(fot. autor nieznany / public domain)

Herbatka z królową w podziemnym schronie. Londyńskie metro w czasie II wojny światowej dało nocleg tysiącom ludzi

Bitwa o Anglię toczyła się na niebie, z którego raz po raz spadały kolejne bomby. Opuszczeni przez własny rząd mieszkańcy Londynu sami musieli poszukać sobie bezpiecznego schronienia. We wrześniu 1940 roku tunele metra stały się tłem niezwykłego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. W samym środku wojennej zawieruchy londyńczycy stworzyli wspólnotę, w której zacierały się granice rasowe, polityczne i klasowe.

Pisarz William Sansom, jak na prawdziwego Anglika przystało, dobrze zapamięta pogodę z tamtego sobotniego południa: Był to jeden z najładniejszych dni tego wieku, dzień czystego, ciepłego powietrza i niebieskiego nieba. Przez kanał La Manche sunie właśnie prawie tysiąc niemieckich bombowców i messerschmittów. Z ich pomocą Adolf Hitler pragnie zniszczyć opór brytyjskiego rządu i zdusić morale obywateli. Jest 7 września 1940 roku. Jeszcze tej nocy na Londyn spadną pierwsze bomby. Zacznie się Blitz.

W stolicy praca wre. Władza głowi się, jak upchnąć masy do schronów przeciwlotniczych. Tu zbuduje bunkier z worków z piasku, tam wykopie rów w parku. Ale bardziej zainteresowana jest projektowaniem systemu sekretnych tuneli pod zamkiem Windsor.

Obywatele są przerażeni siłą rażenia Luftwaffe. Wszyscy wciąż mają w głowach to, co niemieckie bombowce wyprawiały w baskijskiej Guernice jeszcze trzy lata temu. Antyfaszystowska propaganda mówi o całkowitym zrównaniu miasta z ziemią.

Londyn zniszczony bombardowaniami (fot. US Government / public domain)Londyn zniszczony bombardowaniami (fot. US Government / public domain)

Gdy pada propozycja, by umieścić ludzi w metrze (tak jak wtedy w 1915 roku, gdy nad Londyn nadciągały zeppeliny), politycy nie chcą nawet o tym słyszeć. Robotnik musi przecież jakoś dojechać do pracy - tłumaczą. Władza boi się, że adaptacja metra na schrony podważy morale stolicy. Że ludzie, gdy tylko usłyszą ryk syreny przeciwlotniczej, zamiast wykonywania swoich codziennych obowiązków, będą biegli przerażeni do tuneli. Jej obawy okazują się płonne. Londyńskie gazety na początku września donoszą, że handlarze, listonosze i dostawcy kontynuują swoją pracę, pozostają przy tym jak zwykle radośni i optymistyczni.

Po kryzysie monachijskim, we wrześniu 1938 roku, rząd miał zająć się budową schronów na obszarach gęsto zaludnionych. Wojna obnaży jego bierność, przez którą najbardziej ucierpią mieszkańcy robotniczego East Endu. Rowy wybudowane w parkach są często podtapiane, a schrony z piasku nie wytrzymują najcięższych bombardowań. 3 września 1939 roku premier Neville Chamberlain wypowiedział Niemcom wojnę, na którą stolica nie była w ogóle przygotowana.

Okupujcie metro!

Pierwsze bomby spadają na gazownię w Becton, doki w Millwall i elektrownię w West Hamie. Naloty trwają nawet do 4.30 rano. Bilans - tysiąc zniszczonych domów i 430 ofiar śmiertelnych. Nocą z 7 na 8 września 1940 roku nad wschodnim Londynem unosi się czerwona łuna ognia.

Już tego pierwszego wieczora na podziemnych peronach pojawiają się nowi lokatorzy. Mimo ogromnej masy ludzkiej i zupełnego braku prywatności wolą metro od publicznych schronów. Dla wielu jest to manifestacja polityczna. Wściekli na rząd angielscy komuniści namawiają londyńczyków do aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Rząd uprawia politykę klasową! - grzmią nagłówki ich dziennika, „The Daily Worker”.

Tymczasem jesienią 1940 roku w stolicy panuje epidemia. Londyńczycy wykupują leki z aptek, ale to na nic. Chroniczna bezsenność rozprzestrzenia się wśród dorosłych i dzieci, nikogo nie oszczędzając. W przeprowadzonym we wrześniu badaniu 31% ankietowanych twierdzi, że nie sypia w ogóle, a 32%, że śpi mniej niż cztery godziny na dobę. Najgorzej wypada klasa robotnicza. Niektórzy sięgają więc po tabletki lub alkohol, by choć na chwilę móc zamknąć oczy.

Winston Churchill wizytuje zniszczoną katedrę w Coventry, która stała się jednym z symboli dewastacji spowodowanej przez Blitz (fot. Horton (Capt) - War Office official photographer / public domain)Winston Churchill wizytuje zniszczoną katedrę w Coventry, która stała się jednym z symboli dewastacji spowodowanej przez Blitz (fot. Horton (Capt) - War Office official photographer / public domain)

Naloty trwają czasami do samego świtu. Pewnej nocy rozpoczyna się bombardowanie, które potrwa 57 dni. To rekord. A londyńskie metro ma jedną ogromną zaletę. W położonych głęboko pod ziemią tunelach nie słychać ryku niemieckich samolotów.

22 września „Sunday Dispatch” donosi, że na stacjach trudno znaleźć wolne miejsce: Można tu spotkać przeróżne typy - od wyszminkowanych i ubranych w spodnie dziewcząt na Kensington, po cockneyów na Camden Town. Nikt nie narzeka i panuje atmosfera wesołej cierpliwości. Na jednej z bardziej popularnych stacji, Piccadilly Circus, przebywa co noc 5 tysięcy ludzi. Wielu z nich, szczególnie ci ze wschodnich dzielnic, nie ma już wtedy dokąd wracać.

Okupacja metra to wynik sporej dawki pomysłowości i znalezienia luki w systemie. Państwo Smith kupują tanie bilety na krótką podróż dla siebie i swoich dzieci. Gdy są już na peronie, odmawiają opuszczenia stacji. Ale gdy naloty się nasilają, biorą już stację szturmem, nie zważając na pilnujących ją konstabli.

Minister spraw wewnętrznych John Anderson nie potrafi się zdecydować, co zrobić z zaistniałą sytuacją. Zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie powstrzymać mieszkańców, ale nadal opiera się oficjalnemu zatwierdzeniu stacji metra na publiczne schrony. Wtedy wkracza sam premier Winston Churchill.

Paryski bulwar sto metrów pod ziemią

Nie wiadomo, skąd Churchill wziął informację, że podziemny peron jednej stacji metra może pomieścić nawet 750 tysięcy ludzi. Dzięki tej plotce stacja Aldwych (a dokładnie jej rozgałęzienie Piccadilly Line) staje się pierwszym oficjalnym publicznym schronem w metrze londyńskim.

20 września rozgałęzienie zostaje zamknięte dla ruchu. W październiku wprowadzają się pierwsi lokatorzy. Każdy z nich posiada odtąd bilet, który gwarantuje mu miejsce leżące. Na początku warunki są raczej spartańskie. Ktoś puszcza wkoło wiaderko do załatwiania potrzeb. A że klimatyzacja nie działa jeszcze tak, jak powinna, zapachy są tu dość specyficzne.

Londyńczycy znaleźli schronienie w metrze (fot. autor nieznany / public domain)Londyńczycy znaleźli schronienie w metrze (fot. autor nieznany / public domain)

Zewsząd wylewają się ludzie. Dla tych, dla których nie starcza miejsca do spania na peronach, zostają schody ruchome i windy. Jedni drzemią w pozycji embrionalnej, inni rozwaleni, z głową opartą na ramionach sąsiada. Dzieciom rozwieszono hamaki między torami.

Władza, z początku niechętna, sama zaczyna organizować mieszkańcom czas. Kalendarz kulturalny jesień/zima jest bardzo bogaty. Dzięki zamknięciu stacji dla ruchu można tu organizować koncerty. Peron zamienia się wtedy w scenę, a widownia siedzi na dole, tam, gdzie do niedawna kursowały jeszcze pociągi. Wieczorami wyświetla się filmy albo wystawia szekspirowskie sztuki. Coniedzielną mszę celebruje wikary, który sam nocuje w Aldwych. Nikt nie daje po sobie poznać, że na górze toczy się wojna.

Późną jesienią władza zaczyna powoli pękać. Adaptuje na schrony kolejne stacje - na Covent Garden i British Museum. W grudniu, podczas przygotowań do świąt Bożego Narodzenia, stali bywalcy wielu stacji w centrum miasta mogą już zasnąć na ciepłych trzypiętrowych łóżkach.

14 listopada stację Southwark odwiedza para królewska. Królowa uśmiechnięta, w sznurze pereł i w eleganckim kapeluszu, pozdrawia poddanych. Król, w wojskowym garniturze, przejęty wysłuchuje uwag urzędników. W trosce o morale obywateli będą ich odwiedzać regularnie w londyńskich podziemiach. Ten gest będzie jak królewska pieczęć, dająca zgodę obywatelom na szukanie azylu w metrze.

Stacja metra Aldwych. Tu bilet gwarantuje miejsce leżące (fot. Ministry of Information Photo Division Photographer / public domain)Stacja metra Aldwych. Tu bilet gwarantuje miejsce leżące (fot. Ministry of Information Photo Division Photographer / public domain)

Z czasem podziemne tunele zaczynają przypominać dziwaczną komunę. Na ścianach wiszą płaszcze i kapelusze. Po kilku tygodniach każdy regularny bywalec ma już swój stały kąt i ulubione grono znajomych. Słychać szmer konwersacji, którą raz po raz przerywa odgłos chrapania. Panie plotkują i kręcą sobie włosy na wałki, bo rano trzeba przecież jakoś wyglądać. Z radia dobiega kojąca muzyka, zakochane pary obściskują się po kątach. Od czasu do czasu ktoś wyciąga harmonijkę ustną i wszyscy wspólnie nucą jakiś klasyk albo zmyślone piosenki o Hitlerze. Większość stara się chodzić spać o jedenastej, ale przeszkadza im w tym młodzież, która krąży między peronami w poszukiwaniu swoich znajomych. O siódmej rano tunele są już puste.

Pewnej nocy bywalcy stacji na Marble Arch są świadkami niezwykłego występu. Muzycy słynnego Glenn Miller Band odbywają właśnie próbę w jednym z pobliskich teatrów, gdy zaskakuje ich wycie syreny przeciwlotniczej. Zespół musi ratować się ucieczką do podziemi. Artyści biorą w ręce swoje instrumenty i na dole grają koncert, podczas którego improwizują swoje standardy. Do dziś nie wiadomo, czy na Marble Arch ktokolwiek tamtej nocy chociaż zmrużył oczy.

Artysta Joseph Bato notuje: Po jakimś czasie odkryłem, że ludzie, którzy schodzili się co noc, by trochę odpocząć na twardym betonie, naprawdę cieszyli się z ciągłego przepływu pociągów i ludzi, dzięki czemu mogło im się wydawać, że siedzą w kawiarni na paryskim bulwarze.

Wojna płci

Nie wszyscy są mile widziani na podziemnych peronach. Rząd i media sugerują, żeby młodzi, zdrowi mężczyźni trzymali się z dala od schronów - w raportach policji można przeczytać, że zajmują oni więcej miejsca niż kobiety. Wojenna propaganda przedstawia szukanie schronienia jako niemęskie, tak jakby młodzi mężczyźni byli z natury kuloodporni. Wielu z nich to robotnicy zatrudnieni w różnych gałęziach przemysłu wojennego, szukający bezpiecznego schronienia na czas nocnych nalotów. Na początku niewiele sobie robią z apeli władz, umilając sobie czas grą w karty.

Po paru tygodniach władza rozkleja na peronach propagandowe plakaty z hasłem „Be a man and leave it to them!” (Bądź mężczyzną i zostaw to im - w domyśle kobietom i dzieciom). W nocy z 28 na 29 września na stacji South Kensington dwudziestu młodych mężczyzn bez rodzin zostaje poproszonych przez policję i obsługę stacji, by znaleźli sobie inne miejsce do nocowania. Tych młodych mężczyzn rząd będzie wzywać potem do walki z Hitlerem. Hasło zaczyna działać i z czasem metro staje się przestrzenią rządzoną przez kobiety.

Późną jesienią Londyńska Rada Transportu Osobowego zaczyna instalację bufetów. Codziennie sześć pociągów rozwozi po stacjach metra siedem ton żywności. Rada zatrudnia do pracy na peronach tysiąc swoich pracownic. Każda z nich zakłada na ramię czerwoną opaskę, a włosy upina i ukrywa pod chustą. Już w grudniu bywalcy wszystkich 79 stacji każdego ranka i wieczora są częstowani posiłkiem, na który składają się: filiżanka herbaty, kanapka, ciasto z jabłkiem i placek z mięsem. Obsługa bufetu kończy zmianę o 21 i może udać się na zasłużony odpoczynek na specjalnie dla niej przygotowanych pneumatycznych materacach. Panie bufetowe idą szybko spać, bo dzień zaczynają bardzo wcześnie - od porannej herbatki o godzinie piątej.

W londyńskim metrze (fot. Ministry of Information Photo Division Photographer / Government of the United Kingdom / public domain)W londyńskim metrze (fot. Ministry of Information Photo Division Photographer / Government of the United Kingdom / public domain)

Co noc 100 tysięcy bywalców podziemi wypija ponad 45 tysięcy litrów herbaty i kakao - kubek trzeba jednak przynieść samemu. Każdego ranka i wieczora panie bufetowe przepychają się przez tłum i z wielkiego czajnika, wyglądem przypominającego konewkę, nalewają wrzątku londyńczykom spragnionym herbaty.

Trwająca właśnie wojna jest dla kobiet czasem, w którym mogą poluzować ciasny gorset tradycji i konwenansów. Tak samo jak dwadzieścia lat wcześniej, Brytyjki świadomie angażują się w działalność polityczną. Oprócz pań bufetowych na peronach przebywają też pielęgniarki. Wyposażone stanowiska medyczne powstają późną jesienią. Londyńczycy chętnie je odwiedzają, mimo że choroby i urazy, z którymi przychodzą, nie mają czasem związku z wojną. Ot tak, żeby się wyżalić. Wielu pacjentów dopiero tu może z kimś porozmawiać.

Ballada o Blitzu

Pozdrowienia dla naszych nocnych kompanów, tymczasowych mieszkańców jaskini, naszych towarzyszy w spaniu, lunatykujących, chrapiących, gadających i wszystkich, którzy mieszkają na naszej stacji co noc od zmierzchu do świtu - taki wstępniak można przeczytać w pierwszym numerze biuletynu, wydawanego przez nocujących na Swiss Cottage. To niejedyna stacja, która wydaje własną prasę. Oprócz The Swiss Cottager są jeszcze The Subway Companion i The Goodge Street Siren.

Duch wspólnoty sprawił, że zaczyna tworzyć się szkielet społeczeństwa obywatelskiego. Powstają lokalne komitety, których przedstawiciele wybierani są w demokratycznych wyborach. Ich zadaniem jest walka o poprawę warunków panujących w schronach.

Mimo przepełnienia na stacjach rzadko dochodzi do poważnych incydentów. Największe problemy stwarzają podchmieleni noclegowicze. A o bójkę tu nietrudno. Wśród stałych bywalców można znaleźć niemieckich Żydów, Polaków, Austriaków, Węgrów, Francuzów, Cypryjczyków. Obecność cudzoziemców nie zawsze budzi entuzjazm rdzennych londyńczyków. W 1944 roku do multikulturowego kotła dojdą jeszcze amerykańscy GI, którzy szczególnie umiłują sobie stację Piccadilly Circus.

Przypadki ksenofobii i antysemityzmu prasa piętnuje za pomocą sarkazmu. Pewnej nocy ktoś zatrzymał nas na schodach i skarżył się: „Dziewięćdziesiąt procent korzystających ze schronów w metrze to cudzoziemcy”. Później tego samego wieczora ktoś zaobserwował: „Dziewięćdziesiąt procent cudzoziemców w Londynie wzięło nogi za pas i uciekło z kraju”. Aranżujemy spotkanie dla tych dwóch dżentelmenów.

Boże Narodzenie 1940 roku wielu londyńczyków spędza w podziemiach metra. Najbardziej zachwycone są dzieci, które odwiedza Święty Mikołaj z torbą pełną słodyczy. Z wrażenia wiele z nich choć na chwilę może zapomnieć, że wojna odebrała im rodziców i zniszczyła domy. Dorośli też nieźle się bawią. Tańce na peronach trwają czasami do samego rana.

Blitz trwa do maja 1941 roku. Wtedy Hitler skupia się na froncie wschodnim i londyńczycy mogą w końcu odetchnąć. Wrócą znów do metra na krótko wraz z początkiem 1944 roku.

Ten kolektywny wysiłek mieszkańców, który pozwolił na wykorzystanie jednej z najbardziej rozwiniętych sieci transportu podziemnego, będzie jednym z elementów, które złożą się na legendę Blitzu. Jest to mit „Keep Calm and Carry On” - stoickości w cierpieniu, niezachwianego oporu i pomysłowości cocneyów. To sława Winstona Churchilla jako męża stanu i błyskotliwego mówcy. A przede wszystkim mit narodu, który trzyma się razem, mimo głębokich podziałów klasowych. Ta narracja da Brytyjczykom poczucie dumy narodowej w obliczu upadku imperium.

Mit ten trwał jednak zbyt krótko, by na stałe zmienić społeczeństwo. Wojna to świat karnawału, świat na opak. Po niej wszystko znów szybko wraca do normy. Bogacze zostają bogaczami,  biedacy - biedakami. Kobiety zamykają się w czterech ścianach, by prowadzić domy swoim mężom. Lecz w obliczu nowych kryzysów chętnie przywołuje się dawne mity.

Opowieść o Blitzu jest uniwersalna, bo oddziałuje na wyobraźnię każdego Brytyjczyka. Ale i bezbronna, gdy używa się jej do walki politycznej. Gdy Margaret Thatcher toczyć będzie wojnę o Falklandy, będzie „mówić Churchillem”. A kiedy David Cameron postanowi zwiększyć wydatki wojenne na walkę z ISIS, powoła się na kolektywny wysiłek i jedność obywateli w trakcie II wojny. Tym argumentem zamknie wszystkim usta. Z historią się nie dyskutuje.

Emilia Wanat. Polonistka i amerykanistka, zainteresowana wielokulturowością oraz konfliktami społecznymi w przestrzeni miejskiej. Uwielbia filmy z epoki rządów Margaret Thatcher, mimo braku sympatii dla Żelaznej Damy. Chciałaby pojechać na amerykańskie Południe i załapać tamtejszy akcent.

 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Emilia Wanat. Polonistka i amerykanistka, zainteresowana wielokulturowością oraz konfliktami społecznymi w przestrzeni miejskiej. Uwielbia filmy z epoki rządów Margaret Thatcher, mimo braku sympatii dla Żelaznej Damy. Chciałaby pojechać na amerykańskie Południe i załapać tamtejszy akcent.
Zobacz także
Komentarze (7)
Zaloguj się
  • Oceniono 16 razy 10

    Bardzo ciekawy materiał - zwłaszcza jak codziennie do pracy dojeżdża się londyńskim metrem. Słowa przypisywany Churchilowi nie zostały jednak przez niego wypowiedziane. Przypisuje mu się je, ale niesłusznie. Sam plakat z hasłem 'Keep calm and carry on', zyskał na popularności jakieś 20 lat temu. Pozdrawiam,

  • kapitan.kirk

    Oceniono 11 razy 1

    W związku z akapitem jak to "Daily Worker" oburzał się na rząd za wprowadzanie "podziałów klasowych", warto wspomnieć że gazeta ta - podobnie jak cała Komunistyczna Partia Wielkiej Brytanii - był w znacznej mierze utrzymywana finansowo przez Sowietów. Jak wynika z ujawnionych dużo później dokumentów, w czasie wojny redakcja otrzymywała z ambasady radzieckiej co miesiąc pokaźną kwotę 2 tys. funtów (odpowiednik dzisiejszych kilkudziesięciu tysięcy euro), a dotacje dla DW, przekształconego później w "Morning Star", skończyły się dopiero za czasów Breżniewa... W okresie o którym tu mowa, komuniści brytyjscy - jak wszyscy inni na świecie, po dyrektywie Kominternu związanej z Paktem Ribbentrop-Mołotow - w październiku 1939 znienacka zmienili dotychczasowy front propagandy o 180 stopni: znikło jak zaczarowane dotychczasowe oburzenie na Hitlera i nawoływanie do walki z faszyzmem, a pojawiły się gromkie oskarżenia w pierwszym rzędzie własnego imperialistycznego rządu, który bezmyślnie rozpętał wojnę z Niemcami zamiast włączyć się w budowę nowego pokojowego ładu w całej Europie. To, jak również czynne wspieranie i nawoływanie do strajków w przemyśle zbrojeniowym (co było wszak de facto zdradą własnego państwa) o mało nie doprowadziło do delegalizacji partii; doszło do tego zresztą czasowo w przypadku Komunistycznej Partii Australii, a w Kanadzie liderów tamtejszej partii powsadzano w większości do ciupy. Po jakimś kolejnym przegięciu, pod koniec 1940 władze brytyjskie zamknęły "Daily Workera" i zezwoliły na ponowne jego wydawanie dopiero w jakiś czas po agresji Niemiec na ZSRR, kiedy to sytuacja znowu się odwróciła, a Stalin niepodziewanie stał się sojusznikiem UK.

    Btw. co to jest ów tajemniczy "wojskowy garnitur", w którym w tekście występuje król Jerzy VI...? :-)

    Pozdrawiam

  • dsdfan

    Oceniono 9 razy 1

    > Opuszczeni przez własny rząd mieszkańcy Londynu

    W jaki sposób "opuszczeni przez własny rząd"?

    Komuś się chyba z sanacyjną kliką, co spie...ła przez Zaleszczyki do Rumunii zostawiając naród, pomyliło.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX