(fot. ILO in Asia and the Pacific / flickr.com / bit.ly/1Pk9I7y / CC BY-NC-ND 2.0)

zjawisko

Szwalnie w Bangladeszu. "Tu ludzie są najmniej ważni. Kiedy wybucha pożar, najpierw ratuje się towar"

Szwaczka może stracić pracę za to, że przysnęła na chwilę przy maszynie, albo za to, że położyła obok niej owoc. Zostanie zwolniona, jeśli ulegnie wypadkowi. Początkująca zarobi pięć tysięcy taka, czyli niecałe 300 złotych. Ta głodowa pensja nie jest najgorszym, co jest jej pisane.

Kiedy trzy lata temu pod gruzami budynku Rana Plaza, mieszczącego fabryki odzieżowe, zginęło ponad tysiąc osób, dziennikarz Marek Rabij pojechał tam sprawdzić, w jakich warunkach powstają ubrania, które kupujemy również w polskich sieciówkach. A potem, po roku, wrócił, gdy ucichły już protesty organizacji społecznych i deklaracje koncernów, że „teraz to już wszystko będzie dobrze”.

Tak powstała książka „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” - wstrząsający reportaż o życiu w Bangladeszu, ale też wnikliwa ekonomiczna diagnoza...

Aleksandra Boćkowska: Codziennie na świecie sprzedaje się 5,5 miliona T-shirtów. Co piąty powstaje w Bangladeszu. W jakich warunkach?

Marek Rabij: W różnych. Jedyne, co łączy blisko 5 tysięcy fabryk odzieżowych w tym kraju to to, że trudno je wypatrzeć z ulicy. Zazwyczaj mieszczą się w budynkach przypominających biurowce, na kilku piętrach. Zakłady pracujące dla dużych producentów są nowoczesne, przestronne. Dla porównania: kilka lat temu odwiedziłem fabrykę odzieżową w chińskim Shenzhen. Kiedy wszedłem do kącika socjalnego, gdzie była kuchnia i toalety, aż cofnęło mnie z obrzydzenia. Tutaj jest czysto. Wiszą - to pewnie wymóg amerykańskich zleceniodawców - plakaty ostrzegające przed niebezpieczeństwami. Sam tylko H&M zostawia w Bangladeszu ponad miliard dolarów rocznie. To są ogromne biznesy, gdzie wszystko musi być przewidywalne i zapewniać jakość produkcji na niezmiennym poziomie. Zatem te nowoczesne zakłady nie różnią się od europejskich szwalni. A jeśli już, to często na plus.

Oczywiście są tam też fabryki mniejsze i gorzej wyposażone. Raczej nie ma w nich porządnej przemysłowej wentylacji, maszyny mają po kilkanaście, a czasem i po kilkadziesiąt lat. Jednak to nie budynki są problemem. Od strony technicznej i logistycznej ten system jest dobrze zorganizowany. Tyle że, niestety, w taki sposób, że ludzie są w nim najmniej ważni. Kiedy wybucha pożar, w pierwszej kolejności ratuje się towar. Gdy pół roku przed katastrofą Rana Plaza zapłonęła fabryka Tazreen Fashion, personel pozamykano na piętrach, prawdopodobnie po to, żeby szybciej ewakuować zawartość magazynu z gotowymi towarami, który był na parterze. W ogniu zginęło wtedy ponad sto osób.

Protest w pierwszą rocznicę katastrofy Rana Plaza (fot. Solidarity Center / Sifat Sharmin Amita / flickr. com / CC BY-ND 2.0)Protest w pierwszą rocznicę katastrofy Rana Plaza (fot. Solidarity Center / Sifat Sharmin Amita / flickr. com / CC BY-ND 2.0)

Ile osób zazwyczaj pracuje w fabryce?

- Uśredniając, choć to niebezpieczne, bo one mają różną skalę - około tysiąca. Siedzą zwykle po 200-300 osób na piętrze. Jest ciasno. Obowiązki pracowników są jasno określone. Szwaczki często nie mogą ze sobą rozmawiać, mają też tzw. targety, na przykład 960 rękawów do doszycia każdego dnia. Reszta jest, niestety, często widzimisię właściciela. Mogą wywalić cię z pracy za to, że przyśniesz na chwilę przy maszynie, ale też za to, że położyłaś obok niej owoc. W większości fabryk nie ma regulaminu. Są zbiorowe ubezpieczenia kosztów leczenia personelu, ale właściciele fabryk robią wszystko, by z nich nie korzystać, bo składka rośnie. Gdy jedna z moich rozmówczyń złamała nogę, pracodawca dał jej nawet jakieś pieniądze na leczenie, ale natychmiast na jej miejsce kogoś zatrudnił. Ktoś, komu coś się stało, nie ma raczej szans na powrót do pracy.

Po tragedii w Rana Plaza pod naciskiem europejskich organizacji broniących praw człowieka zakazano nadgodzin. Jednocześnie niemal wszędzie zwiększono targety i jeśli szwaczka nie wyrobi się do siedemnastej, musi zostać po godzinach. Tyle że za darmo.

Kiedy pracownik szwalni ulegnie wypadkowi, musi szukać nowej pracy. Rahina, jedna z bohaterek książki, złamała nogę podczas nakazanego przez pracodawcę bicia rekordu Guinnessa. Szanse na powrót do fabryki ma bliskie zeru (fot. Marek Rabij)Kiedy pracownik szwalni ulegnie wypadkowi, musi szukać nowej pracy. Rahina, jedna z bohaterek książki, złamała nogę podczas nakazanego przez pracodawcę bicia rekordu Guinnessa. Szanse na powrót do fabryki ma bliskie zeru. (fot. Marek Rabij)

Dokąd wracają po pracy?

- Warto wcześniej powiedzieć, którędy. Stolica Bangladeszu, Dhaka, to miasto, w którym na powierzchni mniej więcej Krakowa mieszka 16 milionów ludzi. Nie ma zieleni. Są wieżowce i rozpadające się domy oplecione kablami. Jak w większości miast azjatyckich - nie ma historycznego centrum. Za atrakcje turystyczne muszą wystarczać nowoczesny budynek parlamentu, siedziba pani premier i ogród herbaciany. Dzielnica uniwersytecka ma aspiracje do bycia przystanią intelektualną miasta, są też dwie dzielnice biznesowe, gdzie siedziby mają zagraniczne firmy i kilka porządnych hoteli.

Tłum jest za to wszędzie. Nie idziesz ulicą, a się przez nią przedzierasz. Przejście przez jezdnię to już hazard. Nie ma sygnalizacji świetlnej, a nawet jeśli gdzieś działa, nikt nie zwraca na nią uwagi. Samochody nie nadjeżdżają falami, jak u nas - masz wrażenie, jakbyś przechodziła przez rzekę, którą stale płyną drewniane bale. Nikt oczywiście się nie zatrzymuje, musisz lawirować między nimi. Choć trzeba przyznać, gdy widzą, że idzie westman - baran bez tutejszych drogowych nawyków, to trochę się hamują. Wszyscy na siebie krzyczą, trąbią. Byłem w kilku azjatyckich miastach molochach, ale takiego hałasu nie słyszałem nigdzie. Idziesz więc, powiedzmy, tą dobrą dzielnicą, mijasz ambasady, siedzibę Samsunga i hotel Westin, wychodzisz zza zakrętu i nagle lądujesz w slumsie. W Dhace tzw. dobre dzielnice płynnie przechodzą w slumsy. Tam właśnie mieszkają szwaczki.

Dobre dzielnice płynnie przechodzą w slumsy. Na zdjęciu: Korail Bosti, tzw. Wyspa. Tu mieszkają szwaczki (fot. Marek Rabij)Dobre dzielnice płynnie przechodzą w slumsy. Na zdjęciu: Korail Bosti, tzw. Wyspa. Tu mieszkają szwaczki (fot. Marek Rabij)

Opisujesz w książce tak zwaną Wyspę.

- To Korail Bosti, półwysep w centrum Dhaki, zwany przez mieszkańców Wyspą, bo dookoła są same luksusowe dzielnice. Teren częściowo był stałym lądem, ale częściowo powstał ze śmieci zgromadzonych w jeziorze, nad którym Wyspa jest położona. Stoją na niej tysiące domków skleconych z bambusa i blachy falistej. Nie ma kanalizacji, nie ma elektryczności, a ziemia ugina się, gdy po niej stąpasz. Nie ma gazu - są palniki przypominające grille; jeden przypada na cztery domy. Takich osiedli są w Dhace tysiące. Z reguły powstają na terenie należącym do właścicieli fabryk, którzy pobierają czynsz - średnio około dwóch tysięcy taka miesięcznie.

Jak to się stało, że tam trafiłeś?

- Krótko po katastrofie w Rana Plaza w redakcji „Newsweeka”, gdzie pracuję, narodził się pomysł, by pojechać na miejsce i sprawdzić, czy powstawały tam ubrania dla polskich firm. Polecieliśmy z fotografem Filipem Ćwikiem. Mieliśmy kilka dni. Za mało, by wnikliwie zgłębić tajniki bangladeskiego przemysłu odzieżowego, ale wystarczająco, by poczuć, że to temat-rzeka, a raczej dżungla. Wszystko, co wtedy zdążyłem zobaczyć w Dhace, wykraczało jednak poza granice tego, co z naszej europejskiej perspektywy można by nazwać cywilizacyjną normą. Kiedy więc pojawiła się propozycja, żebym wrócił do Bangladeszu i zebrał materiał na książkę, nie wahałem się ani przez chwilę.

Katastrofa w Rana Plaza (fot. rijans / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0)Katastrofa w Rana Plaza (fot. rijans / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.0)

Miałeś jakieś założenia?

- Na miejscu szybko zrozumiałem, że nie będzie to opowieść tylko o przemyśle odzieżowym, jego działania nie da się przedstawić bez opisania Bangladeszu jako kraju. Samego kraju też nie można zrozumieć bez wiedzy o tym, jak działa biznes odzieżowy.

Założyłem, że interesują mnie przede wszystkim zwykli ludzie. Właściciele fabryk mieli rok, żeby po Rana Plaza zająć jakieś stanowisko; nikt tego nie zrobił. Uznałem więc, że oddam głos tym, których na co dzień nikt o nic tam nie pyta - najbiedniejszym. Nie miałem zapału misjonarskiego, ale przyznam - sądziłem, że w kraju skolonizowanym przez zachodni przemysł odzieżowy spotkam, jeśli nie bunt, to solidarność społeczną ludzi z nizin. Okazało się, że nic takiego tam nie ma.

Jedna z twoich bohaterek mówi o kurczakach, które pamięta z dzieciństwa. Że tratowały się w drodze po pożywienie. Przyrównuje to do zachowań ludzi.

- Z jednej strony w Bangladeszu jest silna kultura jałmużny, bo jałmużna to jedno z najważniejszych przykazań islamu. Dlatego każdy, wychodząc ze sklepu, daje kilka taka głodnemu dziecku, a weselnicy dzielą się jedzeniem z sąsiadami. Ale właściciele fabryk też traktują pensje wypłacane pracownikom jak jałmużnę. Więcej, dzięki temu nie mają poczucia, że ktokolwiek jest pokrzywdzony. Pytania o los szwaczek budziły zdziwienie: „Ale o co chodzi? Są biedni ludzie, płacimy im, ile chcemy, ale nie zmuszamy ich przecież do pracy, nie zamykamy siłą w fabrykach, mogą wrócić na ulicę i umrzeć z głodu”. Ten brak empatii rozciągnąć można, niestety, na niemal wszystkie grupy społeczne i zawodowe. Zmianowi gardzą niższym personelem, kierowcy brzydzą się rikszarzami. Każdy korzysta z pięciu minut, podczas których może wspiąć się odrobinę wyżej.

Wielkie fabryki podzlecają produkcję małym zakładom, te z kolei - warsztatom krawieckim (fot. Marek Rabij)Wielkie fabryki podzlecają produkcję małym zakładom, te z kolei - warsztatom krawieckim (fot. Marek Rabij)

I nikt się nie buntuje?

- Bangladesz naprawdę jest uszyty na miarę zachodnich firm odzieżowych. To nie przypadek, że tak wiele z nich ulokowało produkcję właśnie tam. To kraj postkolonialny i miejscowi, nawet jeśli nie kochają Zachodu, mają zakodowane irracjonalne poczucie niższości wobec ludzi z Europy czy USA. Islam, który dominuje w Bangladeszu, również nie jest religią uczącą indywidualizmu. A nad tym wszystkim unosi się jeszcze duch konfucjański, który przeorał azjatyckie mózgi. W Azji, nawet w krajach tak dalekich cywilizacyjnie od Chin jak Bangladesz, panuje przekonanie, że jednostka może funkcjonować wyłącznie jako element większej układanki - społeczeństwa, państwa, wspólnoty religijnej, rodu. Azja wciąż rzadko rozumuje w kategoriach, które my w Europie mamy wpajane od dziecka, że mamy prawo być wolni, mówić „nie”, szukać własnej ścieżki.

Na Wyspie jest ubóstwo. Prawdziwa bieda mieszka w Dhace przy torach kolejowych (fot. Marek Rabij)Na Wyspie jest ubóstwo. Prawdziwa bieda mieszka w Dhace przy torach kolejowych (fot. Marek Rabij)

Twoi bohaterowie chętnie z tobą rozmawiali?

- Nie od razu. W pierwszym kontakcie spotykałem się z kompletnym niezrozumieniem, czego szuka tu zadowolony z siebie byk z Europy, dlaczego łażę po slumsach i pytam, za ile żyją. Dlaczego w ogóle chcę wiedzieć, czy jest im ciężko. Musiałem jakoś pozyskać ich zaufanie. Któregoś razu wymyśliłem sobie, że spędzę dzień z rodzinami szwaczek. Ci gościnni ludzie od razu postawili przede mną swoje jedzenie, zimny ryż i jakieś warzywa zmieszane z zielskiem z pobliskiego jeziorka.

Czułem się głupio, tak ich objadając, zaproponowałem więc, że chętnie zapłacę za składniki, z których kobiety przygotują posiłek dla nas wszystkich. Zgodzili się z oporami, dla nich było to pogwałceniem zasad gościnności, ale ja z kolei tłumaczyłem, trochę koloryzując, że w moim kraju w gości zawsze przychodzi się z prezentami dla gospodarzy. Dałem im dwa tysiące taka, nasze 100 złotych, dla nich - dużą sumę. Dziewczyny dokądś pobiegły. Wróciły z owocami, potrawką mięsno-ryżową z miejscowego odpowiednika McDonald'sa i z napojami gazowanymi, widocznie tak sobie wyobrażały wystawny posiłek. Usiedliśmy na podłodze, całe jedzenie - było tego naprawdę dużo - ustawiono wokół mnie, a tłumacz objaśnił, że jako gość mam rozpocząć ucztę. Zdążyłem wziąć kilka kęsów i po jedzeniu nie było śladu. Gospodarze łapczywie zmietli wszystko do ostatniego ziarenka. Wtedy dotarło do mnie, że oni po prostu na co dzień chodzą głodni. Jedzą głównie ryż, trochę warzyw i owoców, czasem kawałek marnego kurczaka albo ryby, od wielkiego święta - wołowinę.

Dopiero w Polsce dokopałem się do danych statystycznych WHO, z których wynika, że dieta przeciętnego mieszkańca slumsów w Bangladeszu zaspokaja tylko 74 procent dziennego zapotrzebowania na kalorie. A jak wiadomo, między zapotrzebowaniem na kalorie a poczuciem sytości jest spora różnica.

Dieta przeciętnego mieszkańca slumsów w Bangladeszu zaspokaja tylko 74 procent dziennego zapotrzebowania na kalorie (fot. Marek Rabij)Dieta przeciętnego mieszkańca slumsów w Bangladeszu zaspokaja tylko 74 procent dziennego zapotrzebowania na kalorie (fot. Marek Rabij)

Międzynarodowy zgiełk po katastrofie Rana Plaza zmienił ich życie?

- Jeśli, to na gorsze. O nadgodzinach już mówiłem. Poza tym wprowadzono płacę minimalną - 5,3 tysiąca taka. To znaczy ogłoszono to w gazetach. Pytałem ludzi, ile zarabiają. Cztery czterysta, trzy i pół, rzadko więcej niż siedem tysięcy. Im wszystkim po ogłoszeniu pensji minimalnej wzrosły jednak koszty utrzymania. Od razu podwyższono czynsze i podrożało jedzenie.

Państwo tego nie kontroluje?

- Państwo ma inne sprawy na głowie. Radykalnych islamistów, dla których ludzie żyjący w biedzie to kuszący cel polityczny. Indie, które chciałyby Bangladesz uczynić wasalem. Myślę, że gdyby zapytać panią premier, co sądzi o warunkach pracy szwaczek, Sheikh Hasina Wajed odpowiedziałaby słowami właściciela jednej z fabryk, którego cytuję w książce: „workers no problem”.

W fabrykach ubrań pracują także 12-letnie dzieci. Bliscy zaginionych w katastrofie Rana Plaza przychodzą na miejsce wypadku w nadziei na jakiekolwiek informacje (fot. Marek Rabij)W fabrykach ubrań pracują także 12-letnie dzieci. Bliscy zaginionych w katastrofie Rana Plaza przychodzą na miejsce wypadku w nadziei na jakiekolwiek informacje(fot. Marek Rabij)

Bangladesz w twojej książce jawi się jako kraj, w którym wolny rynek puszczono samopas.

- To prawda. Jeremi Mordasewicz mógłby tam pojechać na emeryturę, albo przynajmniej spędzać wakacje. Niewidzialna ręka rządzi tam wszystkim.

A gdybyśmy nagle powiedzieli „nie”? Armia amerykańska przestałaby tam szyć mundury, a my - bojkotując sieciówki - zmusilibyśmy je do przeniesienia produkcji do Europy?

- US Army może i na taki gest stać, ale zatrudnione na śmieciówkach dziewczyny z Polski? Wiecznych stażystów z Włoch? Odpowiedzi na twoje pytanie udzielił szef H&M Karl-Johan Persson w rozmowie z premier Bangladeszu. Powiedział, że jeśli obostrzenia będą kosztować go zbyt wiele, przeniesie produkcję do Etiopii. Ale prezes Persson wie, jak działa globalizacja.

Nawet jeśli pewnego dnia zachodnie marki odzieżowe faktycznie przeniosą produkcję na Stary Kontynent, chińscy producenci odzieży nie pójdą przecież w ich ślady i dalej będą zalewać Europę znacznie tańszymi, ale niekoniecznie gorszymi jakościowo ubraniami made in China. Zapewne zaczną również korzystać z usług porzuconych przez Europę zakładów w Bangladeszu. I coś mi mówi, że na tej zmianie szwaczki nie zyskają wyższych pensji.

Życie przy torach. W domkach skleconych z „cegieł” z ugniecionych śmieci, bez żadnej wody (na Wyspie dyżuruje cysterna). Co drugi mieszkaniec jest analfabetą, co piąty - uzależniony od narkotyków (fot. Marek Rabij)Życie przy torach. W domkach skleconych z „cegieł” z ugniecionych śmieci, bez żadnej wody (na Wyspie dyżuruje cysterna). Co drugi mieszkaniec jest analfabetą, co piąty - uzależniony od narkotyków (fot. Marek Rabij)

Nie ma nadziei?

- Jest raczej jej blady cień. Żyjemy w świecie, w którym wartością nadrzędną jest efektywność mierzona na różne sposoby, przede wszystkim zyskiem. Kilka milionów ludzi zajmuje się więc produkowaniem odzieży dla całej reszty, a łańcuch dostaw rozciągnięty między kontynentami sprawia, że produkujący i kupujący nie mają ze sobą styczności, co rodzi różne wynaturzenia i cały ten biznes głęboko dehumanizuje. Gdybyś ubierała się u krawca po drugiej stronie ulicy i zobaczyła, że bije swojego pracownika, zaniża pensje lub zawyża ceny, mogłabyś powiedzieć: Żegnam, u pana więcej nic nie kupię.

Możliwe jednak, że katastrofa w Rana Plaza stanie się tą kroplą, która przeleje czarę. Świat poczuł, że fast fashion brzydko pachnie. U jednych budzi to głęboki sprzeciw moralny, innym po prostu psuje radochę z konsumpcji, ale jedni i drudzy należą do tej samej grupy konsumentów - niezadowolonych ze status quo. Firmy wiedzą zaś, że klientów nie warto wkurzać. Być może więc koncerny odzieżowe będą musiały przemodelować łańcuch dostaw. Mam nadzieję. Choć prawdę mówiąc, na razie nie widzę, żeby ktoś był tym na poważnie zainteresowany.

Książka "Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo" jest dostępna w Publio.pl>>

Marek Rabij wśród mieszkańców slumsów w dzielnicy Mirpur, Dhaka, kwiecień 2014. Wszystkie kobiety na zdjęciu pracują lub pracowały kiedyś dla przemysłu odzieżowego (fot. archiwum prywatne). Obok okładka książki (fot. materiały prasowe)Marek Rabij wśród mieszkańców slumsów w dzielnicy Mirpur, Dhaka, kwiecień 2014. Wszystkie kobiety na zdjęciu pracują lub pracowały kiedyś dla przemysłu odzieżowego (fot. archiwum prywatne). Obok okładka książki (fot. materiały prasowe)

 

Marek Rabij. Dziennikarz ekonomiczny „Newsweeka Polska”. Od wielu lat zafascynowany Azją, przemianami zachodzącymi na tym kontynencie oraz ich wpływem na globalną gospodarkę i codzienność zachodnich społeczeństw.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w „Elle” i „Viva! Moda”, współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” (wyd. Czarne), pracuje nad książką o luksusie w PRL.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (82)
Zaloguj się
  • big.ot

    Oceniono 121 razy 97

    Nieźle, możesz albo zdychać z głodu albo niewolniczo harować za grosze w nieludzkich warunkach- prawdziwa wolność, bez ingerencji ohydnego wścibskiego państwa. Korwiniści mlaskają z zadowolenia. Nie podoba się? Weź kredyt, zmień pracę, naucz się programować w Javie, albo zostań lekarzem...

  • white_lake

    Oceniono 87 razy 57

    czy tamten kraj nie robi nic w celu ograniczenia przyrostu naturalnego? przecież to pierwszy warunek, żeby sytuacja tych ludzi mogła się poprawić

  • bene_gesserit

    Oceniono 81 razy 51

    Bojkotowanie sieciówek ubraniowych nic nie da. Trzeba by bojkotować również firmy kosmetyczne, producentów żywności, chemii, broni, farmaceutyków, banki. Całe nasze życie jest zbudowane na wyzysku. Musielibyśmy zniknąć, żeby to się zmieniło.

  • wlomat1

    Oceniono 32 razy 28

    Początkująca szwaczka w Bangladeszu ma ok. 300 zł na miesiąc. Dłużej pracująca pewnie z 500 - 600 zł. Ja - Polak pracując w magazynie H&M miałem ok. 7 zł na godzinę. (Umowa-zlecenie bez płatnych zwolnień lekarskich i urlopów)
    Różnicy specjalnie nie widzę. A tam w Bangladeszu przynajmniej nie słyszą ciągłego pi......lenia jakimi to są wielkimi Europejczykami >!>!>!>!>

  • mg_40

    Oceniono 29 razy 25

    Ja staram się kupować koszulki, spodnie itp. szyte w Polsce. Kosztują więcej ale wolę dać zarobić polskim, zazwyczaj małym firmom produkującym w kraju.

  • jan.go

    Oceniono 31 razy 23

    Bangladesz To my , Europa w XIX w

  • wranek

    Oceniono 26 razy 18

    Bez pracyw szwalni, kobiety i ich dzieci umra z głodu.
    Zastanówcie sie więc, czy nie kupować odziezy z Bangladeszu.
    Rządu w Dhace nie obchodza szwaczki. Oni musza mię na bombę wodorową.

  • dupajasi0

    Oceniono 23 razy 17

    Jeremi Mordasewicz mógłby tam pojechać na emeryturę, albo przynajmniej spędzać wakacje. Niewidzialna ręka rządzi tam wszystkim. Nie tylko on. JKM też pewnie uznałby Bangladesz oazą szczęśliwości i wolnego rynku. Wolny rynek i kapitalizm to fajna sprawa ale jak widać na tym przykładzie ludzie do tego nie dorośli. :-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX