(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Luksusowe hotele PRL-u. ''Gdy robotnicy kuli ściany, pluskwy wypadały jedna za drugą''

W warszawskiej Victorii nocowała szwedzka supergrupa ABBA, a także świta prezydenta Jimmy'ego Cartera. Podobnie jak w krakowskim Forum, tak i tu nocleg można było zamówić za pośrednictwem ośrodka komputerowego w Nowym Jorku. Jak w PRL-u do tych enklaw luksusu dostać się mógł przeciętny Polak? O tym opowiada nam Andrzej Szczerski, krytyk i historyk.

Luksusowe hotele to chyba bardzo dobry temat badawczy, choć spodziewam się, że piekielnie drogi. Bywał pan?

- Owszem, doświadczyłem noclegu w warszawskiej Victorii, ale już nie w PRL-u. Hotel był wtedy po remoncie z lat 90., jednak niektóre wnętrza zachowały oryginalny charakter. Jeszcze jako student byłem tam w kawiarni i ta wizyta poniekąd zainspirowała mnie po latach do napisania artykułu na temat hoteli. Kawa kosztowała wtedy mniej więcej tyle, ile obiad w dobrej restauracji w Krakowie. Pamiętam, że kelnerki z troską mówiły: - Proszę pana, proszę się nie przejmować, mamy też trochę tańsze napoje. Przepaść, jaka dzieliła błyszczące wnętrze tego lokalu od prowincjonalnej jeszcze Warszawy, była niewiarygodna. Cena kawy pozwalała ten dystans łatwo zmierzyć.

Z czasów liceum zapamiętałem też krakowski hotel Forum. Nie nocowałem tam, bo jestem krakusem, ale byłem wewnątrz przy okazji jakiegoś naukowego kongresu. Wspominam z jednej strony groteskowe dekoracje wnętrz, a z drugiej windę, którą wyjeżdżało się na taras na dachu, skąd można było zobaczyć efektowną panoramę Krakowa.

Hotel Forum w Krakowie (fot. Zygmunt Put / wikimedia.org / bit.ly/1OLn3nU)Hotel Forum w Krakowie (fot. Zygmunt Put / wikimedia.org / bit.ly/1OLn3nU)

Dziś to nic niezwykłego. Na dodatek hotel Forum już nieczynny...

- Spośród hoteli tamtych czasów do niedawna oryginalne wnętrza można było oglądać jeszcze w hotelu Gdynia. Przeskalowane lampy-kandelabry z pionowymi wiszącymi elementami dekoracyjnymi z tworzywa sztucznego, boazeria na ścianach, quasi-boazeria na suficie...

Będąc kiedyś na konferencji, jadłem tam śniadanie z angielskimi historykami sztuki i badaczami dziedzictwa kulturowego. Patrzyliśmy na te lampy, ja im opowiadałem o czasach Gierka, a oni wpadali w zachwyt i podpowiadali: - Świetne! Koniecznie zachowajcie! To jest wasze niezwykłe dziedzictwo.

Jak w historii sztuki określa się ten styl?

-  Ostatnio przyjęło się pojęcie socmodernizm, pierwotnie ironiczne, ale dziś traktowane poważnie. Można je też rozwinąć i mówić o socjalistycznym modernizmie. W architekturze polskiej pojawia się on pod koniec lat 50., ale zaczyna być naprawdę widoczny w latach 60. Lata 70. to jego apogeum.

Świat wszedł wtedy w epokę odprężenia. Efekty powojennego rozwoju gospodarczego w oparciu o wspólnotę transatlantycką były w Europie Zachodniej aż nadto widoczne, a nowe realia polityczne pozwalały na nawiązywanie kontaktów gospodarczych między dwiema stronami żelaznej kurtyny. Zamożność nie była już zresztą tylko atrybutem Zachodu. Po kryzysie naftowym bardzo wzbogaciły się kraje OPEC, na Bliskim Wschodzie, ale i w Ameryce Południowej. Pojawiła się atmosfera sprzyjająca konsumpcji na nieznaną dotąd skalę. Olbrzymie pieniądze trzeba było wydać.

W PRL-u ten fenomen miał swój socjalistyczny koloryt i mimo wszystkich ograniczeń „konsumpcyjny zwrot” dało się odczuć. Wiemy już dziś, że był to konsumpcjonizm udawany i na kredyt, a poza tym dostępny dla swoich. Paradoksy tej epoki pokazuje socjalistyczna reklama. Pod nieobecność wolnego rynku służyła nie jako zachęta do kupowania towaru, ale informacja o tym, że on jest. Że gdzieś jest do kupienia ta pasta do butów, że gdzieś można zdobyć ten samochód. Nikt nie wiedział co prawda gdzie, ale skoro go reklamowano, to znaczy, że gdzieś był.

Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (Reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (Reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)

Gra pozorów.

- System socjalistyczny wymuszał też podobną grę pozorów w architekturze. Wykorzystywano tańsze materiały, które miały udawać lepsze. Zamiast funkcjonalności i gustu promowano przesadę i blichtr. Poza tym kosztem jakości wykonania trzeba było budować szybko, żeby udowodnić, że gospodarka się rozwija i jest dobrze. Tak było nie tylko w Polsce. Świetnym przykładem tej estetyki megalomanii na kredyt jest architektura jugosłowiańska, w której często nie ma modernistycznego rozsądku i subtelności widocznych w okresie międzywojennym, a za to widać epatowanie przesadą. Podobnie było w przypadku luksusowych hoteli w Polsce.

Jeden z pierwszych luksusowych hoteli w Polsce - Kasprowy w Zakopanem - zbudowali Jugosłowianie. Miejscowym nie przypadł do gustu fakt, że na zboczu Gubałówki zaadaptowano projekt znad Adriatyku.

- To charakterystyczne, że w poszukiwaniu gotowych rozwiązań zwrócono się właśnie do architektów z kraju Tito. Tam sytuacja gospodarcza była o niebo lepsza niż w Polsce, więc wzorce socjalistycznego dobrobytu rozwinęły się wcześniej. Nic więc dziwnego, że symbol nowego luksusowego wypoczynku pod Tatrami, czyli hotel Kasprowy, zaprojektowali architekci z Jugosławii.

Hotel Kasprowy w Zakopanem (fot. Grażyna Rutowska / Narodowe Archiwum Cyfrowe)Hotel Kasprowy w Zakopanem (fot. Grażyna Rutowska / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Decyzje o budowie hoteli podejmowano na najwyższym szczeblu.

- PRL opierał się na centralnym sterowaniu i wszystko mu podlegało. Luksus też. Od początku lat 60. w krajach bloku wschodniego panowało przekonanie, że kolejny etap rozwoju systemu komunistycznego będzie się opierał m.in. na nowym, teoretycznie szlachetniejszym modelu konsumpcji, innym od tej kapitalistycznej. Polegać ona miała nie na wolnorynkowym wyścigu szczurów, ale na sprawiedliwym systemie dystrybucji luksusu „według rozdzielnika”, za który odpowiadały władze centralne. Dzięki temu każdy miał mieć gwarancję, że część dobrobytu będzie także do niego należeć.

Wiemy, jak się to miało do faktów. Kogo w Polsce stać było na nocleg w takiej na przykład Victorii?

- Na początku lat 70. doba hotelowa kosztowała między 18 a 30 dolarów.

Fura pieniędzy!

- Na taki wydatek mogła sobie pozwolić garstka. Elitarność najlepszych hoteli nie polegała zresztą tylko na ograniczeniach finansowych. Te hotele w zasadzie nigdy nie były przeznaczone dla przeciętnego mieszkańca Polski, ale głównie dla obsługi przyjezdnych ze świata biznesu, z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych czy Bliskiego Wschodu. Jeżeli komuś z Polski udało się tam zamieszkać, to tylko z powodów służbowych. Albo tajnosłużbowych.

Powiało grozą, gdy pan to powiedział.

- Widziałem kiedyś zdjęcia z remontu Victorii. Gdy robotnicy kuli ściany, pluskwy wypadały jedna za drugą. Hotele były miejscem permanentnej inwigilacji.

Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)

Nikt chyba wtedy się tym zbytnio nie przejmował, bo wielu po prostu marzyło o nocy w Victorii.

- Nic w tym dziwnego. Będąc w hotelu, wchodziło się w świat, który był na ogół niedostępny dla obywatela PRL-u: biura zachodnich linii lotniczych, wykwintne restauracje, kluby nocne. Dostęp do tego wszystkiego był jednak reglamentowany. Obowiązywało przekonanie, że jeśli będziesz z nami, czyli z systemem - wtedy, być może, zyskasz akces do tego świata. To była nowa forma sprawowania władzy, za pomocą regulowania dostępu do luksusu.

Brzmi intrygująco.

- PRL lat 70. wypracował takie nowe mechanizmy społecznej kontroli. Hotele istniały w rzeczywistości, a zarazem same stwarzały świat trochę nierealny, który kusił. Przekroczenie bramy Victorii oznaczało przekroczenie realiów, w których funkcjonowaliśmy. To oczywiście była ułuda lepszego świata, mocno kontrolowana. Wszystko pod bacznym okiem państwa. Nawet kręcący się tam warszawski półświatek.

Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)Wnętrza hotelu „Victoria” w Warszawie z pisma „Architektura”, nr 3-4 (1978) (reprodukcja z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)

Ale prasa o tym nie pisała. Zamiast tego sporo mówiło się o luksusach.

- Hotelowa klimatyzacja, nowoczesne szybkie windy czy znakomita gastronomia... Warszawskie Forum i Victoria należały do międzynarodowej sieci Intercontinental, więc można było zamówić miejsce noclegowe w Warszawie za pośrednictwem ośrodka komputerowego w Nowym Jorku. Nocowała tam szwedzka supergrupa ABBA czy świta prezydenta Jimmy'ego Cartera. To wszystko robiło wrażenie.

Na panu też?

- Mnie fascynowały raczej udane projekty architektoniczne, które mimo wszystko powstawały, a jednocześnie związane z nimi paradoksy. Na przykład z jednej strony planowano efektowny budynek, ale zabrakło pieniędzy, więc szukano jakichś zastępczych materiałów, albo w ogóle nie kończono przedsięwzięcia przez lata, jak w przypadku krakowskiego hotelu Forum, który budowano kilkanaście lat! Było w tym, mówiąc wprost, sporo tandety. Ale niektóre realizacje są naprawdę dobre. Na przykład kompleks uzdrowiskowy w Ustroniu.

Ale chyba nie mówi pan o wnętrzach.

- To zależy. Manieryczne wnętrza warszawskiej Victorii są bardzo udane. Ale w większości podobnych miejsc jest gorzej - sztuczny marmur, skaj, który udawał skórę, etc.

Pachnie taniochą.

- Takie były realia. Modne były też drewniane boazerie. W latach 30. niektórzy moderniści uważali, że to dobry sposób, aby nadać wnętrzu kolorystykę, wprowadzić akcent organiczny, a także zapewnić standardy higieniczne - bo ścian nie trzeba już było stale malować, tylko można je było łatwo umyć. Polacy też się w pewnym momencie w boazeriach zakochali.

W Victorii wnętrza powstawały w różnym stylu. Była i boazeria, drewniane łóżka, ale i restauracja wyglądająca jak nocny klub z fioletowymi i czerwonymi kanapami. Z dzisiejszej perspektywy powiedzielibyśmy, że obowiązywał z lekka dekadencki wczesny postmodernizm, podobny do tego, co działo się wówczas we Włoszech.  Obowiązkowy był też koloryt lokalny. Dlatego w Victorii nawiązywano do stylu czasów Księstwa Warszawskiego. Turyści byli zachwyceni. Zresztą nie tylko oni. W komedii Stanisława Barei „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” jeden z bohaterów, tzw. przeciętny obywatel, odwiedza partyjnego barona w hotelu i po załatwieniu interesów pyta go mniej więcej w stylu: Mogę jeszcze tu zostać moment? Tu jest tak pięknie.

Porąbka-Kozubnik, luksusowy ośrodek wypoczynkowy w PRL-u - pocztówka z dawnych lat i stan z 2005 roku (fot. z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)Porąbka-Kozubnik, luksusowy ośrodek wypoczynkowy w PRL-u - pocztówka z dawnych lat i stan z 2005 roku (fot. z prywatnych zbiorów Andrzeja Szczerskiego)

Miał być dla robotnika, ale jak to z luksusem bywa - był reglamentowany.

- Tyle że wtedy ta reglamentacja wynikała nie tylko z możliwości zarabiania pieniędzy, ale z tego, na jaki rodzaj współpracy z władzą ktoś gotów był pójść. Gdybym miał szukać paraleli pomiędzy charakterem luksusowych hoteli z czasów PRL-u a podobnie skonstruowanym światem dzisiaj, wskazałbym na turystyczne ośrodki wypoczynkowe, na przykład ze sztuczną plażą i morzem. To taki specyficzny twór: 500 metrów od prawdziwego morza, które jest nieprzewidywalne, a tu zawsze panują te same warunki klimatyczne, są sztuczne fale i poczucie, że jest się w bezpiecznym raju - dla tych, których na to stać. Podobnie było z Victorią w PRL-u. W środku dominował sztuczny świat, ale gdy już się ktoś tam pojawiał, nie spieszył się, by wyjść na zewnątrz i wrócić do rzeczywistości, a poza tym gotów był zrobić wiele, żeby go z tego sztucznego świata nikt nie usunął.

Luksusowym hotelom w PRL Andrzej Szczerski poświęcił rozdział w książce „Cztery nowoczesności. Teksty o sztuce i architekturze polskiej XX wiekuLuksusowym hotelom w PRL Andrzej Szczerski poświęcił rozdział w książce „Cztery nowoczesności. Teksty o sztuce i architekturze polskiej XX wieku" (fot. archiwum prywatne)

 

Andrzej Szczerski. Historyk i krytyk sztuki. Adiunkt habilitowany w Instytucie Historii Sztuki UJ. Od 1 stycznia 2016 roku wicedyrektor ds. naukowych Muzeum Narodowego w Krakowie. Prezes Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA i wiceprezes AICA International. Kurator wystaw, m.in. „Symbolism in Poland and Britain” w Tate Britain w Londynie (2009) i „The Power of Fantasy. Modern and Contemporary Art from Poland” w Centre for Fine Arts BOZAR w Brukseli (2011).

Marcin Wilk. Dziennikarz. Autor książki z wywiadami „W biegu... Książka podróżna” (2010) oraz „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (2015). Prowadzi bloga o literaturze www.wyliczanka.eu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (135)
Zaloguj się
  • tom_39

    Oceniono 182 razy 162

    Napiszę szczerze i spokojnie możecie mnie zminusować bo na to zasługuje. Zacząłem czytać ten wywiad bo pomyślałem, że te pluskwy były prawdziwe (robactwo). Nie wiem co mnie naszło, jeszcze nie piłem kawy rano, może dlatego.

  • sprawazlewa

    Oceniono 106 razy 88

    Dzisiejsze polskie standardy wyznaczają "hotele Gołębiewski". Luksus na miarę XXI wieku i doskonale wpisane w otoczenie! Oczywiście, każdy polski robotnik może tam przenocować ( bez nachalnych panienek i gangsterów) bez uszczerbku dla swoich zarobków. I nie ma podsłuchów ( na razie).

  • buraczyk

    Oceniono 87 razy 83

    Pracując jako kierowca bardzo zdezelowanego dostawczaka u polskiego chama w czasie naprawy odkryłem że mam nie tylko GPS ale i podsłuch w kabinie. W tym momencie zatęskniłem za PRL-em. Może w tamtych czasach podsłuchy w hotelach były ale w Żukach i Nysach ich nie było.

  • atman76

    Oceniono 88 razy 62

    Byłem parę lat temu w Hamburgu - jednym z bogatszych miast byłego RFN. I ze zdziwieniem stwierdziłem że statystyczny Niemiec mieszka tam w wielkiej płycie niewiele sie różniącej od naszej PRLowskiej. Ja - chłop małorolny mam w porównaniu do nich wypasioną willę. Zbudowaną w PRL i konsekwentnie wykańczaną własnym wysiłkiem. Zachód może mi skoczyć :-D

  • kris19c

    Oceniono 53 razy 49

    Nie ma czegoś takiego jak adiunkt habilitowany.
    Może być doktor habilitowany - bo to nazwa stopnia naukowdgo.
    A adiunkt to tylko stanowisko i grupa zaszeregowania w jednostce naukowej lub uczelni.

  • ra39

    Oceniono 59 razy 41

    Spojrzalem na faceta i pomyslalem, ze ma z 55 lat, wiec PRL jako tako przynajmniej "liznal", a tu okazuje sie, ze gosc jest 10 lat mlodszy. Na jego miejscu nie przedstawialbym wiec takich autorytatywnych opinii, bo zyje jeszcze sporo ludzi, ktorzy PRL pamietaja i to od roznych stron, takze hotelowych. Niewiele o architekturze/sztuce, za to duzo wypowiedzi o PRL jako ustroju.Tendencyjnych, steoretypowych - faceta, ktory PRL zna z opowiadan. Nie tylko zreszta PRL, ale i swiat lat 70-tych. Nie warto czytac.

  • krunghtep01

    Oceniono 40 razy 36

    Jak zaczalem czytac to mialem wrazenie ze ten kompeyentny facet ma gora 40 lat i czasy 'komuny' zna glownie z opowiesci.Napewno jenak nie bywal na 'zachodzie' wlatach siedemdziesiatych.Jakby bywal to nie bylby taki krytyczny wobec hoteli budowanych 'za gierka' w Polsce.Ja bywalem i nie zauwazylem zadnej ronicy w jakosci wnetrz hoteli typu Forum czy Novotel.To byl europejski standart.,skora zamiast skay'u to bywala w Ritzu ale nie w hotelach klasy forum.Zreszta niech z ta jakoscia nie przesadza!Mieszkam w Anglii [Devon] i w moim miescie jest hotel sieci Millenium,jak sobie porownam hotel Millenium np. w Kuala lumpur [tez nie nowy] to ten tutejszy powinien miec gora dwie gwiazdki.W tej samej klasie hoteli sa nawet wspolczesnie ogromne roznice.Przyklad:polskie Nowotele mialy po cztery pietra i byly taki raczej kameralne,Nowotel w Bangkoku ma 15 pieter,w Szanghaju 50 pieter i poski novotel to by sie chyba caly w lobby zmiescil.Artykul bardzo powierzchowny jak na specjaliste z wyrazna nuta niecheci do czasow PRL.

  • admcanarisfanclubpoland

    Oceniono 39 razy 35

    Nie sztuka bylo pic kawe w victorii tylko jesc obiad i pic morze wodki :)
    Pisane ze polacy tam pili tylko kawe jest przeklamaniem...
    No chyba ze mamy na mysli dawnych inzynierow,magistrow czy profesorow to w pelni sie zgadzam.
    Badylarze(handlarze i rzemieslnicy) z calego kraju jednak mogli pozwolic sobie na znacznie wiecej w tym hotelu.
    Esbecja miala limit na barze czyli wode z cytryna,sok jablkowy i cole po czym nastepowala zmiana konfidenta :)
    Dzis nikt nie pamieta ze kiedys obowiazywal kapitalistyczny status spoleczny rodem ze zgnilego zachodu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX