(fot. materiały prasowe / eyalsivan.info)

Od pomarańczy z Palestyny do ''żydowskich'' ciasteczek Jaffa. Prawdziwa historia delicji

Delicje, nasza duma z czasów PRL, wcale nie były polskim wynalazkiem. Dla ?towarzyszy?, którzy zdecydowali o rozpoczęciu ich produkcji w naszym kraju, rodowód ciasteczek okazał się mocno kłopotliwy.

Choć pamięć ludzka idealizuje przeszłość, prawda jest brutalna - Polska Ludowa była biednym krajem, a jej „osiągnięcia” były żałosne na tle przeciętnej gospodarki zachodniej. Jednym z takich mitów, które przechowuje pamięć, są fałszywe smaki PRL - te cudowne wedlowskie czy wawelskie czekolady, te delicje, którymi zachwycał się rzekomo cały świat, te wędliny „jak za Gierka”, ta dźwignia polskiego eksportu, jakim było ciasteczko „Prince Polo”.

Czytający to dzielą się dziś na dwie grupy - tych, którzy tamte czasy mniej więcej świadomie pamiętają, czyli urodzonych przed 1975, i młodszych, którzy bezkrytycznie przyjmują wszystko, co zobaczą i usłyszą, a pełne przerysowań i fikcji popularne komedie peerelowskie traktują jak filmy dokumentalne z epoki. Pierwsi idealizują przeszłość z prostego powodu - wtedy byli młodsi i wszystko z tej perspektywy wyglądało lepiej. Drudzy nie mają o faktach pojęcia, więc muszą łykać wszystko, co im ci pierwsi opowiadają.

Ciekawym przykładem idealizowania przeszłości są popularne ciasteczka, delicje. Znacie je, prawda? Prosta konstrukcja, idąc od dołu: okrągły biszkopcik, owocowa galaretka i to wszystko pokryte cienką warstwą mlecznej czekolady.

fot. istock.com(fot. istockphoto.com)

Niewinna delicja to było cholernie ideologiczne ciasteczko.

***

Kiedy Gierek doszedł do władzy, musiał znaleźć pomysł na wydobycie z zacofania biednego, peryferyjnego, rolniczego kraju z doczepioną na siłę monokulturą ciężkiego przemysłu stworzonego na potrzeby wojny - i ciężkiego przemysłu. Tak, to nie błąd, 30% produkcji kopalni szło na potrzeby energetyki i hut; 30% produkcji hut szło na potrzeby górnictwa i energetyki; 30% produkcji energetyki szło na potrzeby hut i kopalni*. Miliony ludzi w przemyśle pracowało codziennie w pocie czoła, nie produkując niczego na potrzeby tego rynku, no bo jakie zapotrzebowanie ma przeciętny obywatel na lokomotywy spalinowe, mosty kroczące albo zmechanizowane obudowy górnicze. Ludzie zarabiali jakieś papierowe pieniądze, z którymi wracali do domu i nie bardzo mieli co za nie kupić; nieliczne fabryki produkujące dobra rynkowe wypuszczały ciągle za mało telewizorów, radioodbiorników, dywanów, spodni.

Sporządzając listę dóbr luksusowych na potrzeby ankiety statystycznej umieszczano na niej aparaty fotograficzne i garnitury; jeśli ktoś miał „trzy komplety ubrań”, traktowany był jako człowiek zamożny. Udziałem w kulturze była np. „wizyta co najmniej raz w miesiącu w restauracji” - bo tam polski obywatel mógł podpatrzeć, jak się je nożem i widelcem, albo czemu wrzucanie ziemniaków z drugiego dania do talerza z zupą jest raczej demodé. Albo, żeby nie siorbać (kelnerzy chodzili od stolika do stolika i pouczali klientów, jak się mają zachowywać). Pitawale gazetowe pełne były doniesień o zuchwałych rabusiach, którzy w drodze włamania wynosili z mieszkań obrabowanych obywateli „trzy komplety pościeli, dwa obrusy, dwa garnitury męskie z wełny, komplet sztućców platerowanych, wazon kryształowy oraz aparat fotograficzny Druh”.

W dziedzinie produkcji żywności w ówczesnej Polsce, kraju zasadniczo rolniczym, było jeszcze gorzej. 80% mieszkających na wsi ludzi nie produkowało żywności na potrzeby inne niż swoje; a mieszkała na wsi wówczas połowa populacji. Jedynym stale dostępnym produktem o dużej trwałości, który zawsze można było wymienić na pieniądze, była wódka, więc naród zarobione złotówki wydawał na nią, a wszystkie wsie, miasteczka i miasta były przy każdej wypłacie pełne pijanych ludzi, zataczających się, bijących pod knajpami, leżących na ławkach, skwerach i chodnikach.

Taki to zabawny kraj był.

***

Pomarańcze do Europy sprowadzili krzyżowcy. W XII w. były znane w rejonie Morza Śródziemnego, jako gorzkie owoce używane przez możnowładców do celów medycznych. Krzyżowcy spotkali się z nimi oczywiście na terenach Anatolii, Edessy, Palestyny - arabscy kupcy przywieźli je kilkaset lat wcześniej z Chin i mozolnie próbowali udoskonalić. W 1199 r. pojawili się goście z czerwonym krzyżem na sztandarach i zaczęli się tymi pomarańczami zażerać.

(fot. palestineposterproject.org)(fot. palestineposterproject.org)

***

Pomarańcza powinna się znaleźć na fladze zwolenników rozsądnie rozumianego GMO. Taki owoc w naturze nie istnieje. Powstała jakieś 4 tysiące lat temu jako krzyżówka, genetyczna modyfikacja, dzieło cierpliwych chińskich ogrodników, łączących ze sobą pomelo z mandarynką. Powstały w ten sposób owoc był większy od mandarynki, a mniejszy od pomelo, ze skórką grubszą niż mandarynkowa, a cieńszą niż pomelowa. Słodszy od pomelo, i nieco bardziej gorzki niż mandarynka. Przede wszystkim jednak, zebrany z drzewa, dawał się przechowywać dużo dłużej niż, relatywnie szybko psująca się, mandarynka. I dlatego dało się pomarańcze dowieźć na Bliski Wschód, wydłubać pestki i zasadzić.

I tam go znaleźli obrońcy wiary chrześcijańskiej.

***

Krzyżowcy byli ważnym, ale jednak epizodem w dziejach pomarańczy. Kiedy templariusze i joannici wozili ją z Palestyny do Francji, francuscy i hiszpańscy rycerze odkrywali ją rosnącą na stokach Andaluzji, uprawianą od 700 lat w kalifacie Kordoby. Rekonkwista zakończyła się w XV w. między innymi przejęciem wielkich arabskich gajów cytrusowych na Półwyspie Iberyjskim. Pomarańcze, nadal w Europie wściekle drogie, zaczynały się przynajmniej stawać znane. Niderlandzcy malarze umieszczali je na obrazach, a hiszpańscy podróżnicy zawieźli je do Ameryki, gdzie zaczęły się nadzwyczajnie udawać, a pierwszym miejscem zaoceanicznych upraw stała się Hispaniola. W XVIII w. zaczęto je uprawiać na Hawajach - dalej się zawlec pomarańczy już nie dało, bo dalej są już Chiny.

***

W Palestynie, będącej częścią Imperium Osmańskiego, arabscy rolnicy eksperymentowali. Dostarczali pomarańczom wodę, przycinali drzewka, eliminowali słabe egzemplarze, walczyli z chorobami drzew. Palestyńskie pomarańcze, zwane shamouti, w XIX w. zaczęły się odróżniać od innych szczepów. Skórka stała się gruba, łatwa do zdjęcia, ale doskonale chroniąca owoc w transporcie i umożliwiająca długie, bardzo długie przechowywanie nawet w gorącym klimacie. Pestki poznikały - w jednej pomarańczy shamouti trafiało się ich ledwie kilka, podczas gdy w innych pomarańczach było ich po 30-50. Pomarańcze zyskały na soczystości i stały się bardziej słodkie. A w połowie XIX w. na morza i oceany wypłynęły parowce.

Pomarańcze opuszczają Jaffę - zdjęcie nieznanego autorstwa zostało zrobione około 1930 r. (fot. Wikimedia.org / public domain)Pomarańcze opuszczają Jaffę - zdjęcie nieznanego autorstwa zostało zrobione około 1930 r. (fot. Wikimedia.org / public domain)

Parowce okazały się kluczowe dla sukcesu. Dowiezienie ładunku pomarańczy z portu w Jaffie do Londynu czy Rotterdamu trwało teraz kilkanaście dni, zamiast kilku tygodni. Ceny zaczęły gwałtownie spadać, w drugiej połowie XIX w. pomarańcza jest już masowo dostępna dla przeciętnego mieszkańca zachodniej Europy. Kiedy Gierymski w 1880 maluje w Warszawie ubogą żydowską przekupkę handlującą pomarańczami, ten owoc jest już powszechnie dostępny nawet dla biedoty z krańców Russkoj Impierii (a że jest źródłem witaminy C, nauka odkryje za przeszło trzy dekady).

***

Wybucha I wojna światowa, Imperium Osmańskie pełne młodych, ambitnych oficerów, wychowanych w pruskich akademiach wojskowych, wybiera stronę państw centralnych i wdaje się w krwawą rzeź przeciwko entencie, wyrzynając korpus ANZAC pod Gallipoli. Brytyjczycy nie mogą tolerować tego, że na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego dominują Turcy, bo stanowi to zagrożenie dla żeglugi na Kanale Sueskim. A Kanał Sueski to najkrótsza droga łącząca Wielką Brytanię z „perłą w koronie”, czyli brytyjskimi Indiami, a także z Australią i Nową Zelandią. Tamtędy idą surowce, masy wojska, żywność.

Rząd brytyjski rozpoczyna akcję dywersyjną. W Palestynie, w której ludność arabska ma dosyć panowania Turków, pojawia się „Lawrence z Arabii” i obiecuje Arabom niepodległą arabską Palestynę, jeśli pomogą w walce i zaangażują znaczące siły tureckie. Ponieważ od XIX w. Palestyna stanowi cel emigracji żydowskiej z Europy, Lawrence spotyka się z przedstawicielami mniejszości żydowskiej - i obiecuje im stworzenie żydowskiej Palestyny. Musi cholernie dbać, żeby się jedni z drugimi nie spotkali i żeby przypadkiem się nie zgadali.

Pakowanie pomarańczy. Petach Tikwa, kwiecień 1938 r. (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)Pakowanie pomarańczy. Petach Tikwa, kwiecień 1938 r. (fot. autor nieznany / wikimedia.org / public domain)

***

Żydowscy osadnicy przybywający na teren Palestyny od drugiej połowy XIX w. mijają się w portach ze skrzyniami wyjeżdżających do Europy pomarańczy. Pomarańcze to coś, co znają z Europy, więc część z nich po przyjeździe postanawia zająć się tym biznesem. Organizują firmy handlowe, magazyny, skup, zakładają wielkie gaje pomarańczowe, wprowadzają przemysłowe metody uprawy. Centrum upraw skupia się wokół portu w Jaffie, skąd pomarańcze wyruszają w świat. Pomarańcze shamouti stają się znane jako pomarańcze Jaffa.

***

Kończy się I wojna światowa. Turcja źle wybrała i traci imperium, młodotureccy oficerowie obalają sułtana, Syria i Liban zostają zajęte jako terytorium mandatowe Francji. Francuzi mają tymi terenami zarządzać i doprowadzić do powstania tam samodzielnych państw. Brytyjczycy zostają nagrodzeni mandatem nad Palestyną. Nagle stają w obliczu swoich własnych obietnic - Żydzi i Arabowie mówią „sprawdzam” i oczekują powstania własnego państwa. Żydzi chcą „Palestyny, Ziemi Izraela Obiecanej przez Boga”. Arabowie oczekują powstania Południowej Syrii.

Brytyjczycy kluczą. Wyłączają tereny za rzeką Jordan i tworzą arabskie królestwo Transjordanii, nagradzając tronem wiernych im szejków.

(fot. materiały prasowe / eyalsivan.info)(fot. materiały prasowe / eyalsivan.info)

***

Brytyjczycy ścigają się z czasem, chcąc zbudować jakąś wspólną, żydowsko-arabską państwowość na terenach Palestyny. Blokują żydowską imigrację, która nieustannie zmienia proporcje ludnościowe, a równocześnie próbują wesprzeć gospodarkę. Znoszą cła i pomarańcze Jaffa zalewają rynek brytyjski. Jest ich tak dużo, że pojawiają się przetwory, marmolady, susz ze skórek, galaretka pomarańczowa.

***

Galaretka pomarańczowa używana jest w latach 20. do smarowania biszkoptów przez ceniących ciasteczka i herbatniczki Brytyjczyków. Niestety, nie da się tych ciastek tak sprzedawać, bo galaretka się rozsmaruje. Trzeba ją czymś zabezpieczyć. Szkocka firma cukiernicza, już wówczas prawie stuletnia, McVitie & Price, Ltd., eksperymentuje. Tani biszkopcik o średnicy 54 mm zostaje pokryty galaretką z pomarańczy Jaffa, najtańszą i najbardziej masowo dostępną na rynku, a na to trafia trzecia warstwa mlecznej czekolady, która zastyga i chroni galaretkę. Jest rok 1927, McVitie & Price wypuszcza na rynek pierwsze „Jaffa cakes”.

I nie patentuje ich.

Dziś półki są pełne jaffa cakes  (fot. flickr / Frankie Roberto / CC BY 2.0)Dziś półki są pełne jaffa cakes (fot. flickr / Frankie Roberto / CC BY 2.0)

***

Do wybuchu II wojny światowej „Jaffa cakes”, ciasteczka z Jaffy, trafiają wszędzie, produkują je wszystkie ceniące się zakłady cukiernicze. Dodatkowym wsparciem eksportu pomarańczy Jaffa jest wojna domowa w Hiszpanii - sady pomarańczowe są w rękach republikanów, wiele niechętnych im rządów, nie chcąc naruszać „zasady nieinterwencji”, nakłada wysokie cła na hiszpańskie pomarańcze. Pomarańcze z Palestyny nie są może tak tanie, jak jabłka, ale są masowo dostępne, a „Jaffa cakes” stają się jednymi z najpopularniejszych słodyczy na masowym rynku.

***

W 1971 r. w Polsce jest co prawda 26 lat po wojnie, ale w biednym, zapomnianym, peryferyjnym kraju pomarańcze są luksusem (bo trzeba by je za granicą kupić za dewizy, a dewiz potrzebujemy na budowę lokomotyw). Kiedy nastaje Gierek, jego ekipa wymyśla prosty plan gospodarczy. Należy zaciągnąć kredyty na Zachodzie; za te kredyty postawić w Polsce zakłady produkujące na rynek masowy: rowery, sprzęt RTV, samochody, żywność, odzież, wszystko. Ponieważ jest masowe ssanie na w zasadzie, no właśnie, wszystko, większość produkcji uda się sprzedać bez problemu na rynku krajowym, a nadwyżki będziemy eksportować i zdobyte w ten sposób dewizy posłużą do spłaty kredytów. Ten plan być może miał szansę działać, choć celowość zakupu różnych licencji była dyskusyjna.

Fiat 126p był jakimś sukcesem, w kraju schodził jak ciepłe bułeczki, a setki tysięcy „polskich fiatów” jechały do Włoch jako spłata kredytu i licencji. Zakup licencji na umierającego już wówczas berlieta był krytykowany, ale przecież budowane na ich bazie jelcze jeszcze do niedawna stanowiły podstawę taboru autobusowego w Polsce. Dżinsy, papierosy, coca-cola, wszyscy to znamy. Od USA kupiliśmy licencje na przemysłowy chów kurczaków - dzięki temu Polska miała szansę na szybkie zażegnanie ciągłego deficytu mięsa. Niestety, nie kupiliśmy także licencji na pasze dla kurczaków, a polska myśl techniczna nie była w stanie opracować na czas odpowiedniej mieszanki. Kiedy Ameryka w odwecie za stan wojenny wprowadziła embargo na dostawy do Polski, pasza przestała przyjeżdżać i miliony kurczaków trzeba było w 1982 r. wyrżnąć.

Na fali takich pomysłów wymyślono w 1973 r., że wiodące zakłady cukiernicze im. 22 lipca (dawniej E. Wedel) dostaną od państwa i partii dar pozwalający zwiększyć produkcję, także na eksport. Darem tym miały się stać zakłady ciastkarskie zbudowane za zagraniczne kredyty, na brytyjskiej licencji, w Płońsku. W 1974 r. zaczęto budowę, a w 1976 r. zakłady mogły ruszać z produkcją. Był tylko jeden problem. Nazwa.

***

Ciasteczka „Jaffa cakes”, które Wedel w Płońsku miał produkować, nazywały się bardzo niedobrze. Jaffa, no to wicie, towarzyszu, jest takie miasto w państwie Izrael, w zasadzie część Tel Awiwu. My, rozumicie, nie bardzo uznajemy Izrael jako taki, bo Izrael narusza interesy naszych arabskich ludowych sojuszników i chodzi na pasku wiadomych sił. W dodatku ledwie parę lat temu, w 1968 r., żeśmy mocno zasponsorowali emigrację do Izraela, nie po to, żeby dziś na półki PSS Społem trafiały jakieś resentymentalne żydowskie ciasteczka.

Tak powstały „delicje”.

(fot. materiały prasowe / eyalsivan.info)(fot. materiały prasowe / eyalsivan.info)

***

Polak za komuny miał niewiele powodów do dumy z własnego kraju, ale jak już miał szansę gdzieś paczkę delicji „upolować”, „załatwić”, „skombinować”, to mu się wydawało, że, panie, te ciastka to nam się udały, niebo w gębie, na Zachodzie takich nie majo. Rzeczywiście, jak Polak próbował cudzoziemcowi wytłumaczyć te cuda, że polisz ham, princepolo, klobasa i dilajszje, to nikt nie rozumiał, noł, noł, łi dont hew dilajszje in ze Łest.

***

A tymczasem polska duma, delicje, były po prostu standardowymi ciasteczkami „Jaffa cakes”. W każdym francuskim czy brytyjskim spożywczaku było z osiem gatunków, tanie, drogie z taką i inną czekoladą, z galaretką morelową, wiśniową, malinową. Kiedy komuna upadła i Wedel został sprywatyzowany, wszyscy się zdziwili, jak to, tak tanio poszło? I nowy nabywca nie odnosi się z nabożnością do tego symbolu polskiego sukcesu? Przecież to delicje, polski sukces, symbol naszych aspiracji, smak naszej młodości.

Straciliśmy symbol, ale pojawiły się masowo „Jaffa cakes” na rynku. Pojawiły się tanie i wszędzie dostępne pomarańcze, a w końcu nawet do Polski wróciła „Pomarańczarka” Gierymskiego. Mogę za to oddać złudzenie, że delicje były czymś wyjątkowym.

***

Nie chce mi się już pisać o innych zabawnych aspektach pomarańczy Jaffa i ciasteczek Jaffa, wspomnę tylko, że pierwsze są symbolem bojkotu produktów z okupowanego przez Izrael Zachodniego Brzegu, a drugie były m.in. podstawą długiego boju brytyjskich cukierników o wykładnię VAT, żeby udowodnić, że ciastka Jaffa to nie ciastka, tylko herbatniki. Po prostu, przegryzając ciasteczkiem Jaffa, pomyślcie, jak skomplikowaną drogę przeszło, zanim do Was trafiło. Smacznego.

*Źródło: „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” Andrzeja Karpińskiego, Stanisława Paradysza, Pawła Soroki i Wiesława Żółtkowskiego, Muza, Warszawa 2013

Johanna Haase. Stary dobry rocznik 1967. Szydercza dziennikarka, wkurzona aktywistka, spanikowana matka, ciekawska podróżniczka. Pasjonuje ją burzenie mitów i dociekanie, „jak jest naprawdę”, a także grecka kuchnia, włoskie skutery i historia Bizancjum. Pisaniem walczy z własną depresją, cudzą głupotą i brakiem witaminy D. Pomieszkuje w Warszawie, twierdzi jednak, że nadal ma obywatelstwo Przedlitawii. Była już wszędzie i widziała wszystko, więc w drugiej połowie życia zaczyna wszystko od nowa. Więcej na haase.blox.pl

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (186)
Zaloguj się
  • urbuu

    Oceniono 107 razy 91

    Delicje były pokryte gorzką czekoladą. Nie mleczną. Gorycz świetnie łączyła się ze smakiem pomarańczy.

  • bene_gesserit

    Oceniono 188 razy 88

    Szczerze? Współczesne wersje smakołyków Wedla z dzieciństwa są ich żałośnie bladym cieniem. Wafle torcikowe są robione na innym tłuszczu, który klei się jak wosk do podniebienia, ptasie mleczko ma zupełnie inną, dziwną konsystencję i takiż zapaszek, czekolady składają się głównie z cukru i chemicznego nadzienia. Żal ściska.

    I dziwi mnie chętne potępianie osiągnięć naszego biednego kraju. W PRLu żyli moi dziadkowie i rodzice, ludzie ultra-pracowici, uczciwi do bólu i odważni. Pogardliwe wyrażanie się o osiągnięciach tych kilkudziesięciu lat to również pogarda dla ich wysiłku. Nie ma zgody.

  • goral67

    Oceniono 98 razy 56

    Skąd autorka czerpała wiedzę o PRL-u z epoki "przed Gierkiem", o restauracjach jako przybytkach kultury , o siorbających konsumentach. Powoli przestaję się dziwić , że p.Wendzikowska nie słyszała o Grotowskim , takich mamy znawców niezbyt odległych czasów. Autorka walczy z cudzą głupotą ale niech również popracuje nad własną egzaltacją.

  • jakobhorner

    Oceniono 49 razy 39

    w 2004 było biednie, i nakupowałem w Londynie Jaffa Cakes w jakimś Netto czy innym Safewayu - były najtańsze (ok 19 pp) ale też wyjątkowo marne. Powiedziałem wtedy, "kurde, co za beznadziejna podróbka delicji".

  • grey-sky

    Oceniono 55 razy 39

    Delicje może nie były polskim wynalazkiem, ale były smaczne. Nie wiem jak smakowały te ciastka w Izraelu, Francji w Niemczech, może były lepsze, może nie. Nasze były naprawdę dobre. Ten sam produkt wykonany przez 10 producentów zawsze inaczej smakuje. Tak samo jest z chlebem, wędlinami, serami itd. Nie ma znaczenia kto wymyślił koncepcję, ważne kto potrafi dobre produkować.
    Dziś niestety już delicje nie zachwycają, choć i tak są lepsze niż te innych firm (nawet bardzo znanych). Za dużo cukru, za mało smaku. Podobnie inne wyroby. Dużo cukru, jakieś substytuty naturalnych surowców i już nie smakuje.

  • robertgorecki

    Oceniono 43 razy 33

    Jaffa, pomarańcze, Żydzi, Palestyńczycy. Dokument na Planete kilkanaście miesięcy temu.

  • wessling

    Oceniono 104 razy 30

    Z całym szacunkiem dla pani autorki ( świetne pióro, dziennikarski pazur ) dobrze pamiętam czasy "komuny" To nie złudzenie, ani wymysł tetryka że : nikt nie był wówczas zadłużony po uszy, nikt nie przewalał się nocami z boku na bok, majacząc o rachunkach i ratach kredytu, ludzie nie popełniali samobójstw ( w tym rozszerzonych ) z powodów ekonomicznych, utrata pracy nie oznaczała ponurej klęski dla całej rodziny. Każdy miał pracę. Wędliny, pieczywo, słodycze smakowały dużo lepiej niż ich dzisiejsze, pompowane chemią substytuty. Zwykły czajnik z gwizdkiem, kupiony w esdehu ( Spółdzielczym Domu Handlowym ) cieszył, a kiedy chciało się kupić używane auto szło się z do ojca, szwagra, przyjaciela, po pożyczkę i poradę, a potem jechało się razem na giełdę i było też wiele innych powodów, żeby LUDZIE TRZYMALI SIĘ RAZEM... Brak tu czasu i miejsca by pisać o wszystkich zaletach ( i wadach, wady też pamiętamy ) epoki, pragnę tylko zwrócić uwagę, że wmawiając nam idealizowanie przeszłości zwyczajnie obraża pani naszą pamięć i intelekt.

  • ryslew2061

    Oceniono 59 razy 27

    Takich debilizmów jeszcze na tym portalu nie udało mi się przeczytać:
    1) "żeby nie siorbać (kelnerzy chodzili od stolika do stolika i pouczali klientów, jak się mają zachowywać)".
    2) "Pomarańcza powinna się znaleźć na fladze zwolenników rozsądnie rozumianego GMO. Powstała jako genetyczna modyfikacja".
    3) "80% mieszkających na wsi ludzi nie produkowało żywności na potrzeby inne niż swoje; a mieszkała na wsi wówczas połowa populacji"
    4) "Jedynym stale dostępnym produktem o dużej trwałości, który zawsze można było wymienić na pieniądze, była wódka, więc naród zarobione złotówki wydawał na nią, a wszystkie wsie, miasteczka i miasta były przy każdej wypłacie pełne pijanych ludzi, zataczających się, bijących pod knajpami, leżących na ławkach, skwerach i chodnikach."
    a) Pomarańcze, jeśli już, powstały w wyniku krzyżowania roślin cytrusowych! Nie ma to nic wspólnego z inżynierią GMO, która (w uproszczeniu polega na wszczepieniu genu z organizmu obcego rodzajowo).
    b) 80% produkowało na własne potrzeby? A te pozostałe 20 zaspokoiło żywnościowo i siebie, i całą populację (ponoć połowę społeczeństwa)miejską?!
    c) wódki, która była relatywnie bardzo droga, pito o wiele mniej niż współcześnie
    d) o kelnerach pouczających siorbiących, aż się pisać nie chce - może w rodzinie autorki tak bywało?
    Myślę, że bredni jest tu więcej, ale nie chce mi się sprawdzać.

  • emluka

    Oceniono 35 razy 17

    Ten artykuł nie zachwyca, dziwne stwierdzenia i wtrącenia zalatują gimbazą a nie dojrzałym piórem. Jakość artykułów spożywczych jeszcze w połowie lat 90 była znacznie wyższa niż teraz.
    Delicje mocno zjechały w dół. Zresztą najlepsze nie były wedlowskie a Delimki Sandomierskie, kto jadł ten wie.

    Dziś ciastko z galaretką na Zachodzie jest tak samo byle jakie jak w Polsce. Może tam pojawiło się wcześniej i co z tego jak jakości nie ma.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX