(fot. Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Ogrodowy obciach? Tuje, plastikowe doniczki na cokołach, kostka Bauma przecinająca zieleń trawnika

Jeszcze do niedawna przystrzyżony równo trawnik, basen i dom były oznaką społecznego awansu, nawet jeśli był to awans na kredyt. Czy za wysokim żywopłotem wciąż mieszkają ogrodowe krasnale? Sławek Sendzielski, miejski ogrodnik i aktywista, odkrywa nasze wstydliwe relacje z przyrodą, gdzie wciąż liczą się głównie "moje" i "ja".

Jak to się stało, że ekonomista wylądował pomiędzy grządkami?

- Miałem siedem lat, kiedy zacząłem pomagać ojcu na działce, na której uprawialiśmy warzywa i owoce. To była ciężka, ale satysfakcjonująca praca, szczególnie wtedy, gdy kładło się plon na stół i zaczynało go przetwarzać. Potem poszedłem na studia ekonomiczne, zacząłem pracować w banku i liczby zajęły miejsce roślin. Dopiero przed trzydziestką zrozumiałem, że to nie jest to, co chcę w życiu robić. Byłem mocno rozczarowany tym, jak wygląda praca w korporacji. Nie czułem, że robię coś ważnego. Zatęskniłem za przyrodą, uzmysłowiłem sobie, że praca w ogrodzie przynosiła mi tyle satysfakcji i dobrego zmęczenia, że mógłbym ją wykonywać na stałe.

Zgłosiłem się do ojca, który prowadził wtedy firmę ogrodniczą, ale podupadał już na zdrowiu. Przejąłem interes i zająłem się zakładaniem ogrodów. Zacząłem zatrudniać architektów krajobrazu i namawiać klientów na moje pomysły. To było jakieś sześć lat temu.

Jakie ogrody były wtedy modne?

- Identyczne jak ma sąsiad. Zaglądało się przez żywopłot i chciało się tego samego.

Nie tylko ogrody były do siebie podobne, lecz także domy.

- Tak, szczególnie te poza miastem, wzięte na kredyt, z działką na około tysiąc sześćset metrów. Domy-klony.

Sławek Sendzielski (fot. Michał Ramus)Sławek Sendzielski (fot. Michał Ramus)

Jaki ogród miał dom-klon?

- Ciężko było ocenić z zewnątrz, bo przede wszystkim miał wysoki żywopłot, który miał odgrodzić właściciela od świata i zapewnić mu spokojną lekturę gazety w samych gaciach. Przeważnie jednak za żywopłotem, ze względów teoretycznie praktycznych, był tylko trawnik - żeby ziemi nie nosić do domu, niczego nie przycinać, mieć gdzie wybiegać dzieci.

Z tych marzeń o idealnym, wypielęgnowanym angielskim trawniku z reguły zostawał tylko zasikany przez psy trawnik w placki.

- Tak, bo niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ładny trawnik wymaga nakładów finansowych i czasu. Sam nawóz na tysiąc metrów kosztuje około 100 złotych na każde nawożenie, czyli co miesiąc, koszenie to kolejne 200 złotych z usługą, a do tego dochodzi kłopot z zagospodarowaniem biomasy. Poza tym pomiędzy Polską a Wielką Brytanią jest różnica mniej więcej piętnastu stopni. Jest taki dowcip dotyczący brytyjskich trawników: „Czy trudno założyć ładny trawnik? Nie, robi się to raz, a potem kosi przez następne 100 lat”. W Polsce koszenie nie pomaga, pogoda jest kapryśna, a trawnik dużo bardziej wymagający. W pewnym momencie nawet Brytyjczycy zaczęli przechodzić od trawników do ogrodów żwirowych, które są prostsze, estetyczne i tanie w utrzymaniu.

Czyli prócz kredytu na dom brało się też kredyt na trawnik?

- Robiło się go najtańszym kosztem. Ludzie stawiali na ogród prosty i schludny, niewymagający czasu i dużych nakładów finansowych. Zamożniejsi zatrudniali ogrodnika, który kosił trawę na 6 czy 8 centymetrów, podsypywał korę pod tujami. Taki wypielęgnowany zielony kobierzec miał być wizytówką, przedłużeniem domu.

Trawnik poza koszeniem nie wymaga pielęgnacji (fot. pixabay.com)Trawnik poza koszeniem nie wymaga pielęgnacji (fot. pixabay.com)

Bez tui, podobnie jak bez trawnika, nie byłoby ogrodów przy domach jednorodzinnych w Polsce.

- Ja już nie mogę na nie patrzeć. Wystarczyłoby zamienić je choćby na grab - piękną, rodzimą roślinę. Owszem, nie jest zimozielony, zrzuca na zimę liście, ale czy my wtedy wychodzimy tak często do ogrodu? Ładnie za to utrzymuje śnieg, wolę jego opatulony zimą widok niż zawsze zielone tuje w białych, krasnalich czapach.

Co prócz tui jest dziś największym ogrodowym obciachem?

- Działka na 600 metrów, której 500 metrów zajmuje dom albo dom i basen, plastikowe doniczki na cokołach albo wszechobecna kostka Bauma przecinająca zieleń trawnika.

Jak wyglądały nasze ogrody wcześniej, w okresie PRL-u?

- Bywałem w ogrodach, które były zakładane za komuny, u ludzi, którzy w tamtych czasach z tych lub innych powodów mogli sobie na nie pozwolić. Były o wiele bardziej skomplikowane niż późniejsze - zachwycały mnogością gatunków, w większości użytkowych. Czasy wymuszały to praktyczne podejście, ale i sentyment do przeszłości. W miastach pojawili się ludzie ze wsi, którzy swoją tożsamość i poczucie bezpieczeństwa odbudowywali na krzakach malin, porzeczek i owocowych drzewach. To w ich ogrodach rosły irysy, malwy i rumianek, kwiaty typowe dla wiejskich ogródków.

Kolejne pokolenie już ich nie potrzebowało, zaczęło odnosić sukces w gospodarce wolnorynkowej, który trzeba było w jakiś sposób zademonstrować. Po pierwsze - odcinając się od przeszłości, a następnie budując swoją przestrzeń od nowa, czyli sadząc tuje, trawnik i budując dom z basenem. W latach 90. to były symbole awansu i zaradności, o czym rozmawialiśmy przed chwilą. Patrzyliśmy na Zachód, chcieliśmy być światowi.

Ogród przy domu jednorodzinnym. Rok 2005 (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)Ogród przy domu jednorodzinnym. Rok 2005 (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Jaką prawdę o nas samych można wyczytać ze współczesnych, polskich ogrodów?

- Wciąż jesteśmy na dorobku, szukamy prostych i w miarę tanich rozwiązań, ale mamy niedosyt konsumpcji, a kiedy pojawiają się pieniądze - czujemy potrzebę demonstrowania finansowego sukcesu. Po ogrodach łatwo poznać, kto jest ich właścicielem. Nowobogacki biznesmen, stara inteligencja czy ludzie podzielający lewicowe poglądy.

Pojawia się jednak alternatywa. Podobnie jak w kulinariach, tak i w ogrodach zaczynają liczyć się lokalność i samowystarczalność. To widać nawet po targach i sklepach ogrodniczych. Nie jest to jeszcze może tak rozwinięte jak w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, gdzie są programy telewizyjne, radiowe oraz prasa poświęcone tajnikom sztuki ogrodniczej, ale zaczynam dostrzegać pozytywną zmianę, choćby w postaci naturalnych nawozów w ogrodniczym czy workowanego kompostu, którego zawsze mi brakowało w pracy.

Kto z reguły odpowiada za ogród w polskiej rodzinie, kobieta czy mężczyzna?

- Do mnie z reguły przychodzą faceci namówieni przez kobiety. One są bardziej wymagającym odbiorcą, zwracają uwagę na detale - zarówno estetyczne, jak i wykonawcze. Dla mężczyzn liczy się bajer, robiący wrażenie efekt końcowy.

Klientów z grubsza można podzielić na trzy grupy: sportowców, romantyków i efekciarzy. Ci pierwsi mówią: „Panie Sławku, jestem fanem sportu, chcę mieć boisko do badmintona, niech pan kosi nisko, a tam wokół wyżej, żeby można było leżaki postawić”. Romantycy sadzą floksy i róże, wspominają ogrody dzieciństwa, chcą uprawiać zioła i jarmuż. Efekciarze marzą o wypasionym ogrodzie, którym zachwycą się znajomi zaproszeni na grilla - w tym przypadku najczęściej pojawiają się zamówienia na wodospad, oczko wodne z rybami, rzeźbę czy automatyczne nawadnianie, które otworzy się w czasie przyjęcia i niby przypadkiem ochlapie gości.

Ogród z oczkiem wodnym (fot. Karol Piętek / Agencja Gazeta)Ogród z oczkiem wodnym (fot. Karol Piętek / Agencja Gazeta)

To w tych ostatnich ogrodach pojawiają się krasnale ogrodowe?

- Czasami jeszcze tak, i łabędzie wycinane ze zużytej opony traktora. Na szczęście teraz stawia się raczej na drobne i naturalne dekoracje - strumyk, kamienie, drewno. Modny jest organiczny minimalizm. Takie granitowe kule na przykład pięknie wyglądają w połączeniu z fioletową, strzelistą jeżówką. Akcentują przestrzeń, a nie ją zasłaniają i odciągają uwagę od krajobrazu.

Skąd krasnale w naszych ogrodach? Z koszmaru czy z bajki?

- Ze złej estetyki, ze szkoły, w której przez cały semestr robi się pieczątkę z ziemniaka i sałatkę jarzynową. Tego typu zajęcia uczą nas od małego banału i tandety. Oczywiście, że wszystko zależy od kontekstu, bo nawet taki stempel może być fajny, jeśli na przykład w trakcie warsztatów maluchy zrobią pieczątki z różnych warzyw i same zaprojektują przestrzeń ogrodu na kartce.

Kiedy Polska przyjęła pierwsze krasnale?

- Pamiętam, że jak pierwszy raz pojechałem z rodzicami do NRD, to tuż za granicą zaczynały się stragany z krasnalami. Kiedy komuna upadła, krasnale mogły już podróżować i kolonizować nasze ogródki. W ten sposób rozlazły się na cały kraj. Wtedy, na początku lat 90., były sposobem na wyróżnienie się z szarzyzny, pewnego rodzaju manifestacją odrębności: „Ja mam krasnala, a ty nie masz”. Z tych samych powodów domy na wsi zmieniły kolory z białego na pistację, delikatną morelę czy brudną cytrynę, o sidingu nie wspominając. Krasnal stał się symbolem przekraczania granic, estetycznych również.

Krasnale ogrodowe (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)Krasnale ogrodowe (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Wspomniałeś wcześniej o rozwijającym się trendzie na samowystarczalność. To gorący temat również w kulinariach, alternatywa dla tych, którzy chcą być fair wobec zasobów ziemi oraz dbać o własne zdrowie.

- Pionierem znów jest Wielka Brytania. Już nie idealny trawnik, ale namiastka lasu. Sadzi się leszczynę na szałas i wierzbę na labirynt dla dzieci, a zamiast traktora hoduje się kury. Chodzi mi o tzw. chicken tractors, hodowlę kur w mobilnej klatce. Umieszcza się ją na terenie już spożytkowanym przez człowieka, np. na grządce po sałacie. Kury wydziobują sobie pokarm, przy okazji grzebiąc pazurem w ziemi i ją napowietrzając. Korzystają obie strony - człowiek i zwierzęta. Zamiast nieoddychającego i nieprzepuszczalnego betonu wysypuje się nawierzchnię ścieżki zmielonymi liśćmi. Przestaje się używać torfu czy włókna kokosowego, których ślad ekologiczny jest bardzo duży. Zamiast nich używa się kompostu, którego w ogrodniczym jest już kilka rodzajów.

Czy natura jest się w stanie sama obronić? Da się uprawiać ogród bez sztucznego nawożenia?

- Od początku pracy w ogrodach czułem podskórnie, że tak. W Wielkiej Brytanii dopiero przekonałem się, że to możliwe. Szukając odpowiedzi na te pytania, pojechałem do dwóch gospodarstw ogrodniczych na staż. W pierwszym właścicielka robiła aż sześć rodzajów kompostów - z pokrzywy, szałwii, wiór drzewnych etc. Nauczyłem się ich używać w zależności od sytuacji i potrzeb. W drugim produkowano rośliny dla pszczół. Tam dowiedziałem się, że z takich gatunków można zakładać całe ogrody. Od tamtej pory nie chcę już sztucznie nawozić ziemi. Chcę tak dobierać rośliny, by się nawzajem wspierały i radziły sobie w takich warunkach, jakie mają do dyspozycji.

PODPIS (FOT. ????)Łąka na warszawskim Golędzinowie - obszar tzw. rzeki kwiatów (fot. Sławek Sendzielski)

Mówiłeś, że ekologiczny kompost można już kupić w naszych sklepach ogrodniczych.

- Tak, obok nawozów syntetycznych na bazie soli pojawiają się ziemie bio, czyli kompost z organicznymi składnikami. To jest duża zmiana, na której mogą skorzystać nasze rośliny. Nawóz syntetyczny wyciąga z ziemi życie, jak sól wodę z ogórków. Najlepiej widać to na obszarach rolnych, które przez lata sztucznie nawożono, obecnie totalnie wyjałowionych. Skutki tych działań są odczuwalne dla nas wszystkich - produkty z takich upraw mają coraz mniej wartości odżywczych, ich ceny spadają, a zarobek jest coraz niższy.

Jeśli nam choć odrobinę zależy na ekologii, to nie kupujemy „ziemi”, ale kompost właśnie. Ziemia z definicji jest mieszaniną części organicznych i nieorganicznych. Natomiast „ziemia”, którą kupujemy w sklepie ogrodniczym, to zazwyczaj miks torfu bez bakterii z syntetycznymi nawozami. Nie ma on nic wspólnego z produktem ekologicznym. Poza tym torf, który raz wyschnie nam w doniczce, nierzadko traci właściwości utrzymania wody. Dlatego często do niego dodawany jest granulat, który podtrzymuje wilgoć całej mieszanki. Żadną miarą nie nazwałbym tego produktu „ziemią”, ale sztucznym, marketingowym wytworem, który uszczupla zasoby ziemi, na której wszyscy żyjemy.

Czy „Łąka warszawska”, projekt nad którym obecnie pracujesz, wpisuje się w tę ekologiczną ideologię?

- Celem projektu „Restytucja łąk zalewowych na warszawskim odcinku OSOP Natura 2000 Dolina Środkowej Wisły” jest właśnie przywrócenie naturalnego stanu siedlisk przyrodniczych poprzez ograniczenie gatunków inwazyjnych. Siedliska te powinny być jednym z bardziej zróżnicowanych pod względem roślinności i rzeźby typów krajobrazu, tymczasem dominują je gatunki inwazyjne - głównie nawłoć i klon jesionolistny. W ten sposób łąki zalewowe stają się monokulturą.

PODPIS (fot. ???)Opuszczone pole rolne w Łomiankach (fot. Sławek Sendzielski)

Jakie to ma znaczenie dla przeciętnego Kowalskiego?

- Siła natury tkwi w jej różnorodności. Jedne gatunki uzupełniają drugie, owady i ptaki korzystają z przemienności kwitnienia. Jeśli zatem na danym obszarze mają do dyspozycji tylko kwitnącą raz w roku nawłoć, to część z nich po prostu znika, jak pewien motyl, który żyje dzięki pokrzywie. Efekt jest taki, że Kowalski zna tylko trzy gatunki motyli, a przecież - o ile uda nam się utrzymać tę różnorodność - może być ich o wiele więcej. Derkacz również jest gatunkiem typowo związanym z różnorodnymi łąkami, będzie uciekał z nawłoci, potrzebuje zróżnicowanej wysokości siedliska i różnorodnego pokarmu. Utrzymanie niskiej roślinności w korycie rzeki ma też znaczenie przeciwpowodziowe.

Jakie są inne korzyści z łąk?

- Łąka jest wymysłem człowieka. Powstawała poprzez wycinanie lasów lub zaprzestawanie uprawy pól. Służyła do wykarmienia zwierząt hodowlanych, które ją w naturalny sposób przycinały. Bez regularnego cięcia szybko zarastają ją krzewy, a potem drzewa. O łąki trzeba zatem dbać, a warto, bo ludzie lepiej się na nich czują niż w lesie. Las nas przeraża, odzywają się różne lęki. Łąki zaś dobrze nam robią na głowę. Od razu mamy ochotę rozłożyć koc i się relaksować. Zapraszam nad Wisłę, co prawda przekwitają już maki, ale są jeszcze łany pięknych chabrów.

PODPIS (fot. ???)Golędzinów (fot. Sławek Sendzielski)

Terenów do rozłożenia koca chyba w Polsce nie brakuje. Jak pod tym względem stolica wypada na tle innych miast?

- Nieźle - co prawda Warszawa znalazła się poza finałem na europejską stolicę zieleni, ale sporo się zmienia na lepsze, pojawiają się ogrody społecznościowe, powstanie nowa jednostka odpowiedzialna tylko za zieleń w mieście. Mamy kogo naśladować. W Londynie powstało na przykład 100 kieszonkowych ogrodów (pocket gardens). Chodziło o małe, niezagospodarowane przestrzenie publiczne, które małym kosztem można było zmienić w ogrody społeczne. Projektant, nim zabrał się do pracy, przychodził wysłuchać potrzeb mieszkańców. To oni decydowali o funkcji danego miejsca. U nas tego typu inicjatywy też się już przyjęły, ale pojawiają się oddolnie. Dla porównania: w Berlinie jest około 130 społecznych ogrodów, w Polsce - około 10.

Korzyści są podobne, co z łąk. Wzrasta poczucie bezpieczeństwa, świadomość przyrodnicza, nawiązują się więzi. Ogrody i łąki są miejscem spotkań, wymiany myśli i poglądów. Bez nich nasze społeczeństwo będzie się dalej atomizować.

 

Sławomir Sendzielski. Z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania ogrodnik współpracujący z organizacjami pozarządowymi, działacz na rzecz społecznej roli ogrodów. Ukończył studia podyplomowe z zakresu zarządzania projektem, ale też odbył staże na ekologicznych farmach w Wielkiej Brytanii. Jest koordynatorem projektu „Łąki warszawskie” z ramienia m.st. Warszawa*. Był głównym ogrodnikiem dwóch edycji projektu „Miasto i ogród” w dawnej fabryce Norblina, merytorycznie zaś wspierał „Wspólny ogród” na placu Defilad w Warszawie.

*Projekt „Restytucja łąk zalewowych na warszawskim odcinku OSOP Natura 2000 Dolina Środkowej Wisły (PLB 140004)”  dofinansowany jest ze środków pochodzących z Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego 2009-2014 w ramach Programu operacyjnego PL02 Ochrona różnorodności biologicznej ekosystemów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (53)
Zaloguj się
  • zbikowel

    Oceniono 69 razy 57

    Dla mnie granitowa kula i fioletowa strzelista jezowka to ewielki obciach jak dla tego pana np oczko wodne. Każdy urządza sobie ogród tak, żeby się dobrze czuć w jego otoczeniu.

  • solejrolia

    Oceniono 53 razy 45

    Ojoj. Trochę w tym wszystkim za duzo ideologii:-) Idea piekna, a i tak wygrywa ekonomia. Powinien pan ogrodnik to rozumieć, skoro pan ma takie wyksztalcenie.
    Bo prawda jest taka, ze ogrodnik i tak zasadzi to, za co mu zapłaci klient, i jak klient chce tuje, to ogrodnik musi posadzić, inaczej traci zlecenie. Jesteśmy zbyt biedni, by tracić zlecenia, by klientowi narzucać swój gust. Stać pana, to gratuluję, bo mnie na to nie stać. Zresztą, do licha- a jakim prawem, kto dał nam prawo narzucać komukolwiek cokolwiek?! U siebie- to ja mogę wszystko. Ale u klienta mogę tyle, na ile klient, właściciel działki mi pozwoli.

    U siebie mam staw, dziki, bez filtrów, źle pisze, filtrem są rosliny, ale na taki układ żaden mój klient nie pójdzie- zbyt dziko. I zbyt pracochłonnie. To jest fakt.
    Podobnie ma się z łąką kwietną. Pierwszy rok- super. Kolejny- to juz nie bedzie łąka a chwastowisko, gdzie kwitnąć będą może ze dwa gatunki, bo cała reszta zostanie wyparta, np. przez kończynę- mnie to specjalnie nie przeszkadza, ale klientowi, który zapłacił, i oczekuje innego efektu, może to nie spodobać się.
    I nalezy to uszanować.

    Panie ogrodniku- tuja i jej popularność wynika z kilku rzeczy:
    jest tania, łatwo dostępna, jest wybór (cenowo, wielkościami, bardziej rozrośnięta, czychuda jak patyk- co komu pasuje, to jest dostępne) i świetnie sprawdza się w naszych warunkach. I nawet jak jakaś szt. nie przyjmie się, to łatwo zastapić nowym egzemplarze (nawet po latach od posadzenia)
    Źle pan podchodzi do tematu tui.
    To że jest popularna, nie nalezy jej potępiać z gruntu, że jest zła.
    Bo jest dobra, skoro sie sprawdza. U nas się sprawdza!
    Cudownie jest brać inspiracje z UK, sama tak robię, ale nie możemy zapominać o tym gdzie żyjemy. Tuje nie funkcjonują w UK, bo tam jest inny klimat. Tam właściwie prawie sadzą iglaków (albo okazjonalnie). My tutaj musimy się tujami posiłkować, bo inaczej przez prawie pół roku mamy puste posesje, po których hula wiatr.
    I prawo do prywatności- nalezy go uszanować.
    Bo w UK też cenią sobie prywatność- nie? a drewniane panele, to co jest? :-> To ja już wolę żywy-płot. Choćby z tui.

    Jesli ma pan problem (mentalny) z tują, moze pan zaproponować cisy.
    A i tak wygra ekonomia- pan (jako ekonomista) zdaje sobie sprawę, że cis kosztuje iles razy więcej, i nie kazdego klienta stać na żywopłot z cisa, + jest mniej dostępny/mniejszy wybór.
    Ale niektórych klientów stać, i oczywiście warto proponować.
    Grab też, super. Bardzo lubię. Ale nie kazdy potrafi się takim żywopłotem zająć, proszę o tym pamietać.
    Na taki zywopłot zdecyduje się nie tylko zamożniejszy klient, ale i bardziej świadomy, bardziej cierpliwy.

    Moim zdaniem nie powinien pan aż tak krytykować swoich klientów za to, że chcą mieć tuje,czy wygodny podjazd z kostki, i nie tylko dlatego, ze nie gryzie się ręki, która karmi (jako ekonomista powinien pan pamietać, że to klient płaci pana rachunki:-P) Należy zrozumieć że klient oczekuje praktycznych i sprawdzonych rozwiązań, tuja do takich należy. I nie ma co się frustrować, że klient nie potrafi wyobrazić sobie ogrodu bez tui- tu jest pana rola, kt.polega na proponowaniu innych, ciekawych rozwiązań, ale musi pan pogodzić się z tym, ze i tak ostatnie zdanie ma właściciel posesji,nie pan.
    Pozdrawiam.

  • kat.2

    Oceniono 48 razy 36

    moim zdaniem artykuł o niczym. Przeciętny właściciel domku z ogrodem nie ma ogrodnika. Trawę należy kosić bo wyrosną chwasty. Ludzie ułatwiają sobie życie wykładając kostką. Zgadzam się, że kostki jest zbyt dużo ale nie łączył bym tego z brakiem gustu. Nawet tzw. gartenzwerg to nie Polski wymysł. O gustach bym nie dyskutował. Dawanie przykładów innych krajów jest bezsensowne bo i klimat różny i zamożność społeczeństwa różna.

  • myslacyszaryczlowiek1

    Oceniono 32 razy 30

    Powinni wymyślić psa co zjada trawę.
    A tak na serio powinna istnieć wypożyczalnia krów, baranów, czy jakichś kóz, abym nie musiał kosić trawnika.

  • fafarafafafa

    Oceniono 60 razy 26

    Niech sobie pan ogrodnik zamieni tuje na graby. A potem niech wróci jesienią zrelacjonować uroki grabienia liści. Wystarczy mi jedna brzoza na działce żeby mnie doprowadzić do furii.

  • succuba1959

    Oceniono 25 razy 23

    Kochany panie ogrodniku specjalisto,nigdy nie myslal pan o ptakach ktore zamieszkuja przez caly rok te tuje?To jest najlepszy dom dla ptakow ktore spiewaja teraz od bialego switu a zima chowaja sie przed wiatrem,sniegiem,deszczem.....Mnie tuje nie zachwycaja ale kocham ptaki,jeze,wiewiorki i tuje u mnie zostana w zlym guscie lecz bardzo potrzebne!

  • fafarafafafa

    Oceniono 25 razy 23

    Jeszcze jedno, ciężko obecnie znaleźć sensownego ogrodnika do opieki nad ogrodem. Takiego, który się istniejącym ogrodem zaopiekuje (a to głównie fizyczna robota). Obecnie sami, jego mać, architekci krajobrazu od projektowania przestrzeni, którzy do rzeczywistej roboty biorą kompletnie niekumatych gości, którzy nie rozumieją co to znaczy "uważać na korzenie" przy robocie szpadlem, albo wyrywają połowę roślin podczas grabienia.

  • fafarafafafa

    Oceniono 18 razy 16

    A tak na kompletnym marginesie jeszcze refleksja - tuje nie są od tego żeby wyjść w gaciach na ogród (z tego co obserwuję, i brak tui nikomu nie przeszkadza). Tuje są żeby się odgrodzić od tego co sąsiedzi u siebie wyrabiają na ogrodzie. Bo nam to nie pasuje. Oczywiście za chwilę sami będziemy uprawiać "wolnoć Tomku" nie bacząc kompletnie na sąsiadów, którzy z kolei odgradzają się od nas swoimi tujami. Ale tak to tylko kolejny przejaw tego samego problemu, który mamy - braku szacunku dla innych.

  • eddiepolo25

    Oceniono 16 razy 14

    Kto nie lubi PRACY w ogrodzie, na grządkach, na działce - ten niech sobie lepiej odpuści marzenia o domku z ogródkiem na wsi.
    To z takich rozleniwionych marzycieli wywodzą się rzesze wiecznych malkontentów narzekających na spadające z drzew liście, na zbyt szybko rosnąca trawę, na chwasty co się od sąsiada wysiały, na nieopłacalność wszelkich upraw.
    Zaś kto się pracy nie boi - a tej w ogrodzie nigdy nie brak - ma szanse doświadczyć nieustającej satysfakcji z podziwiania rezultatów swego trudu.
    Codziennie, w deszcz czy w skwar - ogród potrafi cieszyć i wynagradzać swych opiekunów.
    Kwiaty, jagody, warzywa, owoce, kolorowe plamy motyli i ptasi świergot - za pot, za ból, za zmęczenie.
    To jest dobra wymiana.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX