Tomasz i Karolina Elbanowscy

Tomasz i Karolina Elbanowscy (fot. Sławomir Kamiński/AG)

wywiad gazeta.pl

Tomasz Elbanowski: Polskie dzieci bardzo nie lubią szkoły. A nie musi tak być

Czy Tomasz i Karolina Elbanowscy zmienią polską szkołę? Zaczęli współpracę z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Czego chcą? - Żeby dzieciom nie udowadniano, że nic nie umieją - mówi nam Tomasz Elbanowski z Fundacji Rzecznik Praw Rodziców.

Wygraliście konkurs na współpracę z MEN...

- A media przekłamały tę sytuację. Pokazano archiwalne nagranie sprzed pół roku, jak stoimy z żoną obok pani minister. I do tego komentarz mniej więcej taki, że zaczynamy pracę w MEN, tylko nie wiadomo, z jaką pensją.

A jaka jest prawda?

- Nasza fundacja wygrała konkurs na złożenie wspólnego z ministerstwem wniosku o środki unijne na realizację projektu konsultacji społecznych. Teraz rozpatruje go KPRM, które przyznaje środki. Jeśli je dostaniemy, konsultacje będą realizowane za środki z UE. Nie jesteśmy i nie będziemy ani zatrudnieni, ani opłacani przez MEN.

Były dwa konkursy, pierwszy wygrał kto inny. Powtórzono go i wygraliście wy.

- Nie wiemy, dlaczego unieważniono pierwszy konkurs. Nawet o nim nie wiedzieliśmy. Został ogłoszony w czasie rekrutacji do przedszkoli. Pomagaliśmy wtedy rodzicom sześciolatków, którym samorządy utrudniały pozostawienie dzieci w zerówce.

Co zaproponowaliście w drugim?

- Pogłębione konsultacje społeczne projektów zmian, jakie planuje nowa minister. Chcemy je przeprowadzić naprawdę szeroko: poprzez kwestionariusze do zgłaszania problemów, infolinię i poprzez klasyczne narzędzia jak badania grup fokusowych, wysłuchanie publiczne, debaty, także takie przeprowadzone na poziomie szkół. Czekamy do końca czerwca na tematy do konsultacji, które zaproponuje resort.

Na jakich konkretnych zmianach panu najbardziej zależy?

- Chcemy zapytać, jakiej edukacji dla swoich dzieci chcą obywatele. Co powinno być zmienione i w jakim kierunku. Nie wiemy jeszcze, o co chce zapytać ministerstwo. Nie mamy też wpływu na decyzje, bo nie idziemy w jednym froncie z politykami żadnej opcji. I nie pójdziemy. Rozmawialiśmy ze wszystkimi, stąd np. SLD w sprawie sześciolatków inaczej głosowało w 2009 a inaczej w 2013 i 2015.

Tomasz Elbanowski w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)Tomasz Elbanowski w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Zdaniem wielu - właśnie weszliście.

- Zdaję sobie sprawę, że będziemy działać w innej relacji z rządzącymi. Ale pozostajemy poza polityką i administracją rządową i nie mamy decyzyjności w procesie zmian. W ministerstwie usłyszeliśmy, że - tak jak wszyscy - możemy składać nasze uwagi i propozycje, ale na takich samych zasadach, co inne podmioty.

No to jakie Tomasz i Karolina Elbanowscy mają pomysły na to, jak zmienić polską oświatę?

- My staramy się raczej nagłośnić problem, które zgłaszają nam rodzice, nauczyciele i i rozwiązania jakie proponują eksperci od edukacji. Np. rodzice dzieci ze specjalnymi potrzebami od dawna zwracają uwagę na fakt, że subwencja oświatowa na ich dzieci w praktyce nie musi być wydana na poprawę sytuacji konkretnego dziecka, tylko na cele ogólne szkoły, albo nawet na budowę drogi w gminie. Rodzice często też pytają nas o gimnazja.

Co by pan chciał z nimi zrobić?

- To, pod czym podpisał się milion ludzi: zapytać społeczeństwo jaki wybiera model ustroju szkolnego. Obecny z 1999 r. wprowadzono ponad głowami ludzi. I choć są gimnazja bardzo dobre, to po kilkunastu latach w powszechnym odbiorze gimnazjum generuje więcej strat, niż zysków. Dzieci po VI klasie, w newralgicznym momencie dojrzewania, trafiają w nowe środowisko. I zanim zdążą się poznać, ustalić hierarchię, popisać - a to jest taki wiek, że właśnie tak się zachowują - to kończą gimnazjum, bo trzy lata minęły. Nauczyciele nam mówią, że to wychowawczo, ale również edukacyjnie, często stracony czas. Są gminy, które próbują z tym walczyć, łącząc gimnazja z podstawówkami w zespoły.

To gimnazjum. A co z liceum?

- Wprowadzenie gimnazjów skróciło szkołę podstawową ale również zwichnęło liceum ogólnokształcące, które stało się trzyletnim kursem przygotowawczym do matury. Dzieła zniszczenia dopełniła nowa podstawa programowa minister Katarzyny Hall. Wiele przedmiotów tak w niej uszczuplono, że uczniowie specjalizujący się w przedmiotach ścisłych, z ograniczonymi humanistycznymi, mają potem blade pojęcie o świecie.

Czy to, co mi pan mówi, wynika z jakichś badań na licealistach, które może pan zacytować albo pokazać?

- Już na etapie wprowadzania podstawy programowej środowiska naukowe od historyków po fizyków protestowały przeciw infantylizacji programu. Teraz uczelnie alarmują, że absolwenci prezentują coraz niższy poziom. Pojawiają się postulaty wprowadzenia roku zerowego na studiach, na uzupełnienie braków w wiedzy ogólnej. Podobne są doświadczenia rodziców i nauczycieli, z którymi rozmawiamy, i nasze obserwacje.

Tomasz Elbanowski (fot. Jacek Marczewski/AG)Tomasz Elbanowski (fot. Jacek Marczewski/AG)

Było gimnazjum, było liceum, a co z przedszkolami?

- Pięć lat temu zebraliśmy 350 tys. podpisów pod projektem ustawy, która przewidywała objęcie subwencją oświatową również przedszkoli. Gdyby finansowanie przedszkoli, które w 1991 r. przekazano samorządom, wzięło na siebie w większej mierze państwo, może uniknęlibyśmy katastrofy, jaką jest ograniczanie liczby miejsc przedszkolach. Edukacja przedszkolna stoi w Polsce na bardzo wysokim poziomie, ale od początku lat 90. zlikwidowano kilka tysięcy placówek.

A ja widziałem oficjalne statystyki, według których w ostatnich latach przybyło bardzo dużo przedszkoli*.

Miejsc w przedszkolach?

Nie, przedszkoli.

- Być może statystyki poprawiają zakładane za unijne pieniądze przedszkola, ale to często efemerydy. Gdy po kilku latach środki się kończą, nie wiadomo, co z nimi zrobić, bo gmina nie chce za nie płacić. Albo są to placówki, gdzie jest bardzo mało miejsc. Natomiast wie pan, kiedy statystyki miejsc w przedszkolach poszły w górę? Po tym, jak sześciolatki zostały wypchnięte do pierwszych klas. Pięciolatki trafiły do zerówek szkolnych i to również księgowano jako miejsca edukacji przedszkolnej. Na papierze przybyło miejsc.

Właśnie, sześciolatki...

- Żeby było jasne - nie walczyliśmy o to, żeby się nie uczyły. Naszym postulatem było, żeby ta nauka odbywała się w dobrych warunkach i była dostosowana do możliwości i potrzeb rozwojowych dzieci. Żeby była nauką przez zabawę. A takie warunki i taka nauka jest w przedszkolu.

1 września 2015 r. 300 tysięcy sześciolatków poszło do szkół. Tylko 1/5 całej puli 6-letnich dzieci (ok. 90 tys.) otrzymała zaświadczenia z poradni psychologicznych, że warto poczekać jeszcze jeden rok. Czyli 4/5 dzieci poszło do I klasy, obowiązkowo, i jakoś na razie nie obiło mi się o uszy, żeby jakaś tragedia z tego wyszła.

- To źle pan nadstawiał uszu. Po tym jak poszło do szkół pierwsze obowiązkowe pół rocznika sześciolatków, Instytut Badań Edukacyjnych przedstawił raport „Pierwszoklasista 2014”, z którego wynikało, że sześciolatki radzą sobie gorzej od starszych kolegów oraz że co 10. z tych dzieci wymaga fachowej pomocy w uzupełnieniu braków. W pierwszej klasie!

A jednak szkoły i dzieci dobrze sobie poradziły. Warto było aż tak walczyć, zbierać te podpisy...?

- Przez pięć lat, od roku 2009 do 2014, obowiązywał wolny wybór. Ponad 80 proc. rodziców zdecydowało, żeby dzieci pozostały jeszcze rok w edukacji przedszkolnej i można to uznać za praktyczne referendum. Z możliwości pozostania w zerówce skorzystały 2 miliony dzieci. W tym troje moich. Było warto.

Tomasz i Karolina Elbanowscy w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)Tomasz i Karolina Elbanowscy w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Ale jak pojawił się obowiązek, to jakoś nie było rewolucji.

- Była ogromna fala sprzeciwu. Poradnie psychologiczno-pedagogiczne przeżyły oblężenie. Co piąty sześciolatek objęty obowiązkiem, czyli prawie 150 tys. dzieci w ciągu dwóch lat, został odroczony. To bezprecedensowo wielka liczba odroczeń, to dużo! Drugie tyle rodziców chciało odroczyć obowiązek szkolny, ale napotkali na utrudnienia, związane również z naciskami politycznymi.

Serio? Na jakiej podstawie pan tak twierdzi?

- Wiceminister edukacji skierował list do 2,5 tys. gmin. Narzucił w nim sprzeczne z prawem stanowisko, że przed majem nie powinno się badać dojrzałości szkolnej dzieci. A przepisy pozwalały to robić cały rok szkolny, od września.
Poza tym rok czy dwa lata po wprowadzeniu sześciolatków obowiązkowo do szkoły to krótka perspektywa, wielu problemów jeszcze nie widać. Pojawiają się na przykład w IV klasie, gdy zaczyna się nauczanie przedmiotowe. Wtedy nikt już nie patrzy czy dziecko zaczęło szkołę w wieku siedmiu, sześciu, czy niecałych sześciu lat, bo jest z grudnia. Na dodatek z badań PISA wynika, że polskie dzieci nie lubią szkoły. A przecież wiele krajów pokazuje, że może być inaczej ("Polska szkoła nieszczęścia", Gazeta Wyborcza 11.12.2013). W Polsce już od 1 klasy dzieci są wdrażane w pruski model edukacji z XVIII-XIX wieku - dzieci siedzą w ławkach jak szwaczki w fabryce, a ich tryb życia reguluje głośny dzwonek jak w koszarach.

Ale zdaje pan sobie sprawę, że to duże uogólnienie i w wielu szkołach wygląda to inaczej?

- Zdaję sobie sprawę, że jest to bardzo powszechne. Sam to obserwuję i tak to wygląda w relacjach rodziców, z którymi rozmawiamy. Nauka przez zabawę w polskiej szkole jest fikcją. Fikcją z propagandowych spotów i broszur poprzedniej ekipy, zachęcających do posłania sześciolatków do szkół. Wymagania podstawy programowej nie pozwalają na inny tryb nauczania niż ławkowo-dzwonkowy. Ministerstwo nie zadbało o żadne szkolenia nauczycieli do pracy z młodszym uczniem. A nauczyciele nie przyzwyczaili się jeszcze do braku ocen w pierwszych trzech klasach. Nie chcę źle mówić o nauczycielach, bo wielu jest wspaniałych ludzi w tym zawodzie, a przy sześciolatkach mają jeszcze trudniej, ale dzieci są nadal oceniane, tylko innymi znaczkami. Doskonale wiedzą, co który oznacza. I dalej noszą ciężkie książki, jak moje dziecko w I klasie. Postawienie szafek w szkołach nie wystarczy jeśli książki są potrzebne, żeby zrobić zadanie w domu.

20 maja minister Zalewska zasugerowała, że MEN jest bliski decyzji o likwidacji bezpłatnego podręcznika. Trzy dni później mówiła już o trzech podręcznikach, żeby była konkurencja i żeby MEN nie był wydawnictwem.

- Rządowy podręcznik ["Nasz elementarz" - przyp. red.] jest zdaniem ekspertów i rodziców, z którymi się konsultowaliśmy, marnej jakości. Protestowaliśmy przeciw niemu, uwagi zgłaszane na etapie jego pisania pozwoliły uniknąć pomyłek, np. wprowadzenia litery A rysunkiem wieży „Ajffla”. Ale chaos pozostał. Każda strona to inna grafika. Wiedza z jednej lekcji nie przydaje się na kolejnej. Nasz ekspert Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego, porównała go do kioskowych kolorowanek z alfabetem za 2 zł. Mamy informacje, że nauczyciele wspólnie z rodzicami potajemnie kserują inne materiały i z nich uczą dzieci.

Tomasz i Karolina Elbanowscy  z minister edukacji Anną Zalewską w 2015 r. (fot. Sławomir Kamiński/AG)Tomasz i Karolina Elbanowscy z minister edukacji Anną Zalewską w 2015 r. (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Wróci stara sytuacja - multum podręczników, zdezorientowani nauczyciele nie wiedzący, z czego uczyć, i nadal ciężkie plecaki.

- Problemu ciężkich plecaków nie rozwiąże jeden elementarz, bo kłopot zaczyna się od IV klasy, gdy wchodzi nauczanie przedmiotowe. Warto, żeby podręczniki były refundowane, bo zdarza się, że rodzice muszą zaciągać we wrześniu kredyty. Lepiej jednak, jeśli na rynku jest wiele podręczników. Konkurencja zmusza do podnoszenia jakości. A nauczyciel, którego rola przy tworzeniu programu jest ważna, ma wybór najlepszego według niego narzędzia. Jeśli chodzi o ciężkie plecaki, głównym problemem jest skala nauki zadawanej do domu i prace domowe.

I co? Zlikwidować?

- W takim kształcie jak teraz - tak.

Dlaczego?

- Lekcje nie mogą polegać na tym, że omawia się na nich głównie pracę domową. To wdrażanie od małego do pracy na dwa etaty. Po przesiedzeniu kilku godzin w szkolnej ławce dziecko wraca do domu - i siada do lekcji. Przy okazji szkoła „organizuje” czas rodzicom, którzy muszą te dwie-trzy godziny poświęcić na robienie z dzieckiem pracy domowej. A kiedy czas na ruch, na sport, na wspólną zabawę? Bo tak też można. W pierwszych klasach w Nowej Zelandii dzieciaki biegają po drabinkach i tarzają się po ziemi, co jest niezbędne do prawidłowego zintegrowania wszystkich zmysłów. Tak powinna wyglądać edukacja w wieku siedmiu-ośmiu lat. U nas mamy siedmio- sześcio a nawet pięciolatki w roli pracowników biurowych. Dziecko jest od małego przykute do krzesła i długopisu jak galernik do wioseł. Tylko co ono komu złego zrobiło?

Czy chcecie zająć się też tym, jak i z czego się dzieci uczy?

- Zajmowaliśmy się tym w projekcie ustawy „Rodzice chcą mieć wybór”, akcentując przede wszystkim wpływ rodziców na dobór programu i wybór podręcznika. Przy czym byliśmy za zachowaniem prawa nauczyciela jako głównego decydenta przy wyborze podręcznika, tak jak to gwarantuje Karta Nauczyciela. Myślę, że te kwestie zostaną podjęte również teraz w badaniach opinii publicznej przy okazji konsultacji.

Wasz raport "Szkolna Rzeczywistość" został oprotestowany. Dyrektorka jednej ze szkół, którą podaliście jako negatywny przykład, napisała, że to nieprawda, jakoby dzieci nie miały tam zabawek, drabinek gimnastycznych i innych udogodnień.

- Pamiętam tę szkołę, nr 59 z Katowic. Dyrektorka chciała iść do sądu. Zapomniała o pozwie po odrzuceniu przez Sejm wniosku o referendum ws. sześciolatków. I odpowiedzi od szkół, i konferencje kuratoriów zostały zorganizowane przed głosowaniem i były moim zdaniem działaniem politycznym. Rodzicom udało się wówczas przekonać wszystkich posłów opozycji, a nawet niektórych z koalicyjnego PSL do poparcia. Ciśnienie polityczne było ogromne. W końcu niektórzy posłowie wycofali poparcie, nawet ci, którzy zagwarantowali je rodzicom na piśmie! Zabrakło sześciu głosów, żeby Polacy mogli się wypowiedzieć o edukacji w ogólnokrajowym referendum. Opisaliśmy to w książce „Ratuj maluchy. Rodzicielska rewolucja”.
A sprostowania dyrekcji szkół na nasze zarzuty były kuriozalne, np. dyrektorka szkoły 81 z Gdańska zgłosiła sprostowanie do stwierdzenia, że dzieci muszą ćwiczyć w-f na korytarzu, tłumacząc, że w jej szkole są bardzo przestronne korytarze. Czyli odpowiedź nie zaprzeczała faktom, które podaliśmy: że dzieci zmuszone są ćwiczyć na korytarzu, a nie w porządnej sali gimnastycznej!

Wy mówicie: szkoła nie jest gotowa na małe dzieci. Władze wielu szkół twierdzą, że są gotowe.

- Najwyraźniej szkoły nie są przede wszystkim gotowe na ujawnienie swoich problemów.

Tomasz Elbanowski w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)Tomasz Elbanowski w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński/AG)

A pojechaliście i sprawdziliście, czy przedstawiciele szkoły kwestionujący wasze ustalenia mówią prawdę?

- Wszystkie sprostowania wraz z odpowiedziami opublikowaliśmy na stronie ratujmaluchy.pl i można je tam wciąż przeczytać. A wie pan, że niektórzy rodzice, którzy zgłosili nam problemy, byli potem zastraszani? W jednej ze szkół zawisł przy wejściu baner: „Witamy osobę, która na nas doniosła”.

Ale rodzice przysyłali nam potem jeszcze więcej „kwiatków”, np. z „59-tki” w Katowicach. Zajęcia szkoły nauki jazdy „Błyskawica” odbywały się na boisku szkolnym, a dzieciom zabraniano grać w piłkę, „żeby nie uszkodzić samochodów”! Tę samą szkołę ostrzelano z wiatrówki. Dyrekcja ukryła to przed rodzicami, ale sprawę ujawniła prasa. Z kolei dyrektor szkoły w Krośnie oburzał się opisaniem wizyt policji i tłumaczył to zajęciami profilaktycznymi. Sprawdziliśmy, że przemoc w tej przepełnionej placówce była taka, że rada miasta debatowała, czy nie objąć jej monitoringiem.

Pokazaliśmy prawdę. Przecież rodzice nie mieli żadnego interesu w walce ze szkołą. Mieli za to prawo, żeby ich dziecko uczyło się w dobrych warunkach i było dobrze traktowane.

Ale pomyłki mogły zaważyć na wizerunku szkoły i jej dalszych losach. Przecież to ważne.

- Ważne jest to, żeby dzieci uczyły się w dobrych warunkach. To nie był akt oskarżenia dla prokuratury tylko sygnały do sprawdzenia. Fakt, że rodzice zgłosili problemy ze szkół swoich dzieci, a my ogłosiliśmy to publicznie, to nie skandal. Skandaliczny był sposób potraktowania tych sygnałów przez władze i wezwanych przez nie do tablicy dyrektorów.

Chodzi mi bardziej o to, że rodzice mogą być subiektywni. Jak to sprawdzić?

- Da się to zrobić, jeśli się ma środki. I teraz wreszcie będziemy je mieli.

Zresztą przy poprzednich raportach nie było ani jednego sprostowania za to ministerstwo wysyłało kontrole kuratorów do wskazanych szkół, żeby sprawdzili, jak sprawy wyglądają na miejscu. Dostawaliśmy potem od rodziców listy: „Zmieniacie świat! W naszej szkole pojawił się papier toaletowy!”.

Jak duży wpływ mają mieć na szkołę rodzice?

- Odrzucony przez Sejm obywatelski projekt ustawy „Rodzice chcą mieć wybór”, który zgłosiliśmy, zakładał zwiększenie wpływu rad rodziców
m. in. na kwestie bezpieczeństwa, opieki medycznej, żywienia dzieci i warunków ich transportu. Według Konstytucji to rodzice są pierwszymi wychowawcami dziecka. Szkoła to tylko instytucja, która ma w tym pomóc.

No dobrze, jest lekcja historii i części rodziców się nie podoba, w jaki sposób latorośl jest jej uczona. I rodzi się spór. Szkoła musi to jakoś pogodzić.

- Musi, bo funkcjonujemy nie tylko indywidualnie ale również jako wspólnota. I każde państwo, nie tylko Polska, utrzymując obowiązek szkolny, chce w szkole wychować również członka tej wspólnoty. Skoro tak musi ustalić możliwy do przyjęcia przez całą wspólnotę kanon. Na przykład lektury, które budują wspólną tożsamość i wspólny kod kulturowy. Jeśli tak różne ideowo państwa jak Polska międzywojenna i Polska Ludowa miały na listach lektur Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, to nie wierzę, żebyśmy teraz nie potrafili ustalić tego kanonu, którego duża jego część jest bezsporna. Kanon historyczny z kolei to pewien zbiór faktów ustalonych przez naukę i powinien być również bezsporny. Mówię to jako historyk.

To czym się kierować tworząc program?

- Dobrem nadrzędnym - dobrem dziecka. Najważniejsze jest dostosowanie poziomu i sposobu nauczania do prawideł jego rozwoju. U najmłodszych to nauka przez zabawę. Dziecko ma być podmiotem, a nie przedmiotem przesuwanym w systemie. A w polskiej szkole nadal dominuje model, według którego kształcono pruski aparat urzędniczy: Siadaj w ławce, notuj, rozlicz się z przyswojonej wiedzy. Dzieciom udowadnia się, jak mało wiedzą i w ten sposób pokazuje ich miejsce w szeregu. Opisaliśmy to w „Elementarzu dla rodziców sześciolatka”: modelowemu absolwentowi polskiej szkoły bliżej niż do obywatela jest do feudalnego chłopa, który odrabia pańszczyznę ponad siły w postaci pracy domowej, ma słuchać pana (częściej pani), a gdy praca jest ponad siły, gotów jest w każdej chwili go oszukać, czyli ściągać.

Sprowadzanie do parteru na starcie.

- Nie chcę generalizować, ale od dzieci oczekuje się raczej umiejętności wypełniania testów, niż zaciekawia otaczającym światem. Moje dziecko uczy się na przyrodzie o roślinach okrytonasiennych i nagonasiennych, zamiast tego, jak odróżnić gawrona od kawki albo kiedy choroba jest bakteryjna a kiedy wirusowa i na czym polega różnica w ich leczeniu.

Jakiego chciałby pan, żeby polska szkoła wychowywała obywatela?

- Obywatela i człowieka z ogólną wiedzą o świecie, wiedzącego, gdzie szukać w razie potrzeby specjalistycznych informacji. Umiejącego działać w grupie, jak uczą w Finlandii, a nie tylko rywalizującego o względy zwierzchnika, jak u nas. Ciekawego świata, twórczego. W polskiej szkole swoboda myślenia jest tępiona. Pamiętam jak szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej apelował do maturzystów, żeby na czas egzaminu kreatywne myślenie zostawili w domu. A potem młody człowiek wchodzi na rynek pracy i na każdym stawisku oczekuje się żeby był kreatywny. Skąd on ma tę kreatywność wziąć, skoro po 12 latach nauki w polskiej szkole modelowy absolwent jest pod tym względem jałowy jak pustynia Gobi?

*Liczba przedszkoli: 2006 r. - 7811; 2007 r. - 7844; 2013 r. - 10 436 (wg stanu na 30.09.2013). Liczba dzieci w wieku 3-5 lat objętych wychowaniem przedszkolnym na terenach wiejskich: 2006 r. - 100 tys.; 2007 r. - 105 tys.; 2013 r. - ponad 300 tys. Dane za KPRM.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej pracował w dziale zagranicznym "Dziennika" i w tygodniku „Newsweek”. Rozmawiał m.in. z Richardem Bransonem, Benjaminem Barberem, Robertem Biedroniem i prezydentem Andrzejem Dudą. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze i Instagramie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (410)
Zaloguj się
  • evergreen111

    Oceniono 425 razy 349

    Czy to prawda że Elbanowscy doskonale żyją ze swojej fundacji, przeznaczając większość jej pieniędzy na swoje bardzo wysokie pensje?

  • batura3

    Oceniono 326 razy 288

    ufff, jak dobrze, że moja córka w przyszłym roku zdaje maturę - na szczęście bez religijnych guseł :))))))

  • zamani

    Oceniono 293 razy 263

    Przypomnijcie sobie Elbanowscy co to jest projekcja. Formułowanie tak ogólnych osądów rzeczywistości jako podstawa do późniejszego wnioskowana to taktyka miałka i bałamutna. Najwięcej szkody w edukacji robią zawsze różnoracy dogmatycy i nawiedzeni wyznawcy ściśle określonych wartości. Nie biorą pod uwagę tego, że tzw. ogół to niezwykle zróżnicowane środowiska i różnorodne potrzeby. Dzieciom należy stwarzać jak najwcześniej szanse na stymulację ich rozwoju intelektualnego, a nie pieprzyć o pięknym, niewinnym dzieciństwie, które szkoła zabiera. Powszechne, darmowe przedszkola, a nie odraczanie obowiązku szkolnego to szansa na złagodzenie tragicznego zaniedbania edukacji dzieci w skali całego Kraju. To coś więcej i coś mądrzejszego niż dorzucanie kolejnych 500 zł wielodzietnym rodzinom.

  • siekieraaxe

    Oceniono 251 razy 241

    Mechnik, z 40 letnim stazem, naprawia auto taksówkrza.
    Obok stoi taryfiarz, własciel auta. Pochyla sie nad kanałem i ciągle wydaje mechanikowi jakies zalecenia.
    W koncu fachowiec wychodzi z kanału , wyciera ręce, podaje klucz taryfiarzowi i mówi:
    "rób sam, albo spie..."
    W kazdej polskiej szkole jest jeden taki "rodzic - taryfiarz",
    tylko takiego odważengo mechanika - brak

  • hublo54

    Oceniono 269 razy 241

    Kim są Państwo Elbanowscy z wykształcenia 9On Historyk ona nie wiadomo kto), jakie maja kwalifikacje do uczestniczenia w zmianach edukacyjnych w kraju. Mój syn poszedł do 1 klasy jako 6 latek dzisiaj już jest w 1 gimnazjum nie zauważyłem aby mu się szkoła nie podobała ma całkiem przyzwoite wyniki w gimnazjum średnia 4,75 a gimnazjum jest bardzo mocne. I te autorytety maja decydować o edukacji w kraju.

  • aliasqbek

    Oceniono 189 razy 169

    Same przypadki w konkursie na współprace z MEN no i typowy pisi monopol na mądrości a wiedzę wszelaką ....

  • pi.mi

    Oceniono 166 razy 154

    Co za absurdalne tłumaczenie:

    media kłamią, bo nie bierzemy pieniędzy z budżetu państwa.
    Tylko z dotacji UE (sic!)

    Mają ludzi za ćwierć-mózgów?!?!

  • marchwianka.0

    Oceniono 168 razy 146

    To może pora powiedzieć, że rodzice, którzy chcą od najbliższego września posłać 6-cioletnie dzieci do I-szej klasy są zmuszani do kilkakrotnych wizyt w różnych instytucjach. I tam się ich zniechęca do wysłania 6-latka do szkoły!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX