(fot. Krzysztof Dubiel)

wywiad gazeta.pl

Anna Dziewit-Meller: Naziści na chorych psychicznie testowali broń masowej zagłady

Góra Tajget w dziełach Plutarcha była miejscem, gdzie obywatele greckich polis mieli porzucać chrome i słabe noworodki. Proceder odżył w czasach III Rzeszy: akcja "T4" miał likwidować chorych umysłowo i niedostosowanych społecznie. "Góra Tajget" to także tytuł książki Anny Dziewit-Meller, odnoszącej się do tego bolesnego tematu.

Akcja T4 była nazistowskim projektem, który miał za cel „likwidację życia niewartego życia”. Ten wstrząsający zwrot tyczył się eliminacji osób chorych umysłowo, którą rozpoczęto we wrześniu 1939 roku, chociaż przymusową sterylizację osób niepełnosprawnych umysłowo prowadzono już od roku 1933. Mówi się o ponad 100 tysiącach uśmierconych, w tym o wielu dzieciach. Jak to możliwe, że współcześnie tak mało wiemy o tym tragicznym rozdziale najnowszej historii?

- W mojej powieści „Góra Tajget” w jednym ze szpitali na Śląsku dokonuje się właśnie takiej procedury na chorych psychicznie i niedostosowanych społecznie dzieciach. Tego typu miejsc było szokująco wiele na terenie całej Rzeszy. Zbrodnie popełnione w ramach akcji „T4” były swego rodzaju ćwiczeniem, preludium, wstępem do Zagłady.

W cieniu pieców krematoryjnych Auschwitz ta zbrodnia nieco jednak zniknęła, ogrom tragedii, jaki po niej nastąpił, zepchnął ją w kąt. Ale przecież o tym także trzeba mówić. Naziści na chorych psychicznie testowali dosłownie i w przenośni broń masowej zagłady. To pacjenci szpitali psychiatrycznych byli tymi, na których wypróbowywano metodę gazowania. Właśnie po to zaprojektowano na przykład specjalne furgonetki-komory gazowe. Pacjenci byli wywożeni ze szpitali i po drodze gazowani w szczelnych wnętrzach samochodów. Dziś na szczęście powraca się do tej zbrodni, przypomina jej ofiary. W Polsce oprócz mojej powieści ukazały się ostatnio na przykład świetne książki: „Obciążeni” Gotza Aly czy „Wybrańcy” Steve'a Sem-Sandberga - obie podejmujące podobne wątki.

Chorzy w klinice psychiatrycznej, Niemcy, marzec 1934 rok (fot. Bundesarchiv, Bild 102-15662 / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0)Chorzy w klinice psychiatrycznej, Niemcy, marzec 1934 rok (fot. Bundesarchiv, Bild 102-15662 / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0)

Słowem, które powinno paść w kontekście pani książki, jest eugenika. Nauka, która mimo tego, że stanowiła podwaliny pod genetykę, w swoim systemie wartościowania życia była bardzo kontrowersyjna, zwłaszcza że została zaadaptowana przez nazistów jako ideologiczna podstawa Holokaustu.

- Na początku ubiegłego roku widziałam w Zachęcie znakomitą wystawę „Postęp i higiena”, poświęconą w dużej mierze zagadnieniu eugeniki w Europie początku XX wieku. Idee postępu, wyrażane poprzez takie prądy jak futuryzm w sztuce, w dwudziestoleciu międzywojennym przybrały niepokojący kierunek - ulepszanie życia człowieka w imię „nowoczesności” zaczęło zmieniać się w ulepszanie człowieka jako takiego.

Ruch eugeniczny był ogromnie popularny w Europie, także w Polsce nie uniknęliśmy tej fascynacji, o czym pisze w nowym wydaniu swojej książki „Higieniści” Maciej Zaremba Bielawski. Te utopijne idee zostały przejęte przez systemy totalitarne. Tak eugenika zamieniła się w przymusową sterylizację osób chorych psychicznie, potem w ich eksterminację, wreszcie - w eksterminację ludzi ze względu na ich pochodzenie, rasę, orientację seksualną.

W Polsce, z tego co pamiętam, pionierem eugeniki był Leon Wernic, ojciec pisarza Wiesława Wernica. Po wojnie jego katedrę zlikwidowano, bo źle się kojarzyła. Jednakże w innych krajach, chociażby w Szwecji, echa eugenicznego doboru dochodziły do głosu jeszcze długo po wojnie. Ujawniono, że w latach 1934-1975 wysterylizowano niespełna 63 tys. osób, z czego prawie połowa zabiegów odbyła się pod różnego rodzaju przymusem. W Stanach Zjednoczonych istniały projekty przymusowego ograniczania liczby ludności murzyńskiej. Skąd pani zdaniem taka chęć ingerowania w życie populacji?

- To ogromnie złożona kwestia, sięgająca swymi korzeniami co najmniej starożytnej Sparty. Wedle przekazów ze zbocza masywu Tajget zrzucano chore i niepełnosprawne noworodki, by utrzymać czystość rasy i jej „wysokogatunkowość”.

Maciej Zaremba w „Higienistach” przybliża tę szokującą część historii nowoczesnej Europy, z którą doprawdy ciężko się zmierzyć. Lepiej, wyżej, doskonalej - te wartości - jeśli źle pojęte - mogą okazać się ogromnie szkodliwe.

Osoby, które uczestniczyły w akcji „T4”, nie wyrażają skruchy. Uważają, że wykonywały tylko rozkazy. Pielęgniarka wykonująca śmiertelne zastrzyki z luminalu uważa to niemalże za swoją powinność w obliczu polityki III Rzeszy, a jednocześnie wzdraga się np. przed kradzieżą, którą uważa za zło. Jak pani zdaniem możliwe jest tak wielkie przewartościowanie wartości ludzkiego życia i swojej własnej moralności?

- Stawia pan pytania, na które nie znaleźli odpowiedzi najwybitniejsi pisarze i myśliciele XX-wieczni. A co do odpowiedzialności za zbrodnie - wiemy doskonale, że ogromna rzesza ludzi uniknęła kary, a nawet sądu.

Ma pani rację, chociaż bardzo ciężko coś takiego zrozumieć. Sebastian, bohater „Góry Tajget”, o uśmierceniu dzieci dowiaduje się przypadkiem, pokątnie, z plotek i rodzinnych opowieści. Prawda, którą odkrywa, jest szokująca. Inni mieszkańcy miasta sprawiają wrażenie, jakby chcieli zapomnieć o tych zdarzeniach, albo zgoła o nich nie wiedzieć. W książce pada stwierdzenie, że „miejsce zdarzeń przeszłych jest na śmietniku historii”. Muszę przyznać, że to przygnębiająca konkluzja.

- Są bohaterowie, których aż się chce upamiętniać, i są tacy, którzy nie mają wielkiego strategicznego znaczenia. Komu postawić pomnik, a kogo skazać na niebyt? W powieści bohater staje przed takimi pytaniami.

W znakomitej książce poświęconej akcji „T4”, „Obciążeni”, Gotz Aly pisze o tym, że tamta zbrodnia obciążyła całe społeczeństwo niemieckie. Nazistowska propaganda osoby chore psychicznie i niepełnosprawne przedstawiała jako niepełnowartościowe, podkreślała koszta, na jakie narażone jest państwo w związku z utrzymywaniem takich „darmozjadów”. Aly pisze wprost o tym, jak wielu ludzi uwiodło takie myślenie. Kiedy otrzymywali akty zgonów swoich bliskich oddanych do zakładów opieki (a w aktach tych zawsze podawane były fałszywe przyczyny śmierci), często nie szukali prawdy, przyjmując za dobrą monetę tłumaczenia systemu. Wiele ofiar akcji po dziś dzień nie ma nazwisk, nagrobków ani twarzy.

Sugeruje pani, że wielu rodzinom na rękę było pozbycie się chorych i wymagających większej opieki krewnych?

- Takie sugestie pojawiają się w książkach znawców tematu. Nie sposób się jakoś do nich nie odnieść.

Przeniesienie niepełnosprawnych w ramach Przeniesienie niepełnosprawnych w ramach Akcji "T4" z domu opieki "Schloß", wiosna 1941 rok (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / public domain)

Swoistą przeciwwagą dla postaci Sebastiana jest doktor Gertruda Luben, która w ramach akcji „T4” prowadziła eksperymenty na niepełnosprawnych umysłowo pacjentach. Uniewinniona po wojnie, prowadzi normalne życie, bez cienia wyrzutów sumienia. Odcina się od usypianych masowo chorych z Kocborowa czy rozstrzelanych dzieci ze Świecia. Jak to możliwe, że tacy ludzie nigdy nie ponieśli kary?

- To pytanie nie tylko do społeczeństwa niemieckiego. Proszę pamiętać, że po zakończeniu drugiej wojny światowej, a już zwłaszcza po wybuchu wojny w Korei, Niemcy Zachodnie stały się naturalnym i ważnym sojusznikiem Zachodu w konflikcie ze Związkiem Radzieckim. To wszystko nie pozostało bez znaczenia dla procesów denazyfikacyjnych.

Wojciech Pięciak w swoich fantastycznych analizach przemian społecznych w Niemczech podkreśla zawsze, że choć Niemcy w latach 50. i 60. bynajmniej nie byli społeczeństwem postnazistowskim, to nie towarzyszyła im wówczas wola ścigania zbrodni nazistowskich i rozliczania się z historią. Przypomnę słowa kanclerza Adenauera, komentującego powierzenie organizacji urzędu kanclerskiego Hansowi Glöbcke - jednemu z dawnych prominentnych działaczy nazistowskich, współtwórcy komentarzy do ustaw norymberskich: Ludzi trzeba brać takimi jacy są - innych nie ma. Te słowa uczyniłam zresztą mottem jednego z rozdziałów mojej książki.

Grupa esesmanów za bramą obozu śmierci w Belzcu, około 1942 roku; piąty od lewej: specjalista Grupa esesmanów za bramą obozu śmierci w Belzcu, około 1942 roku; piąty od lewej: specjalista Akcji "T4" Karl Gringers (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / public domain)

Poruszyła pani w książce dość drażliwy temat, o którym mało kto wspomina, a mianowicie udział wielkich koncernów w nazistowskiej machinie. Pyta pani: „Gdzie dziś byłyby IBM, Bauer i Volkswagen, gdzie IG Farben, gdzie byłyby Audi, Krupp i Deutsche Bahn?”. Bauer testował swoje leki na więźniach obozów koncentracyjnych.

- Doskonale o współpracy koncernu IBM z III Rzeszą napisał Edwin Black w swojej książce „IBM i holocaust. Strategiczny sojusz hitlerowskich Niemiec z amerykańską korporacją”. Zygmunt Bauman zaś w „Nowoczesności i Zagładzie” pisze przecież bardzo wyraźnie o tym, że w Ostatecznym Rozwiązaniu potencjał przemysłowy i wiedza technologiczna, będące wszak dumą naszej cywilizacji, osiągnęły niespotykaną wcześniej wydajność w radzeniu sobie z problemem o niespotykanej wcześniej skali.

Czytając „Górę Tajget” odniosłem wrażenie, że bezosobowym, a jednak bardzo ważnym jej bohaterem jest sam Śląsk. Region, którego umiejscowienie przypisało mu w historii dość tragiczną rolę. Było to widoczne zwłaszcza podczas drugiej wojny światowej, kiedy jego mieszkańcy stanęli przed wyborem pozostania Polakami albo podpisania volkslisty. Przypadek Zefki i jej rodziny, który pani opisała, idealnie to obrazuje.

- Śląsk jest ogromnie ważny dla mnie jako dla pisarki. Choć nie mieszkam tam już od wielu lat, nie potrafię i nie chcę się od niego odciąć, jest dla mnie ciągłym źródłem inspiracji. Historia Zefki, dziewczynki wysłanej na roboty przymusowe do Rzeszy, która w rodzinie bauerów znajduje oparcie i niemalże ideał domu rodzinnego, jest chyba moją ulubioną historią z książki. Bardzo brutalną, ponieważ Zefka przeżywa wkroczenie Armii Czerwonej na Śląsk, ale jednocześnie bardzo liryczną.

W historii Zefki jasną stroną jej życia był właśnie pobyt w Rzeszy. Obecnie mało mówi się o tym, że w całym szaleństwie, jakie wtedy ogarnęło Europę, wśród Niemców także zdarzali się normalni, wrażliwi ludzie.

- Bo wśród ludzi jako gatunku zdarzają się generalnie normalni, wrażliwi ludzie. Przynależność do określonej narodowości na szczęście nie oznacza, iż otrzymujemy od razu jakiś zestaw cech - zalet czy przywar. Ostatecznie bowiem za każdą historią stoją konkretne osoby, mające twarz i nazwisko. Które mogą okazać się skończonymi draniami albo aniołami.

Góra Tajget” jest, przynajmniej dla mnie, pewnego rodzaju ostrzeżeniem przed tym, w jaką bestię może zmienić się człowiek. Jak pani myśli, czy teraz, ponad 70 lat od zakończenia wojny, ludzie stali się lepsi? Czy znowu może wystarczyć iskra, by tę bestię obudzić?

- Myślę, że między innymi po to napisałam tę książkę. By wyraźnie pokazać, jak bardzo niczego się nie nauczyliśmy i jak nie chce się nam czerpać ze straszliwych doświadczeń przeszłości. I tego boję się najbardziej.

 

Książka „Góra Tajget” dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl >>

Anna Dziewit-Meller, Anna Dziewit-Meller, "Góra Tajget" (fot. Krzysztof Dubiel)

Anna Dziewit-Meller. Urodzona w 1981 roku w Chorzowie. Pisarka i dziennikarka. Współautorka (z Agnieszką Drotkiewicz) tomów wywiadów „Głośniej! Rozmowy z pisarkami” i „Teoria trutnia i inne. Rozmowy z mężczyznami”, a także bestsellerowej reporterskiej książki o Gruzji „Gaumardżos, opowieści z Gruzji” (Nagroda Magellana 2011), napisanej wspólnie z Marcinem Mellerem. W 2012 roku ukazała się jej debiutancka powieść „Disko”, nominowana do Nagrody Literackiej „Gryfia”. Prowadzi autorski kanał internetowy o książkach bukBuk.

Mateusz Uciński. Dziennikarz. Współpracuje z działem Kultura portalu Gazeta.pl, publikował także w Dzienniku Gazecie Prawnej. Recenzent książek i autor wielu wywiadów z polskimi pisarzami. Pasjonat literatury w każdym jej wydaniu, muzyki i fotografii, której uliczną odmianę namiętnie uprawia.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (79)
Zaloguj się
  • dzabril_k

    Oceniono 25 razy -17

    Wczoraj oglądałam film w TVP Historia nt. eugeniki i tego wszystkiego o czym traktuje ten artykuł. I przeraziłam się, bo konkluzja z wypowiedzi polskich lekarzy, historyków, naukowców (i wszystkich innych występujących w tym dokumencie) była jedna: dzisiejsze stosowanie in vitro, badania genetyczne i prenatalne to nic innego jak czysta przedwojenna eugenika, tylko odpowiednio ukryta żeby durny ludek to kupił! W domyśle: wszyscy którzy stosują lub pracują przy in vitro, genach i robią badania prenatalne do doktorzy Mengele w najczystszej postaci! Ludzie dooglądajcie do końca i wysłuchajcie do końca co mają do powiedzenia, tak naprawdę, twórcy tego filmu. Myślę, ze eugenika, eksterminacja umysłowo chorych i kalek tak naprawdę guzik ich obchodzi!

  • xsawer

    Oceniono 31 razy -15

    "W cieniu pieców krematoryjnych Auschwitz ta zbrodnia nieco jednak zniknęła, ogrom tragedii, jaki po niej nastąpił, zepchnął ją w kąt"
    -Bo ci nieszczęśnicy byli nienależytego pochodzenia, nie byli Żydami.

  • piotrwojciak_first

    Oceniono 43 razy -15

    Padło w wywiadzie pytanie o to, dlaczego tak mało mówi się o T4.
    Odpowiedź jest prosta: To akcja bliźniaczo podobna do aborcji dzieci z Downem i innymi zaburzeniami. Zachodnia "kultura" jak ognia unika kojarzenia jej z nazistami, ale wirusy nazistowskiej pogardy dla życia przeżyły w ludziach, bo ludzkość nie nawróciła się nigdy po II wojnie światowej. Przewrotność tej pogardy jest tak wielka, że teraz aborcję czyli wyeliminowanie niechcianej jednostki jest uznawane za prawo człowieka.

  • Mariusz Nowakowski

    Oceniono 23 razy -11

    Oczywiście, ocena tego, co robili Niemcy z niepełnosprawnymi, czy żydami jest jak najbardziej karygodna i nie mająca jakiegokolwiek usprawiedliwienia! To było ludobójstwo i najgorsze możliwe zło! Ale, bardziej wstrzemięźliwy byłbym w ocenie stosunków Polsko-Niemieckich i fantazji na temat unicestwienia narodu Polskiego przez Hitlera. Myślę, że te subiektywne i faktycznie wyimaginowane teorie biorą się głównie z braku wiedzy i historii lat 1933-39. Może twórcom "teorii spisku" przydałyby się dodatkowe lektury, które nieco rozjaśniłyby im w głowie? Polecam bardzo dobra książkę "Pakt Ribbentrop-Beck", autorstwa Piotra Zychowicza. Książka, która rozwiewa kilka stereotypów na temat nagannych relacji Polsko-Niemieckich. Poza tym, polecam też biografię Hitlera, w której bardzo rzetelnie opisane są stosunki Polsko-Niemieckie i podejście Hitlera do spraw Polski. Może po takich lekturach, co poniektórzy przestaną wypisywać swoje fantazje!

  • rikol

    Oceniono 14 razy -10

    Co za bełkot.

  • renkaforever

    Oceniono 7 razy -5

    czlowiek ma ten sam kod genetyczny cale zycie, chociaz czasem nastepuje spontaniczna mutacja genow i zmienia sie jego zachowanie, nawet nas moze zupelnie zaskoczyc

  • kermit.dolomit

    Oceniono 6 razy -2

    Związek Radziecki na psychicznie chorych i na więźniach gułagów testował broń masowej zagłady chemiczną biologiczną a nawet atomową ale Ania Dziewit Meller tego nie wie bo nie powiedzieli w szkole

  • car cezar

    Oceniono 7 razy -1

    naziści byli we włoszech niemczech polsce holandi finlandii na Polske napadli NIEMCY

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX