(fot. iStockphoto.com)

wywiad gazeta.pl

Brutalne morderstwo i religijny fanatyzm. Fenomen skandynawskich kryminałów

Niewielkie społeczności stwarzają dużo większe ryzyko narodzenia się różnej maści ekstremizmów - mówi Ingar Johnsrud, nowa twarz skandynawskiego kryminału. Jego debiut ?Naśladowcy? sprawił, że autor został okrzyknięty mianem wschodzącej gwiazdy literatury i godnego następcy Jo Nesbo i Stiega Larssona.

Nigdy wcześniej nie byłem w Oslo i przyznam, że odkąd przyleciałem, chodzę po mieście w stanie najwyższej czujności... To oczywiście wina „Naśladowców”.

- Dla mnie, jako autora kryminałów, to bardzo dobra wiadomość! Jak dziwnie by to nie brzmiało - cieszę się.

Ciemność i niebezpieczeństwo ukryte pod uroczymi domkami z drewna i uporządkowanym, higienicznym otoczeniem to ogólna przypadłość całej Skandynawii? Czy może tylko stereotyp, który dobrze sprzedaje się w mediach?

- Kiedy myślimy o świecie, wszyscy posługujemy się kliszami i stereotypami. To nieuniknione. Skandynawia jest postrzegana jako region bardzo uporządkowany, ze świetnie zorganizowaną infrastrukturą oraz społeczeństwem, a przy tym... bardzo nudny. Coś w tym oczywiście jest. Podobnie jak w tym, że gdy zdrapiemy paznokciem tę całą nudną, higieniczną powłokę, dostaniemy się do wspomnianej przez pana podskórnej ciemności.

Oslo (fot. Leo Hidalgo / Flickr.com / CC BY-S.A 2.0)Oslo (fot. Leo Hidalgo / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Ale to dotyczy chyba nie tylko Skandynawii?

- Tak, ale tutaj ten kontrast między bezpieczeństwem i porządkiem a brutalnością jest dużo lepiej widoczny. Poza tym, wielu mieszkańców Skandynawii żyje w stosunkowo niewielkich społecznościach, które mogą się wydawać idylliczne, stwarzają jednak dużo większe ryzyko narodzenia się różnej maści ekstremizmów. Weźmy chociażby zamachy z 2011 roku - zarówno masakrę na wyspie Utoya, jak i atak na Regjeringskvartalet, budynek rządowy znajdujący się w Oslo. Za obiema tragediami stał Breivik, który nie był przecież muzułmańskim fundamentalistą, tylko osobą wychowaną w Norwegii, przez norweskich rodziców, według norweskich zasad.

Teoretycznie każde społeczeństwo może wydać na świat ekstremistę.

- W takim razie odwołam się do spraw takich, jak morderstwa w szwedzkim Knutby, wsi, w której mieszka jakieś pół tysiąca osób. Lider tamtejszej wspólnoty religijnej zrobił pranie mózgu dwudziestoparoletniej dziewczynie i zmusił ją do zabicia własnej żony. Pracowałem przy tej sprawie jako dziennikarz, uczestniczyłem również w procesach. To było przerażające. Jedna z osób utrzymywała, że miała bezpośrednie połączenie z Bogiem, który zmusił ją do popełnienia morderstwa. Takich spraw jest oczywiście więcej.

Patrząc na to z tej perspektywy, popularność powieści kryminalnych napisanych przez skandynawskich autorów nie może dziwić. To miejsce wydaje się wręcz stworzone do snucia przerażających historii...

- Oczywiście, choć znowu wracamy do stereotypów. Skandynawia ma łatkę miejsca, w którym życie toczy się w powolny, uporządkowany sposób i jest w tym sporo prawdy. Jeżeli spojrzymy na statystyki dotyczące przestępstw tu popełnianych, zobaczymy, że nie są one zbyt wysokie. I właśnie dlatego historie o okrutnych morderstwach popełnianych w takim otoczeniu są dla czytelników atrakcyjne. Jakikolwiek przejaw brutalności i okrucieństwa wydaje się na takim tle dużo wyraźniejszy.

A więc chodzi o skrajności.

- Posługiwanie się kontrastem i silnie zarysowanymi przeciwieństwami jest moim zdaniem bardzo przydatnym narzędziem w przypadku każdego rodzaju pisarstwa. Zresztą, jeśli rzucimy okiem na literaturę innych krajów, również znajdziemy tam podobne zestawienia: małe, ciche miasteczko nad morzem i brutalne morderstwo, bogata metropolia i religijny fanatyzm, i tak dalej. To wcale nie musi być Skandynawia.

Anders Behring Breivik (fot. NTB SCANPIX / REUTERS)Anders Behring Breivik (fot. NTB SCANPIX / REUTERS)

Z jakichś przyczyn mówimy jednak o „skandynawskiej szkole kryminału”, nie niemieckiej czy francuskiej.

- To oczywiście nie wzięło się znikąd. Mamy w dziedzinie kryminałów dość bogatą tradycję. Weźmy choćby literaturę z lat 70. i zjawisko nazywane „nordic noir”. Te różnego rodzaju „szkoły” to jednak zawsze spory skrót myślowy. Gdy porównamy książki poszczególnych autorów, widać jak na dłoni, że ich twórczość jest bardzo indywidualna. Tak naprawdę jest w niej dużo więcej różnic niż podobieństw.

Jeśli coś nas wszystkich łączy, to jest to na pewno krytyczne spojrzenie na to, w jaki sposób zorganizowane jest społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy piszemy o prostytucji, narkotykach, religijnych fundamentalistach czy mafii, wyziera spod powierzchni dość mało pochlebna opinia na temat tego, w jaki sposób funkcjonujemy jako wspólnota, jakimi mechanizmami rządzi się tzw. układ społeczny. 

Podejrzewam, że dzieje się to niezależnie od pisarza?

- Jasne, nie istnieje przecież coś takiego, jak „podręcznik pisania skandynawskich kryminałów”. Czytelnicy skupiają się na tym, co nas wszystkich łączy. Z punktu widzenia autora nie ma, a przynajmniej nie powinno być, mowy o celowym upodabnianiu się do innych. Nie zastanawiam się nad tym, w jaki sposób sprawić, żeby moja powieść była podobna do książek reszty skandynawskich autorów. Po prostu wszyscy zostaliśmy wychowani w podobnym kręgu kulturowym, czytamy podobne rzeczy - od tego nie da się uciec.

Blurb na okładce polskiego wydania „Naśladowców” głosi: „Jo Nesbo w świecie Stiega Larssona”. Nie irytuje to pana?

- Przeciwnie, to bardzo miłe. Kto nie chciałby być porównany do Nesbo czy Larssona? To jedni z największych współczesnych autorów kryminałów. Takie słowa to zaszczyt. Oczywiście mam swoje zdanie na ten temat, mogę wyliczać: moja twórczość różni się od jednego tym i tym, od drugiego tym i tym. Znajdę masę przykładów, które by tego dowodziły. Jakie to ma jednak znaczenie? Byłoby głupotą, gdybyśmy my - debiutujący twórcy - nie podglądali współczesnych mistrzów. Oni wynaleźli koło, a my możemy nauczyć się je używać.

Skupmy się na różnicach. Polacy często złoszczą się na fakt, że niektórzy obcokrajowcy nie widzą szczególnej różnicy między nami a Rosjanami lub Ukraińcami. Z drugiej strony jednak, wrzucamy Norwegię do worka z napisem „Skandynawia”.

- Cóż, często mówi się o nas w kontekście rozmaitych sportów: dopóki wygrywamy ze Szwedami, nieważne, jak nam idzie z resztą przeciwników. Oczywiście, sporo nas różni, ale zdaję sobie sprawę z tego, że z zewnątrz jawi się to tak: wyglądają właściwie tak samo, mówią niemal tym samym językiem, mają podobne przekonania polityczne. Niezbyt się tym przejmuję. Jedyne, co jestem w stanie zrobić, to pisać o Norwegii. Czytelnik sam dostrzeże różnicę. Zresztą: nie ma znaczenia, czy ludzie będą traktować moją twórczość jako przykład „skandynawskiego”, czy „norweskiego” kryminału. Dopóki chcą nas czytać, wszystko jest w porządku.

Niewielkie społeczności stwarzają dużo większe ryzyko narodzenia się różnej maści ekstremizmów - mówi Ingar Johnsrud. Na zdjęciu: wizualizacja memoriału ofiar zabitych przez Breivika (fot. HANDOUT / REUTERS)Niewielkie społeczności stwarzają dużo większe ryzyko narodzenia się różnej maści ekstremizmów - mówi Ingar Johnsrud. Na zdjęciu: wizualizacja memoriału ofiar zabitych przez Breivika (fot. HANDOUT / REUTERS)

Pytam również dlatego, że opisuje pan w „Naśladowcach” postać Kari-Lise Wetre, konserwatywnej polityczki, słowami: „Miała styl, co było takie nienorweskie”.

- My również mamy swoje kompleksy i punkty odniesienia. Przyznam, że w trakcie pisania „Naśladowców” sporo się nad tym zastanawiałem. Zawsze patrzyliśmy z pewną tęsknotą w stronę Paryża lub Londynu. Wystarczy przejść się tam po ulicy, żeby uświadomić sobie, że mamy do czynienia z rewią mody. Wydaje się, że tamtejsi mieszkańcy mają elegancję i styl wpisane w genotyp. Pamiętajmy, że Norwegia do niedawna nie była zbyt bogatym państwem. Nawet dzisiejsze Oslo nie wypada najlepiej w porównaniu ze wspomnianymi miastami. Oczywiście jest bardzo wiele stylowych i pięknych Norweżek. Norwegów również. Jest to jednak... inny rodzaj piękna.

Jestem świadom naiwności tego pytania, niemniej: czy w kontekście tego, co dzieje się aktualnie na świecie (rozmowa odbyła się kilkanaście godzin przed zamachami w Brukseli - przyp. MW), nie boi się pan opinii, że twórcy kryminałów estetyzują zło, sprawiają, że staje się atrakcyjne? W końcu świat i bez tego jest wystarczająco okrutny.

- Brałem niedawno udział w dyskusji na ten temat. Mam na to pytanie dwie odpowiedzi. Jedną grzeczną, drugą nieco mniej.

Poproszę obie.

- Rozmawiałem jakiś czas temu z policjantem z wydziału kryminalnego, osobą, która zwykle pojawia się na miejscu zbrodni jako pierwsza. Zastanawiałem się przy tej okazji, jaki efekt musi wywierać na człowieka widok świeżych zwłok, mnóstwa krwi i tym podobne. Rzecz jasna doszedłem do wniosku, że musi to być absolutnie przerażające i odpychające. Jest jednak druga strona medalu. Należę do roczników, które w momencie premiery „Pulp Fiction” miały dwadzieścia parę lat. Dla nas kino Quentina Tarantino było obiektem kultu, a estetyzowanie przemocy to przecież jego znak rozpoznawczy. Odbiorca musi jednak użyć swojego mózgu, zastanowić się nad tym, co tak naprawdę ogląda, zamiast napawać się widokiem krwi.

A może kryminał, fikcyjna opowieść o przemocy, w pewnym sensie egzorcyzmuje prawdziwą przemoc? Albo stanowi katharsis?

- Katharsis to chyba za mocne słowo. Na pewno każdy z nas czuje pewien pociąg ku przemocy, jesteśmy nią w jakiś sposób zafascynowani. Nie da się też przed nią uciec. Wystarczy, że włączymy na moment telewizor i już jesteśmy bombardowani rozmaitymi brutalnymi historiami ze świata. Poza tym: morderstwo zawsze było i będzie ważnym i efektownym tematem. W końcu to jedna z niewielu rzeczy, których za nic w świecie nie jesteśmy w stanie cofnąć, naprawić. Nie da się „odzamordować” drugiej osoby.

Jest w tym chyba coś jeszcze: gdy dziecko patrzy na akrobatę idącego po linie, to w myślach zadaje sobie pytanie, co by się stało, gdyby linoskoczek spadł na ziemię...

- Nie da się udawać, że zło nie jest integralną częścią ludzkiej natury. Wielką zaletą literatury kryminalnej jest jednak fakt, że możemy zmusić czytelnika, aby wszedł w skórę bohaterów i zastanowił się, jak by się zachował na ich miejscu. Nie musimy współczuć mordercom, warto jednak pomyśleć o tym, co sprawia, że podejmują takie, a nie inne decyzje. Kryminał jest wciągającą, ale i wymagającą układanką. Dla mnie pisanie powieści kryminalnych nie jest bowiem sztuką, a rzemiosłem. Jak budowanie domu.

Według Ingara Johnsruda, kryminał jest wciągającą, ale i wymagającą układanką dla czytelnika (fot. iStockphoto.com)Według Ingara Johnsruda, kryminał jest wciągającą, ale i wymagającą układanką dla czytelnika (fot. iStockphoto.com)

Skoro już jesteśmy przy warsztacie: autor kryminałów zawsze jest zawieszony gdzieś pomiędzy konwencją i przyzwyczajeniami czytelników a potrzebą świeżości, zaskoczenia.

- Na pewno, choć najlepszym rozwiązaniem byłoby chyba nie zastanawiać się nad tym podczas pisania. Jeśli wymyśliłeś dobrą historię, skup się na niej. Łatwo jednak przeholować i posunąć opisywaną przemoc do ekstremum, co kończy się zwykle w dość kiczowaty sposób. Dziś mamy do czynienia z nowym pokoleniem odbiorców, dość wysublimowanym. Pamięta pan serial „Ally McBeal” sprzed kilkunastu lat?

Tak, na szczęście mama pozwalała mi go oglądać, w przeciwieństwie do „Miasteczka Twin Peaks”.

- Pamiętam, że w połowie lat 90. w norweskiej telewizji puszczano tylko dwa warte uwagi seriale: mówię o wspomnianej „Ally McBeal” i „Przyjaciołach”. Reszta to były jakieś śmieci. Dziś mamy do czynienia z zatrzęsieniem dobrych produkcji telewizyjnych. Właściwie moglibyśmy oglądać je codziennie, przez całą dobę. To ma rzecz jasna wpływ na odbiorców. Dzisiejszy czytelnik jest dobrze przygotowany do podążania za skomplikowaną fabułą i nowymi rozwiązaniami narracyjnymi. To dla pisarza spore wyzwanie, ale jednocześnie wiele nowych możliwości.

Tylko że Fredrik Beier, główny bohater „Naśladowców”, jest rozwiedzionym, nieco zblazowanym policjantem z trudną przeszłością. Znamy tego typu postaci bardzo dobrze.

- Wydaje mi się, że w pisaniu kryminałów tak samo liczy się efekt zaskoczenia, jak i posługiwanie się kliszami, elementami dobrze czytelnikom znanymi. Zgadzam się z tym, że Fredrik jest zrobiony z klisz i stereotypów. To facet bardzo doświadczony, nieco zrezygnowany. Dzięki temu można mu zaufać. Nie chciałem posługiwać się w „Naśladowcach” jakimś superbohaterem. Wolę zmęczonego, pięćdziesięcioletniego gościa. Inaczej byłoby to moim zdaniem mało autentyczne.

W powieści przywołuje pan okres drugiej wojny światowej, pojawiają się wątki związane z eugeniką, stworzeniem idealnej rasy. Wprowadza pan również współczesne postaci, które odwołują się do nazistowskich tradycji. Jeśli spojrzymy na radykalizację nastrojów w dzisiejszej Europie, można odnieść wrażenie, że „naśladowców” nie brakuje. Nie uczymy się na własnych błędach?

- Myślę, że jeszcze dziesięć lat temu nie bylibyśmy w stanie tego wszystkiego przewidzieć. Mówię o kryzysie imigranckim, rozłamie w obrębie Unii Europejskiej, wyborczej karierze Donalda Trumpa i tym podobnych zjawiskach. Mój dziadek pracował w czasie nazistowskiej okupacji jako policjant. Oficjalnie współpracował z Niemcami, nieoficjalnie natomiast pomagał Norwegom przedrzeć się przez granicę ze Szwecją. Ostatecznie sam musiał uciekać, gdyż został zdekonspirowany.

Problemem dzisiejszych młodych, którzy przejawiają różne radykalne, niebezpieczne tendencje, jest między innymi fakt, że nie ma wśród nich osób, które były naocznymi świadkami tamtych czasów. Dla moich dzieci druga wojna światowa będzie tym, czym dla mnie jest pierwsza wojna.

Jednym z wydarzeń historycznych, rozdziałem w podręczniku?

- Dokładnie tak. Tymczasem druga wojna była czymś absolutnie dramatycznym i bezprecedensowym. Czymś, co wpłynęło na całe powojenne pokolenie. W końcu udało się nam, Europejczykom (wyłączając byłą Jugosławię), unikać poważnego konfliktu przez dobre kilkadziesiąt lat. Wcześniej nie było o tym mowy. Choć czuję się niezręcznie, mówiąc o tym w ten sposób, dzisiejsza sytuacja może być dowodem na to, że rzeczywistość upomina się o swoje. Dzięki temu mamy szansę zrozumieć, że musimy sami zapracować na pokój, brak konfliktu. Nikt nam go przecież nie da, jeśli sami o niego nie zadbamy.

A co z tymi, którzy twierdzą, że wielokulturowa Europa jest kompletną utopią?

- To nie utopia. Należy pomóc imigrantom w przeistoczeniu się w pełnoprawnych obywateli państw, do których przyjeżdżają. Podkreślam: pomóc, zamiast zarażać się wzajemnie strachem przed ich odmiennością. Różnice nie są niczym złym. Europa potrzebuje jednak systemu, który uporządkuje całe to zamieszanie. Na obecnej sytuacji najwięcej zyskują przecież ekstremiści. Do wszystkiego należy podchodzić trzeźwo i racjonalnie. Musimy też nauczyć się wyciągać wnioski z tego, co wydarzyło się na świecie ponad siedemdziesiąt lat temu.

W jaki sposób Norwegowie poradzili sobie z niezbyt chwalebną częścią swojej historii, związaną z nazistowską okupacją?

- Sprawa jest o tyle niejednoznaczna, że z jednej strony mieliśmy Quislinga i Hamsuna, zdeklarowanych nazistów, z drugiej strony jednak funkcjonowała całkiem spora opozycja. Co ciekawe, jeszcze w latach osiemdziesiątych oficjalna wersja, której nauczano w szkole, była następująca: cała Norwegia walczyła z Trzecią Rzeszą. Poza Quislingiem i jemu podobnymi, rzecz jasna. Próbowano kompletnie wyrugować ten fragment naszej historii. Tak naprawdę dopiero na przełomie tysiącleci zaczęliśmy wprost mówić o tym, co się wydarzyło.

Po lewej: Vidkun Quisling (fot. Riksarkivet / National Archives of Norway / Wikimedia Commons / no restrictions); po prawej: Knut Hamsun (fot. Heiberg / Oslo Museum / Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0)Po lewej: Vidkun Quisling (fot. Riksarkivet / National Archives of Norway / Wikimedia Commons / no restrictions); po prawej: Knut Hamsun (fot. Heiberg / Oslo Museum / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0)

W powieści padają słowa: „Ideologia albo religia. Jaka właściwie była między nimi różnica?”. Podpisałby się pan pod tym?

- Zacznę od tego, że nie chciałem tworzyć historii o mordercy, którego okrucieństwo wynikało wyłącznie z jakiegoś wewnętrznego instynktu. Zależało mi raczej na dotarciu do tego, skąd może brać się zło. Jestem daleki od szukania usprawiedliwień, posłużę się jednak dość ryzykownym przykładem: prawdopodobnie nie wszyscy naziści byli z natury okrutnymi i złymi osobami. To, co miało być dla niektórych przede wszystkim walką z komunizmem i próbą wzmocnienia własnego państwa, skończyło się najobrzydliwszym i najtragiczniejszym wydarzeniem w historii, mówię tu o holokauście.

Podobnie jest z religijnymi fundamentalistami. Przecież niektórzy z nich naprawdę wierzą, że wypełniają wolę Boga, są wobec niego, w swoim przekonaniu, oddani i ulegli. W obu przypadkach dochodzi do swoistego prania mózgu. Podkreślę, że nie zamierzam usprawiedliwiać okrucieństwa, to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane. Wierzę jednak, że ludzie w większości nie są źli, robią jednak bardzo złe rzeczy. Jak naiwnie by to nie brzmiało.

„Naśladowcy”, Ingar Johnsrud (fot. materiały prasowe / Jarli & Jordan)„Naśladowcy”, Ingar Johnsrud (fot. materiały prasowe / Jarli & Jordan)

Ingar Johnsrud. Urodził się w 1974 roku w Oslo. Od 2001 zatrudniony jako dziennikarz w drugiej co do wielkości norweskiej gazecie codziennej. Lata 2003-2005 spędził, pracując w Sztokholmie. Pisze trylogię kryminalną o Fredriku Beierze. „Naśladowcy” to jej pierwszy tom, który wzbudził ogromne zainteresowanie wśród wydawców na całym świecie. Sprzedaż praw do tłumaczenia nabyły wydawnictwa z 19 krajów. W Norwegii Ingara Johnsruda wydaje dom wydawniczy innego geniusza powieści kryminalnych Jo Nesbo. „Naśladowcy” zyskali już miano bestsellera na rodzimym rynku: na liście najlepiej sprzedających się książek w segmencie fikcji książka zajęła 6. miejsce w 2015 roku (dane za Bokhandleforeningen - stowarzyszenie księgarzy norweskich).

Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na „wysoką” i „niską”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Xięgarni”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”, stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Prowadzi firmę graficzno-odzieżową UNDO.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Komentarze (5)
Zaloguj się
  • mietekkowalski

    Oceniono 13 razy 9

    Jeżeli chcesz poczytać szwedzkie kryminały to nie zaczynaj od Millenium, bo reszta będzie po prostu słabsza o kilka klas. Jedyne które są tylko trochę gorsze to seria Hjortha i Rosenfeldta o Sebastianie Bergmanie i oczywiście Henning Mankell o Kurcie Wallanderze. Teraz na każdej książce jest napisane "następca Larssona", czy "następca Nesbo", a większość to papka i typowy skok na kasę, bo jakiś gryzipiorek zechciał być pisarzem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX