(fot. Jose Maria Cuellar / bit.ly/1TOw8EM / CC BY-SA 2.0)

społeczeństwo

Polacy w Londynie. "Mówili mi, że wyjeżdżali od czegoś, a nie do czegoś. Musieli opuścić Polskę"

Większość imigrantów trafia do Londynu jak do złotego miasta: sprzątają, kładą cegły, pracują jako ochroniarze, zmywają talerze, nigdy realnie nie korzystają z jego bogactwa - mówi o losach imigranckiej klasy robotniczej w Londynie, w tym Polaków, dziennikarz Ben Judah, autor książki "This Is London".

Na początek zastrzeżenie: "This is London" nie oferuje wyczerpującego portretu imigrantów. Judah świadomie nie pokazuje wykształconych profesjonalistów, którzy przyjeżdżają z kontynentu, w tym z Polski, by w Londynie skończyć studia lub zrobić kariery w szklanych biurowcach. O nich - historiach sukcesu - słyszymy dość często. Każdy chce się nimi pochwalić.

O tych, którzy pracują ciężko, fizycznie, na swoje utrzymanie, nie mówi się prawie nigdy. Mimo że przecież w równym stopniu zasługują na szacunek. To właśnie im oddaje głos mój rozmówca. "This is London" to opowieść o niewidzialnej tkance miasta, o imigranckiej klasie robotniczej, która poszukuje szczęścia, chwytając się każdej - czasem najdziwniejszej - nadziei, jaką daje brytyjska stolica.

W weekendowe popołudnie spotykamy się w Cafe Maja - barze mlecznym Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego (POSK) w zachodnim Londynie - aby porozmawiać o mieście, w którym obaj mieszkamy od lat i które wciąż odkrywamy na nowo.

Jakub Krupa: Wychowałeś się w Londynie, ale - jak sam zaznaczasz we wstępie do książki - dziś nie poznajesz już tego miasta.*

Ben Judah: - Kiedy moja rodzina przyjechała do Wielkiej Brytanii w latach 30., imigranci w Londynie stanowili mniej niż 3 proc. populacji, a moi przodkowie spokojnie mogli kupić dom w "dobrej" dzielnicy na zachodzie miasta. Dzisiaj w ośmiomilionowej metropolii z 40 proc. imigrantów trafilibyśmy na same obrzeża, więc moje doświadczenie byłoby zupełnie inne.

Zastanawiałem się: jaki jest świat dzisiejszych przyjezdnych? W efekcie poznałem Londyn, który dla mnie, kogoś, kto mieszka tutaj od dziesiątego roku życia, był całkowicie nieznany. Odkrycie polskiego, rumuńskiego, nigeryjskiego, arabskiego, filipińskiego miasta w mieście było absolutnie zdumiewające.

Dlaczego?

- Dla wielu osób z wyższej klasy średniej - i to dobrze pokazuje ignorancję wobec imigrantów - świat się dzieli na białych Brytyjczyków i "tych innych", wielokulturowych przyjezdnych. Są zdumieni, że Afrykanie mogą nie lubić Azjatów, muzułmanie - Hindusów, Albańczycy - Polaków i nie są w stanie dostrzec wewnętrznej dynamiki grup, narodów, tradycji, kultur.

Zamiast próbować ich poznać, w brytyjskich mediach skupiliśmy się na słuchaniu wypowiedzi pseudoekspertów - białych bogatych mężczyzn w średnim wieku, którzy mają poczucie, że muszą mieć jakąś opinię na każdy temat, podpierając się byle jakimi statystykami.

Londyn (fot. Pixaby.com)Londyn (fot. Pixaby.com)

Imigranci stali się bezimiennym tłem?

- Dokładnie. Nagle okazuje się, że mamy kilka milionów ludzi, w tym wielu z Polski, którzy są pozbawieni głosu i reprezentacji w debacie publicznej. Ludzie na co dzień nie zastanawiają się, co siedzi tym barmanom, robotnikom, sprzątaczkom w głowie, kiedy podają kawę czy sprzątają w domu; o czym myślą, o czym marzą, gdzie żyją?

Czy bogaty, syty Anglik może zrozumieć ich położenie?

- Może spróbować. Charles Dickens czy George Orwell w przeszłości nanieśli na mapę Londynu ówczesnych niewidocznych bohaterów: robotników, żebraków, pokazując ich umysły i historie. Wtedy to byli głównie Brytyjczycy - dzisiaj, w przytłaczającej większości, imigrancka klasa robotnicza. Było dla mnie niezrozumiałe, dlaczego nie chcemy ich poznać.

Co uderzające, wiele osób mówi o "imigranckich półświatkach". To pokazuje fundamentalne niezrozumienie, że ci ludzie są klasyczną klasą robotniczą, która prowadzi normalne życie - oni nie są wyrzutkami społecznymi, kryminalistami, ani w żaden sposób nie są gorsi. To ciężko pracujący ludzie z zupełnie unikalnym doświadczeniem Londynu.

Jest im trudniej zdobyć szacunek?

- Nie mam wątpliwości. Kiedy przygotowałem krótki film o imigranckim Londynie, pytano mnie: dlaczego nie ma tam żadnych historii sukcesu? Tymczasem jednym z bohaterów był Polak, właściciel trzech firm budowlanych, kilku mieszkań rozsianych po całym mieście i domu na południu Francji. Problem w tym, że dla brytyjskiego establishmentu to nie jest żadna historia sukcesu. Prosta logika: ubrudził się, wykonuje fizyczną pracę, jest zwykłym robotnikiem.

Tymczasem, poza szczęśliwymi wybrańcami, bycie imigrantem w Londynie to bycie permanentnie zmęczonym. Harujesz na dwóch etatach, wykonując ciężką, fizyczną pracę - jako kierowca, kelner, budowlaniec, pielęgniarka. Wielu czytelników - w naturalny sposób ludzi z raczej średniej lub wyższej klasy - jest tym autentycznie zszokowanych, bo nie są w stanie pojąć, że ktoś robi coś innego niż wstukiwanie czegoś do pieprzonego Excela pomiędzy 9 a 17.

Z czego wynika ta ślepota?

- Z dziwnego mechanizmu autocenzury brytyjskiej debaty publicznej. Korzystamy z usług, kupujemy dobra, pędzimy - i nie zadajemy sobie wielu pytań.

W jednym z rozdziałów opowiadam o pochodzących z Ghany sprzątaczach w metrze, którzy zbierają śmieci, butelki, bezpłatne gazety. Ich największą zmorą są jednak samobójstwa - ludzie, którzy wskakują pod pociąg, kilkadziesiąt osób rocznie, których ciała trzeba później posprzątać, zanim wrażliwi londyńczycy coś zobaczą.

Spróbuj komukolwiek o tym powiedzieć w Wielkiej Brytanii. Opublikowanie rozmowy z nimi wywołałoby obawę o urażenie czyichś uczuć i przyczynienie się do dyskomfortu. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Moja książka nie ma za zadanie dawać poczucia bezpieczeństwa, ale z niego wytrącać.

Ponad 95 proc. osób sprzątających w londyńskim metrze to imigranci. Trzy czwarte z nich to osoby czarnoskóre z Afryki; wielu z nich przybyło do Wielkiej Brytanii nielegalnie. To oni muszą sprzątać po samobójcach, którzy rzucają się na tory. W latach 2000 - 2010 było ponad 640 takich przypadków (fot. Ben Judah)Ponad 95 proc. osób sprzątających w londyńskim metrze to imigranci. Trzy czwarte z nich to osoby czarnoskóre z Afryki; wielu z nich przybyło do Wielkiej Brytanii nielegalnie. To oni muszą sprzątać po samobójcach, którzy rzucają się na tory. W latach 2000 - 2010 było ponad 640 takich przypadków (fot. Ben Judah)

Miasto poznaje się doświadczeniami, a nie samym wzrokiem. Jeszcze pół roku temu powiedziałbym ci, że nigdy nie widziałem ludzi zbierających śmieci w metrze - łatwo założyć, że to się dzieje jakoś samo, w nocy - dopóki mój przyjaciel nie przedstawił mnie grupie mężczyzn, którzy się tym zajmują. Spędziłem z nimi kilka dni w tunelach, w zajezdniach, byłem u nich w domach. Dzisiaj nie mogę wsiąść do metra, żeby nie zauważyć kogoś lub o nich nie pomyśleć. Większość ludzi tworzy sobie bezpieczną warstwę ochronną, swoje wyobrażenie o mieście, w którym żyjemy.

Londyn od lat wydaje miliardy funtów na zbudowanie swojego mitu, rywalizując z Nowym Jorkiem o miano stolicy Zachodu.

Problem w tym, że to nic innego jak zestaw politycznych sloganów, stworzony za czasów Tony'ego Blaira dla uzyskania prawa do organizacji Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku. Wszystkie rządy powtarzają tę narrację: zmieniali się politycy i przekonania o tym, co jest dobre dla Wielkiej Brytanii, ale legenda Londynu pozostaje nieustannie karmiona opowieściami o niebywałej wielkości.

"Zbiory plonów były wyjątkowo złe w tym roku. To moja ostatnia szansa" - tak Skrzypek (z lewej) tłumaczył Benowi Judahowi swoją migrację do Wielkiej Brytanii. Przyjechał autobusem, aby spłacić dług zaciągnięty w Rumunii u gangsterów na wykarmienie swoich dzieci. "Pierwszych kilku dni spania na ulicy nie zapomnisz nigdy" - powiedział (fot. Ben Judah)

Piękna światowa metropolia pełna nieograniczonych możliwości, pełna uroczych, czerwonych, piętrowych autobusów i obiecująca wypłatę w funtach. To przyciąga przyjezdnych, w tym Polaków.

- Często mówi się o tym, że obserwujemy zmierzch państw, a w zamian opowiada się o wzrastającej potędze urbanizacji miast. Nigdzie w tych opowieściach nie ma jednak tej czarnej, trudnej części historii.

Londyn nie jest jednak wcale prosty. Wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do niego z małych miast, nie potrafi się tutaj odnaleźć. Słabo mówią po angielsku, więc trafiają do ciężkich, fizycznych prac w szarej strefie, gdzie szef ich regularnie oszukuje, a jak mają wypadek przy pracy - bezlitośnie zwalnia. Nie chcą wracać do swoich miasteczek, bo czuliby się upokorzeni czy pokonani, ale jednocześnie nie znają swoich praw. W najgorszym wypadku upijają się z dnia na dzień i nie wiedzą, co ze sobą zrobić, śpiąc pod jednym z wielu londyńskich wiaduktów. Według oficjalnych liczb blisko połowa bezdomnych jest z Europy Środkowo-Wschodniej, ale wiele organizacji szacuje, że to nawet 90 proc.

Co ciekawe, Polacy, z którymi rozmawiałem, bardzo często mówili, że oni wyjeżdżali od czegoś, a nie do czegoś; mieli poczucie, że musieli opuścić Polskę, bo nie mieli pracy, warunków do życia i rozwoju. To wywołuje w nich ogromną frustrację i złość. Nie widzę tego aż w takim stopniu wśród innych narodów.

Wielu Polaków pracuje w branży budowlanej. Pracując za 6-7 funtów za godzinę, remontują domy warte kilka milionów. Wielu Polaków pracuje w branży budowlanej. Pracując za 6-7 funtów za godzinę, remontują domy warte kilka milionów. "Bogaci lubią moich chłopaków - nie znają po angielsku, więc są cicho i grzeczni" - mówi właściciel jednej z firm. "Im więcej czasu mija, tym Polska staje się pustsza" - podkreśla (fot. Ben Judah)

Jakie są ich doświadczenia tutaj?

- Bardzo różne. Niesamowite dla mnie jest to, jak różne jest doświadczenie migracji kobiet i mężczyzn. Kobiety, to bardzo widoczne na przykładzie Polek, pracują w nieco lepiej płatnych zawodach wymagających interakcji: kelnerki, sprzedawczynie. Nawiązują relacje, rozmawiają, flirtują, szybko uczą się angielskiego.

Mężczyźni z klasy robotniczej zarabiają znacznie mniej. Rzadko mówią po angielsku, pracują z ludźmi z podobnych kultur. Bardzo trudno jest im rywalizować o względy kobiet, bo nawet nie stać ich na to, by zaprosić je na drinka. To powoduje niesamowitą frustrację. Często z założenia cała wyprawa na Wyspy Brytyjskie ma dla nich jeden cel: odłożyć pieniądze i zbudować dom w swojej ojczyźnie, na przykład w Polsce.

W przypadku kobiet jest nieco inaczej. One odkrywają Londyn coraz lepiej, stopniowo przekraczają kolejne bariery. Im dłużej tu są, tym bardziej widzą, że ich marzenie polskiego domu może być przeniesione tutaj, niekoniecznie w związku z rodakiem.

Tożsamość imigrantów, poczucie przynależności - na przykład do Polski - w efekcie nieustannie się zmienia. Są zawieszeni gdzieś pomiędzy.

- Absolutnie tak. Doświadczenie migracji to ciągłe zagrożenie, niepewność tożsamości. Kiedy rodzą się dzieci, wielu rodziców znajduje się w trudnej sytuacji, bo mówią gorzej po angielsku niż syn czy córka. Jak się mogą porozumieć? Jednocześnie odczuwają frustrację, że doświadczenie, które ich ukształtowało - polskie czy jakiekolwiek inne - jest dla dziecka mniej intensywne niż ich własne, szczególnie w mieszanych związkach z obcokrajowcami. Czy zrozumieją polską kulturę i tradycję?

Ogromna część prostytutek w Londynie pochodzi z Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Węgier, Rumunii, państw bałtyckich. Wiele z nich jest w grupie tych najbardziej zagrożonych morderstwem, często ze strony swoich uzależnionych od ciężkich narkotyków klientów lub sutenerów (fot. Ben Judah)Ogromna część prostytutek w Londynie pochodzi z Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Węgier, Rumunii, państw bałtyckich. Wiele z nich jest w grupie tych najbardziej zagrożonych morderstwem, często ze strony swoich uzależnionych od ciężkich narkotyków klientów lub sutenerów (fot. Ben Judah)

Istnieją prężnie działające szkoły sobotnie, gdzie dzieci uczą się zgodnie z polskim programem nauczania.

- To prawda, ale Brytyjczycy wciąż nie potrafią się komunikować z tymi społecznościami, a sami Polacy mają za mało liderów, którym udało się wejść w system instytucji, które mogłyby im pomóc.

Inaczej jest u Afrykanów - głośna była historia mężczyzny, którego pierwszą pracą w Londynie było sprzątanie w radzie dzielnicy, a który po latach został burmistrzem w innej części miasta. Polacy nie mają ludzi, którzy myślą o ich problemach i próbują je dla nich rozwiązać. Jeśli nie opowiesz swojej narracji, ktoś inny zrobi to za ciebie, niekoniecznie zgodnie z twoimi oczekiwaniami.

Eurosceptycy, tacy jak partia UKIP, konsekwentnie to robią, strasząc skutkami niekontrolowanej migracji, która "zalewa" Wielką Brytanię.

- To znacznie bardziej skomplikowane. Ze zdziwieniem odkryłem, że często sami przyjezdni martwią się skalą imigracji do Wielkiej Brytanii. Wielu Polaków obawia się napływu muzułmanów i tego, że ich dzieci będą w lokalnej szkole w mniejszości, podobnie jak wielu Afrykanów martwi wizja napływu Polaków do ich dzielnicy. Ta tradycyjna linia podziału na Brytyjczyków i imigrantów jest zupełnie fałszywa.

Imigranci, niespodziewanie, sprawiają, że Londyn wyłamuje się z ogólnego europejskiego trendu i liczba osób praktykujących jakąś religię wzrosła w ostatnich latach. Na ulicach obok siebie można znaleźć miejsca kultu wszystkich wyznań (fot. Ben Judah)Imigranci, niespodziewanie, sprawiają, że Londyn wyłamuje się z ogólnego europejskiego trendu i liczba osób praktykujących jakąś religię wzrosła w ostatnich latach. Na ulicach obok siebie można znaleźć miejsca kultu wszystkich wyznań (fot. Ben Judah)

Piszesz o pozytywnych historiach, ale też o bezdomnych Romach śpiących w centrum Londynu, o porachunkach etnicznych, o alkoholikach. Nie obawiasz się, że twoja książka będzie wykorzystana, żeby pokazać te złe strony imigracji, szczególnie przed przyszłym referendum o członkostwie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej?

- Nie mam na ten temat opinii, bo nie o tym jest ta książka. To uderzające: polityka nie pojawia się zupełnie w rozmowach z moimi bohaterami.

Kluczowe jest dla mnie samo pytanie: Co z tego wszystkiego wyniknie? Mam poczucie, że prawdziwie ciekawe zjawiska jeszcze przed nami; trochę tak, jakbyśmy obserwowali tworzenie się współczesnego Nowego Jorku, ale kilkadziesiąt lat za wcześnie. Powstaje zupełnie nowa tkanka społeczna Wielkiej Brytanii z tymi polsko-nigeryjskimi, bułgarsko-filipińskimi, angielsko-rumuńskimi małżeństwami.

Na pewno w dużym stopniu to opowieść o nierównościach, bo w Londynie powstaje zupełnie nowy typ społeczeństwa. Myślę sobie, że tak jak największym wyzwaniem dwudziestego wieku był totalitaryzm, tak dwudziestego pierwszego będzie brak spójności społecznej, zderzenie starego porządku z zupełnie nowym.

Jaki jest ten nowy porządek?

- Trudny do zrozumienia. Wiele osób narzeka, że Londyn się zmienił, bo napłynęli imigranci. Z drugiej strony, kolejne dzielnice podlegają gentryfikacji i komercjalizacji symbolizowanej przez kolejne sieciówki i astronomiczne ceny mieszkań, które pozostają poza finansowym zasięgiem nawet dobrze zarabiającej klasy średniej.

Co ciekawe, ten "prawdziwy" Londyn przesunął się dalej, a jego głównymi mieszkańcami zostali właśnie przyjezdni, którzy w złotym mieście ze swoich snów i wyobrażeń zmywają talerze, serwują kawę, kładą cegły - ale którzy nigdy nie korzystają z jego bogactwa. Napędzają Londyn, a jednocześnie pozostają zupełnie niewidoczni.

Są szczęśliwi?

- Wielu moich rozmówców podkreślało, że niekoniecznie. Na przykład filipińska sprzątaczka mówiła, że czuje się jak służąca w złotym domu. Wielu Brytyjczyków chciałoby wierzyć, że jak poczęstują imigrantów herbatą czy ciastkiem, to takimi małymi gestami ich niemalże adoptują, i będą mieć czyste sumienie - tymczasem nadal nie wiedzą przecież absolutnie nic o ich codziennym doświadczeniu. Ta ułuda pozwala Brytyjczykom dalej tkwić w swoim samozadowoleniu.

Co najmniej 55 proc. mieszkańców Londynu nie jest etnicznymi Brytyjczykami; nieco ponad 30 proc. jest po prostu obcokrajowcami. W majowych wyborach mera Londynu prawo głosu będzie miało około 600 tys. obcokrajowców z państw Unii Europejskiej i brytyjskiej Wspólnoty, w tym ok. 150 tys. Polaków (fot. Ben Judah)Co najmniej 55 proc. mieszkańców Londynu nie jest etnicznymi Brytyjczykami; nieco ponad 30 proc. jest po prostu obcokrajowcami. W majowych wyborach mera Londynu prawo głosu będzie miało około 600 tys. obcokrajowców z państw Unii Europejskiej i brytyjskiej Wspólnoty, w tym ok. 150 tys. Polaków (fot. Ben Judah)

Czy świadomość tych różnic, doświadczeń jest, twoim zdaniem, niezbędna do funkcjonowania w społeczeństwie wielokulturowym?

- Tak. Dopóki nie masz poczucia, że widząc inną osobę - niezależnie od wyznania, koloru skóry, płci - możesz spojrzeć jej w oczy i powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa: "Myślę, że rozumiem, co czujesz", tak długo nie jesteś gotów na multikulturalizm. Najzwyczajniej w świecie nie jesteś w stanie zrozumieć tych ludzi, dopóki nie spróbujesz poznać ich życia.

To dotyczy także relacji wewnątrz społeczności imigranckich. Niezwykle ciekawe dla mnie było, jak wiele dziewczyn z Afryki w rozmowach ze mną oburzało się tym, że Polki czy Rumunki mogą sprzątać mieszkania, a one tylko biura, na nocnych zmianach - bo są czarnoskóre? Podobnie mężczyźni, którzy skarżyli się, że jako czarnoskórzy trafiają na zmywak, bo inni nie czują się komfortowo, widząc ich dotykających jedzenia. Myślisz, że wielu przyjezdnych z Europy się kiedyś nad tym zastanawiało?

To historia dla nas wszystkich o wyzwaniach związanych z różnorodnością kultur, na które musimy otworzyć oczy.

Sam musiałeś je otworzyć.

- Podczas jednego z wywiadów poprosiłem rozmówczynię, żeby opowiedziała mi więcej swoich historii. "Ben - odparła - to nie są żadne opowieści. To jest nasze życie". Zapadło mi to w pamięć.

Wiesz, co jest najgorsze? Większość dziennikarzy pisze reporterskie książki o dalekich krajach. Doświadczają różnych, często skrajnych, sytuacji, ale potem wracają do domu, opisują je i wiele z tych wspomnień powoli niknie w czeluściach pamięci.

Ja mam cały czas świadomość, że moi bohaterowie są w pobliżu, a bogaty Londyn nie umie rozwiązać ich problemów. Nie da się przestać o tym myśleć - a co gorsza, ja naprawdę nie mam  dla nich żadnych odpowiedzi.

Opublikowana przez wydawnictwo Picador książka Bena Judaha "This is London" przedstawia losy imigranckiej klasy robotniczej; ludzi, którzy przyjeżdżają do Londynu z całego świata w poszukiwaniu lepszego życia. Książka świadomie nie porusza tematu wykwalifikowanych pracowników z wyższym wykształceniem.

W ośmiomilionowej stolicy Wielkiej Brytanii mieszka według oficjalnych szacunków 185 tys. Polaków, którzy stanowią największą grupę narodową wśród obcokrajowców. Lokalne organizacje szacują, że realnie może ich być nawet 250 tys.

Według rządowych statystyk w całej Wielkiej Brytanii jest około 850 tys. Polaków, ale powszechnie przyjmuje się liczbę około miliona. Co roku rodzi się około 25 tys. dzieci z polskich matek.

Kiedy Polska wchodziła w 2004 roku do Unii Europejskiej, Polaków w Zjednoczonym Królestwie było zaledwie około 50 tys. - w większości członków rodzin polskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej lub uchodźców politycznych z okresu stanu wojennego.

W latach 1940-1990 Londyn był siedzibą polskiego rządu na uchodźstwie. Ambasada RP w Londynie przygotowała serwis internetowy informujący o polsko-brytyjskich relacjach w tamtym okresie, dostępny pod adresem www.rzeczpospolitalondynska.pl.

*wywiad opublikowany w marcu 2016 r.

Ben Judah, Ben Judah, "This is London" (fot. materiały prasowe)

Ben Judah. Brytyjski dziennikarz, współpracownik redakcji Politico i były reporter Reutersa w Moskwie. Autor książki "This is London".

Jakub Krupa. Socjolog z wykształcenia, obecnie korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Londynie. Uwielbia obserwować, jak ludzie rozmawiają i podejmują decyzje. Pisał korespondencje z wyborów i referendów m.in. w Grecji, Katalonii, Szkocji, Szwajcarii i Bośni. Rezydent kawiarni i Twittera. Idealista z wiecznym bajzlem na biurku. Od 2012 roku mieszka w Londynie. Kontakt: jakub.krupa@gmail.com

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (178)
Zaloguj się
  • rikol

    Oceniono 239 razy 197

    Taka sama książka mogłaby powstać o Polsce, polskiej biedocie. Czy któryś dziennikarz wyborczej mógłby wyściubić nosa z Agory? Czy myślicie czasem o kelnerach w waszej ulubionej restauracji, o sprzątaczkach? Życie ludzi biednych różni się bardzo mocno od życia bogatych. Nie stać ich na latte, ładne ubrania w centrach handlowych mogą tylko pooglądać. To powoduje frustrację. Czy zastanawialiście się, czemu ludzie głosują na Pis? Niekoniecznie dlatego, że są faszystami katolikami, ale często dlatego, że widzą dookoła bogactwo, z którego nie będzie im dane skorzystać.

    W Wielkiej Brytanii podziały klasowe są dużo silniejsze niż w Polsce. Upper class to po prostu arystokracja. Middle class to nie tylko klasa średnia w polskim rozumieniu, ale też bardzo bogaci ludzie, którzy nie sa arystokratami. Jest jeszcze working class, do której zaliczają się również bezrobotni. Przynależność do klasy dziedziczy się w stopniu dużo wyższym niż w Polsce. Imigrant może należeć do middle class, jesli ma pieniądze. Do upper class nie będzie należał, chyba że jest arystokratą, jak prezydent Komorowski.

  • coelka

    Oceniono 133 razy 99

    Co ciekawe, Polacy, z którymi rozmawiałem, bardzo często mówili, że oni wyjeżdżali od czegoś, a nie do czegoś; mieli poczucie, że musieli opuścić Polskę, bo nie mieli pracy, warunków do życia i rozwoju. To wywołuje w nich ogromną frustrację i złość. Nie widzę tego aż w takim stopniu wśród innych narodów.
    i o czym tu mowić

  • pkberlin

    Oceniono 143 razy 85

    UK to jest jeden gigantyczny fake na slomianych nogach. Tam sie nic nie produkuje. Ludzie widza fasady biur i apartamenty super bogatych, ktorzy zeruja na biedzie nie tylko imigrantow ale i angoli. Ten kraj jest od lat w kryzysie i manipuluje dane gospodarcze bardzo prostym chwytem..sprowadzaja rocznie do 3 multi miliarderow z Rosji albo krajow arabskich. I prosze od raz maja lepsze statystyki. 1% zyje w luksusie 90 w biedzie a klasa srednia po malu zanika..i to jest UK!

  • boo-boo

    Oceniono 106 razy 78

    "Kiedy rodzą się dzieci, wielu rodziców znajduje się w trudnej sytuacji, bo mówią gorzej po angielsku niż syn czy córka. Jak się mogą porozumieć? "

    No ale przecież dziecko nie rodzi się z zakodowanym angielskim i nie mówi od momentu urodzenia. Dlatego do dziecka od początku jego życia mówi się w swoim własnym ojczystym języku, a nie wyżej się sra niż głowę ma i łamaną beznadziejną angielszczyzną. Pełno jest takich mamuś na placach zabaw- poprawnie prostego zdania nie potrafią sklecić i do dziecka z uporem maniaka po angielsku próbują mówić. Po polsku do dziecka się mówi i tyle w temacie. I to nie ma nic wspólnego z tym, że jak się wejdzie między wrony to trzeba krakać jak i ony....jak będzie potrzeba na placu zabaw poinformować otoczenie o czymś to wtedy się człowiek odzywa w języku otoczenia. Kobiety innych nacji nie są tak zakompleksione jak Polki i w nosie mają co sobie inni pomyślą i mówią do swoich dzieci w ich własnych językach. W życiu nie poznałem i nie widziałem Francuzki mówiącej do dziecka po angielsku. Ludzie nie mówiąc do swoich dzieci po Polsku sami sobie życie utrudniają i dziecku też- zwłaszcza jak się okazuje po kilku latach, że jednak do PL trzeba wrócić i potem tragedia- jak to dziecko ma się nagle dogadywać z dzieciakami w polskiej szkole o rodzinie nie wspominając.....

  • mona_3

    Oceniono 63 razy 59

    "z dziwnego mechanizmu autocenzury brytyjskiej debaty publicznej"
    To nie jest dziwny mechanizm, tylko angielska tradycja, że o klasach niższych nie mówi się w klasach wyższych. Nie dostrzega się takich ludzi, tak było, jest i będzie. Kiedyś wzmianka o nędzy samych Londynczyków była niemile widziana i źle odbierana w "towarzystwie". Jak widać, niewiele się zmieniło i potwierdza to fakt, że Anglicy nie są Europejczykami, ponieważ na kontynencie było jednak trochę inaczej

  • jusiel

    Oceniono 84 razy 58

    bardzo dobra rozmowa. na naszych oczach zachodzi globalna rewolucja, której nie chcemy widzieć, a ona i tak się dzieje - w Londynie, Paryżu, Berlinie czy Warszawie. Wygląda na to, że czeka nas świat z "Łowcy Androidów"

  • luqalia

    Oceniono 70 razy 42

    Autor świadomie zdecydował sie na pominięcie "ludzi sukcesu" ponieważ o sukcesach imigrantów słyszymy często. Doprawdy? W Norwegii mamy odwrotna sytuacje- wciąż czytamy o Polakach awanturujacych sie, Polakach złodziejach, Polakach na płatnym bezrobociu, a o tych, którzy odnoszą sukcesy jakoś cicho.

  • peterjk

    Oceniono 77 razy 41

    Artykuł dobry dla Daily Mail, Daily Express I Gazety. Nie ma angielskich sprzataczy, budowlanców, prostytutek, Angole tylko siedza I wstukuja cos na excellu do 17, zaden Anglik tez nie bierze benefitów bo to hańba. A tysiace Anglikow, rodowitych Londyńczyków ucieka z miesta nie dlatego że ich nie stać, po prostu lubia dojezdzac 40 mil do pracy.

  • waldimekum

    Oceniono 71 razy 41

    Dobrze napisany, ciekawy, prawdziwy wywiad. Rzadkość w tych czasach.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX