Laura Godek-Miąsik

Laura Godek-Miąsik (fot. LYOFOOD)

im się udało

Polska marka spożywcza podbija świat. "Nasze produkty były na wszystkich ośmiotysięcznikach i na obu biegunach"

Laura Godek-Miąsik, która produkuje żywność liofilizowaną, została przez amerykański magazyn ?Forbes? uznana za jedną z 300 najzdolniejszych osób w Europie przed trzydziestką. Dzięki niej na środku oceanu lub na wysokości ośmiu tysięcy metrów można zjeść risotto z pęczaku i soczewicy z musem z awokado.

W rankingu „30 under 30” magazynu „Forbes”, prezentującym najbardziej utalentowanych młodych ludzi w Europie, wyróżniono panią w kategorii „Przemysł”. Jak to jest znaleźć się na tej prestiżowej liście?

- Olbrzymie zaskoczenie, nie spodziewałam się, że zostanę doceniona przez grono specjalistów tak uznanego magazynu. To nagroda za lata ciężkiej pracy włożone w firmę, ale też kopniak do dalszego działania dla całej naszej trójki. LYOFOOD prowadzę z Wiolą Godek-Derejski, moją siostrą, i przyjacielem Przemkiem Skrzypkiem.

Zajmujecie się liofilizacją żywności*. Skąd pomysł na tak niszową działalność?

- Wszystko zaczęło się od taty, który pracował w stacji krwiodawstwa, gdzie zajmował się liofilizacją osocza krwi. Tam poznał technologię. Pod koniec lat 80. założył pierwszą w Polsce firmę zajmującą się liofilizacją żywności (suszeniem po zamrożeniu z zastosowaniem obniżonego ciśnienia - przyp. red.): owoców, warzyw i przypraw, czyli półproduktów i dodatków, np. do musli. Do firmy taty zgłaszały się polskie wyprawy alpinistyczne z prośbą o wyprodukowanie liofilizowanych posiłków. Muszą one być bardzo lekkie, bezpieczne w przechowywaniu, bez dostępu powietrza i wilgoci, posiadać maksimum wartości odżywczych, a co ważne - powinny być także smaczne. Jedną z pierwszych, która zgłosiła się do firmy, była zimowa wyprawa na K2, prowadzona przez Krzysztofa Wielickiego w 2002 roku. Na początku traktowaliśmy to jako formę wsparcia fajnych inicjatyw. Ale wiadomość, że Polacy mogą wyprodukować taką żywność, szybko się rozniosła i zgłaszało się coraz więcej himalaistów i podróżników.

Pojawiło się pytanie, dlaczego by nie zająć się tego typu żywnością na poważnie. Na rynku były amerykańskie posiłki liofilizowane, ale podróżnicy mówili, że nasze są dużo lepsze. Stąd pomysł, żeby po pierwsze robić smaczne posiłki, a po drugie - powszechnie dostępne.

W jakich warunkach sprawdza się żywność liofilizowana?

- W każdych. Nasze produkty były na wszystkich ośmiotysięcznikach oraz na obu biegunach. Kilkakrotnie opływały świat podczas wielomiesięcznego żeglowania. Przemierzały australijską pustynię rowerem z Mateuszem Waligórą oraz Atlantyk przy ustanowieniu przez Aleksandra Dobę rekordu przepłynięcia oceanu kajakiem. Można powiedzieć, że przeszły próbę generalną. Nie były jeszcze w kosmosie.

(fot. Leszek Kowalski / LYOFOOD)(fot. Leszek Kowalski / LYOFOOD)

Dlaczego akurat waszą żywność polubili podróżnicy?

- Posiłki przygotowujemy, konsultując ich skład z dietetykami, ale też słuchamy uwag podróżników. Kiedy jest zimno, potrzeba więcej tłuszczu, więc mamy mięsne dania. Pikantne nie sprawdzają się, jeśli jest problem z dostępem do wody pitnej, muszą był łagodne. Ale dobrze doprawione posiłki są potrzebne na dużych wysokościach, gdzie traci się łaknienie i przestaje odczuwać potrzebę jedzenia. Wtedy zadanie ułatwiają walory smakowe. Coraz więcej osób jest weganami lub wegetarianami, proszą więc o stworzenie dań bezmięsnych. Inni są na diecie bez laktozy albo glutenu. Wszystkie uwagi są dla nas niezwykle cenne.

Ale jak to wszystko pogodzić?

- Nie da się tego pogodzić, tworząc uniwersalny produkt. Staramy się mieć jak najszerszą ofertę, żeby każdy mógł sobie dopasować odpowiednią dietę.

Na ośmiu tysiącach metrów albo na środku oceanu można zjeść bigos, risotto z pęczaku i soczewicy z musem z awokado, farfalle w sosie szpinakowo-serowym, penne bolognese czy schab w zielonym pieprzu z ziemniakami. Jak w restauracji.

- Nasze posiłki są gotowane w restauracji, według przygotowanych przez dietetyków receptur. Owoce i warzywa pochodzą od lokalnych dostawców, używamy ziół i przypraw w przeważającej większości z upraw z certyfikatem ekologicznym. Nie robimy ich z liofilizowanych półproduktów, tylko gotowe posiłki liofilizujemy. Po zalaniu wodą powstaje bigos czy pasta. To olbrzymia różnica, bo zazwyczaj jedzenie tego typu to papki, które mają składniki odżywcze, ale zero smaku. Od początku wiedzieliśmy, że robienie takiego jedzenia nas nie interesuje. Poza tym produkty liofilizowane nie są zarezerwowane dla ekstremalnych warunków. Sami używamy ich na co dzień.

Jesteście firmą z młodym zespołem, działacie w trudnej branży. Co decyduje o sukcesie firmy?

- Wysoka jakość na każdym poziomie, od składu posiłku, walorów smakowych, poprzez komunikację wizualną, po kontakt z klientem. Zanim doceniono nasz produkt, byliśmy nagradzani za design. Nasze opakowania zostały pokazane m.in. w katalogach amerykańskich („34 Best Packaging Designs” w Packaging World Magazine, „The World's Best Graphics” w Choi's Gallery). A logo zostało wybrane na Drugą Ogólnopolską Wystawę Znaków Graficznych, prezentującą osiągnięcia polskiego projektowania w latach 2000-2015. Ta sfera też jest dla nas ważna.

Jedzenie używane jest głównie przez podróżników i himalaistów, wydawałoby się, że na ośmiu tysiącach metrów ładne opakowanie ma najmniejsze znaczenie.

- Oczywiście, że ważna jest wysoka jakość i wartości odżywcze produktu. Ale wiemy też, że nasi klienci mają duże wyczucie estetyczne, są to ludzie, którzy docierają do wielu niesamowitych i pięknych miejsc na świecie. Dlatego wszystko musi ze sobą współgrać również od strony wizualnej.

XXX (fot. XXX)Zespół LYOFOOD po pracy. Petzl RocTrip 2014, Macedonia (fot. Laurent Lafouche)

Kto jest autorem oprawy wizualnej?

- Przemysław Skrzypek, który jest również naszym wspólnikiem. Wcześniej wiele lat pracował we Włoszech jako dyrektor artystyczny. Poznaliśmy się przez wspólnego znajomego, kiedy szukaliśmy osoby do zaprojektowania firmy od strony graficznej. Tak dobrze się rozumieliśmy, że naturalnie stał się on częścią firmy. Dla nas bardzo istotne są dobre relacje w firmie. Obalamy stereotyp, żeby nie robić biznesu z rodziną albo przyjaciółmi. Nasza trójka jest ze sobą bardzo zaprzyjaźniona.

Czy takie kumpelskie relacje nie utrudniają zarządzania firmą? Nie generują konfliktów?

- Podczas prowadzenia firmy zdarzają się zgrzyty, bez względu na to, czy jest to zespół złożony z obcych ludzi, czy z przyjaciół albo rodziny. Tylko że z przyjaciółmi przyjemniej się pracuje. Umiemy ze sobą rozmawiać i nigdy nie doszło do jakiejś większej katastrofy. Wszystkie decyzje podejmujemy razem, tak długo rozmawiamy, aż wypracujemy wspólne stanowisko. Ojciec zakorzenił w nas przeświadczenie, że rodzina jest bardzo ważna. Największym zaufaniem można obdarzyć właśnie rodzinę, a my dodajemy, że również przyjaciół. Pozostałe osoby w firmie dobieramy na tej samej zasadzie: musimy się z nimi dobrze czuć i rozumieć.

Jak wygląda rekrutacja na przyjaciela - pracownika firmy?

- Często są to przypadkowe sytuacje. W zeszłym roku pojechaliśmy na Petzl RocTrip organizowany przez Petzl - firmę produkującą sprzęt wspinaczkowy. Zaprosiła nas do udziału w kilkutygodniowej wyprawie na Bałkany, gdzie uczestnicy wspinali się, przejeżdżając w kolejne lokalizacje. Tam poznaliśmy Ioanę, która była wolontariuszką przy organizacji tego przedsięwzięcia. Dobrze się sprawdza w kontaktach ze sportowcami, sama się wspina. Pochodzi z Rumunii, mieszka we Francji. Po tym wyjeździe podtrzymywaliśmy relacje. Ioana rozumiała ideę naszej firmy i w końcu ją współtworzy. Jest team managerem, zajmuje się kontaktami z ambasadorami i mediami społecznościowymi.

(fot. LYOFOOD)Firma jest doceniania nie tylko za jakość produktów, ale i design. Opakowania marki pokazywano w prestiżowych amerykańskich katalogach (fot. LYOFOOD)

Przeprowadziła się do Polski?

- Nie, nadal mieszka we Francji. Zresztą z osób tworzących trzon firmy każdy mieszka w innym miejscu: ja w Kielcach, Przemek w Lalikach obok Zwardonia pod granicą słowacką, a moja siostra Wiola w Kolonii, gdzie prowadzi niemiecki oddział firmy.

To w jaki sposób zarządzacie firmą?

- Dzięki nowym technologiom jesteśmy w stałym kontakcie. Prowadzimy wielogodzinne rozmowy i konferencje na Skypie. Wtedy ustalamy strategię działania, przydzielamy zadania. Ważne jest, żeby dobrze zaplanować organizację pracy, a potem robimy swoje. Dla każdego z nas firma jest oczkiem w głowie i wszyscy się staramy. Nie mamy do siebie pretensji, że ktoś pracuje więcej, a ktoś mniej, bo każdy z nas wie, co ma robić. W dzisiejszych czasach nie ma już tak dużego znaczenia, gdzie się znajdujemy, ważniejsze jest, czy dobrze się rozumiemy.

Trzeba jednak przyznać, że to dość nietypowe podejście do biznesu.

- Moim zdaniem sukcesy naszej firmy są konsekwencją decyzji, które nie do końca są standardowe. Jesteśmy młodą firmą, nie mamy sztabu doradców. Często działamy intuicyjnie, nie kierując się schematami. Eksperci z zakresu strategii krytykowali nasze pomysły, a my robiliśmy swoje. Na przykład marketing marki zbudowaliśmy na sponsoringu i ambasadorach. Oni nas wspierają, a my wspieramy ich wyprawy. Teraz jest już coraz więcej marketingu prowadzonego, ale kiedy zaczynaliśmy w 2009 roku, ten model nie był popularny. Nie zawsze czuliśmy, że specjaliści rozumieją naszą strategię. Nigdy nie mieliśmy budżetu na kampanie reklamowe, a mimo to informacje o produktach rozchodzą się szybko. Mamy wśród ambasadorów marki podróżników znanych na całym świecie, którzy są dla nas inspiracją. Stawiamy na konkretnych ludzi. Udaje się. Szczęście nam sprzyja.

Tikka Masala (fot. LYOFOOD)Tikka Masala (fot. LYOFOOD)

Kto jest waszym ambasadorem?

- W naszym teamie są: żeglarz Olek Doba, himalaiści Andrzej Bargiel, Adam Bielecki, który zdobył zimą Broad Peak, Simone More, który w zeszłym tygodniu zdobył szczyt Nanga Parbat, także zimą. Ambasadorem marki jest też K~lian Jornet, najbardziej rozpoznawalny, najlepszy na świecie biegacz wysokogórski, a także polscy biegacze ultra Piotr Hercog i Anna Figura. W teamie jest wielu wspinaczy: Luka Lindic, Nina Caprez, Sean Villauneva, Ines Papert - wielokrotna mistrzyni świata we wspinaczce lodowej. Z wieloma osobami zawiązały się przyjaźnie. Nazywamy ich LYO teamem, bo są częścią tej firmy. Czerpiemy z ich doświadczeń i uwag. Ich upór w dążeniu do celu jest dla nas inspiracją. Czasami konsultujemy z nimi nowe pomysły.

Były momenty zwątpienia?

- Oczywiście, że były. Pierwsze lata inwestowaliśmy, a firma generowała straty. Kiedy ciężko pracujesz, a na efekty czekasz kilka lat, mogą pojawić się wątpliwości, czy jest sens to wszystko ciągnąć. Prowadzenie własnej firmy jest bardzo trudne. Każdy z nas przez pierwszych kilka lat pracował dodatkowo poza firmą, żeby mieć dochody i jeszcze móc inwestować. Przemek realizuje projekty dla innych firm, Wiola pracowała przez jakiś czas w Konsulacie w Kolonii, ja pracowałam w dziale sprzedaży i marketingu w LYOVIT - firmie taty. Znam wiele osób, które mają fajne pomysły na biznes, ale największym stresem jest dla nich podjęcie ryzyka. Wymaga to niesamowitej odwagi. Braliśmy też pod uwagę, że może się nie udać. Na szczęście się udało - firma przynosi zyski, rozwijamy się.

Petzl RocTrip 2014, Macedonia (fot. LYOFOOD)Petzl RocTrip 2014, Macedonia (fot. LYOFOOD)

Jak przetrwać ten początkowy, najtrudniejszy moment?

- Od początku dostawaliśmy informacje od klientów, że robimy dobre rzeczy, a to daje motywację do działania. Ważne jest też, żeby być przekonanym, że to, co się robi, ma sens, nawet jeśli naokoło słychać głosy krytyczne. Cała nasza trójka jest dla siebie wsparciem. Kiedy pojawiają się trudne momenty, zawsze możemy na siebie liczyć. Wspiera nas również nasz tata, który ma doświadczenie w biznesie i zawsze służy radą. Nigdy nie wątpił, że nam się uda. Poza tym lubimy to, co robimy. Współpracujemy z ciekawymi ludźmi, wspieramy ich działania, podróżujemy. Dla mnie to wymarzona praca. Przerażała mnie perspektywa siedzenia w biurze od 8 do 16, gdzie trzeba wykonywać polecenia i nie ma się wpływu na to, co się dzieje. Wiadomo, że prowadząc działalność, pracujemy ciężko, czasami od rana do nocy. Nawet na urlopie nie można się wyłączyć, decyzje trzeba podejmować na bieżąco, wiele spraw nie może poczekać, ale widzę efekty tego trudu.

Jak w takiej sytuacji znaleźć czas na życie rodzinne?

- Kiedy byłyśmy z siostrą w liceum i na studiach, pomagałyśmy tacie w prowadzeniu firmy w dziale handlowym. Prowadziłyśmy obsługę klientów zagranicznych, zajmowałyśmy się marketingiem. Tematy związane z firmą były poruszane w domu na co dzień. Czuliśmy, że wszyscy gramy do tej samej bramki.

Dziś mój mąż naturalnie został częścią LYOFOOD, wspiera mnie w każdym działaniu. Praca towarzyszy nam więc wszędzie - w biurze, na wyjazdach, w domu. Nasza córka zabiera produkty do szkoły, na treningi czy wycieczki. Poza tym jesteśmy bardzo aktywną rodziną. Oliwia ma 12 lat i jeździ na deskorolce, my na longboardach, zimą chodzimy na skitourach i splitboardach, wspólnie zaczęliśmy się wspinać. To, że wszyscy lubimy spędzać czas w podobny sposób, jest dużym ułatwieniem.

Laura Godek-Miąsik w aucie (fot. LYOFOOD)Laura Godek-Miąsik w aucie (fot. LYOFOOD)

*Żywność liofilizowana - żywność utrwalana metodą liofilizacji, czyli suszenia po zamrożeniu z zastosowaniem obniżonego ciśnienia (w próżni). Usunięcie wody do 96 proc. powstrzymuje rozwój mikroorganizmów i bardzo spowalnia procesy enzymatyczne. Dzięki liofilizacji produkt zachowuje walory smakowe, wartości odżywcze i mineralne. W szybki sposób może być ponownie uwodniony.

Laura Godek-Miąsik. Jest współzałożycielką LYOFOOD, marki wysokiej jakości żywności liofilizowanej. Absolwentka kulturoznawstwa Dalekiego Wschodu i marketingu internetowego. Od 2009 roku wspólnie z Wiolettą Godek i Przemysławem Skrzypkiem prowadzi firmę, skutecznie podbijając kolejne rynki na świecie. W tym roku została wyróżniona przez amerykański magazyn „Forbes” w rankingu „30 under 30” jako jedna z 300 najzdolniejszych osób w Europie przed trzydziestką.

Monika Stelmach. Dziennikarka. Publikuje w "Dwutygodniku", "Wysokich Obcasach" i tygodniku "Polityka". Stypendystka "Młodej Polski" MKiDN. Specjalizuje się w wywiadzie i reportażu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (31)
Zaloguj się
  • maxgazeta.pl

    Oceniono 166 razy 38

    Czyli jej ojciec mial firme ktora robila to od lat, do niego zglaszali sie klienci a ta kobieta po prostu skorzystala z mozliwosci jakie daje jej wiedza i park maszynowy firmy jej ojca, a takze miala nagranych pierwszych klientow. no to rzeczywiscie wielki sukces... Fajnie, ze jej dobrze idzie biznes, ale badzmy powazni, w takich warunkach to zaden wyczyn, bo nawet nie musiala specjalnie inwestowac w technologie.

  • walek_z_lasu

    Oceniono 28 razy 20

    Pewnie miło. No, ale chociaż dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu longboardów, skitourów oraz splitboardów.
    Walek

  • mniklasp

    Oceniono 15 razy 9

    Uzywam Mountain House, ktore sa w sklepach Patagonia lub Sport Chalet, sa smaczne, dobrze by bylo miec inne smaki i wieksza roznorodnosc w USA. Ja uzywam na sail cruising i hiking.bardzo praktyczne. Gratuluje Laurze za dobry biznes

  • jesusbuiltmyvolkswagen

    Oceniono 51 razy 9

    Mamy 2016 rok, a GW nadal opowiada neobajki że jak uwierzysz w siebie, zepniesz się, zaciśniesz pośladki, to osiągniesz Coś Wielkiego. A tymczasem jedyne co Cię dzięki temu spięciu spotka, to czyste spodnie.

  • Marta Kosior

    Oceniono 11 razy 7

    Gratulacje dla Was! Nie jest sztuką wyważać otwarte drzwi - fajnie, że skorzystaliście z wiedzy Taty ale stworzyliście coś swojego - coś co ma świetną jakość i ułatwia ludziom życie. Trzymam kciuki za rozwój firmy!

  • gr_ub_y

    Oceniono 5 razy 3

    A sojową late też robią?

    :)))

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX