(fot. pixabay.com)

zjawisko

Od kolonializmu do wczasów "all inclusive". "Turystyka masowa nas oszukuje, ale my chcemy być oszukiwani"

Choć od trzech pokoleń nie ma już białych plam na mapie świata, my wciąż w nie wierzymy. Jednym z fundamentów turystyki jest potrzeba poznawania ?autentyczności? - mówi Paweł Cywiński. Orientalista, kulturoznawca i geograf przekonuje, że turystyka podróżnicza to wielki teatr, a oddziałami szturmowymi masowej turystyki są obecnie... backpackerzy.

W tym roku mija 175. rocznica pierwszej masowej wycieczki. W ciągu prawie dwóch wieków turystyka stała się branżą generującą 10 procent globalnego produktu brutto, w której pracuje co 11. człowiek na świecie. Jak to się stało, że jest jedną z najważniejszych branż ekonomicznych świata?

- Wszystko zaczęło się właśnie pewnego lipcowego poranka 175 lat temu. Na peronie w Leicester zjawiło się wtedy prawie sześćset osób, niezbyt bogatych, głównie robotników z okolicznych fabryk, w większości z problemami alkoholowymi. Każdy z nich trzymał w ręku kupon uprawniający do jednodniowej wycieczki kolejowej do Loughborough i z powrotem. Zapłacili za niego szylinga i w zamian otrzymać mieli miejsce siedzące, skromne wyżywienie oraz przewodnika. Wśród oczekujących na otwarcie pociągu panowało przedwyjazdowe poruszenie, nikt z nich jednak nawet nie przypuszczał, że uczestniczą w epokowym wydarzeniu: pierwszej w dziejach zorganizowanej wycieczce dla chętnych.

Skąd dostali te kupony?

- Sprzedał im je Thomas Cook, kaznodzieja baptystów, aktywista ruchu na rzecz abstynencji. Pragnął pokazać swoim wiernym, że zamiast otwierać butelki z kolejnymi trunkami, można bardziej ambitnie spędzić wolny czas. Na przykład zwiedzając. Był on jedynym tego dnia, który zaczynał rozumieć potencjał tego poruszenia. Kiedy patrzył na tłum, który w ciągu kilku dni wykupił wszystkie bilety na wynajęty wcześniej przez niego pociąg, wiedział już, że pomysł na organizowanie wyjazdów okazał się trafiony.

Można powiedzieć, że Thomas Cook jest ojcem chrzestnym współczesnej turystyki?

- To mało powiedziane. Ten gość poszedł za ciosem i w ciągu kilku lat stał się znanym organizatorem wycieczek w Wielkiej Brytanii. A z czasem w jego ofercie pojawiły się zorganizowane wyprawy po zabytkach całej Europy, a nawet bardziej ekscentryczne pomysły, takie jak wyjazd na otwarcie Kanału Sueskiego w Egipcie, wycieczki na wielkie wystawy światowe w europejskich stolicach, zorganizowane pielgrzymki do Ziemi Świętej lub pierwsza komercyjna wyprawa dookoła świata. To nie wszystko. Razem z otwarciem pierwszych na świecie biur podróży wprowadził idee czeków podróżnych, reklam turystycznych, w tym katalogów, czy książeczek z planami połączeń kolejowych.

Dworzec w Leicester. To stąd odjechała pierwsza zorganizowana wycieczka (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)Dworzec w Leicester. To stąd odjechała pierwsza zorganizowana wycieczka (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)

Thomas Cook był wizjonerem, wymyślił turystykę zorganizowaną od zera i wierzył w to, co robił. Pragnął ułatwić podróżowanie klasie średniej i robotnikom, dzięki czemu w czasach przedinternetowych rozwinął biznes z innowacyjnym zacięciem najlepszych dzisiejszych start-upów.

Dziś turystyka masowa nie kojarzy się tak szlachetnie. Co się stało z firmą i ideami Thomasa Cooka?

- Firmę odziedziczył jego syn, który był już typowym XIX-wiecznym kapitalistą i stworzył wielkie, sprawnie funkcjonujące przedsiębiorstwo. Z czasem akcje firmy zasiliły portfele różnych akcjonariuszy i nadal rozwijana była ona z brawurą. Wiesz, że to oni w połowie XX wieku jako pierwsi sprzedali loty w kosmos? Właściciele nabytych wówczas kwitów polecą jako pierwsi, gdy tylko będzie to możliwe. Dziś Thomas Cook Group jest drugą największą korporacją przemysłu turystycznego na świecie, a masowa turystyka - obok telewizji i internetu - ostoją globalizacji.

To zaskakujące, jak udało się tej formie rozrywki zdobyć taką pozycję!

- Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, rozwój kolei i parowców, z czasem autokarów i samolotów. Bez dobrze zorganizowanej sieci komunikacyjnej nie da się podróżować na masową skalę. Po drugie, wynalazek, który powstał dwa lata przed pierwszą wycieczką z Leicester do Loughborough. W 1839 roku William Fox Talbot i Louis Jacques Daguerre zupełnie niezależnie stworzyli aparaty fotograficzne. Do tej pory ludzie myśleli wyobraźnią, a teraz zaczęli myśleć obrazami, widzieli miejsca, do których mają jechać, i dostali możliwość zrobienia sobie tam pamiątkowego zdjęcia. Fotografia jest jednym z najważniejszych motorów przemysłu turystycznego. Po trzecie, europejskie prawo sankcjonujące myślenie mieszkańców Zachodu o czasie, a dokładniej o jego podziale na czas wolny i czas pracy. Gdyby nie wprowadzenie płatnych urlopów dla robotników, urzędników i handlowców, idea wakacyjnych podróży rozwinąć by się mogła zupełnie inaczej.

Thomas Cook, zdjęcie zrobione przed 1892 r. (fot. autor nieznany / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0). Po prawej plakat zachęcający do kupienia wycieczek po Nilu (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)Thomas Cook, zdjęcie zrobione przed 1892 r. (fot. autor nieznany / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0). Po prawej plakat zachęcający do kupienia wycieczek po Nilu (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)

A polityka nie mieszała się w ten szybko rozwijający się biznes?

- Była jednym z jego fundamentów. Europa jest kolebką współczesnej turystyki zorganizowanej. Turystyki, która w XIX wieku szturmem zaczęła podbijać świat. Podróżowanie byłoby wówczas czymś stokroć trudniejszym, gdyby nie to, że kolonie i byłe kolonie do lat 30. XX wieku stanowiły 84,6 procent powierzchni wszystkich lądów na świecie.

Dlaczego to chwyciło? Co sprawiło, że ludzie w XIX wieku zapragnęli dalekich wycieczek?

- W XIX wieku ludzie zaczytywali się w literaturze podróżniczej. Dzisiejszy boom na książki o podróżach, pisane na potęgę przez reporterów i celebrytów, to nic w porównaniu z tamtym okresem. Autorzy byli wtedy przyjmowani na dworach, otrzymywali tytuły szlacheckie, byli prawdziwymi „gwiazdami”. To wszystko rozbudzało wyobraźnię i pragnienia, na podstawie których przemysł turystyczny szybko wykreował style życia, w które wbudowane są turystyczne wycieczki. Każdy marzył o przygodach, odkrywaniu nieznanego, o byciu „naj”.

I to się nie zmieniło. Dalej chcemy być pierwsi, najlepsi, jedyni. Ale chyba nie ma nic wyjątkowego w zdobywaniu Mount Everestu w komercyjnej wycieczce czy w spływie Amazonką w grupie kilkunastu łodzi?

- Cała turystyka podróżnicza to wielki teatr, w którym nie chodzi o to, abyś rzeczywiście był „naj”, ale żebyś tak się czuł. Choć od trzech pokoleń nie ma już białych plam na mapie świata, my wciąż w nie wierzymy, to bardzo silny mit. Jednym z fundamentów turystyki jest potrzeba poznawania „autentyczności”. Zauważ, że niemal wszyscy turyści chcą kupować pamiątki „nie dla turystów”, bywać w lokalach, w których jadają „lokalsi”, fotografować „prawdziwe życie”. Szukają tego! Turystyka oferuje wiele stylów życia, pozwala nam się wcielać w różne postaci - odkrywcy, wyczynowca, globtrotera, włóczęgi, travelbryty - i szukać tej „prawdy”. Można powiedzieć, że turystyka masowa nas oszukuje, ale my chcemy być oszukiwani.

Zdjęcie wykonane techniką mokrego kolodionu. Przedstawia „śmiałków” uczestniczących w ekspedycji Korona Warszawy. Nawiązuje do zdjęć podróżniczych z 1861 roku, wykonanych podczas wyprawy fotograficznej braci Bisson na Mont Blanc (fot, Michał Sitkiewicz)Zdjęcie wykonane techniką mokrego kolodionu. Przedstawia „śmiałków” uczestniczących w ekspedycji Korona Warszawy. Nawiązuje do zdjęć podróżniczych z 1861 roku, wykonanych podczas wyprawy fotograficznej braci Bisson na Mont Blanc (fot. Michał Sitkiewicz)

Czyli autentyczne jest to, co sami chcemy uznać za autentyczne?

- Turyści zmieniają postrzeganie lokalnej ludności przez siebie samą. Wyobraź sobie sytuację: mieszkasz w jakimś domku i za oknem masz park. Mieszkasz tam całe życie, w parku grasz w piłkę, całujesz się po raz pierwszy z dziewczyną, spotykasz z przyjaciółmi po pracy. Nagle zaczynają przyjeżdżać turyści, trzydzieści tysięcy rocznie, i mówią ci, że w tym parku są jakieś endemiczne rośliny lub zwierzątka. Park, który znasz przez całe życie, nagle przeradza się w atrakcję. W końcu sam zaczynasz inaczej myśleć o tym miejscu. Co jest bardziej autentyczne - park, w którym siadasz z piwem po pracy, czy park z kasą biletową i wyjątkowymi żuczkami? Nie da się obiektywnie stwierdzić.

Miejscowi dostosowują się do naszych potrzeb?

- Opowiem ci historię z mojego pobytu w Etiopii. Trafiłem tam kiedyś przypadkiem do wioski zamieszkanej przez grupę etniczną Mursi [społeczność, w której kobiety zdobią się, wkładając w wargi krążki - przyp. red.]. Przewodnik grupy, do której dołączyłem, twierdził, że to autentyczna wioska. Turyści robili zdjęcia miejscowym, co ciekawe - żaden nie zrobił sobie z nimi wspólnej fotografii, cały czas zachowywali się jak w ludzkim zoo. Po powrocie do Polski trafiłem na dokument „Z kamerą wśród ludzi”, w którym pokazana została właśnie taka wioska! Okazało się, że mieszkańcy specjalnie się przygotowują na wizyty turystów: malują się, zakładają nie mające żadnego znaczenia ozdoby. Zrobią wszystko, aby ich fotografować, bo za zdjęcia dostają pieniądze.

Takich teatralnie autentycznych miejsc jest w Afryce, Azji i Ameryce Południowej coraz więcej. Ale ja nie mogę powiedzieć, że to, co oni robią, jest w stu procentach nieprawdziwe. Ozdoby, które wytwarzają do swojej pracy, czyli pozowania, zawierają w sobie bardzo dużo autentyczności! Są częścią Mursi.

Przedstawicielka Przedstawicielka "teatralnie autentycznej" grupy etnicznej Mursi (fot. MauritsV / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Im bardziej masowe jest podróżowanie, tym mocniej wierzymy, że organizując indywidualnie wyjazd, dotrzemy do białych plam. Backpackerzy są przekonani, że można uciec od tych masowych rozrywek i poznać smak prawdy.

- Przeceniają swoją indywidualność. Backpackerzy są obecnie oddziałami szturmowymi masowej turystyki. Tam, gdzie docierają, natychmiast rozkwita turystyczny biznes. Backpackerzy chcą być poza głównym nurtem, a stają się niewolnikami przewodników Lonely Planet. Tak szukają autentyczności, wolności i wyjątkowości, że potem lądują w tych samych polecanych przez przewodnik hostelach, tych samych knajpach, jeżdżą na te same „ekstremalne” wyprawy.

Od początku powstania pierwszego przewodnika Lonely Planet w 1973 roku już pół miliarda ludzi wyjechało z nimi w świat. Pół miliarda! To nie jest masa? Te alternatywne przewodniki przekształciły dawne hipisowskie ścieżki w „turystyczną autostradę”. Myślisz, że jest coś wyjątkowego w tym, że założysz plecak i pojedziesz do Kambodży? Z moich szacunków wynika, że tylko z Polski poleci poza Europę w tym roku, z tym plecakiem, niemal 100 tysięcy bakcpackerów.

Wiemy, że rzeczywistość dzieli się na „turystyczną” i „prawdziwą”, a my tak usilnie pragniemy tej drugiej. Co możemy zrobić, skoro wiemy, powtarzając za Claude'em Lévi-Straussem, że skończyła się era „wielkich podróży”?

- W poszukiwaniu białych plam jesteśmy w stanie posunąć się naprawdę daleko. Tylko że geografię zastąpiły nam doznania. Uważasz corridę za zbyt masową? Jedź zobaczyć krwawą, nielegalną walkę kogutów na Bali. Za mało adrenaliny? Może wyjazd do Iranu na publiczne egzekucje na stadionie? Może wycieczka na linię frontu? Jeszcze niedawno były oferowane wycieczki do Donbasu, teraz możesz spróbować pojechać do Syrii. Ale to na pewno nie zbliży cię do autentyczności. Wiesz, kiedy miałem 21 lat, pojechałem jako turysta spać w obozie dla uchodźców. Myślałem, że liznę prawdziwego życia. Dziś się tego wstydzę. Dotknięcie autentyczności nie polega na obserwacji, ani nawet rozmowie. Musisz współżyć, współdziałać, a to znacznie trudniejsze i wymaga czasu.

Plakat pokazujący niejednoznaczność hasła Plakat pokazujący niejednoznaczność hasła "egzotyka", wykorzystywanego przez firmy przemysłu turystycznego, który za sprawką post-turysta.pl pojawił się w Indonezji (fot. Emilie Beyssac)

Nie mamy już szans poczuć się jak prawdziwi podróżnicy?

- Podróżników już nie ma. Dokładniej - podróżnikiem się bywa, a turystą się jest. Podróżnik to ktoś, kto nie korzysta z turystycznej infrastruktury, sprzętu, wyposażenia. Możesz na dziko przez dwa dni przedzierać się przez puszczę, ale potem i tak trafiasz do hotelu, gdzie dostaniesz placki bananowe i coca-colę, ten sam zestaw na całym świecie. Dziś najbliżsi definicji „prawdziwych” podróżników są uchodźcy. Przemieszczają się, bo muszą. Często nie mają turystycznych narzędzi - wiz, czeków, ubezpieczeń itp. Zmuszeni są korzystać z niebezpiecznych łodzi, zamiast lecieć tańszym i szybszym samolotem. Nie wiem, czy wiesz, ale niektóre warszawskie hostele nie przyjmują osób o śniadej cerze, które mogłyby być uchodźcami...

Wiemy już, kim są zwyczajni turyści, podróżnicy i backpackerzy. A kim są postturyści?

- Choć nie ma czegoś takiego jak postturystyka, jest postturysta, konkretny człowiek w konkretnej sytuacji. Postturysta jest świadomy, potrafi bacznie obserwować otaczający świat, wie, że podróżowanie wprowadza go w wyraźny kontekst. Pamięta, że jego wizyta w danym miejscu jest tylko momentem w życiu danej społeczności. Z tej świadomości wyprowadza on swoją odpowiedzialność za odwiedzany świat.

Paweł Cywiński (fot. Tomasz Kaczor)Paweł Cywiński (fot. Tomasz Kaczor)

Używasz słowa „świadomość”. Co musisz wiedzieć, aby być świadomym?

- W pełni świadomym nikt z nas nigdy nie będzie, ale na początek wystarczy, żebyśmy wiedzieli, że turystyka, w której uczestniczymy, jest nośnikiem stylów życia, zasobów finansowych, sposobów opowiadania o świecie czy podziałów społecznych. Warto o tym pamiętać, gdy pakujemy swój plecak i ruszamy na drugi koniec świata. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, czemu jedni patrzą na nas spode łba, drudzy nam zazdroszczą, a jeszcze inni traktują jak kosmitów z lepszego świata. Współczesna turystyka nie jest czymś neutralnym.

A jak ta świadomość przekłada się na praktyczne podróżowanie?

- Postturysta wie, że wydawanie pieniędzy ma ogromne znacznie, wie komu i za co płacić: wybiera hostele prowadzone przez lokalnych mieszkańców, korzysta z ich restauracji, nie chodzi na pokazy, gdzie męczy się zwierzęta i tak dalej. Przede wszystkim szanuje miejscowe zwyczaje, nie narzuca się, wie, co może robić, a czego nie. Dla postturysty mieszkańcy odwiedzanych miejsc powinni być partnerami, podmiotami spotkania - nie wakacyjną obsługą lub krajobrazem.

Paweł Cywiński. Orientalista, kulturoznawca i geograf. Odwiedził około pięćdziesięciu państw świata. Jest współtwórcą pracowni odpowiedzialnej podróży post-turysta.pl, czyli największej polskiej inicjatywy edukacyjno-doradczej poświęconej odpowiedzialnemu i świadomemu podróżowaniu. Jest też publicystą, redaktorem działu Poza Europą w Magazynie Kontakt oraz współprowadzi audycję „Uwaga rozproszona” w Polskim Radiu RDC. W ramach akcji charytatywnej zdobył pioniersko Koronę Warszawy - sześć największych szczytów na terenie stolicy.

Rafał Pikuła. Promotor kultury, copywriter i dziennikarz. Publikował m.in. w "Polityce", "Przeglądzie". Włóczy się po świecie zbierając ciekawe opowieści. Chętnie napiłby się z Wieniediktem Jerofiejewem, Bohumilem Hrabalem i Thomasem Mannem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Komentarze (42)
Zaloguj się
  • drakaina

    Oceniono 52 razy 48

    Fajny był ten wywiad do momentu, kiedy nie pojawiło się ple ple o "post-turyście". Mam wrażenie, że jest to po prostu normalny człowiek, który nie ulega modom, odwiedza/zwiedza to, co go naprawdę interesuje, a nie to, czym się można pochwalić na portalach społecznościowych... Robienie z tego ideologii uczyni ze sporej liczby etykietujących się postturystycznie ludzi kolejną masową grupę.

  • alinaw1

    Oceniono 53 razy 41

    Zarówno uczestnicy wczasowisk z all inclusive, jak i plecakowicze rzeczywiście grają w tym samym teatrze - tylko role mają inne. 30 lat temu widziałam podczas podróży emocje, teraz widzę głownie smartfony. Świat się zmienił, spowszechniał, panują mody. Jedno miejsce nazwane kultowym i nieodkrytym powielane jest na milionach fotek i natychmiast publikowane. W Afryce często byłam świadkiem odgrywania ról: wycieczka w skansenie, pokaz tańców tradycyjnych, później foty, przesuwanie tabliczek z nazwami eksponatów i oczywiście wrzucanie tychże fotek do sieci z takimi komentarzami, które sugerują, że autor właśnie dotarł w głąb dżungli i jest jak Indiana Jones, a wszyscy oglądający zazdroszczą mu takiej przygody! Zresztą nie tylko pospolity turysta tak się zachowuje. Kiedyś na obrzeżach Hwange (Zimbabwe) byłam świadkiem kręcenia filmu dokumentalnego. Ekipa przywiozła ze sobą stroje (przepaski, koraliki itp.) żeby "przybrać" w nie mieszkańców. Teatr. Przykład z innej beczki: biuro podroży publikuje jakiś post, a pod nim pojawi się kilkadziesiąt komentarzy- ale nie wspomnienia, czy porady itp., ale typowe "byłem". Trzeba odznaczyć, pokazać w stadzie, że się tu było. Psychologia społeczna ma wiele określeń na takie zachowania. Mnóstwo ludzi, którzy w życiu nie ruszyłoby się ze swego domostwa - robi to pod wpływem bodźców zewnętrznych (reklama, sąsiadka, blogi itd.), a nie z serca, potrzeby, chęci. Świadoma turystyka wiąże się ze świadomymi wyborami, z wiedzą, myśleniem, a nie z podporządkowaniem się trendom.

  • belanna_torres

    Oceniono 50 razy 40

    Nie wiem, skąd to przekonanie, że "niemal wszyscy" turyści szukają "autentyczności" i "egzotyki". Ja bym raczej obstawiała, że "niemal wszyscy" turyści chcą, żeby było ciepło, była plaża, były fajne laski topless bądź napakowani kolesie i żeby było all inclusive, czyli chlanie na okrągło. To oczywiście także stereotyp, ale chyba bardziej zakorzeniony w faktach niż wizja przemierzających dżunglę backpackerów. Wystarczy popatrzeć na statystyki, dokąd ludzie najczęściej wyjeżdżają jako turyści. Czy ci wszyscy wielbiciele egipskich i tunezyjskich "resortów" pragną podziwiać autentyczne życie tubylców? No błagam...

  • calmy

    Oceniono 27 razy 23

    Sympatyczny artykuł opisujący smutne, masowe zjawisko w którym chcąc nie chcąc większość bierze udział.
    Mniej sympatyczne jest niechlujstwo reaserchera który pokazując pocztówkę z przełomu wieków na której widoczny jest dworzec zbudowany w 1895 próbuje podpisem zasugerować, że jest to dokładnie to miejsce z którego pół wieku wcześniej wyruszyła pierwsza wycieczka. naprawdę, w 1845 roku wyglądało to miejsce zupełnie, zupełnie inaczej. To tak jak by pokazać biedronkę w Gnieźnie i podpisać: to tutaj odbył się Chrzest Polski. Szkoda, bo wywiad jest doskonały.

  • wislok1

    Oceniono 22 razy 20

    Bardzo ciekawy artykuł.
    Dodałbym swoją refleksję. Bardzo mnie śmieszy narzekanie turystów, którzy przyjechali do znanego miejsca, że spotkali tam dużo innych turystów.
    Np. przyjeżdża ktoś do Wenecji i jest oburzony tym, że jest tam mnóstwo ludzi. Wyobraża sobie, że jest to miejsce dziewicze i będzie sam spacerował po uliczkach, w tramwajach wodnych będzie jedynym pasażerem.
    Ludzie w znanym nadmorskim kurorcie są zdziwieni obecnością tłumu na promenadzie.
    No, skąd oni się tam wzięli ???
    Ludzie często szukają nad morzem cichej, spokojnej miejscowości, z fantastyczną plażą, z dużą ilością knajp i sklepów, z kwaterą zaraz koło wody...
    Entuzjaści hotelu życzą sobie, żeby ich hotel mający z 1000 łóżek był w baaaardzo spokojnej okolicy z knajpami i supermarketem, a na plaży nikogo poza nimi nie było.
    Z drugiej strony takie spokojne miejsca jeszcze są, tyle że zwykle turysta tam nie dotrze, bo nie da się tam dojechać autem czy autobusem, a na piechotę się nie chce.
    Generalnie turystyka jest pełna paradoksów.

  • darrek11

    Oceniono 20 razy 14

    Ciezko w obecnym czasie byc podroznikiem odkrywca. Nie wszyscy poza tym maja odwage samemu pojechac szczegolnie gdzies w odlegle zakatki swiata. Ja lubie sie powloczyc i to niekoniecznie po nieprzetartych szlakach. Nie mierzi mnie, ze zobacze cos co juz widzialo przede mna setki tysiecy ludzi. Moze czasami tlumy mnie przerazaja :) Raczej sprawia mi frajde, ze sam zorganizowalem wyjazd i dotare do celu podrozy, bez "opieki" pilota. Chociaz nie mam nic do takiej formy turystyki tym bardziej, ze juz na miejscu czasami zdarza sie skorzystac z takiej masowej turystyki z powodow praktycznych. Zatem w droge!

  • mrrrwrrr

    Oceniono 16 razy 12

    Kto chce poznać prawdę o podróżach - polecam brytyjską serię "Idiota za granicą".

  • Tadeusz Maciejski

    Oceniono 22 razy 10

    ciekawy wywiad - może więcej ludzi sie zastanowi co zwiedza i po co zwiedza

  • bialamysz

    Oceniono 13 razy 9

    W artykule nie wzięto bowiem w ogóle pod uwagę, że wiele osób wyjeżdża, aby zwyczajnie odpocząć i pobyć w innym miejscu niż to w którym mieszkają na co dzień. W takim przypadku ewentualne zabytki czy lokalne atrakcje na drodze takiego delikwenta są tylko dodatkiem. I nie ma w tym naprawdę niczego złego! Dziś jeszcze doszedł kult ekshibicjonizmu (tzw. media społecznościowe).

    Turystyka polegająca na podróżowaniu grupowym, mającym - w założeniu "zwiedzanie" i "poznawanie" - zmieniła się na przestrzeni ostatnich trzech, czterech dekad, to prawda. W latach 70' i 80' także przemieszczały się duże grupy turystów. Jednakże, wówczas można było zaobserwować chęć poznania odwiedzanych miejsc, w przypadku podróży mających taki cel. Jednak i wtedy i teraz tylko garstka wśród tych ludzi miała choćby podstawową wiedzę o miejscach, które odwiedzają, o ich historii, kulturze. Teraz ten odsetek jeszcze się zmniejszył. I tu wrócę do tego co napisałem na początku, większość ludzi wyjeżdża dla odmiany od codziennego życia, dla chęci wyróżnienia się w swoim towarzystwie i dla zwykłej zabawy/relaksu. Natomiast to, że ktoś sobie podczas takiej wyprawy wyobraża, że jest Indianą Johnes lub nowym Kolumbem, no cóż, to już jego indywidualna sprawa i nie rozumiem skąd to piętnowanie, które widać w artykule. Idąc tym samym tropem powinniśmy piętnować ludzi biegających z paintballem po lasach, bo oni wyobrażają sobie, że są żołnierzami i walczą w jakiś bitwach, czy wojnach. To jest ten sam mechanizm.

    Osobiście podróżuję zawsze indywidualnie, ale tez korzystam z przewodników czy informacji z internetu. No przecież te zarzuty stawiane przez redaktora jak i jego rozmówcę są paradne. Idąc dalej, jeżeli chcesz być prawdziwym wędrowcem, wówczas nie korzystaj z map, bowiem inni będą szli tymi samymi drogami. Prawda jest taka, że będący turystą zawsze będziesz... uwaga, uwaga - turystą! No inaczej się nie da. Kiedyś można jeszcze było być odkrywcą, ale jak słusznie zauważono w artykule, białych plam na mapach już nie ma. Dziś można być jeszcze naukowcem, który wybiera się w podróż aby badać, ale to nie jest turystyka, to wyprawy badawcze! Podam przykład, kiedyś byłem w Zjednoczonym Królestwie, niby zobaczyłem jak ludzie tam żyją i mieszkają. Lecz prawdziwe życie poznałem dopiero, gdy wyjechałem tam do pracy. I tak, wiem więcej o życiu tam niż turysta, ale mniej w porównaniu do tych którzy są autochtonami i spędzili tam całe życie. Konstatując, lepiej jest jednak wiedzieć cokolwiek niż nic. Lepiej jest pojechać gdzieś choćby na chwilę, niż w ogóle. Wycieczki na front czy do obozów uchodźców, cóż też można. Trzeba tylko obrać właściwy cel i punkt widzenia. Jeżeli jedzie się po wiedze, a nie po "ekstremalne wrażania" na które potem łapie się dziewczyny lub po "oczyszczenie sumienia", że ja też tam byłem i pomagałem rozdając dwa batoniki, wówczas można wiele się nauczyć. A to, że z tych wypraw można wyciągać błędne wnioski. Błędne wnioski można wyciągać również czytając doniesienia prasowe, ot ryzyko prowadzenia życia (jakiegokolwiek).

    Artykuł nieco goni w piętkę, bo najpierw turystów odsądza się od czci i wiary, a potem daje kilka banalnych porad w rodzaju "pamiętaj, żeby szanować miejscowych i zważać na różnice kulturowe". Może teraz jest inaczej, ale taką wiedzę kiedyś wynosiło się z domu i to było zwykłe "dobre wychowanie", a nie jakieś super nowoczesne i odkrywcze rozumowanie wokół którego Pan Cywiński stworzył jakiś portal internetowy. Trochę to wszystko wydaje mi się wywarzanie otwartych drzwi. Zgodzicie się ze mną?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX