(fot. iStockphoto.com)

społeczeństwo

#stopmodnejdepresji. Dwie nastolatki walczą z lansem na zaburzenia psychiczne. Wiedzą, co robią

Trzynastoletnia Amelia* z powodu depresji spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym. U szesnastoletniej Toni* depresja rozwinęła się w gimnazjum, gdzie takie problemy miało wielu uczniów. Dziś Amelia i Tonia wspólnie starają się pomóc innym chorym dzieciakom i przeciwdziałać ''modzie na depresję'' szerzącej się wśród rówieśników.

Tonia

- Mam szesnaście lat - mówi mi na dzień dobry sympatyczna blondynka. Antonina nazywana jest przez kolegów Tonią, sama zresztą też tak się przedstawia. Uczy się w pierwszej klasie liceum. Po lekcjach spotyka się z psychiatrą i psychologiem. Od pół roku korzysta z ich pomocy i łyka "tabletki szczęścia", czyli antydepresanty.

- Już w podstawówce miałam problemy ze sobą, głównie z samoakceptacją - wyjaśnia Tonia. Mówi pewnym głosem, sporo się uśmiecha. I przyznaje - uprzedzając moje pytanie - że na pierwszy rzut oka często sprawia wrażenie najzupełniej szczęśliwej. Ale to pozory. - Nie mogłam pogodzić się z moimi wadami i słabościami, co doprowadziło mnie do zaburzeń odżywiania. Po roku przeszłam z anoreksji do depresji. Spore znaczenie miała w moim przypadku społeczna presja na doskonałość. Przecież nie wszyscy są fantastyczni i piękni jak na billboardach. Tak fantastyczna i piękna nie jestem też ja.

W podstawówce Tonia miała kłopoty z uzyskaniem akceptacji otoczenia. Sama nie do końca wie dlaczego. Przypuszcza, że chodziło o wygląd. Każda dziewczynka w klasie trenowała jakiś sport. Tonia jedynie taniec. I nie była tak zgrabna jak koleżanki. W dodatku nie znała ich zbyt dobrze. Dołączyła do klasy jako "nowa". Tymczasem niektórzy przyjaźnili się już od przedszkola. - Po prostu mnie nie lubili i nie kryli tego - mówi nastolatka. - Bardzo się starałam dostosować, przypodobać, upodobnić do nich, ale nic z tego. Tak naprawdę dopiero w gimnazjum poczułam, że tam pasuję i że znalazłam "bratnie dusze".

U szesnastoletniej Toni depresja rozwinęła się w gimnazjum; zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.com)U szesnastoletniej Toni depresja rozwinęła się w gimnazjum; zdjęcie ilustracyjne (fot. iStockphoto.com)

W gimnazjum - zresztą jednym z najbardziej elitarnych w stolicy - okazało się, że dwie trzecie klasy ma problemy takie jak Tonia. - Bo z depresją tak już jest, że nie musi wynikać wyłącznie z życiowej sytuacji danej osoby. Bywa też "zaraźliwa". Jeżeli cierpią na nią koledzy z klasy, rośnie ryzyko, że zachorują też ich znajomi - przekonuje Tonia. Z kolei psychologowie, tłumacząc przyczyny rozwijania się depresji u młodych ludzi, często wymieniają też czynniki rodzinne. Jeżeli na depresję chorują rodzice, jest większe prawdopodobieństwo, że będzie się z nią zmagać również ich dziecko.

- Choć wiemy, że depresja ma podłoże genetyczne, mechanizmy jej dziedziczenia nie zostały do końca poznane - precyzuje dr Magdalena Nowicka, psycholog. - Badania dość jednoznacznie wskazują jednak, iż dzieci depresyjnych matek chorują na tę chorobę istotnie częściej niż ich rówieśnicy, których matki są zdrowe. Nie wiadomo do końca, czy za tę zależność odpowiadają geny, czy nieprawidłowe wzorce regulacji emocji i negatywne schematy poznawcze, które te dzieci niejako przejmują.

Przyczyny depresji mogą być różne, m.in. stres związany z przeciążeniem obowiązkami, doświadczenie przemocy w rodzinie, poczucie rozpadu więzi rodzinnych, brak akceptacji. Kiedy o nich rozmawiamy, Tonia stara się bronić szkoły, w której spotkała inne dzieciaki z problemami. - Gimnazjum samo w sobie było fantastyczne, tylko myśmy się tak akurat dopasowali - wyjaśnia Tonia. - Teoretycznie wspólne problemy łączą. Z więzi między nami powinno więc płynąć wsparcie, w konsekwencji powinno nam być łatwiej. Ale my się w jakimś sensie w to wkręcaliśmy. Na tyle skutecznie, że w czerwcu byłam na pogrzebach kilku kolegów.

Jeżeli na depresję chorują rodzice, jest większe prawdopodobieństwo, że będzie się z nią zmagać również ich dziecko (fot. Pixabay.com)Jeżeli na depresję chorują rodzice, jest większe prawdopodobieństwo, że będzie się z nią zmagać również ich dziecko (fot. Pixabay.com)

Drugi plan

Trzysta pięćdziesiąt milionów. Tyle osób może dziś na całym świecie chorować na depresję, jak wynika z danych prezentowanych na stronach Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). W Polsce to około półtora miliona. Dane są szacunkowe, bo zdaniem specjalistów co drugi Polak cierpiący z powodu depresji nie podejmuje leczenia, a tym samym nie widać go w statystykach.

Szacuje się, że co trzecia osoba, która wyszła z domu i zniknęła bez śladu, chorowała na depresję. Koszty ponoszone z jej powodu przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w 2013 r. wyniosły aż 762 miliony złotych. Z kolei na leczenie pacjentów z depresją w 2013 roku Narodowy Fundusz Zdrowia wydał 163,5 miliona złotych - czytamy na stronie internetowej kampanii społecznej "Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję".

Lepiej nie będzie. Badania WHO wskazują, że liczba zachorowań wzrasta i już w 2020 roku to właśnie depresja stanie się jedną z dwóch najważniejszych - obok choroby niedokrwiennej serca - przyczyn niepełnosprawności społeczeństw. Dekadę później, w 2030 r., będzie najczęściej występującym zaburzeniem na świecie.

Depresja dotyka mężczyzn trzykrotnie częściej niż kobiety. Najczęściej chorują osoby w wieku 20-40 lat. Ale nie tylko. Dane Narodowego Funduszu Zdrowia nie pozostawiają wątpliwości: w Polsce na depresję leczy się dziś około 8 tys. nieletnich. W grupie najmłodszych są nawet kilkulatki. Wśród nastolatków - według szacunków - choruje co czwarty.

Depresja dotyka mężczyzn trzykrotnie częściej niż kobiety (fot. Pixabay.com)Depresja dotyka mężczyzn trzykrotnie częściej niż kobiety (fot. Pixabay.com)

Amelia

Amelia ma trzynaście lat. Od blisko roku leczy się z powodu depresji. Całe ubiegłoroczne wakacje spędziła w szpitalu, na dziecięcym oddziale psychiatrycznym.

- Pierwszą osobą, która zauważyła, że coś jest ze mną nie tak, była pani od muzyki - mówi. - Sporo ze sobą rozmawiałyśmy. Chodziłam na jej zajęcia, po osiem godzin tygodniowo. I to w jej obecności któregoś dnia, przypadkiem, podwinęła mi się koszulka, odsłaniając blizny po ranach i rany, które sama sobie zadawałam.

Czym się kaleczyła? O tym nie chce mówić. Boi się, że mogłaby zainspirować innych do samookaleczania. Ona od koleżanek ze szkoły dowiedziała się, jak zadawać sobie rany na tyle głębokie, by czuć ból, a jednocześnie na tyle płytkie, by nie wyrządzić sobie zbyt wielkiej krzywdy. Połowa dziewczyn z jej klasy miała w tej kwestii doświadczenie.

Depresja dopadła Amelię akurat wtedy, kiedy w domu nie było nawet z kim pogadać. Rodzice rozwiedli się dawno temu. Mama z powodu ciężkiej zakrzepicy była zamknięta na OIOM-ie. Ojca nie było na horyzoncie. Amelia i jej dwie młodsze siostry tymczasowo mieszkały z dziadkiem. - A dziadek, to wie pani, już trochę dalsza rodzina, z dziadkiem się tak nie rozmawia - wyjaśnia dziewczynka. I dodaje: - Po cichu bardzo obwiniałam się o rozstanie moich rodziców, jako najstarsza z sióstr czułam się odpowiedzialna za rodzinę, kiedy i mamy, z powodu choroby, zabrakło.

Trzynastoletnia Amelia Gruszczyńska z powodu depresji spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym (fot. archiwum prywatne)Trzynastoletnia Amelia z powodu depresji spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym (fot. archiwum prywatne)

Pierwszym specjalistą, do którego sama się zgłosiła, był ksiądz. Uczył ją religii i był równocześnie psychoterapeutą. Kiedy w końcu trafiła do lekarza psychiatry, dostała od niego skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Spędziła tam dwa miesiące. Dostawała leki, bierze je zresztą do dziś. Odwiedza oddział, na którym była leczona.

- Przychodzę tam jako wolontariuszka - mówi. - Do końca marca zbieraliśmy też pieniądze na doposażenie sali sportowej i sali cichej terapii na psychiatrycznym oddziale dziecięcym w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Józefowie. Na wspieram.to udało się zgromadzić 118 proc. potrzebnych środków, czyli 5330 złotych. Do centrum trafią więc nowe hamaki, trampolina, pufy do siedzenia, materiałowy namiot do zabawy, naklejki na ścianę, szafka, kocyki, poduszki.

#stopmodnejdepresji

Amelia razem z Tonią stworzyły i prowadzą społeczność na Facebooku i Instagramie. Porcelanowe Aniołki - taką nazwę noszą profile i strona - mają uświadomić, że depresja jest problemem, który można rozwiązać. Dziewczyny swoim doświadczeniem potwierdzają, że jedynym skutecznym sposobem na uwolnienie się od chronicznego cierpienia jest leczenie.

- Pokazujemy też, że mimo zaburzenia psychicznego można osiągać sukcesy - wyjaśnia Amelia. - Na Facebooku i Instagramie Porcelanowych Aniołków można znaleźć nie tylko alternatywy dla destrukcyjnych zachowań oraz sposoby na radzenie sobie z trudnymi emocjami, ale również konkursy, dzięki którym każdy ma szansę na odkrywanie swoich umiejętności i mocnych stron.

Plakat akcji #stopmodnejdepresji (fot. materiały prasowe)Plakat akcji #stopmodnejdepresji (fot. materiały prasowe)

Z akcją Porcelanowych Aniołków pod hasłem #stopmodnejdepresji stał projekt promowany w podstawówkach i gimnazjach w całej Polsce. Celem było nie tylko informowanie o chorobie, ale i wyrażanie sprzeciwu wobec panującej wśród młodzieży "mody" na zaburzenia psychiczne. "Mody" lansowanej w sieci przez wpisy i zdjęcia gloryfikujące depresję, a nawet wprost zachęcające do samobójstwa i autoagresji.

- Codziennie powstają w sieci setki, jeśli nie tysiące takich portali, serwisów, forów - wyjaśnia Amelia. - Dorośli nie mają o nich pojęcia, bo są dla nich niedostępne albo umieszczone w takim miejscu sieci, którego nie znajdą za pomocą zwykłej wyszukiwarki. Dzieciaki między sobą rozsyłają materiały i linki do tego typu zamkniętych grup. Obie z Tonią wiemy to doskonale, bo same trafiłyśmy do takich miejsc.

Pomóż mi

Z drugiej strony w sieci można też szukać pomocy, choćby doraźnej. - O bolesnych rzeczach dużo łatwiej nam przecież mówić w internecie, zgłaszać się na czacie, prosić o zrozumienie i wsparcie. Na przykład w Telefonie Zaufania Dla Dzieci - 116 111 - z Fundacji Dzieci Niczyje poza możliwością rozmowy telefonicznej jest także opcja rozmowy na czacie. Sama z takiej pomocy korzystałam - mówi Amelia.

ONI TAKŻE MOGĄ POMÓC:

Antydepresyjny Telefon Zaufania - 22 654 4041 (anonimowy, czynny w poniedziałki w godz. 17.00-20.00)

Tu każdy może liczyć na pomoc czuwających przy telefonie psychiatrów. Lekarze podpowiedzą, co robić, jeśli podejrzewamy u siebie lub kogoś bliskiego depresję.

Telefon dla rodziców i nauczycieli w sprawie bezpieczeństwa dzieci - 800 100100 (bezpłatny, anonimowy, czynny poniedziałek - piątek w godz. 12.00-18.00)

Tu dorośli mają szansę dowiedzieć się, jak pomóc konkretnemu dziecku doświadczającemu lub dopuszczającemu się m.in. przemocy w szkole czy cyberprzemocy. Specjaliści służą pomocą także w przypadkach wykorzystywania seksualnego, uzależnień, depresji czy zaburzeń odżywiania.

Dziewczyny twierdzą, że przydałoby się też o skali problemu uświadomić dorosłych, zarówno rodziców, jak i nauczycieli, bo ci zbyt często bagatelizują niepokojące symptomy.

Tonia: - Zdarzało się, że moi znajomi informowali o swoich problemach pedagogów, ale ci niemal za każdym razem składali gorsze samopoczucie na karb burzy hormonów. A dzieciakom odpowiadali hasłami w stylu "dzieci tak mają" albo "taki wiek". Bywało tak, że ja potem odwiedzałam te osoby i w ostatniej chwili udawało mi się przeszkodzić im w skończeniu ze sobą.

Amelia: - Mam podobne doświadczenia. Zgłaszałam w szkole wielokrotnie, że jest dziewczyna, która pilnie potrzebuje pomocy. Szkoła na to nie zareagowała. Pół roku później byłam u tej dziewczyny w szpitalu, po jej próbie samobójczej. A o tę naprawdę nie jest trudno. Często cały sprzęt potrzebny do targnięcia się na życie dzieciaki mają pod ręką, w domu.

Inna sprawa, że po młodych ludziach czasem nie widać depresji, bo - jak Tonia - maskują ją uroczym uśmiechem. Dzieci między sobą wyłapują dyskretne sygnały, dorośli - nie. Ci drudzy uważają, że drażliwość emocjonalna, zmienność nastrojów czy agresja - czyli typowe objawy depresji u dzieci i młodzieży - są objawami okresu dojrzewania lub skutkami chwilowego przemęczenia.

- Tyle tylko, że rodzic zwykle wie, jak u dziecka objawia się zmęczenie - twierdzi dr Nowicka. - Depresja jest zdecydowanie czymś więcej. Nie mija po odpoczynku. Dziecko czy nastolatek traci zainteresowanie sprawami, które dotychczas go pochłaniały, może stać się drażliwe emocjonalnie czy agresywne. Taka postawa często rodziców zaskakuje, a warto wiedzieć i pamiętać, że to jest jasny sygnał, by jak najszybciej udać się do specjalisty - psychologa lub psychiatry.

Po młodych ludziach czasem nie widać depresji. Dzieci między sobą wyłapują dyskretne sygnały, dorośli - nie (fot. Pixabay.com)Po młodych ludziach czasem nie widać depresji. Dzieci między sobą wyłapują dyskretne sygnały, dorośli - nie (fot. Pixabay.com)

Dziś dorośli nadal jednak reagują zbyt późno, dlatego tak ważne jest, by również dzieci wiedziały, jak się zachować wtedy, gdy ich kolega choruje.

- Chcemy uwrażliwić młodzież na ten problem, aby młodzi ludzie wiedzieli, jak go dostrzec u swoich kolegów - tłumaczył Michał Pozdał, psycholog z Uniwersytetu SWPS podczas inauguracji II edycji kampanii "Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję".

Amelia, która stała się jedną z twarzy tej edycji kampanii, mówi: - Z racji swoich doświadczeń często pomagam innym i wiem, że najskuteczniejsze są proste komunikaty. Jeśli widzę, że z daną osobą dzieje się coś nie tak, podchodzę i mówię wprost: "widzę, że coś się dzieje, martwię się", "czy coś się stało?", "możemy pójść do pani pedagog razem, jeżeli chcesz", "jeżeli nie chcesz o tym rozmawiać, nie musisz, ale pamiętaj, że tu jestem". Po jakimś czasie ten komunikat trzeba ponowić, zachęcać do skorzystania z pomocy i wskazywać, ile taka osoba traci, nie lecząc depresji. Tu trzeba przede wszystkim być i słuchać, nie oceniać. I darować sobie komunikaty typu "keep smiling", "wszystko będzie dobrze", bo one w niczym nie pomogą, a jedynie spotęgują poczucie winy. Ktoś, do kogo to mówimy, nie ma wcale ochoty na uśmiech.

* Nazwiska do wiadomości redakcji

 

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii "Alimentare znaczy karmić" dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki "Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice". Publikowała w toruńskiej "Gazecie Wyborczej", dziale zagranicznym "Polska The Times" i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Zobacz także
Komentarze (26)
Zaloguj się
  • Michał Fuk

    Oceniono 57 razy 45

    Uff, cieszę się, że szkołę zanim internet stał się w Polsce powszechnie dostępny. Nie rozumiem tylko tego rzekomego dążenia do wyróżnienia się i zaistnienia. Mam wrażenie, że rynek całkowicie przejął ofertę tożsamościową dla nastolatków, przez co wszystko to jest jakieś płaskie i powierzchowne. Wszystko ogranicza się do ilości lajków pod zdjęciem i zasobności portfela rodziców.
    Chodziłem do liceum pełnym freaków i niebieskich ptaków. Sataniści uganiający się za kotami i spiskujący za szkołą, oazowe dziewczyny próbujące tych satanistów nawrócić, judofile chodzący w samodzielnie uszytych chałatach, geeki z mat-fiz, którzy każdą przerwę spędzali w sali informatycznej (bo stały dostęp do internetu), metale mający świra na punkcie średniowiecza i jeżdżący z mieczami przywiązanymi do ramy roweru, pełno hipisów, rastafarian, punków i... depresyjnych rewolucjonistów zaczytanych w Dostojewskim i Nietzschem. Nie zabrakło też kilku dresów, ale to byli tacy ludzie, którzy w weekendy zabierali sprzęt muzyczny i grywali po weselach. A dwóch prezesów przez cały rok chodziło do szkoły w garniturach. Na przerwach czytali "Gazetę Prawną" albo "Rzeczpospolitą". Wszyscy się ze sobą spierali i kłócili. Czasami ktoś komuś dał w mordę - na trzeźwo i po wódce.
    Wszyscy byli cholernie wkręceni w te swoje tożsamości, a one same były bardzo wyraziste; z każdą z nich wiązał się jakiś swoisty kodeks postępowania: sataniści "musieli" wyśmiewać się z oazowych dziewczyn, a one i tak pozwalały im od siebie ściągać na sprawdzianach.
    Patrząc z perspektywy 15 lat wszystko to wydaje się śmieszne, dziecinne i naiwne, ale to liceum to była dla mnie niezła szkoła tolerancji. Mam nadzieję, że uda mi się uchronić moje dzieci przed tyranią lajków i liczę, że za już za kilka lat zaczną się buntować.

    Nie, to nie było żadne wielkomiejskie liceum, a jedno z czterech w małym powiatowym miasteczku na Mazowszu.

  • episkopatszatyna777

    Oceniono 53 razy 45

    Zespół wyuczonej bezradności (czyli świadomość bezcelowości podejmowania jakiejkolwiek aktywności) nie jest jednoznaczny z obniżonym poziomem serotoniny, choć objawy mogą być podobne. Podawanie antydepresantów osobie, która jest smutna mimo stabilnego poziomu serotoniny może ją wprowadzić w hipomanię albo nastrój dysforyczny. Takie "leczenie" może podwyższyć ryzyko zachowań autoagresywnych, albo uprzykrzyć życie otoczeniu nienaturalnie radosnego i aktywnego pacjenta. Przynajmniej kilkukrotnie byłem tego świadkiem w przypadku osób, które prezentowały stan depresyjny w związku z reakcją otoczenia na ich nieprawidłowe zachowania i nieakceptowalną postawę. Nie da się ukryć, że w takim przypadku podawanie tzw antydepresantów jest niecelowe, bo nie rozwiązuje podstawowego problemu, czyli np zaburzeń osobowości powodujących negatywną reakcję otoczenia, zwrotnie wywołujących stan depresyjny. Z drugiej strony, presja społeczna i wymagania wobec wielu nieletnich z tzw dobrych domów oznacza bardzo często taki sam dramat, jak bardziej oczywiste rodzinne patologie, jak alkoholizm i wykluczenie, częściej spotykane w środowiskach ludzi ubogich i gorzej wykształconych. Mało kto wykazuje zainteresowanie zjawiskiem nadużywania stosunku zależności, jeśli nie chodzi o wykorzystywanie seksualne, a to oznacza dla dziecka alienację, bezradność, charakterystyczne dla każdego, kto został złapany w pułapkę państwa w państwie, jak klan, sekta, autorytarny, wpływowy tatuś albo mamusia, itp. Wtedy dziecko po prostu jest problemowe, albo wykazuje "naturalne wahania nastroju w tym wieku".

    W związku z powyższym, zacząłbym od walki z przyczynami, a nie objawami, i nie podawałbym antydepresantów bez potwierdzonego laboratoryjnie obniżonego poziomu serotoniny, czyli w przypadkach tzw depresji endogennej.

  • mm_tm

    Oceniono 53 razy 17

    wydawało mi się że zaburzenia psychiczne stwierdza lekarz, podczas procesu diagnostyczno - leczniczego, a nie nastolatki z fejsbóka.

    Wypowiadanie się w tonie pouczającym o chorobach (jakichkolwiek) przez osoby bez wykształcenia medycznego, to ignorancja.

  • michal_jacek

    Oceniono 19 razy 15

    Historia kołem się toczy. W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku była powszechna moda wśród młodzieży (mieszczańskiej) na zażywanie rozmaitych ambrozji i środków nasennych oraz chęć umierania młodo (spora liczba samobójstw z przyczyn [sic!] filozoficznych). Natomiast wśród nastoletniej młodzieży wiejskiej była w owym czasie (a nawet dużo wcześniejszym i trochę późniejszym czasie) masowa moda na palenie tytoniowych skrętów i upajanie się alkoholem (przede wszystkim samogon i pospolita wódka) oraz ''stodolny'' seks na sianie. Stąd tak powszechne były małżeństwa wśród wiejskich i drobnomieszczańskich nastolatków.

  • el.pistolero

    Oceniono 11 razy 9

    @Michał Fuk
    Wszystko OK, tylko z jednym "ale", tzn ów owczy pęd do wyróżniania się, zaistnienia i lajków, nie dotyczy wyłącznie nastolatków. Śmiem twierdzić, że ludziom w średnim wieku, podobnie odbiło w tej kwestii. Wystarczy zerknąć na Fejsbusiu, co wyprawiają osoby 30+. Identyczne parcie na internetowy lans jak u młodzieży. Często, identyczne parcie na wymówkę związaną z depresją. Zachowanie alla trzpiotka - idiotka, to już nie tylko podlotki, a bardzo często tzw ryczące czterdziestki :)

  • 0skrzyp

    Oceniono 10 razy 4

    Fantastyczna inicjatywa, może jednak to młode pokolenie nie jest takie złe jak się może wydawać? W końcu my też 20 czy 25 lat temu byliśmy traktowani przez dorosłych jak UFO i odsądzani od czci i wiary?

  • madzia78-ltd

    Oceniono 22 razy 4

    zastanowcie sie mlodzi ludzie nie zycze wam ani jednej nocy tak ciezkiej depresji jaka ja mam ani schizofrenii ktorej dotknalem z bardzo bliska macie za duzo dobry emocji i wspolnych chwil aby je marnowac ta debilna moda nie zalecam potepiam

  • Anie Sienkiewicz

    Oceniono 1 raz 1

    To jest sarkazm? Zamiast zająć się przeciwdziałaniem rozwoju zaburzeń psychicznych wśród młodzieży organizuje się akcję o takiej idiotycznej nazwie, która w dużym stopniu utrudni chorym otrzymanie pomocy? Rzeczywiście, brawo, ale za głupotę i brak wyobraźni. (Sama choruję na depresję od kiedy byłam kilkuletnim dzieckiem i nie, nie jest to coś, czym można się "zarazić" od oglądania obrazków w Internecie.)

  • janciwo

    Oceniono 17 razy 1

    Damn, szkoda, że nie było takiej mody w mojej gimbazie, byłbym najmodniejszym dzieciakiem w całej szkole

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX