Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza)

Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza) (Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza))

wywiad gazeta.pl

''Tęczowy Krzyś'' czy ''radykalnie prawicowy dziennikarz sportowy''? Stanowski wkurza piłkarzy i polityków

Krzysztof Stanowski zaczął pracować jako dziennikarz sportowy, gdy miał zaledwie 14 lat. Dziś prowadzi własny portal, pisze książki i często wypowiada się nie tylko na temat piłki nożnej. Nam tłumaczy, dlaczego wielu piłkarzy po zakończeniu kariery klepie biedę, jak to się stało, że nie startował w wyborach z listy Kukiz'15, i czemu nie ma programu w TVP, choć prezes Jacek Kurski zapraszał go na Woronicza.

Podobno kiedy znajomi Macieja Skorży, byłego trenera m.in. Wisły Kraków, Legii i Lecha, chcą go wkurzyć, dzwonią i przedstawiają się jako Krzysztof Stanowski.

- Przynajmniej tak mi kiedyś powiedział, gdy spotkaliśmy się przypadkiem w pociągu. Ale teraz, jak się widzimy, to się uśmiecha i podaje mi rękę.

Ale chyba wielu jest takich, którzy ci jej nie podają. Jesteś jednym z najpopularniejszych dziennikarzy sportowych w kraju, a jednocześnie takim, który ma chyba najwięcej wrogów.

- Zawsze pisałem to, co myślałem. Czasami mądrze, czasami głupio, ale zawsze od siebie. Wiem, że mam sporo wrogów, ale mam też w środowisku wielu kolegów. Są zresztą dziennikarze, którzy na siłę ich sobie szukają. To ma swoje dobre strony, bo wtedy przyjemniej się żyje. Ale upadek prasy sportowej zaczął się właśnie od tego, że dla dziennikarza najważniejsza była poprawność. Nikomu nie chciał podpaść, chciał, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby napastnik z klubu, o którym pisze, odpowiadał mu „cześć”, jak się zobaczą na ulicy. I ja to z ludzkiego punktu widzenia rozumiem. Ale jako czytelnika kompletnie mnie to nie interesuje. Nie chcę suchych i wygładzonych tekstów o tym, kto wygrał, a kto przegrał. To nudne.

Prasa sportowa w Polsce umierała dlatego, że pisała dla nikogo. Językiem, którym nie rozmawiają ani piłkarze, ani kibice. Dziennikarze pisali sami dla siebie.

Zbigniew Boniek i Krzysztof Stanowski (fot. archiwum prywatne)Zbigniew Boniek i Krzysztof Stanowski (fot. archiwum prywatne)

Portal Weszlo.com, którego jesteś założycielem, od początku pisał o piłce zupełnie inaczej. Wulgaryzmy, szydera, anegdoty zza kulis i naśmiewanie się z zawodników. Wiedziałeś, że to chwyci?

- Nie zastanawiałem się nad tym. Ja w ogóle nie planuję swoich działań na określony efekt. „Weszło” początkowo było portalem promującym zakłady bukmacherskie - znani ludzie ze świata piłki typowali wyniki konkretnych meczów. A ja miałem wtedy przerwę od dziennikarstwa, zajmowałem się promocją dla jednej z firm bukmacherskich. Szybko jednak okazało się, że nie potrafię wytrzymać bez pisania.

Kibice lubią szyderę, piłkarze też ją lubią, uprawiają ją bezustannie. Przenieśliśmy ten język, jeden do jednego, do „Weszło”. I wszyscy byli zaskoczeni: ale jak to? To tak można? No, można. Bo to jest prawdziwe. Wierzę, że wszystko, co jest prawdziwe, się obroni.

Potraficie kpić z piłkarzy długie tygodnie. Piotr Ćwielong tak tłumaczył kiedyś reporterowi telewizyjnemu w przerwie meczu słabą formę swojego zespołu warunkami atmosferycznymi: jest niedziela, pogoda do gry w piłkę też nie dopisuje [było słonecznie, ok. 16 stopni Celsjusza -  przyp. red]. Natychmiast zaczęliście z nim jazdę. Dzisiaj przeciętny kibic w Polsce kojarzy go tylko z tą słynną prognozą pogody.

- Fakt, że teraz piłkarze gryzą się w język, coraz bardziej pilnują się i takie rzeczy zdarzają się rzadziej. Sporo osób mówi o Weszlo.com złośliwie, że to piłkarski Pudelek, ale mieliśmy wiele wartościowych tekstów, także edukacyjnych. Być może gdybyśmy nie pokazali cztery lata temu  wylewającego się ze spodenek grubego brzucha Rafała Murawskiego, wtedy reprezentanta Polski, dziś nie grałby tak dobrze w Pogoni Szczecin. On może być wściekły i uważać, że nasz portal to największe g***o, ale ten publiczny wstyd sprawił, że wziął się za siebie i dzisiaj jest w świetnej formie. Mówię ci, wszyscy piłkarze czytają „Weszło”. Nie mówię, że lubią, ale zaglądają na pewno.

(fot. weszlo.com / screen)(fot. weszlo.com / screen)

W twojej nowej książce „Stan futbolu” prawie nie ma słowa o strzelonych bramkach, mnóstwo jest za to o alkoholu, wygłupach, używkach, kosmetyczkach Louis Vitton - u piłkarzy, nawet w Ekstraklasie, to prawdziwy must have - czy życiowych porażkach.

- Bo moim zdaniem czytelnik w Polsce chce tego tła. Chce portretów prawdziwych ludzi, którzy w piłce działają. Nie chce przeczytać, że ktoś trafił w słupek w 17. minucie, tylko żeby ktoś zaprowadził go za rączkę do szatni, przedstawił mu sześciu zawodników i powiedział: ten jest w porządku, ten to ch*j, tamtego unikaj, bo kolegom kradnie portfele, z tamtym możesz iść w miasto i będzie wesoło, a tamten to straszny skąpiec.

Albo, jak piszesz w książce, sprzedaje mecze jak Adam Nawałka, obecny selekcjoner reprezentacji Polski. Historia dotyczy wprawdzie lat 70., ale to wciąż korupcja. Może przed Euro lepiej byłoby dla ciebie takich rzeczy o nim nie pisać?

- Pewnie byłoby lepiej. Chociaż spotkałem ostatnio Adama Nawałkę, podał rękę, uśmiechnął się z lekkim wyrzutem. Nie wiem, czy czytał, co napisałem. Mam nadzieję, bo ten rozdział wcale nie opowiada o tym, że on sprzedał mecz, tylko o roli przypadku w życiu. Żeby była jasność: ja nie oskarżam Nawałki o bycie nieuczciwym. Jeśli spojrzymy na kontekst historyczny, czasy, w jakich to się działo, powszechność kupowania meczów, to rola Nawałki w tym wszystkim była marginalna. Ot, przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze od starszyzny za „puszczony” mecz. Iwan opowiedział mi tę historię, kiedy pisałem jego biografię, ale potem stwierdził, że lepiej nie wymieniać Nawałki z nazwiska. Nawałka miał świetną passę jako trener Górnika Zabrze, Andrzej nie chciał mu zaszkodzić. Kilka miesięcy później został selekcjonerem reprezentacji. Gdyby Iwanowi wtedy nie wpadł do głowy pomysł, by o tym nie pisać, sprawa stałaby się głośna i być może PZPN wybrałby inną osobę.

Miałeś 14 lat, kiedy trafiłeś do redakcji „Przeglądu Sportowego”. To też był przypadek?

- Nie. Od początku chciałem pisać o piłce.

Najpierw pewnie chciałeś być piłkarzem.

- Właśnie zupełnie nie. Chciałem być dziennikarzem. Więc wprosiłem się do redakcji „Przeglądu Sportowego”. Na początku robiłem rzeczy, których nikt nie chciał robić. Rysowałem tabelki, liczyłem punkty i starałem się o swoją szansę.

Dzieciaki w tym wieku chodzą dziś do gimnazjum. Musiałeś osobliwie wyglądać w męskim świecie piłki.

- Pierwsze wrażenie robiłem rzeczywiście nie najlepsze, ale z czasem ludzie się przyzwyczaili. Przez lata robiłem wywiady telefonicznie. Ludzie myśleli pewnie, że mam po prostu śmieszny, cienki głosik. Kiedy chodziłem na mecze III ligi jako korespondent, szef działu piłka nożna dawał mi karteczkę z pieczątką „Przeglądu” i podpisem: Pan Krzysztof Stanowski to nasz korespondent, prosimy o wpuszczenie go na stadion. Bez tego mogliby pomyśleć, że jakiś dzieciak robi sobie jaja.

A piłkarze tak nie myśleli?

- Pierwszy wywiad zrobiłem z Grześkiem Szamotulskim. To była wtedy gwiazda w Legii, bardzo popularny bramkarz. Wysłali mnie do niego z redakcji chyba tylko dlatego, żebym się odczepił i przestał pytać, czy mogę z kimś zrobić wywiad. Żeby mi przeszło, zlecili mi rozmowę z największym chamem i piłkarzem, który słynął z tego, że z nikim nie gadał. Wojtek Hadaj, ówczesny spiker na Legii, pomógł mi ustawić ten wywiad. „Szamo” wyszedł z szatni, spojrzał na mnie i powiedział: K***a, mówili mi, że będziesz młody. Ale ty jesteś młodszy ode mnie! On miał 20 lat, a ja 14.  Ale pogadaliśmy, okazało się, że jest w porządku i potem jakoś poszło. Dzisiaj jesteśmy rodziną, jestem ojcem chrzestnym jego dziecka, on był moim świadkiem na ślubie.

Krzysztof Stanowski i Marcin Mięciel (fot. archiwum prywatne)PODPIS (fot. archiwum prywatne)

Nie miałeś nigdy problemów z obiektywną oceną gry przyjaciela?

- Pamiętam, że kiedy grał w Amice Wronki dałem mu za występ notę „4”. Strasznie się wkurzył. Twierdził, że zasłużył na więcej, że nigdy w karierze nikt nie dał mu niższej niż „6”, a tu dostaje „4” od przyjaciela. Trzy dni się nie odzywał, potem mu przeszło. Rozumie, że taką mam pracę.

Z innymi piłkarzami też tak szybko się zaprzyjaźniłeś?

-  Na Legii, którą się zajmowałem, bywałem codziennie, więc się do mnie przyzwyczaili. W Warszawie grali reprezentanci kraju, więc potem już jakoś poszło. Miałem 19 lat, kiedy jako jedyny korespondent „PS” pojechałem na całe Mistrzostwa Świata w 2002 roku w Korei i Japonii.

Po 19 latach pracy przy piłce jest w niej jeszcze coś, co cię podnieca? Czy widziałeś już wszystko?

- Czy marzę o tym, żeby jeszcze coś zobaczyć z bliska? Chyba nie. Już widziałem finały Mistrzostw Świata, Euro, Ligi Mistrzów. Kolejne będą tym samym, tylko z innym wynikiem. Pamiętam, że na finale LM w Monachium byłem tak straszliwie znudzony, że prawie zasnąłem. Bayern grał z Chelsea, załatwiłem sobie bilety tylko dlatego, że myślałem, że do finału awansuje Barcelona. Tymczasem Bayern grał z Chelsea „mecz typu g***o” i marzyłem tylko, żeby się to skończyło. Zdarza mi się poczuć emocje tylko jak gra Barcelona, której kibicuję.

To może po prostu masz dosyć piłki? Wszystko już widziałeś, co tydzień oglądasz kilka meczów, bo dziś w piłkę gra się siedem dni w tygodniu. Każdy kibic marzy o takiej pracy, ale po pół roku większość mogłaby mieć odruch wymiotny na widok boiska.

- Ale taka jest moja praca. Jeśli chcę kogoś skrytykować, to muszę być na tyle uczciwy, żeby obejrzeć mecz, poświęcić te dwie godziny, żeby wiedzieć, dlaczego go krytykuję. Czystą przyjemność mam tylko z oglądania ligi hiszpańskiej. Postanowiłem sobie, że to będzie moja rozrywka. Dlatego nigdy o niej  nie piszę. To świadomy wybór, żeby nie psuć pasji. Żeby oglądając mecz, nie zastanawiać się nad tekstem i nie myśleć od 70. minuty, że powoli muszę włączać komputer. Liga hiszpańska to jest dziś odpowiednik tego, czym była dla mnie jako dziecka polska liga. Potem poznałem ją za blisko. Przestała być dla mnie pasją, światem idoli, których chciałbym poznać, bohaterów z plakatów. To była praca i tyle.

Po lewej Krzysztof Stanowski z Maciejem Sawickim, wówczas piłkarzem, dzisiaj sekretarzem generalnym Polskiego Związku Piłki Nożnej. Na drugim zdjęciu u góry od lewej: Andrzej Niedzielan, Wojciech Kowalczyk i Czesław Michniewicz; niżej Krzysztof Stanowski i Grzegorz Szamotulski (fot. archiwum prywatne)Po lewej Krzysztof Stanowski z Maciejem Sawickim, wówczas piłkarzem, dzisiaj sekretarzem generalnym Polskiego Związku Piłki Nożnej. Na drugim zdjęciu u góry od lewej: Andrzej Niedzielan, Wojciech Kowalczyk i Czesław Michniewicz; niżej Krzysztof Stanowski i Grzegorz Szamotulski (fot. archiwum prywatne)

W książce gorzko piszesz, że jako dziennikarz sportowy przestałeś patrzeć na piłkę sercem. Kiedy zaczynałeś, byłeś zagorzałym fanem Legii, teraz twierdzisz, że jest ci kompletnie obojętna i nie czujesz niczego, kiedy zdobywa bramkę.

- I nikt mi w to nie wierzy. Ostatnio po finale Pucharu Polski siedziałem z prezesem Legii Bogusławem Leśnodorskim i też twierdził, że ten rozdział jest nieprawdziwy. Nie ma bata, nie można przecież kochać jakiegoś klubu, a potem przestać. A ja tak mam. Nic na to nie poradzę.

Odkochałeś się, bo zobaczyłeś z bliska swoich idoli? I okazało się, że mają niewiele wspólnego z wyobrażeniami?

- To jest proces. Przekraczasz pewną barierę o kolejny metr i nagle orientujesz się, że zaszedłeś za daleko. Jesteś na stadionie swojego klubu dosłownie dzień w dzień, na każdym treningu, znasz tam wszystkich, od sprzątaczki po piłkarzy. Jednego zawodnika lubisz mniej, innego bardziej. A potem zaczynasz jeździć po Polsce, jesteś w Poznaniu czy w Krakowie i dostrzegasz, że inne kluby to też są żywi ludzie. Potem piłkarze, których poznałeś, zaczynają migrować po Polsce i orientujesz się, że całe to przywiązanie do barw to jest kit dla kibiców. Jeśli twój dobry znajomy zmienia klub na taki, którego bardzo nie lubisz, to przecież nie przestajesz się z nim nagle kolegować. Tymczasem do twojego klubu na jego miejsce przychodzi gość, który jest bucem i zupełnie nie może się z nim dogadać. Wszystko zaczyna ci się mieszać. W pewnym momencie masz wywalone na to, kto wygra.

Sam mówiłeś, że jesteś kibicem Barcelony. Skąd wiesz, czy Leo Messi nie jest gburem, a Suarez to nie kompletny idiota, z którym nie miałbyś ochoty spędzić choćby pięciu minut?

- Nie chcę tego wiedzieć. Cała frajda w byciu kibicem polega na tym, że robisz rzeczy, które są kompletnie nieracjonalne i nielogiczne. Jeździsz po Polsce za swoją drużyną, przemierzając setki kilometrów w weekend. Po co, skoro w telewizji lepiej widać i nie marzniesz, nie spędzasz długich godzin w pociągu i nic ci nie kapie na łeb? Krzyczysz, żeby twoi strzelili gola, a tamtych szlag trafił. Po co, skoro to nie ma żadnego znaczenia? Jak nie krzykniesz, to i tak strzelą, jeśli mają strzelić. Darciem mordy nie wygrywasz meczów.

Krzysztof Stanowski i Przemysław Rudzki podczas promocji książki Krzysztof Stanowski i Przemysław Rudzki podczas promocji książki "Stan futbolu" (fot. Piotr Herzog / empik.com)

To strasznie cyniczne. Odzierasz piłkę z romantyzmu.

- Bo kibice lubią do wszystkiego dorabiać teorię. Piłka jest obudowana teoriami na sto sposobów, tymczasem to jest prosta, nawet prostacka gra, wokół której wyrósł gigantyczny biznes. Rację mają kobiety: to po prostu 22 facetów biega za piłką. Wszystko, co zbudujemy wokół tego, cała opowieść, legendy, analizy, to dodatek. Większość wydarzeń na boisku wynika z przypadku. W każdym meczu element przypadku jest olbrzymi, a czasami decyduje o tym, czy ktoś został mistrzem świata. To jest zresztą w piłce najpiękniejsze. Chociaż masa ludzi chce nam udowodnić, że nie ma żadnego przypadku. Biorą do ręki flamastry i przekonują, że jedno działanie zawsze prowadzi do takiego, a nie innego efektu. Moim zdaniem to bzdura. To, co dzieje się na boisku, w 50 procentach jest dziełem zrządzenia losu. Rolą trenera jest je jak najbardziej zminimalizować. Ale na to nie ma wzorów.

W innych sportach też ich nie ma, ale na każdym kroku podkreślasz, że cię nie interesują. Wiele osób zarzuca ci, że często z pogardą piszesz o lekkoatletach.

- Dlaczego mam się wstydzić, że coś mnie nie interesuje? Uważam, że na świecie jest cała masa sportów kompletnie bzdurnych. Jakbyśmy się umówili, że od dzisiaj pchamy nie kulą, a doniczką, nic by się na świecie nie zmieniło. Prawie nikogo to nie interesuje, nawet na Mistrzostwach Świata stadiony są puste. Ale jeśli ja to powiem, to wszyscy rzucają się z pretensjami. Jak możesz tak kpić, przecież to wielcy atleci, całe życie trenują, zarabiając 500 zł miesięcznie. Przecież nikt im nie kazał wybierać sobie takiego zawodu. Dlaczego ma mnie obchodzić, czy jakiś zawodnik pchnie kulą na 15 metrów, 20 metrów czy dorzuci ją stąd do Łodzi? Żeby była jasność, piłka wcale nie jest pod tym względem lepsza. Jest tak samo głupia. Ma tylko tę przewagę, że mnie interesuje. I przy okazji interesuje też spośród sportów najwięcej ludzi na całym świecie.

To z kolei powoduje, że piłkarze zarabiają kosmiczne pieniądze. W książce piszesz o tym, że większość bardzo znanych piłkarzy w Polsce parę lat po zakończeniu karier zostaje bankrutami. Jakim cudem, skoro zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, a często znacznie więcej?

- Bo oni są kompletnie nieprzygotowani do normalnego życia. Żyją w bańce mydlanej. Potem kariera się kończy i nagle okazuje się, że nie potrafią sobie poradzić. Często piłkarz mówi, że jakiś klub jest fantastyczny, bo wszystko jest w nim genialnie zorganizowane. Wystarczy przyjść i grać w piłkę. To jest fajne, ale potem kończysz karierę, klubu nie ma, a ty nie masz pojęcia, jak załatwić przedszkole dla dziecka i nie wiesz, gdzie płaci się rachunki, bo nigdy tego nie robiłeś. Najprostsze rzeczy zaczynają cię przerażać.

Piłkarz w czasie kariery dąży do tego, żeby wszystko robiono za niego. Przywożą go, odwożą, na wyjazdy musi ze sobą zabrać tylko kosmetyczkę ze szczotką do zębów, bo całą resztę rzeczy bierze klub. Dlatego jeśli piłkarz nie przygotuje sobie przejścia do świata poza piłką, będzie miał problem. Za parę miesięcy pojawi się książka Radka Kałużnego. Facet pojechał z Polską na Mistrzostwa Świata, grał w Bundeslidze, znała go cała Polska. A potem pracował w Wielkiej Brytanii w magazynie, żeby zarobić na przetrwanie.

Radosław Kałużny (w białej koszulce) podczas meczu z Armenią w eliminacjach do piłkarskich Mistrzostw Świata 2002. Kałużny zdobył w tym spotkaniu bramkę (fot. Małgorzata Kujawka)Radosław Kałużny (w białej koszulce) podczas meczu z Armenią w eliminacjach do piłkarskich Mistrzostw Świata 2002. Kałużny zdobył w tym spotkaniu bramkę (fot. Małgorzata Kujawka)

Przecież piłkarze, szczególnie na Zachodzie, zarabiają kosmiczne pieniądze.

- Rosną zarobki, to rosną też potrzeby. Szybko okazuje się, że ten zgrabny samochód za 60 tysięcy jednak nie wystarcza. I trzeba kupić taki za 120. A przy kolejnym kontrakcie - za 300. I tak dalej. Wakacje za 5 tysięcy przestają cię cieszyć, jedziesz na takie, które kosztują 50 tysięcy. Bardzo niewielu piłkarzy potrafi myśleć o przyszłości. W Holandii jest taki świetny system, zachwalany przez Johana Cruyffa, że zawodnik 30 procent pensji oddaje na emeryturę. Te pieniądze są mu wypłacane stopniowo, po zakończeniu kariery. Chodzi o to, żeby zapewnić zawodnikom jakąś poduszkę finansową. Wielu z nich wydaje się, że przejście z kariery w kolejny etap w świecie piłki jest naturalne. Myślą sobie, że kiedy skończą kopać, zostaną trenerami lub menedżerami. Tyle że karierę kończy 300 zawodników, a takich miejsc pracy jest 10. Dlatego wielu ma potem kłopoty.

Wielu też przegrało majątki w kasynach. Biografia Andrzeja Iwana, którą napisałeś wspólnie z piłkarzem, pełna jest takich dramatycznych momentów: próby samobójcze, totalne zatracenie. Piłkarze na całym świecie mają z hazardem ogromny problem. Dlaczego akurat oni?

- Po pierwsze, to nadmiar wolnego czasu. Piłkarz, wbrew temu, co opowiada, ma go mnóstwo. Trening trwa dwie godziny, a potem nie masz nic do roboty. Jednocześnie wielu zawodników bardzo szybko uzależnia się od adrenaliny. Mecz to jest ogromne przeżycie, ale zwykle jest tylko jeden w tygodniu i to szybko przestaje wystarczać. Szukają więc jakiegoś zamiennika dla futbolu, żeby cały czas być „pod prądem”.

Jednak porównując profesjonalizm piłkarzy dziś i choćby 10 lat temu, można zauważyć przepaść. Cały czas zdarza się, że ktoś w trakcie sezonu baluje do rana „na mieście”, ale to raczej pojedyncze wypadki niż norma, jak jeszcze w latach 90. Tylko na boisku wciąż nas, Polaków, dzieli od Europy przepaść.

- Bo futbol w Polsce się rozwija, ale w Europie rozwija się jeszcze szybciej. Jeśli biegniesz z prędkością 5 kilometrów na godzinę za kimś, kto biegnie 20 kilometrów na godzinę, to teoretycznie go gonisz, ale w praktyce on cały czas jeszcze bardziej ci ucieka. Nakłady na piłkę w Polsce rosną, pasja ludzi futbolu jest ogromna. Ale myślę, że ta przepaść będzie się tylko pogłębiać, bo nie ma u nas masowości sportu. Nie mamy kultury uprawiania go, poza taką weekendową, typu wyjście na rower czy bieganie. A i to dotyczy tylko dużych miast. Żeby być świetnym piłkarzem, trzeba zap***alać z piłką przy nodze siedem godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu.

Biografia Andrzeja Iwana Biografia Andrzeja Iwana "Spalony", którą ten były piłkarz napisał wspólnie z Krzysztofem Stanowskim, pełna jest dramatycznych momentów: próby samobójcze, depresja, hazard, alkohol, totalne zatracenie (fot. Mateusz Skawreczek / Agencja Gazeta)

Ale młodzi zawodnicy nie biegają już dziś za piłką po asfaltowych boiskach, tylko podają ją sobie na równiutkich, sztucznych murawach orlików. Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne prywatne akademie.

- Zbigniew Boniek powiedział mi kiedyś, że był tak dobry, bo grał w piłkę od rana do wieczora na podwórku. Do klubu zapisał się tylko po to, żeby grać jeszcze więcej. Wszystkiego, co najważniejsze - dryblingu, sprytu, zadziorności, techniki, strzału - nauczył się na podwórku. Owszem, szkółek jest dzisiaj sporo, ale to raczej biznes i przedszkole ruchowe, a nie przygotowanie do bycia piłkarzem. Rodzice wysyłają dzieci na godzinne zajęcia dwa razy w tygodniu, ale to nie jest nastawione na wyczyn, tworzenie piłkarzy, tylko na zapewnienie dzieciom miłego spędzania czasu i prostego kręgosłupa. To bardzo dobra rzecz, ale w ten sposób nie rodzą się piłkarze.

A w jaki?

- Mam taką teorię, że pod względem piłkarskim najszybciej rozwijają się dwa rodzaje społeczeństw. Pierwsze to te najbardziej biedne, przede wszystkim w Afryce i Ameryce Południowej, gdzie futbol daje możliwość nowego, lepszego życia. Nie tylko dla piłkarza, ale i całego jego otoczenia. Jeśli więc dzieciak ma talent, jest popychany przez całe swoje środowisko do wysiłku. Druga grupa to kraje najbogatsze, gdzie ludzie mają więcej pieniędzy i czasu. Nie spieszą się tak bardzo, doceniają aktywność fizyczną i wolą pojechać do pracy na rowerze, a nie samochodem, bo przecież pół godziny ich nie zbawi. Tam do kultury fizycznej przykłada się wielką wagę, jest masowa, dzięki czemu profesjonalne kluby szybko mogą wyłapać najzdolniejszych.

Polska jest gdzieś pośrodku tego wszystkiego?

- Parę lat temu przeszedłem się po warszawskich podwórkach, po których sam kiedyś biegałem za piłką. Nie ma na nich nikogo. Dzieciaki mają masę rozrywek elektronicznych w domu, a rodzice czują lęk, jeśli mają się pozbyć dzieci na kilka godzin z domu. Kiedyś to było dla nich wygodne, bo wypuszczali takiego łebka na podwórko i w końcu mogli zająć się swoimi sprawami. Dzisiaj jeśli to zrobisz, to nie wiadomo, czy zaraz nie przyjdzie do ciebie prokurator z policjantem i z dzieckiem pod pachą.

Swojego syna będziesz tak wychowywał?

- Na pewno nie będzie biegał po podwórku po dziesięć godzin, jak ja kiedyś. Zmieniły się czasy, mentalność ludzi, w tym moja. Trudno mi to sobie wyobrazić. Być może zmienię zdanie, ale na razie wydaje mi się, że będę dokładnie takim samym rodzicem jak ci, o których mówię, że są nadwrażliwi i trzymają dzieci w złotej klatce. Oczywiście, piłce nożnej to szkodzi, ale piłka nożna nie jest celem w naszym życiu.

Od jakiegoś czasu udowadniasz, że nie jest też jedynym celem w życiu zawodowym dziennikarza sportowego. Kilka twoich tekstów odbiło się szerokim echem na politycznej scenie. Ostatnio Monika Olejnik nazwała cię nawet w swoim programie radykalnie prawicowym dziennikarzem sportowym.

- A niektóre środowiska prawicowe mówią o mnie per „tęczowy Krzyś”, bo napisałem kiedyś, że popieram ustawę o związkach partnerskich. Myślę, że w Polsce wszyscy mamy klapki na oczach, zakładamy, że skoro jesteś za rozwiązaniem „a”, to automatycznie musisz być też za „b”. Ja nie odczuwam potrzeby wkuwania na pamięć programów wyborczych, bo mam mózg od samodzielnego myślenia. Moje teksty polityczne wywoływały takie poruszenie, bo nagle okazywało się, że nie byłem ani po jednej, ani po drugiej stronie.

Dzisiaj polskie media są w bardzo złej kondycji, mam wrażenie, że w najgorszej w historii, jeśli chodzi o światopogląd. Nie ma żadnego miejsca na swobodę umysłową, musisz dostosować się do swojego pracodawcy i przyjąć, że albo jesteś z obozu PiS, albo PO. Jeśli myślisz samodzielnie, zbierasz cięgi od jednych i drugich. Ale inaczej nie potrafię. Popaliłem za sobą parę mostów, w kilku miejscach nikt mnie nie zatrudni. Trudno, jakoś sobie poradzę.

Nie miałeś propozycji, żeby zostać politykiem?

- Dzwonili do mnie ludzie od Kukiza. To był moment, kiedy szukali osób na listy. Odmówiłem, bo nie jestem zainteresowany karierą polityczną. Zdarza się, że jakiś polityk do mnie napisze na Twitterze, chce się spotkać na kawę, ale mnie to kompletnie nie interesuje. Pod koniec stycznia zadzwonił do mnie ktoś z biura Jacka Kurskiego z pytaniem, czy mogę przyjechać na Woronicza, bo chcieliby mi coś zaproponować. Cztery miesiące zimy spędzałem w Barcelonie, więc powiedziałem, że najwcześniej mogę wpaść w marcu. Gdyby mi jakoś wyjątkowo na tym zależało, to przecież mógłbym wsiąść w samolot za 200 zł i następnego dnia być w Warszawie. Ale nie chciałem.

Teraz chyba już za późno, bo zacząłeś krytykować PiS i już przestali cię lubić.

- Jakby mieli poczucie, że „już mnie mieli, ale im się wymsknąłem”? Myślę, że politycy nie są przyzwyczajeni do dziennikarzy, którzy samodzielnie myślą. Przez lata nie szanowano dziennikarzy sportowych, a prawda jest taka, że oni ze wszystkich w branży mają najtrudniej. Piłkarz najczęściej nie chce rozmawiać z dziennikarzem, bo do niczego mu to niepotrzebne. Polityk bez dziennikarza nie żyje. Żadne środowisko nie ma się dziś gorzej niż poważni dziennikarze polityczni, bo ci bardzo rzadko samodzielnie myślą. Najczęściej są przedłużonym ramieniem partii, którą wspiera ich gazeta. Dziennikarstwo sportowe nie jest niczym poważnym, to jeden z mniej potrzebnych zawodów na świecie. Gdyby nie to, że można w ten sposób fajnie żyć, tobym go nie uprawiał. Gdybym chciał zająć się czymś pożytecznym, lepsze byłoby już zamiatanie ulic. Ale robię coś niepożytecznego, co sprawia mi frajdę i mi z tym dobrze.

Nie masz czasami dość? Chcesz pisać o piłce do końca życia?

- Nie wiem, ja nie planuję zbyt wielu rzeczy w swoim życiu. Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Może w ogóle nie będę dziennikarzem? Mogę sobie wyobrazić, że robię coś innego. Chętnie przeprowadziłbym się do Hiszpanii i hobbystycznie szukał tam piłkarzy do polskiej ligi. Znam działaczy, menedżerów. Zrobiłbym dwa transfery rocznie z III ligi hiszpańskiej do I ligi polskiej i bym sobie spokojnie żył? Nie wiem. Na razie będę wkurzał ludzi w Polsce.

(fot. materiały prasowe / Piotr Herzog / empik.com)(fot. materiały prasowe / Piotr Herzog / empik.com)

Krzysztof Stanowski. Urodzony w 1982 r. w Warszawie. W wieku 14 lat zaczął pracę w "Przeglądzie Sportowym", gdzie po paru latach został szefem działu piłka nożna. Potem pracował m.in w "Dzienniku" i założył portal weszlo.com. Autor biografii Wojciecha Kowalczyka "Kowal", Andrzeja Iwana "Spalony" i Grzegorza Szamotulskiego "Szamo". Wszystkie okazały się bestsellerami. Jego ostatnia książka, "Stan futbolu" od kilku tygodni również utrzymuje się na czołowych miejscach w rankingach sprzedaży. Prywatnie mąż, ojciec Leona i wielki kibic FC Barcelony.

Bartosz Janiszewski. Dziennikarz i scenarzysta. Przez wiele lat członek redakcji tygodnika „Newsweek”, potem „Wprost”. Pisze przede wszystkim reportaże i teksty społeczne. Laureat festiwalu scenarzystów Script Fiesta, nominowany do nagród Grand Press i MediaTory. Zakochany w Warszawie, zafascynowany podróżami, szczególnie Ameryką Południową.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (26)
Zaloguj się
  • d.d.5

    Oceniono 40 razy 24

    no tak"ludzie to lubią,ludzie to kupią, byle na chama byle głupio"
    Jak widać każdy sposób jest dobry żeby zabłysnąć i dać się zauważyć.
    Brutalizacja dosięgła i takiej dziedziny życia, jak komentarz sportowy i ten pan doskonale się wpisuje w kibolskie klimaty.Tylko Zimocha żal..:))

  • aspert

    Oceniono 17 razy 17

    mnie też piłka nożna się znudziła

  • voooo

    Oceniono 61 razy 15

    Dziwny człowiek, idol gimbazy, wyśmiać i zaorać tak się wybił.

  • flamengista

    Oceniono 23 razy 11

    Faktem jest, że weszło było rewolucją w świecie dziennikarstwa, nie tylko sportowego. Pojawiły się prowokacyjne, ale dobrze napisane teksty. Na portal faktycznie można było zaglądać i za każdym razem odkryć coś nowego. W dodatku Stanowski pozyskał do współpracy ciekawych piłkarzy i byłych piłkarzy, a także trenerów (Michniewicza, Kowalczyka, Zarzecznego, Iwana etc.).

    Niestety, odnoszę wrażenie że Stanowski stał się ofiarą własnego sukcesu. On pozaprzyjaźniał się z tym środowiskiem, więc teraz weszło krytycznie pisze głównie o tych, których nie zna. Czyli środowisku spoza Warszawy.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 49 razy 11

    "To, co dzieje się na boisku, w 50 procentach jest dziełem zrządzenia losu."
    Mhm... w takim razie Dolcan Ząbki ma 50% szans na wygranie każdego z meczów rozgrywanego z Barceloną :D
    Czasem zanim coś się powie warto to przemyśleć.

  • pjck

    Oceniono 13 razy 7

    "Dziennikarstwo sportowe nie jest niczym poważnym, to jeden z mniej potrzebnych zawodów na świecie." Dokładnie np. tak, jak dziennikarz muzyczny. Do czego potrzebny jest np. hip-hop? Do niczego. Do czego potrzebne są gry komputerowe? Do czego potzrebna jest korzenioplastyka?
    Zainteresowania i rozrywki są generalnie niepotrzebne. No i piszący o nich też.
    Tylko, że ludzie to lubią, to robią i o tym czytają. I za to płacą.

  • mietekkowalski

    Oceniono 19 razy 5

    Niektore teksty ma bardzo ciekawe, ale to jego onanistyczne uwielbienie Barcelony jest zenujace. Gdyby CR7 mial problemy z fiskusem to by go jechali na weszlo co tydzien, a o Messim ani slowa...

  • stanislaw-z-lodzi

    Oceniono 7 razy 3

    Stanowski jest OK, jak trzyma się z daleka od polityki. Napisał kilka artykułów, tweetów przeciwko Lisowi i od razu zrobili z niego PISowca. Myslę, że jest na to za mądry, żeby dać się wciągnąć pod skrzydła prawicy.

  • gre-gol

    Oceniono 1 raz 1

    Pośród komentarzy jeden uderzył smutną trafnością :
    " To, że Stanowski raz na jakiś czas pisze dla fejmu coś kontrowersyjnego to klasyk.
    Mnie bardziej martwi, że smród tego tłyta polubiło ponad 2 tysiące ludzi."

    Panie autorze tego artykułu. Niech pan na przyszłość uważniej dobiera sobie bohaterów. Właśnie tacy jak pan , (chcę wierzyć, że niechcący i tylko z powodu własnej naiwności) powodują oswajanie zła.
    Pan Tęczowy Krzysiu nawet nie zauważył, jak tkwi w nim po uszy i jak widać, czuje się dumny, że jest taki durny.
    Ale pan (niezależnie od pańskiego wieku) powinien czuć większą odpowiedzialność niż ten wiecznie niedojrzały szczyl.

    Jak celnie podsumował Tomasz Lis " ŻUL ŻULEM POZOSTANIE"

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX