(fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

ludzie

Kazimierz Leski - polski James Bond. "Kochały się w nim wszystkie kobiety"

Polacy w czasie II wojny światowej mieli jeden z najlepiej działających wywiadów i kontrwywiadów. A co za tym idzie - skutecznych szpiegów. Pamięta się o Krystynie Skarbek, która obrosła legendą jako kochanka Iana Fleminga. Jej przygody miały stać się inspiracją serii o Bondzie. Tymczasem jeśli szukać w historii II wojny światowej polskiego agenta 007, zdecydowanie byłby nim Kazimierz Leski.

To on podawał się za niemieckich watażków, docierając do tajnych dokumentów, dzięki którym udało się opracować szlaki dla kurierów do neutralnej Hiszpanii. Potem korzystali z tych tras również polscy Żydzi. To on - między innymi jako generał Julius von Hallman - zwodził nazistów i pod ich nosem dokonywał odważnych czynów.

Teraz jego życie pokażą komiks i film. 23 stycznia w Muzeum Powstania Warszawskiego odbędzie się uroczysta premiera komiksu "Bradl" autorstwa Tobiasz Piątkowskiego i Michała Oleksickiego. Dzień później w warszawskiej Kinotece odbędzie się premiera fabularyzowanego filmu dokumentalnego "Kazimierz Leski" w reżyserii Małgorzaty Bramy. Kilka miesięcy temu reżyserka opowiedziała nam o fascynującej postaci "Bradla".

Artur Zaborski: Bohaterem twojego nowego filmu będzie Kazimierz "Bradl" Leski, polski szpieg z okresu II wojny światowej. Dlaczego zdecydowałaś się przedstawić jego losy?

Małgorzata Brama: Bohatera wybrali mi powstańcy, bo film powstaje na zlecenie Związku Powstańców Warszawskich. Wcześniej zrobiłam dla nich trylogię o Janie "Radosławie" Mazurkiewiczu, którego te filmy, mam nadzieję, spopularyzują. Następną osobą, która również domagała się przypomnienia, jest właśnie Leski.

To, co jest w nim fascynujące, to to, że to był taki polski James Bond, który w mundurze niemieckiego generała jeździł po okupowanej Europie. Działał w wywiadzie i kontrwywiadzie w okupowanej Polsce, w Niemczech i we Francji. Warto pamiętać, że w tym drugim państwie Polakom jako jedynym udało się założyć siatki szpiegowskie. Nikt inny, ani Anglicy, ani Francuzi, ani Rosjanie, nie podołał temu zadaniu.

Kpt. Kazimierz Leski Kpt. Kazimierz Leski "37", "Pierre", "Bradl". Po prawej zdjęcie okupacyjne (fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

W czym my byliśmy lepsi?

- "My" to za dużo powiedziane. Sukces zawdzięczamy Leskiemu i jego najbliższym współpracownikom, choćby Aleksandrowi "Wilskiemu" Stpiczyńskiemu. Największym atutem Leskiego było to, że miał niesamowitą zdolność uczenia się języków obcych. Przed wojną mieszkał, studiował i pracował w Holandii w międzynarodowym towarzystwie. Nauczył się tam holenderskiego, francuskiego i niemieckiego w różnych dialektach. Sama znajomość języka nie pozwoliłaby mu jednak funkcjonować na taką skalę. Do tego potrzebna była wiedza na temat tego, jak ma się zachować żołnierz pochodzący z danej części kraju.

Znana jest scena z "Bękartów wojny" Quentina Tarantino rozgrywająca się w knajpie. Amerykańscy żołnierze w mundurach niemieckich siedzą przy jednym stoliku, a przy drugim siedzi gestapowiec. Jeden z Amerykanów zamawia piwo ręką, ale wykonuje inny gest, niż zrobiłby to prawdziwy Niemiec. To ich demaskuje.

Skąd Leski brał wiedzę na temat tego, jak zachowują się żołnierze?

- W zgłębianiu tego tematu bardzo pomocne były polskie kobiety lekkich obyczajów i te, które świadomie nawiązywały romans z wrogiem. One wyciągały informacje od niemieckich kochanków, jak i podpatrywały ich zachowania, co było naprawdę bardzo niebezpieczne. Groziły im za to sankcje i ze strony polskiej, i ze strony niemieckiej. Pokazał to Feliks Falk w filmie "Joanna", w którym tytułowa bohaterka, aby ocalić żydowskie dziecko, idzie do łóżka z wrogiem.

Joanna zapłaciła za to wysoką cenę.

- Przez społeczeństwo polskie jakikolwiek kontakt seksualny z wrogiem był uznawany za kolaborację i zdradę narodową. Te kobiety pracowały dla tajnych służb i tylko nieliczni wiedzieli o roli, jaką naprawdę spełniają. Były nieocenionym źródłem informacji. Dysponowały wiedzą na temat tego, jak Niemcy przekazują rozkazy, jak się zachowują przy powitaniu, jakie są ich zwyczaje czy jak odnoszą się do siebie w hierarchii. Spostrzegawczość była bardzo ważna, trzeba było zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Kobiety były w tym dobre, dlatego to je wysyłano na przeszpiegi. Ich rola była ogromna.

Sama, czytając o Leskim, uświadomiłam sobie, jak czujne oko trzeba było mieć. Z lektur dowiedziałam się, że każdy żołnierz inaczej maszeruje, czego wcześniej nie byłam świadoma, chociaż temat nie jest mi obcy. Dopiero teraz dotarło do mnie, że inaczej maszerują Polacy, inaczej Wehrmacht, a inaczej Anglicy. Wyobraźmy sobie, jakby to wyglądało dziś: do Polski przyjeżdża szpieg i wciela się w postać Jana Kowalskiego, urodzonego i wychowanego w Krakowie. Mówi, że musi wyjść na dwór i natychmiast zostaje zdekonspirowany, bo przecież krakusi mówią "pole". Leski musiał to wszystko wiedzieć.

Po lewej Kazimierz Leski w Szkole Podchorążych Rezerwy Lotnictwa 1938 r. Po prawej - już w czasach powojennych (fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)Po lewej Kazimierz Leski w Szkole Podchorążych Rezerwy Lotnictwa 1938 r. Po prawej - już w czasach powojennych (fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Czyli Leski i Stpiczyński musieli tak dobrze udawać, żeby nie paść ofiarami niemieckich prostytutek?

- W biografiach "Wilskiego" i Leskiego nie pojawiają się tego typu kobiety. Pierwszy miał w Polsce żonę. Drugi, stojąc na górze w hierarchii - podawał się za niemieckiego generała - nie musiał korzystać z romansu jako formy wyciągania informacji, bo one same do niego spływały. Na pewno miał romans po wyjściu z komunistycznego więzienia. Urodził mu się wtedy syn, jednak nie wziął ślubu z jego matką. Za to później spotkał kobietę o imieniu Maria, z którą się ożenił. W towarzystwie za jego żoną nie przepadano, bo zawładnęła nim zupełnie, mając przy tym monopol na jego legendę.

Ale przecież kobiety w nim kochały się podobno wszystkie, co nie wydaje się dziwne, bo Leski był bardzo przystojnym mężczyzną.

- Ale niskim i drobnym, nie przypominał macho w dzisiejszym wydaniu. Powstańcy mówią, że był jak "Zelnik za młodu". Mimo że niski, jednocześnie był bardzo męski. Kiedy trafił do szpitala, faktycznie kochały się w nim wszystkie pielęgniarki. Wszystkie poza jedną. Oczywiście, Leski chodził właśnie za nią, co szokowało otoczenie, bo nie była ani ładna, ani zgrabna. Nic z tego jednak nie wyszło. Chyba miał pecha do kobiet.

Wróćmy do szpiegowskiej działalności Leskiego. Jak zdobywał fałszywe dokumenty?

- Chyba każdy wie, że Polacy byli mistrzami w podrabianiu papierów. Ale żeby je podrobić, najpierw trzeba było mieć oryginał. I tutaj wykazali się warszawscy kieszonkowcy, tak zwani doliniarze, którzy w swoim "fachu" ustępowali tylko kieszonkowcom ze Lwowa. Kradli na zlecenie Armii Krajowej. Ich rola była nie do przecenienia.

Książka Kazimierza Leskiego i jej autor na przedwojennej fotografii (fot. materiały prasowe / NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)Książka Kazimierza Leskiego i jej autor na przedwojennej fotografii (fot. materiały prasowe / NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Za kogo podawał się Leski?

- Na początku za pracownika kolei, w taki sposób zjechał Niemcy i Francję. Pociągi były wtedy bardzo załadowane, więc jako zwykły, cywilny pracownik musiał stać przez całą podróż. Doszedł do wniosku, że następnym razem zostanie wojskowym, bo wojskowi traktowani byli na innych prawach: mogli siedzieć, w wielu miejscach mieli pierwszeństwo. Został więc porucznikiem Wehrmachtu. Pojechał do Paryża, skąd wrócił z przeświadczeniem, że porucznik to za niski rangą stopień, bo jest często kontrolowany. Postanowił zostać generałem.

Nie był na to za młody?

- Miał wtedy 32 lata, był zdecydowanie za młody. Jest wiele osób, które podważają to, że nosił mundur generała.

Jest tutaj wokół czego dyskutować? II wojna światowa to przecież dobrze udokumentowany okres historii.

- Mnóstwo dokumentów zaginęło. A relacje świadków różnią się między sobą. Do tego trzeba pamiętać, że sam Leski świetnie potrafił manipulować swoją legendą. Nawet w książce ze wspomnieniami pisze tak, żeby wywrzeć odpowiedni wpływ na czytelnika, ukierunkować go w stronę takiego myślenia, jakiego życzy sobie autor. Mimo to sama uważam, że jeździł w tym mundurze. Młodość rządzi się innymi prawami. On był młody, pewny siebie, znał świetnie języki, wiedział, że jest lepszy niż inni. To mogło popchnąć go do takiej decyzji.

Podobno udawanie kogoś wyższego stopniem było łatwiejsze, bo stojący niżej w hierarchii nie sprawdzali ich zbyt często.

- Nie zgodzę się z tym, że było łatwiejsze. Przecież im wyższy stopień, tym mniej ludzi. Proporcje wyglądają tak, że jeśli mamy 50 generałów, to jednocześnie mamy 10 tysięcy poruczników. W 10 tysiącach łatwiej można się ukryć. Leski żył w czasach, kiedy nie było faksów ani internetu. Nie można było łatwo zweryfikować czyjejś tożsamości. Wiele osób o utytułowanym żołnierzu mogło słyszeć, ale nie miało pojęcia, jak on wygląda.

Zdarzały się wpadki?

- Oczywiście! Leski i jego kolega Aleksander "Wilski" Stpiczyński umówili się w Paryżu w niemieckiej Komendzie Placu. To był taki obowiązkowy punkt, do którego przyjeżdżający do stolicy Francji żołnierze niemieccy musieli się udać, żeby odmeldować się i wziąć kwitki podróży. A jechali z Polski, każdy osobno. Okazało się, że Niemcy wprowadzili nowe przepustki. "Wilski" takiej nie miał. Razem z nim w wagonie siedzieli esesmani, którzy też nie mieli nowych przepustek. Wszyscy razem zostali zatrzymani. Musieli czekać do rana, aż przyjedzie komendant, który rozstrzygnie sprawę. Esesmani cały czas trzymali się blisko Polaka, bo był najstarszy z nich i stopniem, i wiekiem. Sami czuli się zagubieni. Kiedy pojawił się komendant okręgu, feldmarszałek Wilhelm List, notabene bardzo dobrze znany Stpiczyńskiemu - oczywiście jednostronnie, po krótkiej wymianie kurtuazyjnych zdań na temat sytuacji na froncie Stpiczyński jako pułkownik baron Arnold von Lückner został odwieziony samochodem na dworzec, żeby mu kolejny pociąg nie uciekł, a prawdziwi żołnierze SS przepustek nie dostali. Niemcy nawet w czasie wojny mieli w sobie ogromny szacunek do arystokracji. Stpiczyński wiedział o tym i z premedytacją wykorzystał.

Aleksander 'Wilski' Stpiczyński (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Aleksander "Wilski" Stpiczyński (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zabawne. Ale na spotkanie z Leskim w Paryżu w końcu się spóźnił.

- Ale Leski też! Jego zatrzymało bombardowanie. Ich błąd polegał na tym, że nie ustawili ewentualnego alternatywnego spotkania. Tamto minęło, a w ogóle nie wzięli pod uwagę tego, że mogą się nie spotkać. Co też świadczy o tym, jak bardzo pewni siebie byli. Nie wiedzieli, jak się porozumieć w nowej sytuacji. Stpiczyński wpadł na pomysł. Poszedł do niemieckiej Komendy Placu i na tablicy ogłoszeń napisał, że baron Arnold von Lückner prosi jego ekscelencję generała Juliusa von Hallmana o skomunikowanie się z nim w hotelu Rochechoire. Julius von Hallman to był jeden z pseudonimów Leskiego. Na tablicy widocznej z daleka wymienili informacje, które wisiały pod nosem Niemców. Było to meganiebezpieczne, ale udało się.

Kolejny dowód na pewność siebie. Leskiemu zdarzało się ją tracić?

- Jak każdemu. Kiedy Leski był już w Paryżu, stał w kolejce do recepcji hotelowej, gdy urzędnik odrzucił kartki na wyżywienie stojącego przed nim oficera. Leski przestraszył się i chciał się wycofać. Ale nie zdążył. Niemiecki urzędnik zabrał mu kartki, obejrzał je i machając nimi przed nosem Bogu ducha winnego Niemca, krzyczał: "Widzi pan? Tak wyglądają prawdziwe kartki!". Oczywiście, były podrobione.

Wygląda na to, że życie szpiega było całkiem wesołe. Tak to sobie dzisiaj mitologizujemy, czy rzeczywiście panowie mieli z tego frajdę, mimo tragicznego kontekstu?

- Nawet nie wiesz, jak oni się cieszyli, kiedy - tak jak Niemcy, za których się podawali - dostawali wspominane już kartki żywieniowe, żołd czy przydział do hotelu. A tam? Pościel, ciepło, mydło, woda bieżąca! Można się umyć i wyspać, a nawet zjeść kolację. To była wielka radość dla nich. Leski, który był melomanem, w wolnych chwilach kupował sobie nawet płyty. Dodatkowo, zakładając, że gestapo nie zweryfikuje ich tożsamości, nie musieli się martwić, czy ktoś im rano zrobi nalot. To był ogromny komfort psychiczny.

Jaką właściwie mieli misję?

- Wytyczyć trasy kurierskie do Hiszpanii, którymi nasi kurierzy mogliby dostać się na Gibraltar czy do Portugalii, a stamtąd drogą morską lub powietrzną do Anglii.

Co mieli przekazywać kurierzy?

- Wszystko to, czego nie dało się przekazać drogą radiową, a więc zdjęcia, plany i inne graficzne dokumenty.

Misję udało się wypełnić?

- Udało się im opracować trasy, ale nie powiodło im się przejście nimi do Hiszpanii. Z tych tras korzystali później również obywatele polscy narodowości żydowskiej. Zaopatrzeni w doskonale podrobione dokumenty ratowali się wyjazdem przez Francję do Portugalii. Za to Leski został uhonorowany tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata i otrzymał honorowe obywatelstwo Izraela.

Dlaczego nie udało się im przejść?

- Na początku wszystko szło dobrze. Leskiemu i Stpiczyńskiemu udało się nawiązać kontakt z francuskim ruchem oporu. Zaczęli współpracować i z francuskimi przewodnikami próbowali przejść. Pierwsze podejście nie udało się. Wyruszyli w Boże Narodzenie, kiedy spadł za duży śnieg. Teren był nie do zdobycia. Przejechali wtedy nadaremno pół Francji w ciężarówce z krowami. Wrócili do Paryża. Leski wyjechał do Polski, a Stpiczyński próbował przejść jeszcze raz. I wtedy go złapali.

Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje rotmistrza Aleksandra Stpiczyńskiego (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje rotmistrza Aleksandra Stpiczyńskiego (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Co poszło nie tak?

- Jechał z przewodnikiem z francuskiego ruchu oporu. Już na granicy francusko-hiszpańskiej Stpiczyński przeszedł kontrolę dokumentów, ale jego przewodnik wpadł i spanikował. Krzyknął: "Ale on jest ze mną!" i Stpiczyńskiego cofnęli. To był młody francuski chłopak, który miał zakodowane w głowie, że ma Stpiczyńskiego nie opuszczać. Nie załapał w odpowiednim momencie, co się dzieje.

Co stało się ze Stpiczyńskim?

- Trafił do obozu pod Paryżem, gdzie w międzynarodowym towarzystwie innych więźniów postanowili zrobić podkop. I tego postanowienia się trzymali. W tunelu mieli wszystko, nawet światło. Komendant obozu, kiedy sprawa wyszła na jaw, nazwał ich "ekipą metra". Jedną z kar było zmniejszenie racji żywności do skromnej porcji chleba i wody. Ale cały obóz zaczął im się zrzucać na jedzenie, więc nieustannie mieli ciepłe posiłki, właściwie więcej niż wcześniej. Potem przewozili ich w inne miejsce pociągiem, z którego Stpiczyński wyskoczył i złamał sobie kolano. Leżał w szpitalu w Lotaryngii. Zbiegł stamtąd i dzięki Polakom mieszkającym w tym regionie udało mu się uniknąć niemieckiej obławy i przedostać się do Paryża.

To bardzo ciekawa postać. Po wojnie osiadł w Ekwadorze, gdzie założył plantację kawy, ale w latach 70., kiedy nie był już obciążony żadnymi represjami, wrócił do Polski. Po powrocie zadzwonił do Leskiego. Spotkali się po latach.

Bardzo filmowe są te ich przygody.

- Filmowcy wykorzystali już potencjał tkwiący w życiorysie Leskiego. To on stał się pierwowzorem postaci Hansa Klossa. Wydaje mi się jednak, że "Czterej pancerni i pies" i właśnie "Stawka większa niż życie" wypaczają obraz wojny. Pokazują, że Niemcy byli idiotami, których stosunkowo łatwo można było przechytrzyć. Tak nie było. Leski i Stpiczyński byli naprawdę szalenie inteligentnymi, pewnymi siebie i odważnymi ludźmi. I genialnymi aktorami zasługującymi na Oscara.

Małgorzata Brama (fot. materiały prasowe)Małgorzata Brama (fot. materiały prasowe)

Hans Kloss, Polak w niemieckim mundurze, budził wiele kontrowersji, kiedy serial trafił na antenę. Nie boisz się powtórki z rozrywki w czasach, kiedy władza postuluje czyste kino narodowe?

- To były lata 60., wojna była jeszcze zbyt żywym wspomnieniem. O Leskim i innych agentach działających w ten sposób w czasie wojny zwyczajnie nie wiedziano. Ludzie, którzy pamiętali wojnę, nie chcieli jej znów oglądać. Ale z biegiem czasu serial miał coraz więcej fanów, bo to przecież Polak wodził Niemców za nos. No i był wtedy tylko jeden program w telewizji - od 1974 roku dwa. Wydaje mi się, że ta kwestia budzi więcej kontrowersji dzisiaj niż wtedy.

W moim filmie zamierzam dotknąć prawdy o Leskim, jakkolwiek niewygodna by była. Dziś, jak coś jest niemieckie, to nie wypada tego dotykać, tak jak Wanda, która nie chciała Niemca i rzuciła się do Wisły. Sama pytałam powstańców, jak czuli się z tym, że nosili niemieckie mundury. Usłyszałam, że im to nie przeszkadzało, bo przecież na rękawach mieli biało-czerwone opaski. A na niemieckich hełmach polskie orzełki.

 

Małgorzata Brama. Polska reżyserka filmowa. Specjalizuje się w filmie historycznym (II wojna światowa, powstanie warszawskie). Współpracuje z BBC ("Laurence Rees") czy Chanel History (serial "Polscy bohaterowie wojenni"). Od 2004 roku przeprowadziła ponad 1000 wywiadów na całym świecie z uczestnikami II wojny światowej. W 2008 roku Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznaczył ją medalem "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Nagradzana na wielu międzynarodowych festiwalach filmowych. W 2015 roku otrzymała za film pt. "Radosław" nagrodę Złotego Kopernika od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za najlepszy film edukacyjny. Specjalizuje się również w inscenizacjach historycznych i grach miejskich - Wizna 39, Desant Berlingowców, Akcja na Kutscherę, Zamach na Szefa Gestapo, Akcja w Starachowicach, Wola'44, Ursynów'44, "Lwów śladami Herberta", "Literackie Wilno". W 2014 roku otrzymała pamiątkowy medal "70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego" od Związku Powstańców Warszawskich.

Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (57)
Zaloguj się
  • knightrider15

    Oceniono 57 razy 47

    Mam nadzieję, że nie schrzani Pani tematu bo jest naprawdę świetny. Niestety, zakompleksieni Polacy za wszelką cenę chcą pokazać, jak dużo świat im zawdzięcza i "palą" temat. Chyba wszystkie filmy robione po 1990 r. pokazujące bohaterstwo Polaków to gnioty. Paradoksalnie w mojej opinii jednym z najlepszych filmów o walce Polaków jest film "Kolumbowie Rocznik 20" na bazie mistrzowskiej książki uważanego za komucha Bratnego. Mało patosu, przenośni, mistycyzmu, za to dużo realizmu (nikomu nie udało się tak odtworzyć scen bazujących na faktach z Powstania.
    Wiem co mówię bo historia 2wś to moja wielka pasja.

  • filut69

    Oceniono 32 razy 28

    Red. Krzysztof Leski jest synem Kazimierza. Można by go przepytać o dzieje ojca. Z tego co wiem bardzo późno poznał prawdziwą historię swojego taty.

  • miszmasz51

    Oceniono 18 razy 18

    Mój s.p. Ojciec, uczestnik Batalii Wrześniowej, Powstania - dzięki Niemu miałem zaszczyt poznać osobiście Pana Leskiego, niezbyt pochlebnie wypowiadał się o takich filmach czy powieściach. Za dużo w nich propagandy i ckliwości, za mało prawdy o okrucieństwach i bezwzględności wojny. Ale o tym poniżej.
    Przy okazji odpowiadam "zigzaur" - tak, te zamachy były potrzebne. Tak, ruch oporu był konieczny. Przyznawał to nawet mój Ojciec, który - choć brał czynny udział od początku w Powstaniu, dwukrotnie odznaczony w walce - więcej: od końca Batalii Wrześniowej, uniknąwszy niewoli (ranny uciekł ze szpitala pod Chełmem Lubelskim i wrócił do Warszawy), brał udział w organizowaniu sił dywersji i oporu w Warszawie, wędrował kanałami z Woli do Śródmieścia i tam dostał się do niewoli po kapitulacji - nie wypowiadał się entuzjastycznie o Powstaniu. Ja wiem, w oczach, wspomnieniach kombatantów te czasy są opowiadane jako bohaterskie (owszem) i świetne - ale wcale AŻ tak NIE BYŁO. Był terror, strach, krew, śmierć na każdym kroku - wielokrotnie niepotrzebna, była brawura i szafowanie życiem młodych, wykształconych ludzi, których później tak dramatycznie zabrakło Polsce, były nieopisane cierpienia i straty wśród ludności cywilnej, niechętnej wielokrotnie Powstaniu, były zbrodnie... moja mama, również czynna uczestniczka walk np. została uratowana z grupką dziewczyn z rak Ukraińskich SS-manów przez - oficera i żołnierzy Wehrmachtu... a ile kobiet, bojowniczek i zwykłych Warszawianek nie uniknęły straszliwego losu zbiorowych gwałtów i śmierci... tego nigdy nie zbadano(?) dokładnie, nie opublikowano. Warszawa nigdy nie miała stać się twierdzą przeciw Rosjanom w planach niemieckich, nie odgrywała aż takie roli w batalii, żeby Powstanie mogło POWAŻNIE zmienić jej oblicze. Także i Rosjanie nie traktowali przekroczenia Wisły w Warszawie jako priorytetowe, nie mieli zamiaru wiązać swoich sił w walkach ulicznych na jej terenie. Osąd pozostawmy jednak przyszłym historykom, mniej zaangażowanym POLITYCZNIE, przez to bardziej obiektywnym - bo, nie ukrywajmy - teraźniejsze oceny, przynajmniej te szerzej publikowane, są mocno uzależnione od obecnych opcji politycznych!

  • jankowski1960

    Oceniono 23 razy 15

    Powinno byc: James Bond - angielski Kazimierz Leski

  • zigzaur

    Oceniono 18 razy 14

    Kubeł zimnej wody na łeb tych, którzy uważają, że wywiad decyduje o wszystkim:

    "Ogromna ilość informacji zbieranych przez wywiad jest niekompletna i sprzeczna ze sobą. Jeszcze więcej jest informacji preparowanych przez nieprzyjaciela. A najwięcej jest informacji niepewnych i niesprawdzonych. Zresztą i tak wszystkie są spóźnione."

    Carl von Clausewitz

  • zigzaur

    Oceniono 10 razy 8

    Za młody na generała? Piloci: Adolf Galland i Pawieł Rygaczow (w innej wersji Ryczagow) byli generałami w wieku lat 29.

  • zigzaur

    Oceniono 14 razy 4

    Dobry szpieg to taki, którego istnienia nie podejrzewano nawet kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny.

  • pik111

    Oceniono 46 razy 4

    Mieliśmy przed wojną super wywiad i przeznaczaliśmy na wojsko najwyższy % pkb
    generalicja zarabiała miliony i bawiła się do woli, ale jak przyszedł test na odwagę i przyzwoitość to uciekli jak szczury. Z kaczki nie zrobisz orła, a z tchórza bohatera.

  • jankowski1960

    Oceniono 12 razy 4

    Fatalny tytul

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX