(Autor: Angelika Markul, 'Obszar Yonaguni', 2016)

wywiad gazeta.pl

Ryzykowała niedotlenienie na pustyni chilijskiej. Nurkowała w głębinach oceanu. Poznajcie Angelikę Markul

W niespokojnych wodach oceanu Angelika Markul filmowała tajemnicze kamienne konstrukcje przypominające zatopione miasto. Na pustyni Atakami fotografowała doskonale widoczne tam gwiazdy i dowiedziała się, że tworzą one... żłobki. Jej prace można oglądać na wystawie "To, co stracone, jest na początku" w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.

Wyrusza pani w głąb oceanu i pokazuje kosmos. Była pani w miejscach, które dla większości ludzi są nieosiągalne. Co panią pcha do tego, by w swojej twórczości eksplorować trudne do zgłębienia i zrozumienia tematy?

- Każdy człowiek ma swój klucz i przez całe życie szuka zamka, do którego będzie on pasował. Chce otworzyć drzwi i dowiedzieć się prawdy. Ja szukam odpowiedzi na interesujące mnie pytania, tworzę własną teorię.

Na wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej pokazuje pani zatopiony w oceanie Monument Yonaguni - odkryty w latach 80. podwodny zespół kamiennych struktur, położony na wschód od Tajwanu, w pobliżu japońskiego archipelagu Riukiu.

- Gdy trafiłam na informację o tym kompleksie w Internecie, zaczęłam się zastanawiać, czy monument został stworzony przez naturę, czy ręką ludzką. Postanowiłam to sama sprawdzić. Zależało mi bardzo na spotkaniu ze znanym japońskim profesorem Masaakim Kimurą, wieloletnim badaczem tego miejsca. Jego zdaniem konstrukcja była wykonana przez człowieka i funkcjonuje już od 10 tysięcy lat. Mogła być miejscem kultu i rytuałów lub zatopioną osadą.

Angelika Markul (fot. Sandrine Elberg)Angelika Markul (fot. Sandrine Elberg)

Niektórzy mówią, że to zaginiona Atlantyda.

- Profesor pokazał mi odnalezioną tam biżuterię i kamienie z pradawnymi napisami. Cały czas szuka dowodów, że to jest zatopiona cywilizacja. A gdy już nurkowaliśmy, widzieliśmy coś na kształt dróg.

Dostać się tam nie było łatwo. Przygotowania do wyprawy trwały sześć miesięcy, podczas których m.in. uczyliśmy się nurkowania. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że warunki nie były sprzyjające. Ogromne fale uderzały o statek, nurkując trzeba było szybko się zanurzyć, a potem powoli płynąć dwadzieścia metrów w głąb. Musieliśmy uważać na prądy, które mogły nas łatwo wciągnąć i rzucić o skały. Moja asystentka tak się przestraszyła, że w końcu nie zobaczyła monumentu. Bardzo to przeżywała. Zwłaszcza że to, co widzieliśmy z resztą ekipy, było przepiękne. Podwodny obiekt był olbrzymi i mienił się całą paletą barw.

Angelika Markul, „Obszar Yonaguni”, 2016; wideoinstalacja, metal, płyta OSB, filc, wosk, lampa jarzeniowa, film wideo, projekcja (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)  2. dzięki uprzejmości artystkiAngelika Markul, „Obszar Yonaguni”, 2016; wideoinstalacja, metal, płyta OSB, filc, wosk, lampa jarzeniowa, film wideo, projekcja (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)

Angelika Markul, „Obszar Yonaguni”, 2016Angelika Markul, „Obszar Yonaguni”, 2016

Była pani również na pustyni Atakama w Chile, gdzie znajduje się obserwatorium astronomiczne.

- Już sama droga była dla nas przygodą. Z Santiago dojeżdża się na miejsce etapami, by stopniowo przygotowywać się do specyficznych warunków atmosferycznych. Obserwatorium położone jest wysoko w Andach. Brakuje tam tlenu, więc musieliśmy nosić specjalne maski. Na Atakamie spędziłam tylko dwa dni, więc starałam się ten czas wykorzystać maksymalnie. Pobyt na pustyni w ogóle nie powinien przekraczać dwóch tygodni, ponieważ dłuższy mógłby wywołać szkodliwe dla zdrowia niedotlenienie.

Razem z ekipą mieszkałam w hotelu, w którym nie było światła, a jedynie małe lampki służące do oświetlania drogi. Nocą widok gwiazd był niczym niezmącony, mam go w głowie i do końca życia nie zniknie. Czułam się tam jak na Marsie.

Pamiętam, jak przez całą noc fotografowałam niebo. Było przeraźliwie zimno, a ja intensywnie pracowałam. W sumie wykonałam około 3 tysięcy zdjęć. Część pokazałam na wystawie w Łodzi. Może jeszcze wrócę do obserwatorium, nakręcę film korzystając z drona, z innej perspektywy.

W swojej pracy często spotyka się pani z naukowcami. Chile nie było wyjątkiem.

- Interesuje mnie to, co mają do powiedzenia. Gdy z nimi rozmawiam, czuję, że się rozumiemy. Wymiana słów pomiędzy nami przypomina grę w ping-ponga. Dużo się od nich uczę. Przed przyjazdem na pustynię myślałam, że zobaczę olbrzymie studio i ekrany, a na nich gwiazdy i przemieszczające się planety. Okazało się, że profesorowie pracują pod ziemią, a na ich monitorach widać rzędy cyfr. Podziemny hotel był cudowny, stworzono tam coś na kształt zielonej oazy, można ją zobaczyć w jednej z części Bonda [w Paranal Residencia, zaprojektowanej przez niemieckie biuro Auer Weber, kręcona była scena z „Quantum of Solace” - przyp. red.].

Miałam mnóstwo pytań, przede wszystkim chciałam zapytać naukowców o to, czy wierzą w Boga. Ich zdaniem Boga nie ma, jest tylko czysta matematyka. Pytałam również o życie na innych planetach. Odpowiadali, że może istnieć, ale nie takie, jak my sobie wyobrażamy. Miałam szczęście, ponieważ przebywałam w obserwatorium w momencie ważnego odkrycia. Pamiętam, jak francuski profesor powiedział mi: - Angelika, dowiesz się pierwsza, zanim informację podamy do mediów. Okazało się wtedy, że gwiazdy tworzą żłobki, żyją początkowo w otoczeniu rodzeństwa mającego podobny wiek.

Poznałam też kobietę, która poświęciła całe swoje życie zawodowe badaniu jednej gwiazdy. I usłyszałam wzruszającą historię o zwyczajach panujących w kosmosie: gdy gwiazda mająca miliony lat umiera i rozpada się, krążąca przy niej wcześniej młoda gwiazda zaczyna zbierać rozrzucony wokół materiał - całe doświadczenie, które ta starsza zdobyła podczas długiej egzystencji.

Angelika Markul, „400 miliardów planet”, 2014; instalacja wideo, panele metalowe (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)Angelika Markul, „400 miliardów planet”, 2014; instalacja wideo, panele metalowe (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)

Angelika Markul, „400 miliardów planet”Angelika Markul, „400 miliardów planet”, 2014

Myśląc o Wszechświecie, o jego nieskończoności, zastanawiamy się nad tym, jak to możliwe, że końca nie ma, a z drugiej strony, gdyby był, to co by było za tym końcem.

- Opowiem o moim osobistym doświadczeniu łączącym się z instalacją „Wykopaliska przyszłości”, nawiązującą do odkryć archeologów, których praca zawsze mnie interesowała, bo odkrywają stare cywilizacje, to, kim jesteśmy, skąd pochodzimy.

W zeszłym tygodniu przez trzy dni sprzątałam mieszkanie po zmarłej, bliskiej mi osobie. Było ono wielkim śmietnikiem, ale nie chodzi o to, że panował tam bałagan, bo było czysto. Tylko o to, że rzeczy, które zebrałam, były do wyrzucenia. Pomyślałam, że gdy to posprzątam, to w tym miejscu zamieszka ktoś inny i zacznie tworzyć swój własny śmietnik. „To, co stracone, jest na początku” - taki tytuł nadałam mojej wystawie w Zamku Ujazdowskim.

Angelika Markul, „Wykopaliska przyszłości”, 2016; instalacja: metal, wosk, filc, płyta OSB (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)Angelika Markul, „Wykopaliska przyszłości”, 2016; instalacja: metal, wosk, filc, płyta OSB (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)

Z Polski wyjechała pani 20 lat temu.

- Mieliśmy z rodzicami przeprowadzić się do Australii, ale w końcu zatrzymałam się z mamą w Paryżu, gdzie obie studiowałyśmy. Ja na początku architekturę, która do tej pory jest bardzo ważna w mojej twórczości.

W instalacjach artystycznych wykorzystuje pani wideo i materię, nie bez znaczenia jest również muzyka. Dzieło i jego otoczenie dopełniają się nawzajem, łączą w całość.

- Często tworzę konstrukcje z wosku. Ma on charakterystyczny pszczeli zapach, poza tym podobnie jak ciało ludzkie ulega przemianom, znika. Moje pokryte woskiem obrazy za jakiś czas będą wyglądać zupełnie inaczej. Z wosku i filcu korzystałam przy tworzeniu prac do cyklu „Wykopaliska przyszłości”. Niektórym przypominają one ciała ludzkie lub zwierzęce, albo mumie. Dla mnie nie jest ważny ich kształt, a raczej proces przemiany, jakiemu ulegają. Są bardzo organiczne.

Obrazy z serii „Horyzont” też są pokryte barwionym przeze mnie różnokolorowym woskiem. Są podobne do mapy, do widoku z samolotu. Tworząc je, inspirowały mnie między innymi wulkany, które zobaczyłam, lecąc nad Chile.

Angelika Markul, „Horyzont”, 2014; instalacja, wosk, barwnik, lampa neonowa (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)Angelika Markul, „Horyzont”, 2014; instalacja, wosk, barwnik, lampa neonowa (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)

To, co przeminie, pokazała pani w wideo „Gdyby godziny były już policzone”, ukazującym Kryształową Jaskinię w Naica w Meksyku, byłą kopalnię ołowiu i srebra.

- Niestety, nie mogłam tam wejść, to teren prywatny, niebezpieczny również z powodu działań meksykańskiej mafii. W samej kopalni panują bardzo trudne warunki - temperatura wynosi od 45 do 50 stopni Celsjusza. Niedługo zostanie zalana przez wodę, ponieważ proces jej odsączania jest zbyt kosztowny.

Materiał wideo dostałam od pracujących tam naukowców z NAICA. Oglądałam go przez sto godzin, z których wybrałam dwanaście minut. Na początku cena wynosiła tysiąc dolarów za minutę. Niestety, nie było mnie na to stać. Wtedy zaproponowali: niech pani przyjedzie do Meksyku, to porozmawiamy. Zgodziłam się i poleciałam do nich. Doszliśmy do porozumienia i w końcu dostałam 9 minut nagrania za darmo i dodatkowo bezcenny, selenitowy kryształ. Ci ludzie byli wspaniali. Jeden z nich, profesor Giovanni Badino, ma teorię, że te kryształy pochodzą z kosmosu.

Angelika Markul, „Gdyby godziny były już policzone”, 2016 instalacja wideo (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)Angelika Markul, „Gdyby godziny były już policzone”, 2016 instalacja wideo (dzięki uprzejmości artystki / Materiały prasowe Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski)

Angelika Markul, „Gdyby godziny były już policzone”, 2016Angelika Markul, „Gdyby godziny były już policzone”, 2016

Wybrała się pani do innych niebezpiecznych miejsc. Nakręciła pani wideo „Welcome to Fukushima” i „Bambi w Czarnobylu”.

- Ten drugi film był przypomniany 26 kwietnia tego roku w Paryżu, z okazji 30. rocznicy katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. W tytule jest Bambi, ponieważ to słowo kojarzy mi się z przemocą i zagrożeniem. Film Walta Disneya „Bambi” został nakręcony w 1942 roku. W pierwotnej wersji jest pokazany mężczyzna, który zabija sarnę, nie widzimy całej sylwetki, są tylko buty i karabin. Z późniejszych animacji ta przygnębiająca scena została wycięta.

Do Czarnobyla pojechałam po to, żeby zobaczyć, jak natura wzięła opuszczone przez ludzi miejsce w swoje posiadanie. Roślinność jest tam bardzo bujna i straszna zarazem. Widziałam zdeformowane, tworzące serpentyny drzewa. To było dla mnie bardzo bolesne. My nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo mieszkańcy okolic Czarnobyla ryzykują swoim zdrowiem, jaki jest poziom skażenia tych ziem. Mojej ekipie pomagali żołnierze, fajni, młodzi chłopcy. Problem był taki, że gdy nam opowiedzieli, jak przebywanie w okolicach Czarnobyla jest niebezpieczne, chcieliśmy uciekać, choć mieszkaliśmy w trzeciej, najmniej radioaktywnej strefie Pripiat. Mówili, że czasem po wyjeździe z pierwszej czy drugiej strefy, po sprawdzeniu napromieniowania, okazywało się ono tak wysokie, że musieli zostawiać buty, część ubrań i myć się przez godzinę.

Z moją ekipą pojechałam tam zimą, podobno wtedy jest mniej niebezpiecznie. Film kręciliśmy na początku 2013 roku, a potem pokazywaliśmy go na wystawie w Łodzi i w Palais de Tokyo w Paryżu. Całość dopełniła muzyka Franca Krawczyka [projekt został wyróżniony nagrodą Prix SAM - przyp. red.].

Angelika Markul, wystawa Angelika Markul, wystawa "To, co stracone, jest na początku (fot. Bartosz Górka)

Jest on również autorem muzyki do spektaklu pani mistrza, Christiana Boltanskiego. „Póki my żyjemy” pokazywany był w Warszawie w 2008 roku. Pani stworzyła do niego scenografię.

- Z Christianem Boltanskim poznaliśmy się bardzo dawno. Nadal od czasu do czasu z nim współpracuję, robię dla niego filmy lub przygotowuję archiwum. Dużo się od niego nauczyłam, choć tematy naszej twórczości są różne. On jest bardzo przy ziemi, trzyma się ludzkości, kocha ludzi i się o nich martwi. Zadaje pytania religijne, opowiada o swoim dzieciństwie, o losach swojej rodziny. Urodził się przecież w trudnym okresie, pod koniec II wojny światowej. Często motywem jego twórczości jest śmierć. Ja, choć lubię ludzi, bardziej jestem związana z naturą. W człowieku interesuje mnie jego inteligencja i oczytanie.

To zainteresowanie naturą widać w pani filmach.

- Piętnaście lat temu kręciłam w Afryce mój pierwszy film „Casela” opowiadający o ludziach, którzy polowali na zwierzęta. Te, których nie zabili, tylko skaleczyli, ratowali i umieszczali w zoo. To było absurdalne.

W jednej z instalacji pokazuje pani wideo z dzikim zwierzęciem w klatce.

- To „Tiger”, przedstawia wilka tasmańskiego, drapieżne zwierzę, które wyginęło w latach 30. XX wieku. Praca jest symbolem tego, że ludzkość jest przeznaczona, by niszczyć. Musi psuć, żeby potem od nowa budować, by znowu sadzić.

Angelika Markul, wystawa Angelika Markul, wystawa "To, co stracone, jest na początku (fot. Bartosz Górka)

W kolejnej z prac pokazała pani tropikalny gąszcz i szybko rosnącą w nim roślinę.

- „Moja natura” jest moim autoportretem. Podobnie jak większość tworzonych przeze mnie prac, na przykład wspomniane już „Wykopaliska przyszłości”. Tworzenie jest moim rytuałem. Cały czas jestem aktywna, jak nie rzeźbię, nie maluję, nie kręcę filmu, to przygotowuję się do jakiegoś projektu, robię plany, rysunki, szukam informacji w Internecie. Nie ma dnia, żebym czegoś nie wykreowała.

Co teraz pani robi?

- Film, który będzie kręcony na Ziemi Ognistej. Będziemy obserwować topiący się lodowiec. Więcej nie mogę powiedzieć. Kolejny projekt związany jest z muzyką. Ziemia wydaje ze swego wnętrza dźwięk, brzmiący jak trąbka. To zjawisko bada NASA. Niedługo lecę w tej sprawie do Kanady.

Wystawę Angeliki Markul „To, co stracone, jest na początku” można oglądać do 31 lipca w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. W czwartek, 9 czerwca, o godz. 18.00 po wystawie oprowadzać będzie kurator Jarosław Lubiak. W sobotę, 11 czerwca, o 15.00 odbędzie się oprowadzanie w języku angielskim. Informacje o ekspozycji można znaleźć tutaj.

Angelika Markul. Urodziła się w 1977 roku, jest absolwentką École Nationale des Beaux-Arts w Paryżu, dyplom w pracowni multimedialnej Christiana Boltanskiego. Od 1997 roku na stałe mieszka i tworzy w Paryżu. W Polsce jej sztuka gościła m.in. w Galerii Foksal, Muzeum Sztuki w Łodzi czy Bunkrze Sztuki w Krakowie. Jest pierwszą Polką, której prace wystawiono indywidualnie w Palais de Tokyo.

Edyta Borkowska. Dziennikarka. Redagowała weekendowy magazyn Gazeta.pl, prowadziła Serwis Kulturalny „Rzeczpospolitej” i pisała do „Przekroju”. Potrafi godzinami oglądać fotografie i wierzy w polskie młode kino. Współpracuje z programem dla profesjonalnych dokumentalistów Doc Lab Poland oraz prowadzi warszawski informator kulturalny wsk.waw.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (18)
Zaloguj się
  • maxthebrindle

    Oceniono 28 razy 20

    'I usłyszałam wzruszającą historię o zwyczajach panujących w kosmosie: gdy gwiazda mająca miliony lat umiera i rozpada się, krążąca przy niej wcześniej młoda gwiazda zaczyna zbierać rozrzucony wokół materiał - całe doświadczenie, które ta starsza zdobyła podczas długiej egzystencji.'

    To nie zwyczaje, to fizyka...
    Rozumiem, ze artyści maja inne spojrzenie na świat, ale odkrywanie z infantylnym zachwytem rzeczy, które winny być oczywistościa dla każdego posiadacza matury - nie wiem do końca, czy jest przejawem artystycznego zakręcenia, czy wynika z faktu, ze pani została artystką, bo nie bardzo umiała robić cokolwiek innego...

  • buehacz

    Oceniono 24 razy 18

    Sztuka - OK - ale błagam, bez tego bajdurzenia o nauce. Czy kosmologia nie jest wystarczająco ciekawa, żeby nie powiedzieć - zapierająca dech w piersiach - bez tworzenia antropomorfizujących bajeczek o przejmowaniu doświadczeń przez jedną gwiazdę od drugiej? Po co stosować metafory żłobków, skoro to, co obserwujemy jest wystarczająco niezwykłe i fascynujące? Po co pisać o naukowcach jak o jakimś jednolitym plemieniu, z którym się "dużo rozmawia" i od którego się "dużo uczy". Jakoś w tym wywiadzie wizja artystyczna zamiast dodawać czegoś do oglądu rzeczywistości wydaje się w najlepszym wypadku zniekształcać, a w najgorszym zubażać widzenie świata, sprowadzając wielość zjawisk do pozornie wspólnego mianownika rzewnej opowiastki.

  • dajfer

    Oceniono 14 razy 14

    Wizji artystycznej nie komentuję, każdy ma jakąś, ale wobec bzdur obojętnie przejść nie potrafię. Mrożące krew w żyłach historie o nurkowaniu na 20 metrów (w miejscu dostępnym komercyjnie) jeszcze można znieść, choć zapewne każdy płetwonurek, mający ledwie podstawowy kurs za sobą, uśmiechnie się pod nosem. Cóż, na morzu/oceanie zwykle są fale, prądy i... niebezpieczne zwierzęta! Dziwne, że o tym nie było ani słowa ;) Ale opowieści o niedotlenieniu na Atakamie, o specjalnych maskach... Litości! Rozumiem potrzebę dowartościowania, ale powinny być jakieś granice. Najgorsze, że dziennikarze coraz rzadziej odrabiają pracę domową i bezkrytycznie łykają co się im wciśnie :/

  • episkopatszatyna777

    Oceniono 7 razy 7

    Rzadko odczuwam taką jednomyślność z resztą forumowiczów. Też mam wrażenie, że ta pani jest egzaltowana, pretensjonalna i infantylna, trywializuje piękno natury siląc się na metafizyczne wynurzenia. A to Yonaguni to chyba jednak nie Cthulhu zbudował, samo się zrobiło, jak w kanionie Colorado, skąd kosmici zbierali stonkę i zrzucali na Polskę. W anglojęzycznej wiki piszą, że wygładzone przez wodę płyty, początkowo leżące poziomo, zawaliły się, gdy erodowało dno, bo tam ciągle trzęsienia ziemi, i od tamtej pory sobie tak stoją. Przecież nie pod kątem pochyłym, bo jak.

  • judeosceptyk

    Oceniono 14 razy 2

    ostatnio ogladalem prace gimnazjalisto ze szkoly specjalej - duzo lepsze niz tej "artystki"

  • kornel-1

    Oceniono 1 raz 1

    Żałosne.
    Po stokroć żałosne.
    Very Large Telescope w obserwatorium Paranal położony jest na wysokości 2635 m n.p.m., czyli na wysokości Łomnicy 2634 m n.p.m. Pisanie o niedotlenieniu, specjalnych maskach i maksymalnym czasie przebywania 2 tygodnie - może robić wrażenie na dzieciach albo osobach pokroju tej pani.

    Pani ma tendencję do epatowania słuchaczy niezwykłością, niebezpieczeństwami i tajemnicami.W rzeczywistości struktury Yonaguni są pochodzenia naturalnego i dawno przebadane zaś w Czarnobylu od lat jest bezpiecznie i nie ma zagrożenia promieniowaniem.

    Można byłoby dalej się rozpisywać na temat bzdur w wywiadzie, ale - doprawdy! - szkoda czasu na zajmowanie się tą panią.

  • flyer

    Oceniono 13 razy -1

    Tia oszczywiście, bo gdzie miała robić wystawę - na Zachodzie, gdzie tematy zostały sfilmowane, opisane? Lepiej zrobić wystawę w Wolsce, bo tu nikt nie zrobił tego tematu i można nazwać się artystą. ;> www.vismaya-maitreya.pl/zakryte_zagadki_gigantyczne_krysztaly_w_jaskini_w_meksyku.html . Natomiast Monument Yonaguni [zbudowany z piaskowca] to raczej efekt wypiętrzania, warstwowego układu skał i braku erozji wywołanej mrozem i powietrzem.

  • puch-atek

    Oceniono 5 razy -3

    bardzo ciekawe pomysły, zbliżające wyobraźnię twórczą i naukowe myślenie. Komentarze krytyczne i szydercze jakie tu widać pod artykułem wyrażają jedynie charakterystyczne cechy dominujące w młodym jakby nie było społeczeństwie polskim - skrajność intelektualna przegrzanego rozumu, podszytego absolutyzmem ego, a z drugiej strony materializm i odzwierzęca zmysłowość. Żałosne. Ale na szczęście są jeszcze ludzie tsay jak Angelika.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX