pana, czy pan wie, co to jest? - pyta. - Domyślam się - mówię. On na to pokazując białą plamę: - Nie, nie, co to jest? - naciska. I po chwili dodaje: - To jest, proszę pana, sperma innego faceta. Żona mnie zdradza, a to jest dowód! Zaczęliśmy tę żonę obserwować. No i okazało się, że rzeczywiście zdradzała, a majtki były fetyszem romansu.

Pikantne.

- Prowadziłem mnóstwo pikantnych spraw. Pamiętam historię prezesa znanego klubu sportowego, którego żona miała kochankę. Panie miały pełen asortyment erotycznych gadżetów. Założyliśmy w domu prezesa monitoring.

To legalne?

- Legalne, bo to był jego dom. Każdy może sobie w swoim domu zakładać, co tylko chce. Wracając do historii prezesa - panie łączyło gorące uczucie i namiętny seks. Gdy prezes się o tym dowiedział, wpadł w szał. Był o kochankę żony potwornie zazdrosny.

Innym razem na zlecenie pewnego podejrzliwego męża założyliśmy kamery w jego mieszkaniu. Okazało się, że gdy mężczyzna wychodził do pracy, do żony przychodził sąsiad.

Gadżety przydają się detektywowi, gdy pracuje nad udowodnieniem zdrady (fot. Roman Chełmowski)Gadżety przydają się detektywowi, gdy pracuje nad udowodnieniem zdrady (fot. Roman Chełmowski)

Wróćmy jeszcze do legalności tej metody.

- Ustawodawca mówi wyraźnie, że detektywom nie wolno używać środków techniki operacyjnej zastrzeżonej dla organów państwa. Konia z rzędem temu, kto te środki zdefiniuje. Praktycznie wszędzie można kupić kamerki. Poza tym, jak już mówiłem, w swoim domu możesz sobie zainstalować, co ci się żywnie podoba. Nawet 15 kamer. To nie jest nielegalne. Niedawno napisała do mnie pewna prawniczka z pytaniem, dlaczego tak często montujemy kamery w mieszkaniach, skoro zdrady zazwyczaj odbywają się poza domem. Najchętniej bym jej odpowiedział: - Co też pani mówi?!

Ludzie nagminnie zdradzają się w domu, w małżeńskich łóżkach. Niektórych to kręci! Choć oczywiście nie zawsze. Pewnego razu zgłosiła się do mnie kobieta, która podejrzewała o zdradę męża. Mówił, że idzie do kościoła, tymczasem szedł na „mieszkaniówkę”.

Czyli?

- Do prostytutki, która przyjmowała w mieszkaniu. Płacił jej za godzinę, wychodził rozanielony i grzecznie wracał do domu. Innym razem zgłosiła się do mnie kobieta, która uważała, że zdradza ją mąż. O godz. 2.00 - 3.00 w nocy przychodził spocony do domu. Okazało się, że biega na pobliskim stadionie. Filmowaliśmy go przez parę dni nocnym zoomem.

No to żona musiała być zadowolona.

- Bardzo. Ale premii nie zapłaciła. Premiują najczęściej ci, którzy potrzebują dowodów na zdradę do sprawy rozwodowej. Jak pewna kobieta w ciąży, która przed wyjazdem w delegację poprosiła o zamontowanie w domu kamer. Mąż zdradzał ją z... własnym szefem.

Wszystko pokazujecie bliskim?

- Materiały muszę przekazać zleceniodawcy, ale zawsze dokonuję najpierw jego oceny psychologicznej. Swoją drogą, jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, że ktoś nie chce nagrania obejrzeć. Bywa, że osobę w niezbyt dobrej sytuacji psychicznej staram się zniechęcić, ale nic z tego. Zdradzany mąż czy żona do końca nie wierzą, że są oszukiwani. Choć zdarza się, że klient ma do mnie pretensje, gdy nie dostarczę dowodów na niewierność partnera.

I co wtedy?

- Czasem przeprowadzam prowokację. Kiedyś przyszła do mnie żona bogatego lekarza, który w gabinecie dodatkowo robił piercing. Była niemal pewna, że jest niewierny, ale dwie agencje przed moją nie zdobyły na to ani pół dowodu. Przysłaliśmy mu młodą dziewczynę z obfitym biustem. I dodam, że nie była to prostytutka, bo im nie wychodzi udawanie dam, mają tendencję do skracania dystansu. A to był łebski gość, od razu by się zorientował.

Interesujące...

- Dziewczyna miała zakaz kokietowania lekarza. Powiedziała, że ma chłopaka i że chce sobie zrobić kolczyk na łechtaczce. Mówiła, że to jej pierwszy raz i była naturalnie zawstydzona. Facet tak popłynął, że nie masz pojęcia. Szybko zaczął jej robić niemoralne propozycje, pytał np., czy lubi seks analny, skarżąc się jednocześnie na żonę. Wyszedł z niego prawdziwy playboy. Dziewczyna prawie stamtąd uciekła, ale dowody zdobyliśmy.

Prawo mówi, że detektywom nie wolno używać środków techniki operacyjnej zastrzeżonej dla organów państwa. - Konia z rzędem temu, kto te środki zdefiniuje - odpowiada Arkadiusz Andała (fot. Roman Chełmowski)Prawo mówi, że detektywom nie wolno używać środków techniki operacyjnej zastrzeżonej dla organów państwa. - Konia z rzędem temu, kto te środki zdefiniuje - odpowiada Arkadiusz Andała (fot. Roman Chełmowski)

Nagrywacie sam moment zdrady?

- Wystarczy nam dowód, że zaczyna do czegoś dochodzić. Mówię o kamerach w terenie. Tych w mieszkaniu nie możemy zatrzymać, więc sceny seksu też się nagrywają. Możemy ich tylko nie oglądać, rejestracja jest zawsze.

Nie masz z tym problemu?

- A ktoś, kto zdradza partnera nie ma z tym problemu? Powtarzam - ja tych ludzi nie oceniam. Ja po prostu przyjmuję zlecenia i staram się je realizować najlepiej, jak potrafię, zawsze zgodnie z prawem. Gdybym je łamał, prawnicy już dawno by mnie rozszarpali.

Wiesz co? Co najmniej raz w tygodniu dzwoni ktoś z groźbą, że mnie zabije. Dostaję też pocztą wycinanki. Moja sekretarka już się przyzwyczaiła, spokojnie odkłada je na półkę. Mówię to trochę z przymrużeniem oka, ale zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jestem wrogiem do końca życia. Swoją drogą, do detektywa przychodzi się na końcu. Po mnie jest tylko grabarz.

Mało przyjemny wniosek.

- Ten fach niesie za sobą maksymalny stres i adrenalinę, ale ja jestem od tego uzależniony. Poza tym mam dużo wyjazdów. Zbieram dowody, które trzeba dokładnie analizować. Potrzeba do tego wiele cierpliwości i wnikliwości.

Jak w Holandii, gdy szukałeś zaginionej Polki i nagle jej mąż przyznał się, że ją zakopał?

- Chociażby. Od początku podejrzewałem, że ma coś wspólnego z jej zaginięciem, ale zanim dotarłem do Holandii, miejscowi policjanci już go zatrzymali. Nam się jednak udało znaleźć torbę z jego ubraniem, które wcześniej uprał i ukrył.

Z czym najczęściej ludzie przychodzą do detektywa?

- Połowa to sprawy cywilne, np. zdrady, a połowa to ciężkie sprawy kryminalne, takie jak oszustwa, zabójstwa, zaginięcia czy wywożenie dziewczyn do agencji towarzyskich.

Pamiętam, jak przyszły do mnie dwie rodziny zaginionych nastolatek ze Śląska. Znalazłem je w Wiedniu. Wyjechały tam do pracy w knajpie, a na miejscu się okazało, że mają pracować w agencji. Zabrano im dokumenty i nie mogły wrócić.

Połowa problemów, z którymi klienci zgłaszają się do detektywa, to sprawy cywilne, np. zdrady. A połowa to ciężkie sprawy kryminalne (fot. Roman Chełmowski)Połowa problemów, z którymi klienci zgłaszają się do detektywa, to sprawy cywilne, np. zdrady. A połowa to ciężkie sprawy kryminalne (fot. Roman Chełmowski)

To naprawdę wciąż tak wygląda?

- Kobiet nie wywozi się już przymusem, tylko podstępem, a na miejscu robi im się zdjęcia in flagranti z klientami. Później się je tymi intymnymi zdjęciami szantażuje. Dwie wspomniane dziewczyny przywiozłem do domu po siedmiu dniach od zgłoszenia.

Szybko.

- Szybko znalazłem też pewnego bogatego piekarza, który przepadł bez śladu. Rano jak zwykle wsiadł w swoje luksusowe BMW i pojechał do pracy. Ale do niej nie dotarł - przed piekarnią znaleziono puste auto z drzwiami otwartymi na oścież. Namierzyłem piekarza w Austrii. Powiedział mi: - Panie, ja jej zostawiłem dom, zostawiłem jej wszystko. Odszedłem, jak stałem. Kazałem mu się zgłosić na policję, żeby odwołano poszukiwania.

Co konkretnie robisz od momentu zgłoszenia zaginięcia do znalezienia szukanej osoby?

- Najpierw zgłaszam policji, że przyjąłem zlecenie od rodziny. A potem nie ma żadnego show, tylko żmudna praca przypominająca śledztwo. Muszę chociażby zbadać, czy ta osoba ma z czego żyć.

Dużo jest teraz takich pozorowanych zaginięć?

- Tak, a motywy są zwykle banalne. Kobieta boi się powiedzieć mężowi, że odchodzi, albo facet, tak jak wspomniany piekarz, nie wie, jak porzucić rodzinę. Kiedyś zdarzył mi się uciekający pan młody. Rolnik z Małopolski wyszedł z domu tuż przed własnym ślubem. Miał w kieszeni trzy tysiące euro, pojechał do kantoru, wymienił je i zniknął. Panna młoda zrozpaczona, zaczynam go szukać. Przed ślubem się nie wyrobiłem, ale znalazłem go cztery dni później w hotelu kilkaset kilometrów od domu. Był pijany. - Ja tego ślubu nie biorę - wybełkotał.

Miałem też sprawę, w której syn uciekł od matki. Powodem był fakt, że jest homoseksualistą, a bał się do tego przyznać. Nie znalazłem tego chłopaka, wyjechał gdzieś za granicę.

Jeśli znaleziona osoba nie chce wracać - co wtedy?

- Staram się zawsze doprowadzić do kontaktu z rodziną. Piekarzowi na przykład podałem telefon i poprosiłem, żeby powiedział żonie prawdę.

A sprawy kryminalne?

- Zadzwoniła do mnie żona byłego wiceministra, który pewnego dnia tapetował pokój i zniknął. Kiedy przyjechałem na miejsce, pokój był sterylny jak prosektorium. Zauważyłem też, że brakuje paru rolek tapety. Żona twierdziła, że ktoś męża porwał, a powodem miały być przetargi, które organizował przed laty. Wieczorem zadzwoniłem i powiedziałem, że za zaginięciem stoi ich syn. Kobieta zrezygnowała z moich usług.

Jak się okazało, syn zabił ojca nożem, a potem pociął ciało na kawałki piłą mechaniczną i wyrzucił do zalewu rybnickiego. Motywem były nieporozumienia między nimi.

Przerażające.

- Tak. Z kolei dwa lata temu badałem zabójstwo drogowe. Dwaj mężczyźni szli w kamizelkach odblaskowych poboczem do stacji, bo zabrakło im paliwa. Szli prawidłowo. Potrącił ich tir, kierowca uciekł. Jeden mężczyzna zginął i właśnie wdowa po nim zleciła mi sprawę. Na miejscu wypadku został tylko zderzak, ale po miesiącu znalazłem kierowcę tira. Był w szoku, kiedy przyszedłem do jego domu i osobiście zabrałem go na komendę. Przedstawiłem dowody, dostał pięć lat.

Bywa zabawnie?

- Czasem tak. Chociażby, gdy przychodzi pani i mówi, że partner ją zdradza. - Gdzie mieszka? - pytam. - No, ze swoją żoną - odpowiada. Okazuje się, że jest jeszcze trzecia kobieta. Zdarzyło mi się też kiedyś szukać zaginionego psa. Właścicielka, bogata Szwajcarka, zapłaciła mi 10 tysięcy złotych.

Taki był drogi?

- Nie, to był pies znajda. Znalazła go na ulicy w Częstochowie potrąconego przez samochód. Wydała sporo pieniędzy na jego leczenie. Kiedy jednak sama się rozchorowała i poszła do szpitala, pies trafił do schroniska, a schronisko wydało go innym ludziom. Przyjąłem sprawę, ale nie powiedziała mi, że wcześniej poprosiła o pomoc dwie inne agencje detektywistyczne, które nie dały rady. Zdenerwowałem się.

Dlaczego?

- Bo poprawianie po kimś jest zawsze trudniejsze. Poprzedni zawsze zostawia ślady, daje innym sygnał, że łazi i sprawdza.

Ale psa oczywiście odzyskałem.

 

Arkadiusz Andała. Absolwent Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Przez kilkanaście lat pracował w policji - tropił zabójców, przestępczość narkotykową i gospodarczą. Od 2004 roku działa w branży detektywistycznej,  prowadzi koncesjonowane biuro detektywistyczne Andała Patrol. Realizuje sprawy w Polsce i za granicą. Prywatnie ojciec dwójki dzieci.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (78)
Zaloguj się
  • koma_5

    Oceniono 61 razy 47

    Proszę poprawić "wykryłem sprawy". Wywiad ciekawy, gość skuteczny. Działa legalnie (szkoda że nie można go wynajmować jako swoją prywatną armię do porachunkow z ludźmi, którzy skrzywdzili). "Jaka praca, taka płaca" nie ma racji bytu, tylko "jaka płaca, taka praca". Dobrze zrobił, zaradny ojciec i mąż. Życzę długiego życia mimo wielkich stresów, nikotynizmu, otyłości. Bo Pan jest przydatny i etyczny, mądry. Brawo!

  • krzyzak1516

    Oceniono 30 razy 16

    To moze niech sie wezmie za skoki. Jest skuteczny i rozwiaze sprawe - szybko.

  • edyta_schmit

    Oceniono 18 razy 12

    Widać, że facet ma poczucie humoru i dystans do siebie . Konkretny. Przynajmniej nie robi z siebie kretyna jak ten Rutkowski. Całe szczęście nie musiałam nigdy korzystać z usług detektywistycznych, ale już wiem do kogo zgłosiłabym sie w razie potrzeby.

  • karol_pp

    Oceniono 13 razy 9

    Widuję p.Andałę w mediach, wielokrotnie pomagał i odnosił sukcesy w wielu sprawach, wiadomo, każdy w życiu odnosi sukcesy i klapy, jesteśmy tylko ludźmi. To, że w jednej sprawie mu nie wyszło, nie oznacza, że jest oszustem. Widać, że posiada ogromną wiedzę i doświadczenie. Nie rozumiem, dlaczego ludzie, którym w życiu nie wyszło są takimi zazdrośnikami i zawistnikami.

  • jerzyk191

    Oceniono 13 razy 9

    Czytam artykuł i chcę się odnieść do złych wpisów na temat p. Andaly. Ci którzy piszą że zostali oszukani, widocznie mają chyba jakiś niedosyt i niepowodzenia w życiu osobistym. To nie jest tak że detektyw Andala to dobry anioł albo cudotworca zeby spelnial wszystkich oczekiwania. To ze ktos poczul się oszukany to nie znaczy że On go oszukał!! A komputer przyjmie wszystko!!! Nie jestem fanem tego Pana i nie byłem jego klientem ale jak bym musiał to na pewno skorzystam z jego usług bo widzę że jest kompetentny.

  • regulamin_uzytkownika_serwisu

    Oceniono 51 razy 9

    Facet jest tylko odrobinkę mniej żałosnym megalomanem niż Rutkowski.
    Z głodowej pensji w policji odłożył tyle, żeby do pierwszej sprawy dołożyć z własnej kieszeni 10 tysięcy? Albo brał łapówki jako pies, albo wziął kredyt, albo kłamie w żywe oczy

  • Bożena Lipińska

    Oceniono 10 razy 8

    Bardzo ciekawa rozmowa i przyznam że podziwiam ludzi którzy decydują się na tak trudny i na pewno niebezpieczny zawód, sama miałam sytuację życiową która zmusiła mnie do sięgnięcia po taką pomoc i byłam naprawdę zaskoczona poziomem profesjonalizmu i dyskrecji ludzi z grupy detektywistycznej Trójmiasto, sprawa niby dość typowa bo chodziło z zdradę, ale tak nawet jak Pan opowiada w artykule inna agencja wcześniej też nie znalazła dowodów a mnie przeczucie nie opuszczało i niestety się nie pomyliłam

  • kaczkowski12

    Oceniono 34 razy 8

    Człowiek mało zarabia w policji i do pierwszej sprawy dokłada 2 x 5000 zł.Przypomina to dowcip o młynarzu,który
    skarżył się,że dokłada do mielenia zboża.Na pytanie z czego tak dobrze żyje,odpowiedział,że młyn pracuje przez
    sześć dni w tygodniu i wtedy on do mielenie dokłada,w siódmym dniu tygodnia młyn nie pracuje i on na tym tyle
    zarabia,że ma na dokładanie do mielenia przez sześć dni i na dostatnie życie.

  • Jerzy Fiszebrandt

    Oceniono 39 razy 7

    Szkoda ze ten człowiek nie opowie o oszustwach, o tym jak wykorzystuje trudne sytuacje ludzi, którym np zaginęła bliska osoba lub zginął syn. Wtedy się pojawia opowiada jaki jest z niego skuteczny detektyw i bierze pieniądze (duże pieniądze) i tyle go widzieli. poza tym nie jest detektywem! zresztą był już w tv program o tym człowieku jak wziął od zrozpaczonej matki kilkanaście tys zł za znalezienie zabójców syna. i tyle go ta Pani widziała. Sprawy sądowe się toczą. Jak można promować takie osoby?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX