(fot. Tomek Perczyński / Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)

wywiad gazeta.pl

Kontroler lotów: Bywa, że czuję strach. Mam na łączności 20 samolotów naraz. A w każdym średnio 180 osób

Kiedy na pokładzie samolotu dzieje się coś złego, kontroler lotów musi zachować spokój. - Nie mogę do pilota mówić drżącym głosem. Muszę być opanowany i merytoryczny, choć w środku dzieje się we mnie to samo, co w każdym człowieku - mówi Janusz Janiszewski, kontroler lotów z wieloletnim stażem.

Pierwsze skojarzenie, gdy mówię "latanie"?

- Ekscytacja. Mój ojciec jest pilotem. Pierwszy raz znalazłem się w samolocie jeszcze w brzuchu mamy. A potem wiele razy latałem z tatą.

I myślał pan sobie wtedy: jak dorosnę, też zostanę pilotem?

- Nie. Nie myślałem w ten sposób. Po prostu odziedziczyłem pasję do lotnictwa. Jak mówi stare przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. W ten sposób lataniem nasiąkłem, ale pilotem nie zostałem. Zaraz po maturze przyszedł mi do głowy pomysł, żeby spróbować podjąć wyzwanie i zostać kontrolerem lotów. Miałem wówczas 20 lat, spróbowałem i nadal pracuję w tym zawodzie.

Czemu pan nie chciał być pilotem?

- Mama nie dałaby rady z dwoma pilotami w domu, a kontrola ruchu lotniczego jest równie fascynująca, jak pilotowanie.

Naprawdę?

- Proszę na to spojrzeć w ten sposób: ja, jako kontroler, mam na łączności 20 samolotów jednocześnie. A w każdym średnio 180 osób.

Janusz Januszewski z tego stanowiska kontroluje loty (fot. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)Janusz Januszewski z tego stanowiska kontroluje loty (fot. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)

Czuje się pan wtedy tak, jakby pilotował?

- Raczej jakbym w pewnym sensie te samoloty prowadził. Moja praca jest niczym układanka puzzli, tyle że obraz konieczny do złożenia w całość nieustannie się zmienia. Kontroler ruchu lotniczego bez przerwy dopasowuje swoje decyzje do zmieniających się okoliczności. Dla każdej nowej sytuacji musi mieć przynajmniej cztery rozwiązania.

Ile ma czasu, by je znaleźć?

- Pracuję w tzw. niedoczasie. Zawsze muszę wyprzedzać to, co się może wydarzyć. Jeśli cokolwiek nietypowego miałoby nastąpić, muszę mieć gotowy plan na 15-20 minut do przodu. Co więcej - cały czas ten plan modyfikuję.

Wszystko pan potrafi przewidzieć?

- Nikt tego nie potrafi, chociaż czasami zdarza się, że nazywa się nas "aniołami przestrzeni". Prawdę powiedziawszy, jesteśmy uczeni radzenia sobie w sytuacjach niezwykłych, awaryjnych, skrajnie kryzysowych. W takich chwilach trzeba coś wymyślić "na już". Na szybko. Oczywiście takie sytuacje są skodyfikowane i opisane w naszych dokumentach.

Może pan podać przykład takiej sytuacji?

- Proszę sobie wyobrazić, że doszło do zadymienia w kokpicie samolotu. Pilot rozpoczął tzw. zniżanie awaryjne, co zapowiedział bezpośrednio do mnie. W ułamku sekundy musiałem podjąć decyzję, gdzie przekierować samoloty, które są pod nim i obok niego. W jednym sektorze kontroler może mieć bowiem jednocześnie na łączach do 20 samolotów, które właśnie są w powietrzu. W ciągu godziny to jest nawet 50-60 samolotów. A proszę pamiętać - każdy leci z prędkością 800 kilometrów na godzinę, więc jeśli lecą naprzeciwko siebie, osiągają prędkość zbliżania około 1600 kilometrów na godzinę. Czyli w minutę pokonują 30 kilometrów. Dlatego uczy się nas myślenia do przodu.

Jedno z najsłynniejszych awaryjnych lądowań w ostatnich latach odbyło się 1 listopada 2011 r. na Lotnisku Chopina w Warszawie. Było to jedyne w historii tego portu lotniczego lądowanie ze schowanym podwoziem (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)Jedno z najsłynniejszych awaryjnych lądowań w ostatnich latach odbyło się 1 listopada 2011 r. na Lotnisku Chopina w Warszawie. Było to jedyne w historii tego portu lotniczego lądowanie ze schowanym podwoziem (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Pilot nadaje komunikat "emergency" i...?

- ... trzeba działać. Skręcam samolot, zniżam, cały czas skupiając się na całym obszarze, na którym właśnie pracuję. Oprócz tego muszę słyszeć, co mówi pracujący obok kolega i analizować. Ta praca polega przede wszystkim na absolutnym podziale uwagi, koncentracji oraz analizie i jeszcze raz analizie.

To potwornie trudne.

- To prawda, nie jest to zadanie lekkie. Dlatego jeden sektor na niebie zawsze śledzi dwóch kontrolerów. Pierwszy zajmuje się planowaniem wszelkich działań lotniczych, także w porozumieniu z ościennymi krajami. Drugi to kontroler radarowy, który bezpośrednio wydaje instrukcje pilotom.

Ja mam uprawnienia, żeby robić i jedno, i drugie. I robię to, zależnie od swojej zmiany. Jeżeli jestem akurat kontrolerem radarowym, to siedzę przed wskaźnikami z radaru, analizuję je i moim zadaniem jest to, aby każdy z pasażerów spokojnie doleciał z punktu A do punktu B. Pilnuję, żeby samoloty mijały się w bezpiecznych, ściśle określonych odległościach.

Wszyscy siedzicie w wieży kontroli lotów?

- To mit, że kontrolerzy ruchu lotniczego pracują wyłącznie w wieżach kontroli lotniska. Tam jest miejsce dla kilku kontrolerów odpowiedzialnych za nadzór nad operacjami na lotnisku, w tym startami i lądowaniami.

Pracuję w tzw. sali operacyjnej, w centrum zarządzania ruchem lotniczym. To potężna przestrzeń usytuowana tuż pod samą wieżą lotniska. Samo serce kontroli ruchu lotniczego w Polsce. Słowa, których użyłem - tzn. sala operacyjna i serce - mogą budzić skojarzenia z pracą chirurga. W kontekście precyzji wykonania, skupienia i adrenaliny z pewnością skojarzenia byłyby właściwe. W mojej sali operacyjnej pracują równocześnie koledzy, którzy zajmują się małymi samolotami, takimi jak awionetki czy cessny oraz ci, którzy prowadzą polskie lotnictwo wojskowe.

Sala operacyjna w Centrum Zarządzania Ruchem Lotniczym (fot. Tomek Perczyński / Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)Sala operacyjna w Centrum Zarządzania Ruchem Lotniczym (fot. Tomek Perczyński / Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)

Obawiam się, że zaraz się pogubię.

- Wyjaśnię pani - kontrola ruchu lotniczego dzieli się na trzy elementy. Są to: kontrola lotniska, czyli wieża, kontrola zbliżania, obejmująca samoloty, które przylatują i odlatują z lotnisk, oraz kontrola obszaru, w której ja pracuję. Przeprowadzam samoloty w polskiej przestrzeni powietrznej od wysokości 3 kilometrów do samego nieba. Widzę na monitorach zarówno samoloty przelatujące nad Polską, jak i te, które do nas dolatują i odlatują z polskich lotnisk. Każdy z tych elementów jest równie ważny.

Powiedział pan, że pracuje w niedoczasie. Ile ma pan czasu na podjęcie decyzji?

- Raczej ułamki sekund niż sekundę.

Ten czas dla pana płynie wtedy inaczej? Wolniej?

- Faktycznie zwalnia. Ale jesteśmy tak szkoleni, że sekunda to dla nas praktycznie dłuższa chwila. Czas, w którym mogę bezpiecznie przeprowadzić pasażerów z punktu A do punktu B. To najważniejsze. Nie zastanawiam się, ile mi to zajmuje sekund.

Bywa, że się pan boi, czy podjął dobrą decyzję?

- Każdy z nas ma obawy. Byłbym głupcem, gdybym powiedział, że nie boję się niczego. Ale nas szkoli się tak, byśmy potrafili ten strach powstrzymać, nie myśleć o nim. Kontroler musi rozmawiać z pilotem spokojnie, ponieważ w awaryjnej sytuacji pilot właśnie tego od nas wymaga. Mój spokojny głos pozwala mu nabrać świadomości i pewności, że ktoś go pilnuje, że ma wsparcie. Nie mogę mówić drżącym głosem. Muszę być opanowany i merytoryczny, pomimo że w środku dzieje się we mnie to samo, co w każdym człowieku.

To znaczy co?

- No cóż, bywa nerwowo. Bywa, że czuję strach. Ale uczy nas się działania mimo tego strachu. Odwaga nie polega na nieodczuwaniu go, ale właśnie na umiejętności funkcjonowania mimo niego. Po prostu mam obowiązek działać. Świat kontroli lotów jest zero-jedynkowy. Wynik zawsze powinien być pozytywny.

Zdarzyło się panu, że go nie miał?

- W polskiej przestrzeni powietrznej każdego dnia notujemy 2,5 tysiąca operacji lotniczych. A w przestrzeni europejskiej pół miliona. Statystycznie rzecz biorąc, zawsze coś się może wydarzyć. Kontrolerzy dzielą się na takich, którym przydarzyły się przykre sytuacje, i takich, którzy mają je jeszcze przed sobą. Ja miałem już sytuacje awaryjne. Tę, o której pani wspomniałem, czyli dym na pokładzie, a także pęknięcie szyby w samolocie. To się zdarza. Na szczęście rzadko. Aczkolwiek każdy z nas na pewno się z czymś takim spotka co najmniej raz w życiu.

Wieża kontroli lotniska (fot. Tomek Perczyński / Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)Wieża kontroli lotniska (fot. Tomek Perczyński / Polska Agencja Żeglugi Powietrznej)

Jak pan sobie radzi z tą świadomością, z tym ogromnym stresem?

- Ten stres zawsze się w człowieku kumuluje. Ale uczy się nas radzenia sobie z nim - zarówno na szkoleniach przed podjęciem pracy, jak i później, gdy już pracujemy. Mamy dwa specjalne programy, które wspierają nas w walce ze stresem oraz w sytuacjach krytycznych. Odbywają się cyklicznie. Psychologowie są dostępni na każde nasze wezwanie. Uczy nas się także wykorzystywać stres jako motywator do dalszych działań. Poza tym każdy z nas radzi sobie z nim indywidualnie. Choć przyznam, że wszyscy jesteśmy trochę uzależnieni od adrenaliny. Nie potrafimy już bez niej żyć. Wielu z nas uprawia sporty ekstremalne, np. bungy jumping z najwyższych mostów świata. Latamy, jeździmy na motocyklach.

A pan?

- Adrenaliny mam aż nadto. Mam czwórkę dzieci i uroczą żonę. Cała piątka, proszę mi wierzyć, dostarcza mi ekstremalnych doznań. Zawsze powtarzam, że tak jak mam piękną rodzinę, mam również piękny zawód, który będę chciał wykonywać do końca życia, bez względu na zarobki.

Swoją drogą - podobno pensje kontrolerów są wysokie. Zależnie od stażu mieszczą się w widełkach między 10 a 20 tysięcy złotych miesięcznie.

- Są adekwatne do odpowiedzialności, jaka na nas ciąży. Odpowiedzialności za życie setek tysięcy osób dziennie.

Proszę nie przeliczać bezpieczeństwa i życia ludzi na konkretne kwoty czy widełki. Zarobki polskich kontrolerów mieszczą się w średniej europejskiej. Proszę pamiętać, że każde działanie kontrolera jest obwarowane przepisami prawa lotniczego i kodeksu karnego. Za spowodowanie katastrofy grozi do 12 lat więzienia.

Kontroler może przejść na emeryturę po 67. roku życia. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł pracować w wieku sześćdziesięciu paru lat. To jest mało realne, zresztą statystyki pokazują, że niewielu kontrolerów przechodzi na emeryturę bezpośrednio sprzed radaru.

Ewakuacja pasażerow samolotu Boeing 777 tureckich linii lotniczych (Turkish Airlines), 30 lipca 2015 r. lądował awaryjnie na Okęciu z powodu podejrzenia podłożenia ładunku wybuchowego (fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)Ewakuacja pasażerów samolotu Boeing 777 tureckich linii lotniczych (Turkish Airlines), 30 lipca 2015 r. lądował awaryjnie na Okęciu z powodu podejrzenia podłożenia ładunku wybuchowego (fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)

Praca niezwykle stresująca, ale dniówka krótsza niż osiem godzin?

- Kontroler ruchu lotniczego pracuje 30 godzin tygodniowo. Zmiana to 7,5 godziny, ale wygląda to w następujący sposób: dwie godziny na stanowisku operacyjnym, jedna godzina przerwy, znowu dwie godziny na stanowisku, godzina przerwy i na koniec półtorej godziny na stanowisku. Tak to jest zorganizowane na całym świecie - przez te 5,5 godziny zmiany trzeba być maksymalnie skupionym. Policzono, że taki właśnie czas jest optymalny dla możliwości poznawczych mózgu. Gdy jest duży ruch, dwie godziny mijają mi w okamgnieniu.

Po dniówce czuje się pan jak po przejażdżce kolejką wysokogórską?

- Jeśli są to wyjątkowo ekstremalne dwie godziny, to czasem tak. Dosłownie człowiek nie wie, jak się nazywa i gdzie jest. Trzeba się zregenerować.

W Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, gdzie rozmawiamy, jest basen, sala telewizyjna, pokoje wypoczynkowe, korty. Co pan wybiera?

- Oglądam telewizję.

Jakiś ulubiony serial?

- Nie, właściwie skaczę pilotem po kanałach.

Czyli nadal pan "lata".

- Nieustannie. A po pracy lubię sobie pobiegać.

I potrafi się pan zupełnie odciąć?

- Zupełnie nie. Czasem, gdy spotykamy się z kolegami poza pracą, i tak snujemy opowieści lotnicze.

Idziecie na piwo po pracy, a i tak rozmawiacie o lataniu?

- Zawsze.

Pasjonaci.

- Tak. Ta praca to pasja. My tym żyjemy. Chociaż nie bez przerwy analizujemy przeżyte sytuacje. Swoim praktykantom powtarzam: - Co było, to było. Wyciągnij z tego lekcję i idź do przodu.

Proszę powiedzieć szczerze - z tak ogromną wiedzą nie boi się pan latać?

- Nie. Zresztą w ramach ciągłych szkoleń możemy raz w roku polecieć w rejs z pilotami. Jestem przyzwyczajony do latania. Cała nasza rodzina jest zainfekowana lataniem. Co prawda syn na razie o pracy pilota nie wspomina, ale you never know, jak mawiają Amerykanie.

Wywiad opublikowaliśmy po raz pierwszy w maju 2016 r.

Janusz Janiszewski. Senior kontroler obszaru, instruktor kontroli ruchu lotniczego w Centrum Zarządzania Ruchem Lotniczym w Warszawie. Pracuje od 17 lat. Ma wyższe wykształcenie ekonomiczne oraz z zarządzania ruchem lotniczym. Zna biegle język angielski, a w stopniu podstawowym niemiecki i rosyjski. Ma 37 lat.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (119)
Zaloguj się
  • kingstonny

    Oceniono 96 razy -46

    Ten pan ma stress? To jak pracuja kontrolerzy we Frankfurcie, Londynie, Tokio, Nowym Jorku, itd,itd.?

  • spector1

    Oceniono 71 razy -37

    Artykuł o Batmanie przestrzeni powietrznej nadaje się dla fanów telewizji śniadaniowej.

    Tylko oni bez zastrzeżeń kupią taki gniot.
    Sam bohater artykułu, bez uzasadnienia, wpada w samozachwyt.
    Ciekawe, gdy nastąpią cięcia (obcięcie zarobków np o 30%) będzie on strajkował.
    35 lat temu w USA zastrajkowało 11359 air-traffic controllers. Czuli się oni, tak jak nasz super hero,
    wyjątkowi, irreplaceable & invicible.

    Okazało się, że prawdziwym hero był tylko Ronald Reagan, który wyrzucił z pracy wszystkich nielegalnie strajkujących ATC z dożywotnim zakazem pracy jako ATC. Wszystko szybko w USA powróciło do normy.
    Tak jak 35 lat temu w USA, tak obecnie w Polsce bez problemu można by zwolnić wszystkich nielegalnie strajkujących ATC. Obecne warunki w Polsce są analogiczne do amerykańskich z 1981r.

    Nic w tym śniadaniowym gniocie nie ma o problemach porozumiewania się z pilotami z Indii, Malezji czy
    Ameryki Pd. Banalna cyfra 15 zle wypowiedziana ,mylona jest z cyfra 50.
    Co ze szkoleniem angielskiego pilotów i kontrolerów? Czy kontroler zgłasza zarządowi lotniska
    pilota ,który ma braki językowe?

    Sporty ekstremalne? Chyba nasz hero nie ma specjalnego ubezpieczenia. Który ubezpieczyciel
    by zezwolił na uprawianie sportów ekstremalnych? Jak to wygląda w innych krajach UE?

    Wiem, że prawdziwi batmani nie piją czy ćpaja. Czy nasz hero , tak jak prawdziwy Batman ,
    jest zawsze w 100% formie, szczególnie w poniedziałek.

    Ciekaw jestem czy nasz hero, który nie obawia się latania, byłby zrelaksowany widząc wielki napis
    na skrzydle "Made in China". Ten temat to też tabu.

    Spector

  • wg70

    Oceniono 64 razy -28

    "Mam na łączności 20 samolotów naraz" - gościu pieprzy jakby był naćpany!!!
    Gdzie on robi, w Londynie???
    Nad całą Polską jest w tej chwili około 50 samolotów

  • citydude

    Oceniono 65 razy -27

    Facet się gloryfikuje ile może, ale słowem nie wspomniał że oprogramowanie i komputerowe algorytmy są wstanie tą robotę zrobić lepiej, taniej i bezpieczniej prowadzić samoloty. To samo dotyczy zawodu pilota.
    Jako pasażer wolał bym aby samoloty były całkowicie prowadzone przez komputery, to by wyeliminowało polską ułańską fantazje oraz częste zaburzenia osobowości.

  • takinikt

    Oceniono 46 razy -24

    Oczywiście odpowiedzialność jest ogromna, ale bez przesady - to Warszawa - dwa terminale, lotnisko wielkości Luton obok Londynu, ruch jak na dworcu autobusowym w Turku.

    Nie ma porównania do takiego Heathrow, albo lotnisk w Chinach, czy NY.

    To jak gra w węża na nokii na pierwszym poziomie trudności.

    Śmieszą mnie takie wywiady.

  • spector1

    Oceniono 22 razy -18

    Cienkie ma też nasz Batman hobby.

    Latał po całym świecie. Odwiedził zapewne Chicago czy NY.
    Chyba jednak nie slyszal nawet o legendarnym zespole Chicago Blues All-Stars ,
    w ktorym gra na gitarze znany chirurg otopeda, spolecznik - Daniel Ivankovich.
    Wyciaga on dramatu chorych, operujac za darmo tych, ktorzy nie maja pieniędzy.

    en.wikipedia.org/wiki/Daniel_Ivankovich

    Kim jest nasz batman w porównaniu do Daniela I? Więcej zarabia od Daniela I? Jego batmanskie
    sztuczki wielcej warte od talentu Daniela I? Bieglejszy jest też w j.angielskim?
    Ciekaw jestem czy zabralby on biedne, zdolne dziecko do Chicago na koncert Chicago Blues All-Stars.
    Bilety nie sa na kieszen nawet przecietnego czarnego.
    Na koncercie nie ich nie widzialem .

    Nasz batman zostal zdemaskowany.
    Tak nieudolny PR smierdział na odległość.

    Spector

  • nieufamkobietom

    Oceniono 6 razy -4

    Nie lotniska tylko Porty zeglugi powietrznej.
    Nie samoloty tylko Statki powietrzne,

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX