Kolekcja Mapaya

Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)

moda

Mapaya - ubranie i filozofia. ''Jedyna sensowna moda to taka, która jest społecznie odpowiedzialna''

Z założenia nie pracuję z zakładami, których nie jestem w stanie sprawdzić. Robię, co mogę, żeby dobrze spać w nocy - mówi Martyna Wilde, założycielka konceptu Mapaya. Właśnie przygotowała w Kambodży kolekcję kimon, sukienek i torebek. To efekt współpracy z organizacją, którą współtworzą osoby niepełnosprawne - ofiary min przeciwpiechotnych i polio.

Mapaya, marka mody, którą założyłaś, ma silne podstawy moralno-ideowe. To nie są wyłącznie ubrania.

- Moja praca jest przedłużeniem mojego podejścia do życia. Od zawsze dużo podróżuję i bacznie obserwuję ludzi. Ciągle zastanawiam się nad konstrukcją świata i widzę, jak strasznie jest on pokiereszowany. Dlatego podstawową zasadą firmy Mapaya tak jak i wszystkiego, co robię, jest - nie krzywdzić.

Kolejnym ważnym elementem jest otwartość na współpracę z innymi. Kolekcje powstają przy współudziale wykonawców z Azji. Mapaya odbiega od zachodnich wyobrażeń, zgodnie z którymi marka mody zarządzana jest przez wielkiego kreatora-demiurga. To otwarty projekt, ewoluujący koncept, ale też marka mody i sposób na życie, na przeżycie go tak, jak chcę.

Martyna Wilde (fot. Marta Kowalewska)Martyna Wilde (fot. Marta Kowalewska)

Czyli najważniejsze w twojej pracy jest spotkanie z drugim człowiekiem oraz transparentność?

- Tak. Kocham spotkania z ludźmi, a co za tym idzie, szanuję ludzi, z którymi pracuję. Godziwie im płacę i często się z nimi przyjaźnię. Wiem, jak wygląda proces produkcyjny moich projektów - od momentu stworzenia szablonu do momentu spakowania ubrania dla klientki.

Nie współpracuję z żadną organizacją, do której działań miałabym wątpliwości. Staram się pracować z małymi warsztatami i rzemieślnikami. Jedyna sensowna moda to taka, która jest społecznie odpowiedzialna - to dla mnie oczywiste.

Gdzie produkujesz ubrania?

- Obecnie głównie w Tajlandii i Kambodży, ale mogę śmiało powiedzieć, że na całym świecie, gdyż materiały, których używam, pochodzą m.in. z Laosu i Wietnamu. Zrobiłam właśnie pierwszą kambodżańską kolekcję kimon, sukienek, torebek i pokrowców na maty do jogi. Powstała ona we współpracy z genialną organizacją, którą współtworzą osoby niepełnosprawne - ofiary min przeciwpiechotnych i polio.

Pierwsza od lewej: Martyna Wilde, założycielka konceptu Mapaya (fot. Daz Wilde)Pierwsza od lewej: Martyna Wilde, założycielka konceptu Mapaya (fot. Daz Wilde)

Sprowadzam też batiki z Indonezji i ręcznie stemplowane tkaniny z Indii. Druk wykonywany stemplami to tradycyjna indyjska technika. Część kolekcji szyję w Polsce z importowanych materiałów. Z kolei T-shirty i longsleeve'y powstają w Bangladeszu. Udało mi się znaleźć firmę, która znana jest z przestrzegania zaostrzonych norm fair trade. Ta firma posiada nawet własne, kontrolowane plantacje bawełny. To prawdziwy ewenement, bo dziś plagą są plantacje, na których pracują dzieci. Firma wspiera też programy edukacyjne dla kobiet, w zakładach pracy są przedszkola.

Jak sprawdzasz to, czy te gwarancje są prawdziwe?

- Mam luksus wyboru, bo jestem niezależną marką i sama dla siebie jestem szefem. Z założenia nie pracuję z zakładami, których nie jestem w stanie sprawdzić. Robię, co mogę, żeby dobrze spać w nocy. Mapaya powstaje dzięki przyjaźniom i podczas podróży, a moje podróże są dość specyficzne. Nie odhaczam w pośpiechu kolejnych świątyń i pałaców. W każdym miejscu staram się zostać na dłużej, ale też niczego wcześniej nie planuję. Taki po prostu mam styl życia i to przekłada się na pracę.

Tak było na przykład z Kambodżą. Poleciałam do Phnom Penh, gdzie miałam być przez cztery dni. Pierwszego dnia poznałam jednak pana Taing Phireak, dyrektora wspomnianej spółdzielni zrzeszającej niepełnosprawnych, i zostałam w Phnom Penh aż dwa tygodnie. Zaczęłam produkować tam kolekcję. Dyrektor zaprowadził mnie też do warsztatu, w którym wykonuje teraz biżuterię przetwarzaną z odpadów po bombach. Pamiątek po niedawnych, licznych konfliktach zbrojnych, w które wciągnięta została Kambodża, jest tu ciągle zbyt wiele.

Martyna podczas pracy nad kolekcją, przygotowanie do farbowania, Tajlandia (fot. Daz Wilde)Martyna podczas pracy nad kolekcją, przygotowanie do farbowania, Tajlandia (fot. Daz Wilde)

Znam większość osób, które wykonują moje rzeczy. Jeśli ktoś poleci mi jakieś miejsce do współpracy, to wsiadam na rower czy skuter i jadę sprawdzić, w jakich warunkach odbywa się praca. W Tajlandii jest sześciodniowy tydzień pracy, dlatego upewniam się, czy pracownicy nie są przemęczeni, czy mają odpowiednio długie przerwy w pracy.

Łatwo to sprawdzić?

- Wszelkie nadużycia wyraźnie widać. W Tajlandii sytuacja pracowników jest generalnie dobra. Jeśli mówimy o przemyśle odzieżowym, to Tajlandia jest wręcz rajem na tle Kambodży czy Bangladeszu. Na przedmieściach Phnom Penh, stolicy Kambodży, byłam w miejscu, które można nazwać sweatshopem. Ogromna ilość ludzi pracuje tam ściśnięta w malutkim pomieszczeniu, większość prawdopodobnie jest nieletnia. W takich warunkach powstają kolekcje wielkich, międzynarodowych marek. Ale nie trzeba daleko szukać. Polska też ma swoje sweatshopy, gdzie nielegalnie, za grosze, zatrudniane są kobiety zza wschodniej granicy.

Jestem przeszczęśliwa, że udaje mi się wejść do małych, uczciwych warsztatów i rodzinnych fabryk. Trafiam do miejsc, do których ludzie z Zachodu nie mają wstępu. Szybko nawiązuję kontakty i mam ciekawską naturę. Nie zawsze jest łatwo, bo nie wszyscy znają angielski, a ja dopiero uczę się tamtejszych języków. Bywa, że porozumiewamy się na migi lub za pomocą obrazków czy emotikonów, ale udaje się.

W drodze, Phnom Penh, Kambodża (fot. Daz Wilde)W drodze, Phnom Penh, Kambodża (fot. Daz Wilde)

Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)

Porozmawiajmy o twoich krakowskich korzeniach.

- Urodziłam się w Krakowie, ale wychowałam się w Bieszczadach. Mój tata był wojskowym i został tam przeniesiony. W drugiej klasie podstawówki wyjechałam z Krakowa do totalnej głuszy. Do okna zaglądały mi sarny. Do domu wchodziły nocą jeże. Bieszczadzkie doświadczenie mnie ukształtowało. Chodziłam do malutkiej szkółki we wsi Bóbrka. W klasie było jakieś siedem osób. Dzieci ze wsi były zupełnie inne niż dzieci krakowskie. Panowała atmosfera bezpieczeństwa i otwartość.

Otwartość? To nie jest zgodne ze stereotypowymi wyobrażeniami o wsi.

- Dzieciaki nie były zmanierowane, zepsute. W Krakowie liczyło się ubranie, szpan, kasa. W miejskiej szkole zawsze byłam outsiderem, trochę też kozłem ofiarnym, a tam przyjęto mnie taką, jaka jestem.

Czyli jesteś jednocześnie krakowianką i dziewczyną ze wsi.

- Jestem z całego świata (śmiech). Po latach spędzonych w Bieszczadach dla miejskich dzieciaków byłam dziewczyną ze wsi. W Krakowie ukończyłam liceum i studia, kulturoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Specjalizację robiłam z medioznawstwa i zajmowałam się teorią mody, której w Polsce wtedy właściwie nie było. Pisałam o radykalnych, brytyjskich magazynach mody „i-D” i „The Face”. O ich języku, dyskursie, estetyce. Modą zajmowałam się z perspektywy kulturoznawczej. Byłam w to totalnie wkręcona. Mogłam zostać na uczelni, ciągnęło mnie jednak w świat i wyjechałam do Bristolu.

Co tam robiłaś?

- Do Wielkiej Brytanii jeździłam już wcześniej, na wakacje. Zarabiałam kasę. Pracowałam na festiwalach muzycznych. Smażyłam hamburgery. Do tej pory, gdy poczuję zapach spalonej cebuli, przypomina mi się Glastonbury Festival (śmiech). Za zarobione pieniądze jeździłam autostopem po Europie. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom, że mi na to pozwalali.

Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)

Po studiach wyjechałaś jednak na poważnie.

- W Bristolu w ciągu dnia pracowałam i uczyłam się angielskiego, a nocami chodziłam po klubach. Pracowałam w domu aukcyjnym i salonie optycznym. Przede wszystkim jednak fascynowałam się muzyką. Bristol był wtedy stolicą elektronicznej muzyki alternatywnej. To w nim narodził się Bristol Sound. To w nim znajdują się znaczące studia nagraniowe. Massive Attack, Portishead, Tricky - oni wszyscy zaczynali w Bristolu. Tak samo jak streetartowiec Banksy. Byłam częścią tamtejszego środowiska muzycznego. Współpracowałam też z polskimi mediami, z legendarną warszawską Radiostacją. Pisałam też artykuły do gazet lifestylowych, m.in. do „Fluidu”.

I rzuciłaś to imponujące życie...

- To życie wcale nie było takie imponujące. W pewnym momencie, w związku z moją ówczesną sytuacją zawodową, uświadomiłam sobie, że jedyne, co mogę jeszcze w życiu zrobić, to zarobić większe pieniądze i zdobyć lepszą pozycję zawodową. Dlatego z dnia na dzień rzuciłam pracę i razem z mężem, którego poznałam w Bristolu, wyjechaliśmy na jakiś czas do Indii. Już wcześniej praktykowałam jogę i ciągnęło mnie w tamte rejony. W Indiach zrobiłam kurs nauczycielski.

Potem, z dnia na dzień, przyjechaliście z Dazem do Krakowa.

- W Polsce miałam rodzinę i wsparcie. Powrót był bezpieczny, ale nie do końca przemyślany. Wszystko tu się wtedy rozkręcało, a ja byłam idealistką. Stwierdziłam, że przyjadę i na fali zmian będę robić coś zaj***ego. Zaczęłam też uczyć jogi.

Współpraca z organizacją WAC, powstawanie ikatu, Phnom Penh, Kambodża (fot. Daz Wilde)Współpraca z organizacją WAC, powstawanie ikatu, Phnom Penh, Kambodża (fot. Daz Wilde)

Mapaya, którą założyłaś w 2013 roku, powstała po to, by przetrwać w Krakowie, by w nim zostać i jednocześnie z niego uciec.

- I tak, i nie. Mapaya powstała w Azji, podczas podróży, konkretnie na promie między Koh Phangan a Koh Samui. Pomysł jednak narodził się dużo wcześniej. Wtedy jednak, na tym promie, zrozumiałam, że podróże muszą stać się nieodłącznym elementem mojego życia. Potrzebowałam ich również po to, żeby odnaleźć się w Polsce (śmiech). Zawsze byłam eskapistką. Kocham Kraków, ale to jest specyficzne miasto. Używając terminologii newage'owej, można powiedzieć, że Kraków ma ciężką wibrację i jest dość zamknięty energetycznie.

Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)Kolekcja Mapaya (fot. Daz Wilde)

Praca w Tajlandii i Kambodży pomogła ci pokochać Kraków?

- Długo byłam rozdarta. Zastanawiałam się, czy zostać w Polsce. Po życiu za granicą ciężko było mi na nowo zaadaptować się do polskich realiów. Wiedziałam, że kocham Kraków, że to jest moje miejsce. Kochałam go i jednocześnie nienawidziłam. Czułam, że dam radę tylko, jeśli zwiążę swoje życie z wyjazdami. Wyjazdami, które nie będą wakacyjne i chwilowe, ale będą częścią mojego życia, mojej pracy. Te dalekie, „ucieczkowe”, wyjazdy sprawiły, że odważyłam się wystartować z firmą Mapaya i pokochałam Kraków.

Staram się robić, co mogę, żeby udzielać się lokalnie - jestem zaangażowana w sprawy mojej dzielnicy, z sąsiadami mamy w planach organizację święta naszej ulicy, no i co roku od maja do września organizuję w Krakowie darmowe zajęcia jogi na świeżym powietrzu. Lokalność jest dla mnie bardzo ważna. Dziś chętnie bym tu dłużej posiedziała, ale nie za bardzo mogę, bo rozkręciłam już biznesy w Azji (śmiech).

Ale ty przecież nie uciekałaś z Krakowa do rajów.

- Wyjazdy dają mi dużo szczęścia, ale nie zawsze jest różowo. Zdarza się, że ciężko choruję. Poza tym jeżdżąc po Kambodży czy Indiach, widzę też dużo biedy i cierpienia. To nie są cukierkowe miejsca, choć tamtejsza ludność jest generalnie uśmiechnięta i akceptująca swoje życie takim, jakie jest. Po każdej z tych podróży potrzebuję trochę czasu, żeby się zregenerować, co przy prowadzeniu jednoosobowej działalności jest dużym wyzwaniem.

Dzięki podróżom poznajesz świat w całej okazałości, widzisz dobro i zło, i po jakimś czasie dochodzisz do wniosku, że nic nie jest czarne lub białe. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że muszę żyć w zgodzie ze swoim wewnętrznym kompasem, że nie mogę pochopnie oceniać, a zmiany zaczynać muszę od samej siebie. No i przede wszystkim mam nie szkodzić.

Martyna Wilde. Ur. 1979 r. w Krakowie. Twórczyni i dyrektor artystyczna marki mody Mapaya. Styl Mapai określa mianem azjatyckiego grunge'u. Absolwentka Instytutu Sztuk Audiowizulanych na Uniwersytecie Jagiellońskim o specjalności medioznawczej. Na studiach zajmowała się teorią mody. Kształciła się w Polsce i Wielkiej Brytanii. Nauczycielka jogi. Ukończyła kurs nauczycielski w Sivananda Neyyar Dam Ashram w Indiach. Ma na koncie doświadczenie dziennikarskie oraz współpracę z artystami z różnych stron świata. Nieustająco w drodze. Prywatnie - mieszka z mężem i ukochanym kundelkiem Beniem w Krakowie.

Marcin Różyc. Krytyk mody i kurator. Autor książki „Nowa moda polska”. Współpracuje z „KMAG-iem”, a także galerią BWA w Tarnowie i Polish Cultural Institute w Londynie. Kurator wystawy „Krzyk Mody” zainicjowanej przez MSN w Warszawie. W Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW prowadził autorskie zajęcia - „Moda jako wyobrażenie i wyznacznik kulturowych przemian”. Wkrótce w Londynie ukaże się artystyczna książka o modzie „Chrysalis”, której autorami są: Marcin Różyc, Paulina Latham i Tymek Borowski.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Komentarze (9)
Zaloguj się
  • e50504

    Oceniono 11 razy 3

    "Z założenia nie pracuję z zakładami, których nie jestem w stanie sprawdzić. Robię, co mogę, żeby dobrze spać w nocy - mówi Martyna Wilde, założycielka konceptu Mapaya. Właśnie przygotowała w Kambodży kolekcję kimon, sukienek i torebek. To efekt współpracy z organizacją, którą współtworzą osoby niepełnosprawne - ofiary min przeciwpiechotnych i polio."

    Naprawdę? Naprawdę można być aż tak zadufanym w sobie? Abstrahując już zupełnie od faktu, że robienie ciuchów na drugim końcu świata zużywa bardzo dużo benzyny, produkuje bardzo dużo CO2 i jest właściwie ostatecznym stadium zgnilizny kapitalizmu, liberalnej demokracji i globalizacji, gdyż produkuje biedę, zwiększa nierówności i tworzy państwa-fabryki. No ale pani Martynka może spać spokojnie xD

    Ej, a nie można już po prostu robić ciuchów?

    ht tp://kwejk.pl/obrazek/2297949/bezglutenowo.html

  • magdalaena1977

    0

    Rozumiem, że te ciuchy są drogie, bo są odpowiedzialnie produkowane. Ale dlaczego nie mają normalnej rozmiarówki? Dlaczego nie występują w wielu rozmiarach? I dlaczego modelka tak jak w zwykłych sklepach jest szczupła i ma niezbyt duży biust?

  • brzuchalek

    Oceniono 8 razy 0

    Jak fajnie zobaczyc Mapaye w Gazecie :) Moje ukochane sukienki! Nosze, chwale i polecam. Są super!

  • pmajdanski

    Oceniono 8 razy 0

    i trzymac tak dalej powodzonka sam sam kupuje ubrania w sklepach przestrzegajacych norm i warunkow pracy przewaznie sa to sklepy z nepalu i indi zrezygnowalem z seciowek dawno temu

  • natoosia

    Oceniono 8 razy 0

    super!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX