Anna Kowalczyk

Anna Kowalczyk (fot. Albert Zawada)

wywiad gazeta.pl

Autorka bloga ''Boska Matka'': Nawet wyborczynie PiS nie rwą się do garów i pieluch na pełen etat

Marzy mi się świat, w którym ludzka potrzeba posiadania dzieci będzie naturalną, wliczoną w koszta częścią funkcjonowania każdego przedsiębiorstwa, jak sen czy inne potrzeby fizjologiczne - mówi dziennikarka Anna Kowalczyk, prowadząca bloga "Boska Matka". Jej zdaniem piedestał, na którym stawia się Matkę Polkę, jest co najwyżej styropianowy.

Kim jest dzisiaj Matka Polka?

- Szkodliwym antykobiecym mitem. I niczym więcej. Matka poświęcająca się, umartwiona heroina, która troszczy się tylko o dzieci, a nigdy o siebie, to nie jest upragniony wzór macierzyństwa.

A mnie się wydaje, że wręcz przeciwnie - że następuje powrót do tego mitu.

- Ja, naturalnie, cały czas mówię z perspektywy mojej bańki społecznej, w której kobiety są zbyt świadome innych ścieżek i ich atrakcyjności, by się tak ochoczo pokładać na ołtarzu rodziny. Ale faktycznie, bardziej wpływowa ostatnio prawa strona sceny politycznej i publicystycznej odwołuje się często mniej lub bardziej wprost do figury Matki Polki jako tego ideału macierzyństwa, do którego wszystkie powinnyśmy dążyć. I który powinien kształtować rozwiązania polityki społecznej tak, by to „naturalne powołanie kobiety”, którym jest macierzyństwo pełne poświęceń i wyrzeczeń, mogło się realizować.

Dziennikarka Anna Kowalczyk, prowadząca bloga „Boska Matka” (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Dziennikarka Anna Kowalczyk, prowadząca bloga „Boska Matka” (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Czyli mają rację feministki, mówiąc: uwaga, cofamy się!

- Tak byłoby, gdyby większość kobiet faktycznie się identyfikowała z konserwatywnym dyskursem. A mnie się wydaje, że tak nie jest. Mój blog zapewnia mi bieżący wgląd w opinie sporej grupy współczesnych polskich matek i widzę, że nawet wyborczynie PiS wcale tak się nie rwą do garów i pieluch na pełen etat. Po pierwsze, są na to już za dobrze wykształcone i za bardzo świadome różnych innych możliwości, które przed sobą mają. Jak się skończyło w pocie czoła dobre studia w dużym mieście, np. po tym, jak się samemu wyszło z tradycyjnej rodziny, to ma się ochotę jeszcze robić w życiu inne rzeczy. I podzielić pracą z mężem.

A czy to nie jest kolejna pułapka? Ta wielozadaniowość współczesnej Matki Polki, czyli z jednej strony wszystko możemy, a z drugiej wydaje się nam, że wszystko musimy.

- Oczywiście. Śledzę teraz intensywnie rodzicielskie strony, bo pracuję nad projektem opartym na memach internetowych o rodzicielstwie. Bardzo wyraźnie widoczny jest tam niezwykle pielęgnowany i hołubiony przez same kobiety wizerunek matki urobionej po kokardę, podpierającej się nosem ze zmęczenia. I niezastąpionej. Bo nikt tak dobrze wszystkiego nie zrobi jak mamusia. Więc nośmy to brzemię dumnie, bo ono najdobitniej świadczy o tym, że jesteśmy dobrymi matkami. I faktycznie wiele kobiet się poświęca, to nie ulega wątpliwości.

Z drugiej strony, w rzeczywistości ten piedestał, na którym się Matkę Polkę stawia, jest co najwyżej styropianowy. Jak przychodzi do tego, żeby w realu docenić pracę opiekuńczą, którą wykonują głównie kobiety, no to się zaczynają podśmiechujki, że co to za praca w domu. To w ogóle żadna praca, to po pierwsze. To jest siedzenie w domu, urlop macierzyński. Wiadomo, masz wreszcie wolne, wyśpisz się. Pochodzisz na spacerki, na ploteczki z koleżankami, książki poczytasz. A jak zaczynamy tylko głośno myśleć o jakiejś formie wynagrodzenia za pracę domową, albo chociażby zabezpieczenia socjalnego w postaci składek emerytalnych czy zdrowotnych dla tych kobiet, które zrezygnowały z pracy i poświęciły się rodzinie, to budzi tak niebywały sprzeciw i opór, jakby te kobiety były najgorszą patologią.

"Nawet wyborczynie PiS wcale tak się nie rwą do garów i pieluch na pełen etat" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

A czy współczesna Matka Polka jest matką oceniającą?

- Bardzo. Właśnie dlatego, że wszystkie jednak niestety mimowolnie porównujemy się z tym ideałem. A ponieważ jest on zupełnie nieosiągalny, no to wszystkie czujemy się przegrane. Dlatego wiele z nas próbuje sobie to rekompensować, wyciągając innym kobietom ich słabostki i potknięcia, bo wtedy mogą poczuć się lepszymi matkami.

Świetnie to opisała Ayelet Waldman w swojej „Złej matce”. Dlaczego my się tak upajamy historiami typu „matka małej Madzi”? Oni w Stanach mają wszak swoje dzieciobójczynie i inne mamusie z piekła rodem w stylu Britney Spears, które wciągają koks z brzuszków swoich niemowląt. Waldman tłumaczy, że ta perwersyjna radość osądzania wynika wprost z presji na bycie dobrą matką, a najlepiej właśnie idealną pod każdym względem. To ciśnienie jest tak duże i wszechobecne, że po prostu trzeba jakoś odreagować, żeby nie czuć się tą najgorszą.

Ale dlaczego nie jest Matką Polką wspierającą?

- To chyba problem natury bardziej ogólnej, bo my jako społeczeństwo nie mamy za bardzo kultury wspierania się wykraczającej poza krąg najbliższej rodziny. Ja miałam super wspierających rodziców, którzy mnie popierali i pozwalali mi właściwie na wszystko, co sobie wymyśliłam. Ale my byliśmy też, jako rodzina, dość osobni. Nie bardzo czuliśmy potrzebę, żeby się „wtrącać” w sprawy innych ludzi. Nie było w moim najbliższym otoczeniu tradycji zaangażowania na rzecz innych, oprócz WOŚP-u raz do roku, powodzian raz na trzy lata i właśnie takich zrywów, jak to w Polsce.

"Jak przychodzi do tego, żeby w realu docenić pracę opiekuńczą, którą wykonują głównie kobiety, no to się zaczynają podśmiechujki, że co to za praca w domu" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Czujesz jednak, że coś się zmienia w tej materii?

- Było co najmniej kilka takich matczynych czy rodzicielskich zrywów, gdzie siła zbiorowości okazała się skuteczna. Począwszy od matek I kwartału, które sobie wywalczyły zmianę w zasiłkach, przez alimenciary, które wreszcie, mam wrażenie, trochę dopchały się do mikrofonu, przez rodziców (choć tu znów głównie matki) osób niepełnosprawnych, które się zabarykadowały w Sejmie, i coś tam dla siebie wywalczyły. Skończywszy na ostatnich, jak na polską skalę masowych, protestach z wieszakami.

Więc wydaje mi się, że jest taki duży potencjał wkurzenia właśnie wynikający z tych różnych przyczyn, tych wielkich oczekiwań, parcia do tego ideału, który jest nieosiągalny przy niemal zerowym wsparciu państwa, pracodawcy i najbliższego otoczenia. I frustracji, że oto skończyłyśmy te fajne studia, włożyłyśmy mnóstwo wysiłku i zaangażowania w pierwsze lata pracy, ale potem jednak zapragnęłyśmy tego macierzyństwa. Tylko że nie chciałyśmy w pakiecie wykluczenia, które okazało się z nim nierozerwalnie związane, ani tego wiecznego zmagania: „Boże, jak ja to wszystko połączę, żeby w tej pracy nie być znowu w ogonie?”. No, bo może mnie nie wyleją, ale będę pracownicą II kategorii, bo jestem tą, która ma dziecko i różne inne zobowiązania domowe, a z drugiej strony, jak dam z siebie wszystko w pracy, to moje dziecko niebawem zacznie do mnie mówić „proszę pani”.

To też jest ciekawe, co mówisz, w kontekście polskiego feminizmu. Polskie feministki przegrywają walkę o polskie kobiety właśnie z tego względu. Nie pomyślały zawczasu o tym, że kobieta bywa matką. Choć teraz to się zmienia.

- Ja jednak mam nadzieję, że polski feminizm nie przegra walki o polskie matki. Polskie feministki w ostatnich latach bardzo angażują się w kwestie związane z macierzyństwem i rodzicielstwem w ogóle. Duże zasługi mają tu Sylwia Chutnik i jej Fundacja MaMa, czy Agnieszka Graff.

Nawet Kongres Kobiet od kilku edycji poświęca wiele uwagi tym kwestiom, aż feministki, które nie są matkami, zaczynają czuć się pomijane (śmiech). To, co się przykleiło do polskiego feminizmu i jest mu kulą u nogi, to niesympatyczna gęba agresywnej „aborcjonistki”, która rzekomo nie ma moralnego prawa upominać się o sprawy matek. Inną barierą jest to, że nasza „polska szkoła feminizmu” niewątpliwie wycina sobie całą rzeszę potencjalnych zwolenniczek, przez to, że jest silnie antyklerykalna i właściwie antykościelna. A Kościół to jednak wspólnota, z którą nadal większość Polek silnie się identyfikuje. I która, przynajmniej deklaratywnie, najaktywniej bierze w obronę wartości rodzinne.

Mam więc mocne przekonanie, że warto odnosić się z szacunkiem do konserwatystek, katoliczek, bo po prostu nie da się budować porozumienia i wspólnego działania na patronizującym, lekko pogardliwie-lekceważącym podejściu do kobiet wierzących. A postulaty w wielu kwestiach mamy bardzo zbliżone.

"Mam nadzieję, że polski feminizm nie przegra walki o polskie matki" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

A może wszystkie kłopoty Matki Polki znikną, gdy zaczniemy rozmawiać o ojcu Polaku? O tym, że najważniejsze to się podzielić.

- Na moim blogu znajdziesz rozmowę z amerykańskim profesorem Andrew Moravcsikiem z Uniwersytetu Princeton. W Polsce znamy go głównie jako wybitnego znawcę tematyki europejskiej, ale ja odkryłam go dzięki jego krótkiemu esejowi „Why I put my wife's career first” (Dlaczego przedkładam karierę mojej żony ponad własną). Profesor jest wybitnym politologiem, jego żona prawniczką, była profesorką na Harvardzie, przez kilka lat swojego życia główną planistką w Departamencie Stanu u Hillary Clinton. To jest bardzo ciekawa para, dziś już w średnim wieku, która postuluje, co tu dużo mówić, rewolucję - nie tylko na rynku pracy, w firmach, wśród pracodawców, ale też fundamentalną zmianę obyczajową i mentalną. Clou tych wywrotowych postulatów, to by zaangażowany ojciec nie był ewenementem, tylko po prostu taką samą normą jak zaangażowana matka. I by w ogóle docenić pracę opiekuńczą nie tylko rodziców, ale też płatnych opiekunek, pielęgniarek, nauczycieli, bo ona ma fundamentalne znaczenie dla tego, na jakich ludzi wychowamy nasze dzieci, kto i jak się nami zajmie na starość, jakim w ogóle będziemy społeczeństwem. Dzięki temu, że się dzielimy i pracą opiekuńczą, i zawodową, zyskują wszyscy. Także mężczyźni.

Moravcsik mówi wprost - pod koniec życia większość mężczyzn żałuje tego, że nie spędziła więcej czasu ze swoimi bliskimi, że przegapiła dzieciństwo swoich dzieci. I to jest wielka męska krzywda. To jest coś, na co mężczyznom do tej pory strasznie głupio było się skarżyć, bo jak tu przyznać, że chce się zmieniać te pieluchy? Że to wcale nie jest tak, że przez te pierwsze trzy lata nie chcą dzieci tykać, bo ojciec to ma wkroczyć, gdy już dziecko jest rozumne i może je zabierać na ryby, puszczać z nim latawce i wtedy dopiero zaczyna się jego rola. Kiedy się mężczyznom pozwoli spróbować tego, co do tej pory było doświadczeniem prawie wyłącznie kobiet, tej całej fizyczności, opieki nad dzieckiem, zwłaszcza najmniejszym, to się nagle okazuje, że oni to świetnie potrafią, a na dodatek to lubią.

Jedno z większych kłamstw, które się nam serwowano latami, to że nikt tego nie potrafi zrobić tak jak matka. Otóż potrafi tak samo dobrze, a czasem lepiej od niej. Agnieszka Graff pisała o tym, że układ, w którym dzieci są niemal wyłączną sprawą kobiet, jest też głęboko niesprawiedliwy wobec mężczyzn. I to się niektórym mężczyznom przypomina w takich sytuacjach, kiedy przychodzi do walki w sądzie o prawo do opieki nad dziećmi po rozwodzie, a polskie sądy w większości przypadków pozostawiają dzieci przy matkach. Czasem faktycznie lekceważąc różne okoliczności, które powinny być ewidentnie brane pod uwagę. Zazwyczaj wówczas mężczyzna się uruchamia z postulatem, że jednak fajnie by było, gdyby nas - ojców - traktować jako pełnoprawnych rodziców.

Moravcsik i jego żona próbują przekonać także swoim własnym przykładem, że podział obowiązków naprawdę jest lekiem na wiele kobiecych i męskich frustracji. Choć niekoniecznie w idealnym modelu 50:50, który jest przeważnie niemożliwy, ani nie wszystkich uszczęśliwi. Poza tym wypadanie matek z rynku pracy to też wielka strata dla samych pracodawców. I niektórzy to już rozumieją. Moravcsik przywołuje przykłady z armii amerykańskiej, gdzie funkcjonują rozbudowane programy wsparcia dla rodzin - zarówno dla kobiet, które się decydują na pozostanie w domu po urodzeniu dziecka, ale też dla mężczyzn, którzy by tego chcieli. Głównie po to, żeby ich zachęcić do powrotu do pracy po rodzicielskiej przerwie. Bo ich kompetencje, w które armia inwestowała latami, są tak cenne, że uniemożliwienie żołnierce czy żołnierzowi powrotu do pracy byłoby skrajną rozrzutnością.

"Pod koniec życia większość mężczyzn żałuje tego, że nie spędziła więcej czasu ze swoimi bliskimi, że przegapiła dzieciństwo swoich dzieci" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

W Polsce podczas debat o powrocie z urlopów macierzyńskich do pracy rzadko wspomina się o tym, że to właśnie kobiety są lepiej wykształconą częścią społeczeństwa. Lepiej się uczą w szkołach, częściej kończą wyższe studia. Więc ten potencjał ludzki, wykształcony za pieniądze podatnika, który nie wraca do pracy, albo wraca na jakieś gorsze stanowisko, to jest realna strata, jeśli mamy już operować rachunkiem ekonomicznym. Fajnie by było - również dla dobra samych przedsiębiorstw i PKB - pomyśleć o tym, jak tego potencjału nie zaprzepaszczać. Marzy mi się idealny świat, w którym ludzka potrzeba posiadania dzieci będzie naturalną, wliczoną w koszta częścią funkcjonowania każdego przedsiębiorstwa, jak sen czy inne potrzeby fizjologiczne. W końcu pracodawca daje nam wolne na wypoczynek i sen i jakoś się to udaje ogarnąć. Choć oczywiście można powiedzieć, że jeść i spać to trzeba, a dzieci mieć nie trzeba.

Czyżby?

- No właśnie, jednak w skali całego społeczeństwa dzieci są nam niezbędne. Gdyby więc ustawić stosunki pracy tak, że czasowa nieobecność kobiet czy mężczyzn nie byłaby traktowana jak dopust Boży, tylko jak rzecz całkiem naturalna - świat byłby lepszy. I znów nawiążę do idei podziału obowiązków pomiędzy ojca i matkę - bo jeśli cały ciężar opieki, i tych mitycznych nieobecności z powodu choroby dziecka, nie dotyczyłby tylko jednej płci, to być może posiadanie dzieci nie byłoby takim logistycznym wyzwaniem.

A kwestia demografii zaczyna być bombą z nie tak znów opóźnionym zapłonem. W Polsce ponad 50 procent par decyduje się tylko na jedno dziecko. Kolejne 30 procent na dwójkę. Efekt jest taki, że Polaków ubywa w zastraszającym tempie. Tymczasem będziemy wszyscy żyli coraz dłużej. Czy bierzemy to pod uwagę? W książce Sylwii Urbańskiej o matkach emigrantkach „Matka Polka na odległość” przeczytałam takie świetne zdanie, że to właśnie opieka jest nowym złotem. Mamy więc neokolonialny wyzysk Europy Wschodniej pod kątem właśnie tego nowego złota, jakim jest praca opiekuńcza. Zachód drenuje rodziny z opiekunek naturalnych, po to, żeby zapewnić sobie je tam, gdzie samemu się albo nie chce tej opieki sprawować, albo nie może. Polskie nianie i opiekunki w Niemczech, ukraińskie nianie i opiekunki w Polsce.

A powiedz, co myślisz o programie 500+?

- Ja go nie dostanę jako matka jednego dziecka, ale cieszę się, że jest. Tego rodzaju wsparcie dla rodzin jest w Europie dość powszechne, a w Polsce potrzebne również z tego powodu, że więcej niż co trzecia polska rodzina wychowująca co najmniej dwójkę dzieci żyje w niedostatku, a ponad 800 tysięcy dzieci poniżej minimum egzystencji. To są zatrważające liczby. Oczywiście, można mieć uzasadnione obawy, że ta kasa się bardzo szybko skończy i że w gruncie rzeczy będzie to bardzo kosztowny epizod polskiej polityki rodzinnej, który może jeszcze wypalić w twarz pomysłodawcom. Niewątpliwie jest jednak rzesza rodziców w Polsce, dla których jest to ważna i potrzebna pomoc. Ale jest też u nas rzesza rodziców, dla których to jest miły dodatek, który w żaden sposób nie rozwiązuje innych niedogodności tego stanu, jakim jest rodzicielstwo...

Na przykład opiekunki, przedszkola.

- Niedawno po Facebooku krążył mem od partii Razem, pokazujący, że na czterech tylko stadionach zbudowanych na Euro 2012 jest 2,5 razy więcej miejsc niż we wszystkich żłobkach i klubikach dziecięcych w całym kraju.

500 zł na dziecko na pewno jest jakimś ruchem w tej pozorowanej grze pt. polityka rodzinna, ale czy od tego przybędzie dzieci?

Taki jest plan.

- Mówią, że to nie jest tylko pomoc społeczna, ale przede wszystkim inwestycja w demografię. Moim zdaniem raczej chybiona, bo nie znam nikogo, kto by się zdecydował na kolejne dziecko z myślą o tym, że dostanie 500 zł. Zwłaszcza w sytuacji, w której jego najstarsze dziecko chodzi do pierwszej klasy i zaczyna lekcje o szesnastej, bo w szkole jest siedemnaście klas pierwszych, a jedyne miejsce w bezpłatnym przedszkolu dla drugiego dziecka ma na drugim końcu miasta.

"500 zł na dziecko na pewno jest jakimś ruchem w tej pozorowanej grze pt. polityka rodzinna, ale czy od tego przybędzie dzieci?" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

A co poczułaś, kiedy przeczytałaś, że kobiety wolą siedzieć w domu z dziećmi i nic nie robić, bo mają teraz 500+, niż pójść do pracy na truskawki w pole?

- Krew mnie zalała. Dopóki praca opiekuńcza będzie traktowana jak siedzenie i nicnierobienie, to strajk reprodukcyjny Polek będzie trwał, a Polacy nie będą chcieli się w nią angażować. Każdego, kto się oburza na rodziców czwórki dzieci, że teraz „dostaną za darmo 2 tysiące” zachęcam, żeby spłodził albo adoptował taką gromadkę. Dostanie swoje 2 tysiące i zobaczy, jaki to świetny biznes.

 

Anna Kowalczyk (ur. 1985). Blogerka, autorka bloga Boska Matka, dawniej dziennikarka (Polskie Radio, Radio PiN, "Przekrój"), absolwentka MISH UW i MBA UG. Twórczyni i pierwsza redaktor naczelna serwisu dla rodziców MamaDu.pl. Współautorka książki "Macierzyństwo bez photoshopa". Na tegorocznym Przystanku Woodstock poprowadzi spotkanie o blogowaniu zaangażowanym społecznie.

Anna Dziewit-Meller. Urodzona w 1981 roku w Chorzowie. Pisarka i dziennikarka. Współautorka (z Agnieszką Drotkiewicz) tomów wywiadów „Głośniej! Rozmowy z pisarkami” i „Teoria trutnia i inne. Rozmowy z mężczyznami”, a także bestsellerowej reporterskiej książki o Gruzji „Gaumardżos, opowieści z Gruzji” (Nagroda Magellana 2011), napisanej wspólnie z Marcinem Mellerem. W 2012 roku ukazała się jej debiutancka powieść „Disko”, nominowana do Nagrody Literackiej „Gryfia”. W tym roku ukazała się jej książka Góra Tajget. Prowadzi autorski kanał internetowy o książkach bukBuk.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (27)
Zaloguj się
  • ebom

    Oceniono 37 razy 17

    Wyważony, niekontrowersyjny wywiad, stwierdziłam po przeczytaniu. A potem przeczytałam kilka komentarzy i się okazało, że awangarda nie do ogarnięcia dla przeciętnej czytelniczki. Połowa komentujących przeczytała w ogóle chyba tylko wstęp a resztę sobie dopowiedziała, albo zwyczajnie nie rozumie zdań złożonych i dlatego przekręca całkowicie treść odpowiedzi. Smuteczek.

  • jan.u

    Oceniono 34 razy 12

    Pewnie w receptach moglibyśmy się spierać, ale opis rzeczywistości jest moim zdaniem trafny. Jest powód by podjąć rozmowę.

  • Ania Adamczak

    Oceniono 31 razy 11

    Skąd wiedziałam, że autorka bloga jest matką jedynaka :-) Dlaczego wszystkie blogi, fundacje, poradniki o sexy mamach zawsze wydają mamy jedynaków??
    Część postulatów jest słuszna, ale co to za pomysł, żeby komuś płacić za prowadzenie własnego domu? Jak kawaler ugotuje sobie makaron i wypierze skarpetki, też ma dostać pieniądze?? Ja bym poszła w kierunku wyższego ZUS dla ojców takich rodzin, żeby taka kobieta domowa nie została na starość na lodzie bez praw emertyalnych, jak sobie połowę młodszą znajdzie (jest wiele takich przypadków).

  • escott

    Oceniono 39 razy 9

    Dawno nie przeczytałam tak fajnego wywiadu - mnóstwo uwag, z którymi się głęboko zgadzam, świetny, wyważony obraz i feministek i sytuacji matek, i możliwych rozwiązań. Dziękuję i bardzo mi przykro, że mój komentarz utonie w tym koszmarze. Pozdrawiam!

  • aurorap

    Oceniono 65 razy 9

    Jak mnie denerwują takie głupio-mądre kobiety które pouczające innych jak żyć. Wstyd mi bo wypociny tej Pani źle świadczą o nas kobietach. Prowadzę dom i pracuje i co z tego. Nie żadam od państwa aby mi płacił za prowadzenie domu.Cytując klasyka dzieci to ma się na własny koszt. Prowadzi jakiegoś durnego bloga dla ćwierćinteligentów pewnie tylko po to żeby móc wychowywać dziecko i nie wracać do pracy...

  • joankb

    Oceniono 52 razy 6

    Zwyczajne dziewczyny pracują, lub na chwilę nie pracują zawodowo. Decyzja obojga.
    Dlatego WIELKIE NIE w kwestii płacenia składek, osłon dla zawodowych mamusiek. Niech Ci płaci mąż. Można.

  • ranny_rys

    Oceniono 11 razy 5

    Tym bardziej powinni byc doceniani ojcowie poświęcający kariera dla dziecka i kariery zony, Na początek powinni otrzymać prawo do wcześniejszej emerytury :-)

  • kopanakopa

    Oceniono 6 razy 4

    Kto ma pani płacić za obsługiwanie męża, płacące podatki pracujące kobiety?? Niech mąż panią utrzymuje, to jemu pani gotuje obiad. Na razie płaci dzięki pani tylko pół podatku, chociaż ciężko tyrające na dwa etaty kobiety płacą cały i nie mogą się rozliczać wspólnie z dzieckiem, które utrzymują. To jest dopiero podłość ustawodawcy, a pani się jeszcze domaga nie wiadomo czego od nie wiadomo kogo.

  • vandersexxx

    Oceniono 3 razy 3

    Przy całej sympatii do obu pań, ale etat może być pełny, a nie pełen.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX