(fot. Ilona Wiśniewska)

Finnmark - koniec świata i jego początek. Odkrywamy tajemnice północnych krańców Norwegii

Na mapie świata nie ma już białych plam, ale wciąż są obszary, które jawią nam się jako tajemnicze, nieprzystępne. Niewątpliwie należy do nich daleka i mroźna północ Norwegii. Kraina porywistych wiatrów i nocy polarnej. Dzięki Ilonie Wiśniewskiej i jej książce "Hen" możemy poczuć klimat tego magnetyzującego miejsca.

Norwegia, a nawet cała Skandynawia jest dla Polaków cały czas trudna w odbiorze. Z jednej strony wiemy o niej sporo, z drugiej te kraje zadziwiają nas swoją kulturową odrębnością. Bazujemy na stereotypach typu - Skandynawowie piją dużo wódki i jedzą śledzie pod wieloma postaciami, a wszystko to podlewamy sosem z popularnych skandynawskich kryminałów i historycznymi zaszłościami. Celowo spłycam, ale wiedza przeciętnego Polaka o tym regionie i jego mieszkańcach nie wydaje mi się pogłębiona. Z czego to, twoim zdaniem, wynika?

- Poza tym, że zimno, to jeszcze ciemno, wódka przeraźliwie droga, ryba sfermentowana, a Nesbo - odkąd przestał pisać o Harrym Hole - to sam się prosi, żeby mu przetrącić stopy. Czytałeś „Misery” Stephena Kinga, prawda? Cóż, każda generalizacja wynika z niewiedzy, tu nie jest inaczej. Norwegowie też bazują na stereotypowych wyobrażeniach Polaków, czyli krótko ostrzyżonych budowlańców w sportowych ubraniach przemycających sześciopaki żubra z kraju rządzonego przez reakcyjny rząd pseudokatolików.

Nie mam ambicji ogarniać całej Skandynawii, dlatego piszę o północnych krańcach Norwegii, gdzie wszystkiego jest mniej, a zimne morze ogranicza potrzeby, ustawia do pionu i ułatwia kontakty międzyludzkie.

Ilona Wiśniewska (fot. archiwum prywatne)Ilona Wiśniewska (fot. archiwum prywatne)

Opisując region Finnmark, odnosisz się w pewnym momencie do książki Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Dla wielu osób, w tym dla mnie, ta książka jest uosobieniem dziecięcej niewinności. Norwegia ową niewinność jednak straciła. Najpierw w latach 90. kontrowersje i morderstwa związane z rozkwitem black metalu, potem w 2011 roku Anders Breivik. Jaka jest tak naprawdę Norwegia?

- Myślę, że żaden Norweg nie umiałby odpowiedzieć na to pytanie, a tym bardziej ja, która w języku norweskim mówię, ale nadal nie myślę. Norwegia to rozciągnięty na mapie kraj, a geografia kształtuje sposób myślenia. Północ różni się mentalnie od południa, bo trudne warunki życia budzą specyficzne poczucie humoru i autoironię. Na północy jest też ciszej.

„Dzieci z Bullerbyn” to dla mnie książka o wymarzonym dzieciństwie, gdzie do sąsiadów mówiło się „ciociu” i „wujku”, a drzwi do domów zawsze były otwarte. W latach 80. w dużej wsi na Opolszczyźnie to by było nie do pomyślenia. Kiedy zaczęłam wgłębiać się w historię rodziny Amundsenów, to porównanie nasunęło mi się automatycznie, mimo że opowieści o mieszkańcach wioski rybackiej z dalekiej Północy to być może bardziej baśnie braci Grimm niż beztroskie Bullerbyn.

Nie wiem, czy Norwegia utraciła niewinność. Słyszę czasem, że straciła umiar.

Opuszczony dom koło Gamviku na Półwyspie Nordkinn (fot. Ilona Wiśniewska)Opuszczony dom koło Gamviku na Półwyspie Nordkinn (fot. Ilona Wiśniewska)

„Hen” to opowieść o ludziach i ich przywiązaniu do ziemi. Bardzo niegościnnej, a jednak ich własnej. Biorąc pod uwagę, że - tak jak pisałaś - nawet wśród samych Norwegów Finnmark uważany jest za swoisty „koniec świata”, jest to bardzo trudna miłość, nie uważasz?

- Trudną miłość przynajmniej długo się pamięta! Jestem właśnie w północnej Norwegii, gdzie trwa sezon na suszone ryby. To znaczy, że na drewnianych stojakach wzdłuż wybrzeża suszą się miliony dorszy. Śmierdzi strasznie, ale Norwegowie powtarzają, że to zapach pieniędzy. Północna ziemia nie jest mniej gościnna niż gdzie indziej, służy po prostu do czego innego niż na południu, bo rzadko się ją uprawia. Tutaj najważniejsze jest morze.

„Hen” to książka o starości na Północy, o ludziach, którzy nigdy stąd nie wyjechali, którzy zaraz umrą albo umierają zaraz po tym, kiedy opowiedzieli mi fragment swojego życia. Dla jednych Finnmark to koniec świata, dla moich bohaterów to jego początek. Im dłużej tu jestem, tym bardziej skłaniam się do myśli, że tu jest wszystko, czego potrzeba.

Kiedy czytałem twoją książkę, odniosłem wrażenie, że bycie „Północnym”, czyli mieszkańcem krańców Norwegii, to w pewnym sensie stan umysłu. Powód do dumy, która jest pewnego rodzaju tarczą przed wszystkimi przeciwnościami.

- Tak, to się rozumie po pierwszym zimowym orkanie, po pierwszym nieprzespanym tygodniu, kiedy wieje tak, że słychać tylko te najgorsze myśli. Nie jest się w stanie nad nimi zapanować, ale jednocześnie ostatnią rzeczą, którą się robi, to prosi kogoś o pomoc.

Zaciekawiło mnie bardzo prawo Jante, któremu wierni są starsi mieszkańcy Finnmarku. To zbiór zasad, w myśl których człowiek nie ma wielkiego wpływu na swój los. W dodatku nie powinien mieć o sobie zbyt dobrego mniemania, a tym bardziej wierzyć w to, że komuś na nim zależy. To twarde prawo i mocno fatalistyczne.

- Prawo miasteczka Jante pochodzi z duńskiej książki napisanej w latach 30. XX wieku przez Aksela Sandemose. Zasady tam zebrane to dyskusyjny temat w całej Skandynawii, gdzie w dobrym tonie jest niewywyższanie się oraz nieobnoszenie z zamożnością, w ogóle niewychylanie się. Jedni uważają, że to właśnie prawo Jante ich ukształtowało, inni temat bagatelizują. Co ciekawe, nie ma tutaj znaczenia wiek czy wykształcenie.

Z polskiej perspektywy, gdzie każdy jest specjalistą w nie swojej dziedzinie i gdzie kwitnie zadęty indywidualizm, takie zrównanie wszystkich to naprawdę dobra lekcja pokory. Dla mnie takim Jante Finnmarku jest właśnie surowy klimat, który sprawia, że najrozsądniej stać za kimś w szeregu, bo wtedy przynajmniej jest się osłoniętym od wiatru.

Vardo przed orkanem Ole w 2015 roku (fot. Ilona Wiśniewska)Vardo przed orkanem Ole w 2015 roku (fot. Ilona Wiśniewska)

Przedstawicielem starszego pokolenia „Północnych” jest Ibert Amundsen. Starzec będący żywą kroniką powojennej historii Finnmarku. Napisałaś o nim, iż „siedzi z widokiem na murowaną ścianę i wybiela przeszłość, w kółko wracając do tych samych historii, w których przemilcza przemoc”. To twardy człowiek, jednocześnie mocno kontrowersyjny.

- I - skoro już postanowiliśmy nie generalizować - typowy przedstawiciel północnej Norwegii, wyważony, pracowity i bezkompromisowy. Ibert to mężczyzna o wspaniałej pamięci, znający wiele opowieści, które przez lata domagały się spisania, ale których on nigdy nie spisał, bo nie wiedział, jak zacząć. Ibert to człowiek tonący na starość w swoich wspomnieniach, dla własnego dobra zapominający albo przeinaczający wiele wydarzeń, a inne rozbierający na części pierwsze. Nie sądzę, że jest bardziej kontrowersyjny niż inni starcy, którzy w życiu nie zdążyli powiedzieć swoim dzieciom, że je kochają albo przeprosić za to, że wychowywali je twardą ręką. „Hen” to opowieść o mechanizmach spotykanych wszędzie, w tym bezdrzewnym krajobrazie jedynie być może bardziej widocznych.

Dużo uwagi poświęcasz kwestii Saamów, czyli Lapończyków. Ludności etnicznej, którą Norwegowie mocno marginalizowali i która musiała walczyć o swoje prawa, przeciwdziałać przesiedleniom. I tak naprawdę cały czas walczy o swoje miejsce. Rdzenni, jak o nich mówiono, nie cieszą się szczególną sympatią. Utarło się nawet powiedzenie, że gdzie kończy się asfalt, tam zaczynają się Saamowie.

- A to tylko jedno z łagodniejszych powiedzeń. Saamowie przez lata byli poddawani przymusowej asymilacji, a potem długo upominali się o należne sobie miejsce w norweskim społeczeństwie. Na Północy te podziały są najbardziej widoczne, bo tutaj rdzenni są sąsiadami, nie elementem folkloru. Znam różnych Norwegów - takich, którzy do Saamów mają ogromny szacunek, ale też i takich, którzy nadal uważają ich za drugą kategorię ludzi o krzywych nogach i brakach w higienie. Saamowie odwdzięczają się tym samym, wielu nie przebiera w słowach, komentując politykę rządu z Oslo.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że to nie jest eskalujący konflikt, który doprowadzi do jakichś znaczących zmian w tym regionie. To jest w dużej mierze konflikt interesów. Z tego, co mi wiadomo, sytuacja Saamów w Norwegii i tak jest świetna w porównaniu z sąsiednimi krajami, w których mieszkają - Finlandią, Szwecją i Rosją.

Rozmawiając o Saamach, nie sposób nie wspomnieć o nieco zabobonnej wierze mieszkańców Finnmarku. Piszesz o strachu przed klątwami Saamów, złych duchach krążących w nocy po pustkowiach, w innym miejscu wspominasz o dziadku Henry'ego Evenesa, który potrafił leczyć zamawianiem, i o lihkadus, ekstatycznym stanie, w który lastadianie wprowadzali się podczas nabożeństw. To wszystko w zestawieniu z miejscem, w którym toczy się twoja opowieść, daje wrażenie odrealnienia i baśniowości.

- Z perspektywy Północy wiara w jakiegokolwiek chrześcijańskiego boga to właśnie czysty zabobon, bo tutaj wierzy się w morze, w pracę i w siebie. Morze jest bliżej niż niebo. Nigdy nie bagatelizowałabym umiejętności Saamów do panowania nad siłami natury, bo oni mają z nią o wiele silniejszy kontakt niż ktokolwiek z nas. Ja sama nie wierzę w żadnego boga, ale po kilku latach spędzonych w surowym klimacie wierzę, że są ludzie, którzy potrafią więcej. Na początku też mi się to wydawało magiczne, ale teraz już wiem, że trzeba się po prostu porządnie zachowywać, zwłaszcza w Kraju Saamów, bo nigdy nie wiadomo, czym się komuś zalezie za skórę. To się po pewnym czasie po prostu wie, widzi w spojrzeniach.

Kokon na Steilneset, miejsce upamiętniające palenie czarownic w północnej Norwegii (fot. Ilona Wiśniewska)Kokon na Steilneset, miejsce upamiętniające palenie czarownic w północnej Norwegii (fot. Ilona Wiśniewska)

Opisując miasto Vardo zaznaczasz, że ono nie potrzebuje współczucia. Że przyjeżdża się tam na własne ryzyko. Jednocześnie to piękny przykład miasta, które po swoim, nazwijmy to, upadku rozkwita na nowo.

- Vardo to ostatnie miasto północnej Norwegii, z którego widać już Rosję. To zarazem moje ukochane miejsce w tym kraju, bo jest w równym stopniu brudne i zapyziałe, co naładowane historią. To miasto, z którego w latach 90. wyprowadziła się połowa mieszkańców, a ci, którzy zostali, stanowią najlepszy przykład „Północnych” pogodzonych z miejscem, skotłowanym wichrem i nierzadko beznadziejną samotnością. Ale tu nikomu się nie współczuje, nikt nie narzeka. Z pogodą nic się nie da zrobić, a - jak mówią sami mieszkańcy - nigdzie indziej nie ma tyle nieba, co w Vardo.

Dlaczego właśnie ci nie wyjechali? Wybrali życie w Vardo? To strach przed zmianami, przed światem, czy bardziej kwestia przywiązania?

- Nie wyjechali, bo na Północy ludzie są bardzo przywiązani do tego, skąd pochodzą. Ci starsi nie wyjeżdżali, bo kiedyś aż tyle się nie wyjeżdżało, zwłaszcza z miejsc, które nie były połączone z resztą kraju drogą inną niż morska. A często też po prostu nie ma się dokąd wyjechać.

Jeden z opuszczonych domów w Vardo, który pomalowano podczas festiwalu streetartowego Komafest (fot. Ilona Wiśniewska)Jeden z opuszczonych domów w Vardo, który pomalowano podczas festiwalu streetartowego Komafest (fot. Ilona Wiśniewska)

Znasz bardzo dobrze Norwegię, jej mieszkańców, ich mentalność, codzienność. Czytając „Hen” zastanawiałem się cały czas, czy my, Polacy, odnaleźlibyśmy się w takim miejscu jak Finnmark? Czy nasza mentalność bardzo różni się od tej, jaką mają „Północni”?

- Nie odważyłabym się powiedzieć, że znam Norwegię. Mam nadzieję, że w miarę dobrze poruszam się po jej północnych rubieżach, że trochę już rozumiem. „Północni” mają o wiele więcej luzu niż my. Mają takie powiedzenie: Det ordner seg, czyli Ułoży się i wiesz, z reguły się układa. Jeden z bohaterów mojej książki mówi, że Vardo to lustro. Że dostaje się podwójnie to, co się samemu daje. Myślę, że można to określenie podciągnąć pod całą Północ. Tu jest zimno. A zimno obnaża w człowieku jego najlepsze i najgorsze cechy charakteru.

Żegnając się z emerytowanymi bohaterkami „Hen”, po miesiącach pracy nad książką w Vardo, usłyszałam od nich, że należę do tego miejsca, i wiedziałam, że nie żartują. Czasem nie wiem, czy to dobra wiadomość, bo Północ zostawia trwałe ślady na skórze.

Książki Ilony Wiśniewskiej są dostępne w Publio.pl>>

"Hen"; "Białe", Ilona Wiśniewska (fot. materiały promocyjne)

Ilona Wiśniewska. Ur. 1981 r. Reporterka i fotografka, współpracuje z „Polityką” i magazynami podróżniczymi. Pochodzi z Prószkowa koło Opola. Autorka reportażu Białe. Zimna wyspa Spitsbergen, za który była nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej i tytułu Kobiety Roku 2015 w plebiscycie portalu wp.pl. Mieszka na północy Norwegii.

Mateusz Uciński. Dziennikarz. Współpracuje z działem Kultura portalu Gazeta.pl, publikował także w Dzienniku Gazecie Prawnej. Recenzent książek i autor wielu wywiadów z polskimi pisarzami. Pasjonat literatury w każdym jej wydaniu, muzyki i fotografii, której uliczną odmianę namiętnie uprawia.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (26)
Zaloguj się
  • simona_gwizdziel

    Oceniono 46 razy 36

    Pociąga mnie północ i ostatnio się zastanawiam czy nie przeprowadzić się z deszczowej Anglii gdzieś na daleką północ. Moje doświadczenie to środkowa Finlandia (Kuopio), dość dawno temu i prawdę mówiąc cały czas mam uczucie niedosytu, wydaje mi się, że jest tam coś, czego nie załatwiłem, co do mnie wraca. Coś w przyrodzie ale i w naturze ludzkiej. Boję się jedynie, że będąc po pięćdziesiątce, sobie nie poradzę. Z wieloma rzeczami, z ludzkim murem, z klimatem, mentalnością. A także z tym, o czym mówi autorka, z utratą czy to niewinności czy też umiaru. Jednak od lat 80. sporo się zmieniło, ze stosunkiem do obcych włącznie. Ale powoli dojrzewam do tej decyzji. Może to będzie Kirkenes, może Kiruna, Ujtsjoki - pożyjemy, zobaczymy. Najmniej się boję języka, mówię po szwedzku, fińsku i rozumiem norweski. Ale całą reszta to biała (w przenośni i dosłownie) karta. Zobaczymy.

  • Maciej Nosówka

    Oceniono 39 razy 23

    "Norwegowie też bazują na stereotypowych wyobrażeniach Polaków, czyli krótko ostrzyżonych budowlańców w sportowych ubraniach przemycających sześciopaki żubra z kraju rządzonego przez reakcyjny rząd pseudokatolików." No i gdzie jest to uproszczenie?

  • biebrzanska

    Oceniono 15 razy 13

    Pani Ilono!
    Kocham Vardo i Finnnmark. Byłam tam parokrotnie i wciąż mam ochotę wracać. Dlatego już zamówiłam 'Hen'.
    Kocham też Spistbergen, choć byłam tam tylko raz. Pani 'Białe' przeczytałam kilkanaście razy, a jedego z bohaterów spotkałam i rozmawiałam o Pani :)
    Dziękuję za 'Białe'. Za 'Hen' podziękuję po przeczytaniu.
    Pozdrawiam serdecznie.

  • kapitan.kirk

    Oceniono 12 razy 10

    Gwoli ścisłości, akcja "Dzieci z Bullerbyn" toczy się nie w Norwegii, a w Szwecji, i to bynajmniej nie na północy :-)
    Pzdr

  • nika3

    Oceniono 7 razy 5

    życie tam nie jest nie jest lekkie, łatwe i przyjemne . obecnie Andenes : kilka stopni, niedawno śnieg, deszcz, wiatr, dzień polarny, puste ulice - wszyscy siedzą w domu , integracja z mieszkańcami zerowa

  • cham_nie_pan

    Oceniono 7 razy 1

    Jak przetłumaczyć ten napis na domu: it's not down on any mar true places never are? Bo translator nie daje rady.

  • kibiczdala

    0

    "Nigdy nie bagatelizowałabym umiejętności Saamów do panowania nad siłami natury", ta Pani mowi a potem "Ja sama nie wierzę w żadnego boga" ,to znaczy ze ta Pani to czysty okult. Pisze z nienawiscia o chrzescijanskim Bogu. Po co takie wstawki. ???

  • eklerek30

    Oceniono 2 razy 0

    Zabierz mnie ze sobą.mam ten zew połnocy.czesto o tym mysle.jezyka sie naucze.bardzo zajmuje mi czas myślenie o tych regionach surowych Norwegii.chcialbym tam byc.nic mnie tu nie trzyma w kraju.wiadomo róznie moze byc ale warto sprobowac zyc .

  • dowodca_szwadronow

    Oceniono 17 razy -5

    "Dzieci z Bullerbyn" rozgrywają się w Szwecji, a nie w Norwegii, panie redahtorze.

    Poza tym nie rozumiem, dlaczego każdy niemalże wywiad na Gazecie musi być podszyty ironią i lekceważeniem Polaków i polskiej kultury. Po co?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX