(fot. Wojciech Plewiński)

ludzie

Najsłynniejsza fotograficzna rodzina w Polsce. Wojciech Plewiński: Ciążyła mi gęba ''fotografa od kociaków''

Pierwszy uczył się fotografii w praktyce, jako dorosły facet. Drugi urodził się w domu pachnącym filmami i odbitkami. Trzeci na fotografię był już skazany. Ojciec, syn i wnuk wspólnie pracują na miano najsłynniejszej fotograficznej rodziny w Polsce. Rozmawiamy z Wojciechem, Maciejem i Filipem Plewińskimi.

Od redakcji: Jeszcze do 4 października w centrum Manggha w Krakowie można oglądać wystawę zdjęć Wojciecha Plewińskiego "Żarliwa ciekawość". To unikalna okazja - 300 fotografii artysty w jednym miejscu. Przypominamy wywiad z trzema pokoleniami rodziny Plewińskich.

Często panów mylą?

Maciej Plewiński: Do mnie często mówią Wojciech. Czasami to jest bardzo zabawne, bo nie kojarzą ojca w ogóle, a mimo to tak mnie nazywają. Nie mam z tym jednak jakiegoś szczególnego problemu.

Wojciech Plewiński: Mnie może nie tyle z kimś mylą, co często przyprawiają Gombrowiczowskie "gęby". Zwłaszcza ta, która przylgnęła do mnie najmocniej, czyli "fotograf od kociaków" (zdjęć atrakcyjnych kobiet w "Przekroju" - przyp. red.), bardzo mi ciążyła. Ciągle się o tym mówiło, komentowano: "a to ten z Przekroju", "a to ten od dziewczyn". Czułem, że moi koledzy mają do mnie duży dystans, ale na szczęście potem to się trochę zmieniło.

Nie miał pan, panie Macieju, nigdy kompleksu znanego ojca?

M.P.: Nie, choć jeśli kontynuuje się zawód ojca, znanego ojca, to problem prędzej czy później pojawia się zawsze. Tu trzeba być bardzo innym, żeby zostać zauważonym, żeby nikt nie powiedział: "aaa, to ten Plewiński...". To na pewno trochę utrudnia sprawę, ale nie ja pierwszy i nie ostatni z tym się mierzę.

Autoportrety Wojciech i Macieja Plewińskich z 1963 r. (fot. Wojciech Plewiński, Maciej Plewiński)Autoportrety Wojciech i Macieja Plewińskich z 1963 r. (fot. Wojciech Plewiński, Maciej Plewiński)

Po lewej zdjęcie trzech Plewińskich (od góry najmłodszy to Filip, obok Maciej, na dole Wojciech) (fot. Tomasz Wójcicki). Po prawej zdjęcie Wojciecha wykonane przez FilipaPo lewej zdjęcie trzech Plewińskich (od góry najmłodszy to Filip, obok Maciej, na dole Wojciech) (fot. Tomasz Wójcicki). Po prawej zdjęcie Wojciecha wykonane przez Filipa

A jednak zapowiadając jedną z waszych wspólnych aukcji Sopocki Dom Aukcyjny pisał o pańskiej twórczości tak: "Jego prace, choć zupełnie inne od strony formalnej, bardziej abstrakcyjne, prowadzą swoisty dialog z pracami ojca. Te same postaci, podobne sceny".

M.P.: Może tu działają geny, wychowanie albo po prostu to, że przez lata ojcu asystowałem. Jego sposób widzenia świata w jakimś sensie w naturalny sposób przejąłem, ale w końcu też się od tego zdecydowanie odciąłem. Teraz znów się zbliżyliśmy, bo ojciec znów wymaga mojej asysty, ze względu na wiek. Choć wspólnie z Filipem udało nam się już nauczyć go obsługi komputera, Photoshopa i skanera (śmiech).

Filip Plewiński: I całkiem dobrze mu to wychodzi!

M.P.: Ojciec bardzo lubi kontrastowe zdjęcia i bardzo dobrze wie, czego chce. Jeżeli ja obrabiam jego zdjęcia, to potem on po swojemu poprawia - tutaj ostrzej, tutaj jaśniej, tutaj ciemniej. Ale to jest jego widzenie świata. On widzi świat bardziej kontrastowo i syntetycznie, ja widzę więcej półtonów. Tym się różnimy i tak ma być.

Notatki z podróży (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

Notatki z podróży (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich fotoreporterów, Krzysztof Miller, uparcie odmawia pracy z Photoshopem, tłumacząc, że ten program bardziej szkodzi niż pomaga.

M.P.: Dopóki nie manipulujemy zdjęciem, nie robimy fotomontażu i nie fałszujemy zarejestrowanej rzeczywistości, Photoshop jest takim samym narzędziem jak ciemnia, tyle tylko, że dzięki niemu praca idzie szybciej.

W.P.: To, że zdarza się, że zdjęcia obrabiane komputerowo tracą pewne walory, wynika raczej z braku kunsztu autora niż z właściwości samego programu.

Pan, panie Wojciechu, od razu taki wynalazek przyjął? Bez żadnych uprzedzeń?

M.P.: (śmiech) Z początku ojciec był bardzo najeżony, pewnie trochę też się bał, ale potem ośmielił się i teraz świetnie sobie radzi.

W.P.: Bardzo dużo siedzę w archiwum, a potem skanuję odgrzebane zdjęcia. Ostatnio wymyśliłem sobie taką serię "Z drogi". Dużo zdjęć robiłem w ruchu, dokądś jadąc. Teraz wyszukuję pasujące do tego formatu fotografie.

I co pan znajduje?

W.P.: Na przykład zdjęcie z Włoch, facet idzie po drodze, w takim fajnym kapelusiku, a za nim wielka krowa skubiąca trawę! Albo z pielgrzymki papieskiej, kiedy ludzie dla Jana Pawła II ustawiali ścieżkę z kwiatów. Jest też zdjęcie kompletnie zniszczonego w trakcie wojny Szczecina, na którym ludzie pośród tych zgliszcz kładą kostkę brukową.

Zdjęcia z Włoch. Po prawej Zdjęcia z Włoch. Po prawej "facet w fajnym kapelusiku" i "wielka krowa skubiące trawę" (fot. Wojciech Plewiński)

M.P.: Świetny reportaż z tego powstaje, choć przeleżał w szufladzie pięćdziesiąt lat.

Jest w Krakowie Fundacja Sztuk Wizualnych, która dostała grant na przygotowanie portalu Wojciecha Plewińskiego. Będą skanować jeszcze lepiej niż to dotychczas robiliśmy, na lepszym sprzęcie, około dwóch tysięcy zdjęć ojca. Z tego ma potem powstać duża wystawa, przede wszystkim właśnie reportaży.

Mam nadzieję, że ta wystawa, która ma być gotowa za półtora roku, pokaże ojca jako wszechstronnego fotografa, a nie tylko jako fotografa od mody, teatru czy "kociaków" z "Przekroju".

Czytałam gdzieś, że w pana życiu, panie Wojciechu, bardzo dużo było szczęśliwych przypadków.

W.P.: Tak, coś w tym jest. Ja w ogóle uważam, że życie, tak linearnie rzecz biorąc, właśnie na tym polega. Od przypadku do przypadku, od jakichś spotkań, jakichś ludzi, wypadków, znalazłem się tam, gdzie się znalazłem. W jakiś sposób to jedno wynikało u mnie z drugiego. Patrząc wstecz mogę powiedzieć, że miałem szczęście. Ale ja o to nie zabiegałem i nie zabiegam. To jest chyba w ogóle jedna z najważniejszych zasad mojego działania. Raczej jestem bierny, po prostu robię swoje.

Na przykład?

W.P.: No choćby kontakt do "Przekroju"! Sam bym tego nie wymyślił. To był pomysł Basi Hoff, która mnie znała, której kiedyś pokazałem zdjęcia tak towarzysko. Zainteresowała się tym, co robię i któregoś dnia powiedziała mi: - Przynieś to do Eilego [Marian Eile, dziennikarz, satyryk, malarz i scenograf, założyciel i wieloletni redaktor naczelny "Przekroju" - przyp. red.], pokaż, może coś z tego będzie. No i przyniosłem.

Beata Tyszkiewicz (fot. Wojciech Plewiński)Beata Tyszkiewicz (fot. Wojciech Plewiński)

I coś było?

W.P.: Jedna rozmowa, niezbyt obiecująca. On na widok tych moich zdjęć trochę postękał, pokazał swoje fotografie. Pogadaliśmy piętnaście, dwadzieścia minut i zbierałem się do wyjścia, uznając, że nic z tego nie będzie. A on już przy wyjściu rzucił do mnie: - To niech pan teraz pójdzie do naszej sekretarki, ona panu wystawi legitymację służbową. I to było moje przyjęcie do "Przekroju". A legitymację dostałem numer 25.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to znaczyło wówczas, w PRL-u, mieć legitymację takiego pisma jak "Przekrój". To był tytuł, który miał fantastyczne wzięcie, szedł spod lady, dyktował mody, styl życia, sprawy kultury, wywiadów z ludźmi, kontaktów. Na hasło, że jest się z "Przekroju", otwierało się wiele drzwi.

A zanim się pan tam dostał?

W.P.: Fotografowałem trochę zabytków, jako student i pracownik w Pracowni Konserwacji Zabytków. Jeździłem też w wakacje na rozmaite spływy kajakowe, tam też fotografując. Zdarzyło się, że któreś z tych zdjęć wysłałem na konkurs Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Wyróżniono mnie pierwszą nagrodą. Dostałem wtedy zielony plecaczek, kocher i menażkę (śmiech). To śmiesznie wszystko wygląda, ale to też mnie trochę ukierunkowało. Potwierdziło, że moje filmy były dobre. Musiały być, inaczej nie dostałbym nagrody.

A jednak potem przypadki także się zdarzały...

W.P.: Tak, już po tym, jak przyjęto mnie do "Przekroju", w 1959 roku przypadkiem wszedłem w teatr. Nie znałem się na tym zupełnie, bywałem czasem na jakichś sztukach, ale mi się to wszystko wydawało straszną ramotą i rupieciarnią. Częściej bywałem w kinie i wolałem wtedy dostać się do filmu, zostać filmowym fotosistą! To byłoby coś!

Wcześniej jednak dorwał mnie teatr, to Teatr Rapsodyczny, założony jeszcze w czasie okupacji, w 1941 roku. Z nimi zresztą w młodości współpracował Karol Wojtyła, późniejszy papież. Tam było dużo słowa, poezji, gestu, a aktorzy grali prawie bez rekwizytów. Miałem dla nich robić zdjęcia spektakli. Zrobiłem pierwszą serię, którą zaakceptowali. Niedługo potem zgłosił się do mnie Teatr im. Juliusza Słowackiego i Stary Teatr. I tak jednej jesieni, między wrześniem a grudniem, zacząłem pracować w trzech krakowskich teatrach.

"Biesy" w Teatrze Starym (fot. Wojciech Plewiński)

Wcześniej pracowali tam starsi koledzy, ale oni mało wykorzystywali możliwość robienia zdjęć reportersko, z ręki, swobodnie. Ja często robiłem zdjęcia w akcji. Zdjęcie to jest przecież wycinek czasu i miejsca. Tam nie ma ruchu, tak jak na filmie. To ja musiałem ten ruch zaakcentować i to właśnie robiłem. Dlatego moje zdjęcia teraz są cenione, one oddają życie na scenie.

Problem był tylko taki, że wówczas cały proces twórczy, strona artystyczna i techniczna, spoczywał wyłącznie na mnie. To była praca jednoosobowa, tak samo jak w przypadku tych dziewczyn, których zdjęcia szły na okładkę "Przekroju". Nie miałem wtedy ani pracowni, ani studia. Dlatego w zasadzie robiłem im te zdjęcia w zastanym świetle i w zastanej sytuacji, czyli w wyszukanych wnętrzach, miejskich zaułkach, w pejzażu. To są rzeczy, które ogrywałem.

Skąd pan te "kociaki" brał?

W.P.: Zewsząd, skąd tylko się dało (śmiech). Chodziłem na stołówki akademickie, wykłady, zaczepiałem na ulicy. Tak było chociażby z Anią Dymną! Miałem też swoich "donosicieli", którzy do mnie dzwonili i mówili: słuchaj, na II czy na III roku jest cudo. Robiliśmy potem takie ustawki, że ten mój informator sobie z daną dziewczyną w ustalonym miejscu gawędził, a ja się tam przechadzałem i patrzyłem. Jak podchodziłem i gadaliśmy już razem, to znaczyło, że jest dobrze, a jak odchodziłem, to znaczyło, że z tej dziewczyny rezygnuję.

Dziewczęta z okładek Dziewczęta z okładek "Przekroju" (fot. Wojciech Plewiński)

To była wbrew pozorom naprawdę stresująca historia, bo prawie co tydzień trzeba było mieć nowe zdjęcie nowej dziewczyny. Trzeba było je znaleźć, umówić się, często ja jeszcze te dziewczyny musiałem malować, bo one nie umiały nic. Dlatego tak ważne były tu walory techniczne, jakie niesie za sobą tak zwana fotogeniczność - osadzenie oczu, nosa, kości policzkowych. To bardzo ułatwia sprawę.

I mimo wszystko wolał pan robić zdjęcia aktorom w teatrze niż pięknym dziewczynom?

W.P.: To nie było jakoś przykre, ale trudne organizacyjnie. A teatr faktycznie mocno mnie wciągnął, to jest rzecz niesamowita, świat w świecie. Reżyseria, choreografia, taniec, ruch, słowo, scenografia... Jest tyle akcji, których ja byłem sprawozdawcą. To ja odpowiadałem za to, co zostanie wizualnie zanotowane. Miałem tego świadomość, dlatego siedziałem na próbach, miałem wszystko przemyślane. I poświęcałem na to kupę czasu, potem musiałem też robić kopie, po pięć, po siedem każdego wybranego ujęcia, wywoływać, suszyć, wyczyścić, przyciąć. I to musiało być gotowe błyskawicznie, bo przecież zaraz szło do prasy.

Maja Wodecka (fot. Wojciech Plewiński)Maja Wodecka (fot. Wojciech Plewiński)

Sporo też pan wtedy biegał...

W.P.: (śmiech) Największy wycisk miałem na pielgrzymkach papieskich, wszystko po to, żeby zająć sobie dobre miejsce. I to były piętrowe układy, bo ja na przykład pomagałem filmowcom, a potem oni pomagali mi. Ja im nosiłem ciężkie akumulatory, a oni mieli drabinki, na które pozwalali mi wejść i z których można było mieć dużo lepsze ujęcia.

Wcześniej pracowałem też w Instytucie Zootechniki, chyba półtora roku, może dwa lata. Tam trzeba było robić portrety koniom, krowom i to wcale nie należało do rzeczy prostych, bo nogi konia też trzeba odpowiednio ustawić, tak samo jak łeb! Musi stać prosto albo profilem (śmiech). W tym Instytucie było ze mną dwóch kolegów myśliwych, jeden z nich pracował ze mną w ciemni. I oni bez przerwy o tych polowaniach gadali. W końcu wzięli mnie w Bieszczady, nic żeśmy tam co prawda nie upolowali, ale za to zrobiłem masę dobrych zdjęć, choć praca na łonie natury też była czasochłonna. Wie pani ile ja nocy przesiedziałem w jakichś czatowniach, czekając na przykład na wilka? Albo ile razy podchodziłem dziki na kartofliskach jesienią? Całe życie mnie tak rzucało w różne tematy, w których musiałem się sprawdzać.

A te ciągoty do fotografii skąd się u pana wzięły? Rodzice wywodzili się przecież z ziemiaństwa, ojciec pasjonował się hodowlą zwierząt, mama była pielęgniarką...

W.P.: Otóż jednak ciągoty artystyczne w rodzinie były, choć doszedłem do tego dopiero niedawno. Na przykład moja ciotka, siostra mojego ojca, była malarką. Znaną i utalentowaną malarką. Nazywała się Zofia Plewińska-Smidowiczowa, to była moja chrzestna matka. Podając się za mężczyznę, wojowała przy tym w legionach (ochotnicze oddziały polskie w okresie wojen napoleońskich i podczas I wojny światowej), tak bardzo była zadziorna.

Dziewczęta z okładek Dziewczęta z okładek "Przekroju" (fot. Wojciech Plewiński)

A naszym pradziadkiem był Cyprian Dunin-Wąsowicz. On w połowie XIX wieku był zaplątany w jakieś historie niepodległościowe, które się szybko zakończyły po interwencji ochrony carskiej w Warszawie. Pradziadka skazano w dwóch procesach i zesłano na Sybir, został osadzony w Twierdzy Omskiej. Jakiś czas potem zmarł na suchoty, ale wcześniej stworzył rzecz fenomenalną, sztambuch z amatorskimi portretami współosadzonych więźniów i zesłańców. Amatorskimi, ale bardzo precyzyjnymi. Ten sztambuch wdowa po pradziadku przywiozła ze sobą do Warszawy, i to dzieło przetrwało tu wojnę! Prawdopodobnie sztambuch przez cały ten czas był w willi cioci Zosi. Ciotka zginęła w powstaniu warszawskim, ale jej dom, choć zrujnowany, ocalał. Potem jedna z naszych kuzynek chodziła piechotą z Brwinowa do tego domu i wyciągała, co się dało - płótna, obrazy, szkice cioci, i prawdopodobnie sztambuch też wyciągnęła.

Kilka lat temu pokazałem te dokumenty pani profesor Wiktorii Śliwowskiej [polska historyczka, badaczka historii Rosji i losu polskich zesłańców na Syberii - przyp. red.], która zajmuje się całe życiem losem zesłańców, zna ich życiorysy, dużo o tym pisze i wykłada. Ten materiał został wydany potem w formie albumu przez Instytut Historii PAN, a ja sobie w międzyczasie uświadomiłem, jak wiele mnie z pradziadkiem łączy. Ja też przecież robię portrety ludzi, tylko aparatem.

Wojciech Plewiński wstaje i prosi o chwilę cierpliwości, przynosi mi już wydany w formie książki sztambuch. Na okładce jest autoportret Dunin-Wąsowicza w siermiędze skazańca, zrobiony jeszcze w Cytadeli Warszawskiej. W środku są rysunki z więzienia, portrety skazańców, które prof. Śliwowska opatrzyła ich życiorysami. Przy dwóch postaciach, o których nie wiadomo nic, pozostawiono puste kartki. Po chwili wracamy do rozmowy.

To moja historia. A Maciek jest już obarczony dwustronnie, bo jego matka była malarką, a jej dziadek z kolei współtworzył "Panoramę Racławicką".

Notatki z podróży (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

M.P.: Jako dziecko w naturalny sposób tym artystycznym klimatem przesiąkałem. Tym bardziej że przez pierwsze lata mojego życia mieszkaliśmy u Turowiczów.

W.P.: Jerzy i Anna Turowiczowie to byli ludzie, którzy mnie ukształtowali. Światli, otwarci, bardzo liberalni. A proszę pamiętać, że mój ojciec był endekiem, człowiekiem, którego poglądów nie akceptowałem. Pod wpływem niezwykle silnych środowisk intelektualnych, krakowskich, tego, co oni pisali, mówili, wewnętrznie formowałem się zupełnie inaczej.

M.P.: Kiedy miałem trzy, cztery lata, zdarzało się tak, że ojciec, nie mając mnie z kim zostawić, zabierał mnie ze sobą do pracowni fotograficznej Wacka Nowaka, która była nieopodal, w tym samym kwartale ulic. To było miejsce magiczne, malutka pracownia, rodzaj atelier z biblioteką, a obok ciemnia. Wacek Nowak, który był bardzo dowcipnym człowiekiem, powiedział mi kiedyś tak: tu jest kuweta z utrwalaczem, uważaj na nią, bo jak wsadzisz tam palec, to ci się ten palec rozpuści. A kuweta stała na podłodze, w wąskim przejściu do pomieszczenia z powiększalnikami. Do dziś pamiętam, jak przesuwałem się przyklejony do ściany, żeby nie wpaść do tej kuwety (śmiech).

Notatki z podróży (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie"(fot. Maciej Plewiński)

Potem, gdy przenieśliśmy się do naszego własnego mieszkania, jeden z pokoi został zaadaptowany na ciemnię i tam stawiałem w fotografii pierwsze poważne kroki. Ojciec pracował wtedy w teatrze, robił zdjęcia podczas spektakli. Aktorzy często zamawiali dla siebie odbitki, ale ojcu nie chciało się ich robić, albo nie miał na to czasu, więc ja je robiłem.

Mając lat...?

M.P.: Dziesięć, może dwanaście. Dorabiałem sobie w ten sposób, dzięki temu szybko miałem jakieś własne zaskórniaki, no i nauczyłem się pracy w ciemni. Choć zdarzały się w międzyczasie i wpadki. Pamiętam, jak po jakimś wielkim przedstawieniu ojciec płukał filmy w lodowatej wodzie. Rodzice wieczorem gdzieś wyszli, a ja pomyślałem, że trochę podkręcę temperaturę tej wody. I podkręciłem, ale jak się potem okazało, zbyt mocno. Z filmów spłynęła cała emulsja, a sesja musiała się odbyć jeszcze raz.

Bolesna nauka na błędach zakończona laniem?

M.P.: Bolesna, bo zdawałem sobie sprawę, jaki kłopot sprawiłem nie tylko ojcu, ale całemu zespołowi teatru. A prawdziwe lanie dostałem od ojca tylko raz. Nie za błąd, a za swego rodzaju kłamstwo. Marian Eile przywiózł czy dostał skądś puszkę, w której był zamknięty smog z Los Angeles, ona miała specjalną etykietę. Tym wtedy handlowano (śmiech). Któregoś dnia, pod nieobecność rodziców, bawiliśmy się z moim kolegą u nas w mieszkaniu i do czegoś nam ta puszka była wtedy potrzebna, ale w zabawie bardzo przeszkadzała właśnie etykieta. Zdjąłem więc tę etykietę i gdzieś porzuciłem. Potem okazało się, że tę puszkę ojciec miał sfotografować dla "Przekroju", ale ważne było to, by widoczna była etykieta! Ja wtedy łgałem, że nie wiem, co się z nią stało, a potem ojciec w koszu znalazł tę nieszczęsną etykietę. No i dostałem lanie, właśnie za to, że łgałem.

Notatki z podróży w czasie (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

A jeśli chodzi o inspiracje czy tematykę pana fotografii? Jaki tu był wpływ ojca?

M.P.: Starałem się raczej iść swoją drogą, bo nigdy nie byłem związany z żadnym czasopismem. Ojciec jednak działał w reżimie funkcjonowania redakcji. Ja po studiach, a studiowałem grafikę, byłem asystentem w pracowni wklęsłodruku u prof. Andrzeja Pietscha i uczyłem heliograwiury - to jest XIX-wieczna technika graficzna na bazie fotografii, zwana też fotograwiurą. Ostatnio, namówiony przez dwóch pasjonatów starych technik z Warszawy, chcę do tego wrócić, bo ostatnią heliograwiurę zrobiłem w początkach lat 90. Zdjęcia, które robię dla siebie, nie na zamówienie, układają się w cykl, który nazwałem "Notatki z podróży w czasie".

Kiedy w połowie lat 80. byłem w Nowym Jorku, pracowałem jako asystent Ryszarda Horowitza, wpadłem tam w zupełnie inny świat - reklama to świat pełen fałszu, tworzenia złudzeń, manipulowania nadziejami, kreowania często fikcyjnych potrzeb. Oczywiście poziom artystyczny i maestria wizualna Ryszarda są fascynujące i mimo że nie przepadam za fotografią reklamową, uczyłem się rzemiosła z dużą frajdą. Zwłaszcza że myśmy ręcznie robili to, co dziś się robi w Photoshopie - poprzez żmudne wycinanie masek i kolejne naświetlania filmu, łączenie kilku obrazów, wywoływanie, poprawianie błędów. To często trwało tygodniami, ale było wspaniałym warsztatem.

Kiedy wróciłem do Polski i po '89 roku zaczynało się "nowe", to jako "freelancer" pracowałem dla kilku dużych firm, jednak wkrótce potem weszły do nas sieciowe, wielkie agencje reklamowe, które zgarnęły cały rynek. Teraz wszystko odbywa się w Warszawie, trzeba tu być, być na bieżąco. Dlatego się z tego rynku trochę wycofałem. Cały czas fotografuję dla siebie, ale takich zawodowych, fotograficznych zleceń mam niewiele.

Notatki z podróży w czasie (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

Dlatego że mieszka pan w Krakowie, a nie w Warszawie?

M.P.: Nie do końca chyba potrafię o te zlecenia zabiegać w sposób należyty. Kiedy byłem za granicą, widziałem, że każdy fotograf ma swojego agenta. I to agent przekonuje kolejne agencje czy firmy, by wybrały właśnie tego konkretnego, jego fotografa. A sam fotograf w tym czasie ma czas na pracę i prywatne życie. Nie zaprząta sobie głowy szukaniem roboty. Tak powinno być, i być może już jest w Polsce.

Pan agenta nie zatrudnił?

M.P.: Może powinienem poszukać.

A pan Wojciech?

W.P.: Nigdy. Tacy z nas krakowscy artyści, którzy żyją trochę na uboczu wielkiego świata. Ale to też daje nam pewną niezależność widzenia i tworzenia.

I tak się ma współczesna, jakościowa fotografia? Pozostaje na uboczu?

M.P.: Dziś każdy jest fotografem (śmiech). Ten zawód, choć ciągle jest wielu świetnych fotografów, powoli odchodzi w niebyt. Ilość obrazów, które atakują nas na ulicy, w sieci czy ze stron różnorakich kolorowych gazet jest tak ogromna, że ludzie przestają widzieć różnicę między dobrym zdjęciem a marnym zdjęciem. To tak, jak żyjąc w wielkim hałasie powoli przestaje się go słyszeć.

Notatki z podróży w czasie (fot. Maciej Plewiński)"Notatki z podróży w czasie" (fot. Maciej Plewiński)

Dlatego pan, panie Filipie, wybrał jednak ruchomą taśmę, produkcję wideo?

F.P.: Raczej dlatego, że po prostu kocham kino. To był powód, dla którego zawodowo poświęciłem się sztuce operatorskiej. Nie analizowałem nigdy pracy w kategoriach tego, co jest bardziej, a co mniej przyszłościowe czy popularne i gdzie mam większe szanse na sukces.

Zdjęcia za to były w moim życiu od zawsze. Od strony technicznej bardzo szybko potrafiłem się z aparatem obchodzić. Jako nastolatek brałem ze sobą na wakacje nikona. To były początki, potem te zdjęcia były już bardziej świadome i artystyczne.

I co na nich było?

F.P.: Moje zdjęcia to przede wszystkim dowód na zauważanie świata, portrety, ulica, notatki tego, co widzę. Nigdy nie robiłem czegoś takiego jak "temat", nie ustalam sobie, że na przykład będę fotografował tylko opuszczone wesołe miasteczka. Jeśli czuję, że coś mi się podoba, po prostu robię notatki - zdjęcia.

M.P.: Pamiętam twój wyjazd do Czarnogóry sprzed kilku lat. Przywiozłeś wtedy dobre zdjęcia, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, że masz swoje własne widzenie świata. Bardzo zresztą charakterne i na tych zdjęciach widoczne, choć aparacik miałeś wtedy marny (śmiech).

(fot. Filip Plewiński)(fot. Filip Plewiński)

(fot. Filip Plewiński)(fot. Filip Plewiński)

Panowie pracują często razem?

M.P.: Niezbyt, ale zdarza się nam i to. Z Filipem zajmowałem się ostatnio digitalizacją rękopisów. Fundacja Książąt Czartoryskich dostała na to grant. Musieliśmy sfotografować pochodzące z ich biblioteki iluminowane księgi, rękopisy na pergaminie. Począwszy od wielkich, ważących ponad dwadzieścia kilogramów kancjonałów po miniatury, modlitewniki mieszczące się na w dłoni, ale za to liczące po kilkaset stron. W sumie zrobiliśmy przy tym ponad 50 tysięcy zdjęć w samym tylko ubiegłym roku.

Z ojcem z kolei robiliśmy wspólnie projekt dla Teatru Śląskiego. Kilka lat temu zamówili u nas portrety zespołu. I ja wtedy, może trochę przewrotnie, powiedziałem ojcu: - Ty robisz zdjęcia cyfrowe, a ja na filmie. I tak to było - najpierw on robił swoje, potem na plan wchodziłem ja i robiłem swoje. Potem przeglądaliśmy to razem i wybieraliśmy najlepsze.

W.P.: Z Maćkiem pracuje mi się wybornie! On ma zresztą lepszy sprzęt, a mnie się nie chce już takich ciężkich rzeczy nosić. Jadę teraz razem z Maćkiem do Kotliny Kłodzkiej, na plener. Maciek już wie, co chce zrobić, a ja jeszcze nie wiem, ale pewnie wkrótce się dowiem (śmiech).

Nie wpadają panowie w mentorski ton w stosunku do siebie?

M.P.: Nie, u nas wszystko odbywa się na zasadzie współpracy.

Wojciech Plewiński. Urodzony w 1928 roku. Z wykształcenia architekt, z zamiłowania fotograf. Autor ponad 500 okładek tygodnika "Przekrój", na których regularnie umieszczał najpiękniejsze Polki, m.in. Annę Dymną i Beatę Tyszkiewicz. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce. Związany także z Piwnicą pod Baranami. Autor wielu wystaw w kraju i za granicą. Dziś jego zdjęcia znajdują się w archiwach m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi, Muzeum Narodowego we Wrocławiu i Centrum Scenografii Polskiej w Katowicach.

Maciej Plewiński. Urodzony w 1955 roku. Z wykształcenia grafik, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tam też pracował jako asystent prof. Andrzeja Pietscha na Wydziale Grafiki, specjalizując się w technice heliograwiury. Był również asystentem Ryszarda Horowitza w nowojorskim studio fotograficznym w latach 1985-86. Zajmuje się fotografią użytkową i autorską oraz projektowaniem graficznym. Autor cykli fotograficznych "Notatki z podróży w czasie" i "Ludzie są ludźmi".

Filip Plewiński. Urodzony w 1988 roku. Absolwent sztuki operatorskiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Autor zdjęć do teledysków, reklam, krótkometrażowych filmów dokumentalnych i fabularnych, zdobywających nagrody na festiwalach w Polsce i za granicą.

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii "Alimentare znaczy karmić" dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki "Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice". Publikowała w toruńskiej "Gazecie Wyborczej", dziale zagranicznym "Polska The Times" i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (20)
Zaloguj się
  • drakaina

    Oceniono 19 razy 11

    Świetne zdjęcia, klasa sama w sobie. I to zdanie, które powinna wziąć sobie do serca redakcja portalu gazeta.pl, która co rusz zachwyca się instagramowym kiczem, który ma tysiące lajków: "Ilość obrazów, które atakują nas na ulicy, w sieci czy ze stron różnorakich kolorowych gazet jest tak ogromna, że ludzie przestają widzieć różnicę między dobrym zdjęciem a marnym zdjęciem." Nic dodać, nic ująć.

  • twardya

    Oceniono 18 razy 10

    ,wartościowe i interesujące zdjęcia

  • apollo1966

    Oceniono 9 razy 5

    Piękne, lecz i tajemnicze dziewczyny, nastrojowe zdjęcia z podróży w czasie - Plewiński to mistrz. Hats off!

  • cezar85

    Oceniono 14 razy 4

    wpadłem by ustawić Plewy po kątach, ale po pierwszym zdjęciu

    w dodatku niezdarnie obciętym przez redaktorów (chociaż dla mnie ta panorama działa)

    tak sobie w rogu przykucnę po cichaczu

    i się czegoś nauczę

  • darrek11

    Oceniono 4 razy 2

    Foto ladne ale juz chyba byl ten wywiad. Prosze nie odgrzewac kotletow :)

  • defiladowy

    0

    Krzysztof Miller nie żyje:(

  • mentice

    Oceniono 10 razy -4

    Riobienie zdjęc z papieskich spędow - jaki wstyd!
    Chłop nie ma wstydu. Zdjęcia nic ciekawego - po prostu wyjął aparat i zrobił zdjęcie.

  • kuzyn.snowdena

    Oceniono 13 razy -5

    Tak, fotografia zbawi świat, dzięki niej będziemy dłużej i szczęśliwiej żyli.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX