Alan Rickman

Alan Rickman (fot. REUTERS / Lucas Jackson)

wywiad gazeta.pl

Alan Rickman: To nie ja zdecyduję o tym, jak zostanę zapamiętany [NIEPUBLIKOWANY WYWIAD]

Alan Rickman, jeden z najbardziej charakterystycznych brytyjskich aktorów, zmarł 14 stycznia w wieku 69 lat. Miłośnicy kina artystycznego zapamiętają go z ról w "Michaelu Collinsie" czy "Kamerdynerze". W popkulturze zapisał się jako profesor Snape w sadze o Harrym Potterze, a także rolą w "Szklanej pułapce". Prócz aktorstwa Rickman zajmował się też reżyserią. Spotkaliśmy się z nim w 2014 roku przy okazji premiery jego drugiego, i zarazem ostatniego obrazu.

Rozmawiamy w związku z premierą pańskiego filmu „Odrobina chaosu”. Jak to się stało, że po kilkunastu latach znów zapragnął pan usiąść na reżyserskim krześle?

- „Zimowego gościa”, mój reżyserski debiut, i jak dotąd jedyny film, zamknąłem w 1997 roku. Od tamtego czasu byłem zajęty pracą na planach filmowych w charakterze aktora. W moje ręce nie wpadały też scenariusze na tyle ciekawe, by chcieć zająć się ich reżyserią. Dopiero tekst Alison Deegan mnie poruszył.

Co było w nim takiego fascynującego?

- Unikalne spojrzenie na historię. Akcja toczy się w XVII wieku, kiedy nikt nawet nie marzył o zmierzchu patriarchatu. Był on czymś tak normalnym, jak powietrze, którym się oddycha. Tymczasem w tekście Deegan patrzymy na dworską świtę właśnie przez pryzmat płciowości, ale w nieszablonowy sposób. Nie ma w nim konfliktu uciskanych kobiet i władczych mężczyzn. Jest wnikliwe spojrzenie na to, jaka jest rola tych pierwszych w kształtowaniu swojego otoczenia. Mimo że oficjalnie to nie one stoją u władzy, mają rzeczywisty wpływ na mężczyzn, bardzo często podejmują za nich decyzje, albo swoimi sposobami wpływają na nich tak, jak chcą. Granica między kobiecością i męskością jest tu często przekraczana.

Alan Rickman na premierze swojego filmu Alan Rickman na premierze swojego filmu "Odrobina chaosu" w Nowym Jorku. Czerwiec 2015 (fot. Evan Agostini / Invision / AP)

Polskiej prawicy takie spojrzenie na historię mogłoby się nie spodobać. U nas utożsamianie płci biologicznej z płcią kulturową wciąż ma się bardzo dobrze.

- Sam mam na ten temat inne zdanie, co starałem się pokazać w moim filmie. Możemy udawać, że kobieta i mężczyzna to byty tak rozdzielne, jak ogień i woda, ale to nieprawda. W rzeczywistości jesteśmy mieszanką. Kobiety mają w sobie tyle samo cech męskich, co mężczyźni. I na odwrót. Aktorzy mogą to poświadczyć najlepiej, wszak to im przychodzi nierzadko zmierzyć się z graniem osoby o innej płci.

Nie przypominam sobie takiej roli w pańskiej karierze.

- Tymczasem można powiedzieć, że ona od tego się zaczęła. W szkole aktorskiej grałem Woluminę, matkę tytułowego bohatera w Szekspirowskim „Koriolanie”. Wtedy wydawało mi się, że kobiety obdarzone męskimi cechami są typowe dla sztuk barda. Dopiero z czasem przekonałem się, że jest inaczej, że Szekspir dotknął czegoś odwiecznego, od czego kultura patriarchatu próbuje nas oderwać. Zależało mi, żeby w „Odrobinie chaosu” aktorzy grali w taki sposób, żeby nie dało się ich bezpiecznie sklasyfikować jako kobietę lub mężczyznę. Kate Winslet i Matthias Schoenaerts świetnie temu podołali.

Sam kojarzony jest pan raczej z „męskim” kinem. Wszyscy kinomani znają pana kultową rolę w „Szklanej pułapce” Johna McTiernana.

- A wie pan, że dostałem tę rolę dzięki udziałowi w „Niebezpiecznych związkach” na Broadwayu, w których mężczyźni byli równi kobietom, przynajmniej w kwestii perfidności i intryganctwa?

Ma pan na myśli to, że ten spektakl skutecznie pana rozsławił?

- Nie! Podczas jednego z występów odbywał się casting do roli właśnie w „Szklanej pułapce”. Niby nic w tym dziwnego, w tamtych czasach to była normalna praktyka. Rzecz w tym, że ja nie miałem o tym pojęcia! Grałem jak zwykle, nie czułem się oceniany, więc nie byłem zestresowany. Po występie okazało się, że ktoś chce ze mną porozmawiać. No i wtedy zaproponowano mi rolę obok Bruce'a Willisa.

W W "Szklanej pułapce” jako Hans Gruber (fot. Snape's True Love / Flickr.com / bit.ly/1SRZL60 / CC BY 2.0)

Nie żałował pan tego, że do Hollywood wszedł pan dopiero po czterdziestce?

- Żebym ja się wtedy czuł na te czterdzieści parę lat! Z tego, co pamiętam, byłem wtedy jeszcze chłopcem, a nie mężczyzną. Wstęp do Hollywood nie przyszedł za późno. Wciąż czułem radość podobną do tej, jaką czuje dzieciak wpuszczony na plac zabaw. Z tym że ja zabawek dostałem nieporównywalnie więcej i lepszej jakości. Broń, którą trzymałem w ręku, naprawdę strzelała. To było coś spektakularnego w moim życiu. Chłopiec we mnie był usatysfakcjonowany i zaspokojony.

O pańskiej filmografii nie można rozmawiać z pominięciem profesora Snape'a w serii „Harry Potter”. Długo nie chciał pan o niej mówić.

- Bo dziennikarze nie chcą rozmawiać o budowaniu postaci i roli świata przedstawionego, tylko każą mi oceniać postępowanie mojej postaci i wydawać na jej temat sądy. A kim ja jestem, żeby oceniać innych? Kiedy wcielam się w jakąś postać, robię to tak, żeby jej motywacja była dla mnie zrozumiała. Muszę umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ktoś robi to, co robi, żeby go nie oceniać ani nie potępiać. To podstawa sztuki aktorskiej. Jeśli takiej odpowiedzi nie znajduję w scenariuszu albo w rozmowach z reżyserem, to może znaczyć, że scenariusz wymaga dopracowania.

Zatem proszę opowiedzieć o budowaniu tej postaci i roli świata przedstawionego. Co w nich takiego niezwykłego, że filmy o Harrym Potterze zdobyły niesamowitą popularność?

- Snape'a budowałem tak, żeby nie można było łatwo stwierdzić, po której stronie mocy on jest. Chociaż akcja rozgrywa się w świecie fantastycznym, nie mogło w nim zabraknąć elementów realistycznych, przede wszystkim w psychologii postaci. To, że grupą docelową filmu są młodzi widzowie nie oznacza, że można pewne rzeczy robić po łebkach. Dzieciaki są szczególnie wrażliwe na fałsz, przed nimi najłatwiej jest się potknąć. Snape musiał balansować między dobrem i złem, by jego ostatni ruch okazał się zaskoczeniem. Myślę, że to mi się udało. A dlaczego seria zdobyła taką popularność? Bo sprawdza się w podstawowej funkcji kina: daje radość i wiarę. Wiara to zresztą słowo klucz. Świat przedstawiony musi być tak wykreowany, żeby widz uwierzył w jego istnienie. W uniwersum Harry'ego Pottera uwierzyły miliony.

Rola Severusa Snape'a przyniosła Rickmanowi ogromną popularność (fot. Snape's True Love / Flickr.com / CC BY 2.0)Rola Severusa Snape'a przyniosła Rickmanowi ogromną popularność (fot. Snape's True Love / Flickr.com / CC BY 2.0)

Harry'emu Potterowi poświęcił pan kilka lat życia. Jak pan wspomniał, mógł pan w tym czasie kręcić kolejny film. Nie żałuje pan zaangażowania w tę franczyzę?

- Miewałem chwile zwątpienia, ale nigdy na tyle silne, by powiedzieć, że żałuję tego zaangażowania. Żyjemy w wieku obsesji na punkcie upływającego czasu. Ciągle musimy mieć przeświadczenie, że jeszcze coś nas czeka, że najlepsze dopiero przed nami. Boimy się spojrzeć w tył, uśmiechnąć i powiedzieć: Hej, zrobiłem w życiu coś naprawdę fajnego, mam się czym pochwalić, coś po mnie zostanie. Dziennikarze często pytają mnie, czy nie złoszczę się, że w wywiadach wciąż powracają pytania o Harry'ego Pottera i „Szklaną pułapkę”. Ale przecież te role to także część mojego portfolio, ba! - mnie samego. Zostawiłem w nich kawałek siebie, swojego myślenia o aktorstwie i o świecie.

To nie ja zdecyduję o tym, jak zostanę zapamiętany. Fani kina artystycznego być może zapamiętają mnie z teatru i wyreżyserowanych przeze mnie filmów. Pozostali dzięki rolom w kinie komercyjnym. Myślę, że nie byłoby tak, gdyby były to złe role, albo role, których powinienem się wstydzić.

Z „Odrobiny chaosu” w głowie została mi właśnie refleksja nad pamięcią, którą pokazał pan w filmie na przykładzie ogrodów. Dla bohaterów nie jest ważne, który ogród był ładniejszy z estetycznego punktu widzenia - angielski czy francuski. Liczy się nacjonalistyczne potraktowanie tematu: angielski jest lepszy, bo pochodzi od Anglików, francuski jest zły z nazwy, choć młode pokolenie nawet nie wie, jak on wyglądał.

- W epoce, którą sportretowałem w filmie, nie było możliwości łatwej weryfikacji tego, co ktoś mówi. Ludzkim życiem rządziły słowa. W tamtych czasach wyrażenie „słowo honoru” miało ogromne znaczenie. Wtedy rzeczywiście wszystko trzeba było brać na wiarę. Obowiązywała narracja większości. A skoro większość powiedziała, że ogrody angielskie są właściwsze, to znaczy, że miała rację. Bohaterowie, którzy odkrywają, że kwestie estetyczne stoją ponad narodowymi podziałami, muszą te wnioski zostawić dla siebie. Większość nie życzy sobie bowiem, aby spostrzegawcze jednostki mąciły im w planach. Dziś takie praktyki nie powinny mieć miejsca, bo to, jak wygląda ogród angielski czy francuski, można porównać choćby w Internecie. Ale żeby to zrobić, trzeba chcieć, a nie brać na wiarę to, że ogród angielski jest lepszy. Trzeba weryfikować. Jak pan widzi, świat rzeczywisty od świata fantastycznego niewiele się różni. Bo jeśli pójdziemy tym tropem, odkryjemy, że o to samo chodzi w „Odrobinie chaosu” i Harrym Potterze.

Alan Rickman pozuje do zdjęcia na prośbę fana (fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia Commons / CC-BY 3.0)Alan Rickman pozuje do zdjęcia na prośbę fana (fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia Commons / CC-BY 3.0)

Pan jest indywidualistą? Można tak wnosić po przebiegu pańskiej kariery.

- Ależ ja nigdy nie planowałem zrobić kariery! Jeśli w ogóle można powiedzieć, że ona w moim życiu się pojawiła, to jakoś mimochodem. Przecież, jak już panu mówiłem, ja nawet nie wiedziałem, że biorę udział w castingu do Hollywood. Nie czuję się dziś jego częścią. Zdecydowanie bliżej mi do tych ludzi, którzy nie goszczą na okładkach żurnali i nie widać ich na co dzień w telewizji. Nie oznacza to, że do tych drugich żywię negatywne uczucia, przeciwnie - uważam, że oni są na tyle zaradni, że sami sobie w życiu poradzą. Tymczasem moim zadaniem jest pochylać się nad tymi, którzy potrzebują dostrzeżenia, wsparcia i pomocy. Tak jest w przypadku bohaterów „Odrobiny chaosu”. Tam są to kobiety, których rola w historii potrzebuje dostrzeżenia.

Zagrał pan w swoim filmie Ludwika XIV. Trudno było samego siebie reżyserować?

- Powiem panu coś: ja w tym filmie wcale występować nie chciałem! Taka była decyzja producentów: albo ja w tym filmie zagram - z niewiadomych przyczyn oni wciąż wierzą, że moja obecność na ekranie może kogoś zachęcić do pójścia do kina - albo nie dostanę na projekt pieniędzy. Umówmy się - to było stosunkowo małe ustępstwo. Gdyby nie to ultimatum, na pewno nie znalazłbym się pośród obsady. Nie lubię wykonywać dwóch ról jednocześnie. A już na pewno nie jako Ludwik XIV. Taka rola nie wymaga od aktora niczego poza włożeniem kostiumu.

Trudno mi nie uśmiechać się, kiedy swoim charakterystycznym głosem, z absolutnie poważną miną, mówi pan tak zabawne zdania, jak to o producentach czy niewymagającej roli. Ma pan prawdziwy talent komediowy.

- To chyba jedyny obszar kina, w którym chciałbym siebie jeszcze sprawdzić. Uważam, że komedia to najtrudniejszy gatunek. Zwykło się na ten temat mówić inaczej, ale każdy, kto stał przed kamerą wie, że wywołać uśmiech na czyjejś twarzy to zadanie arcytrudne, a jednocześnie arcysatysfakcjonujące. Tej satysfakcji sobie jeszcze życzę.

Alan Rickman zmarł 14 stycznia (REUTERS / Neil Hall)Alan Rickman zmarł 14 stycznia (fot. REUTERS / Neil Hall)

Alan Rickman. Urodził się w 1946 r. w Londynie. Karierę rozpoczynał od teatru. Z Royal Shakespeare Company związał się pod koniec lat 70. Teatrolodzy jednym tchem wymieniają jego kreacje w „Captain Swing”, „Mephisto” czy „Niebezpiecznych związkach”. W 1988 r. wystąpił w roli Hansa Grubera w kasowym przeboju „Szklana pułapka”. Otrzymał za nią doskonałe recenzje i zwrócił na siebie uwagę producentów. W 1991 r. wystąpił jako szeryf w kosztownej ekranizacji przygód banity z Sherwood „Robin Hood: Książę złodziei”. W 1997 r. zadebiutował jako reżyser filmem „Zimowy gość”, który na prestiżowym festiwalu w Wenecji nagrodzono najważniejszą statuetką Złotego Lwa. W 2014 r. wyreżyserował swój drugi obraz „Cichy chaos” z Kate Winslet i Matthiasem Schoenaertsem.

Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (55)
Zaloguj się
  • zomzom

    Oceniono 203 razy 191

    Wywiad z 2014roku? Przez 2 lata bombardujecie nas pseudogwiazdami rozmawiającymi z pseudodziennikarkami mając w zanadrzu normalne wywiady z prawdziwymi artystami?
    Gdyby nie umarł w ogóle byście go nie publikowali, co nie? Bo po co, lepiej znaleźć jakąś blogerkę czy synka aktorów.

  • artau

    Oceniono 83 razy 81

    można być twórcą i nie zadzierać nosa na czerwonym dywanie? można. Zimowy gość to piękne kino.

  • wiceherszt

    Oceniono 69 razy 69

    Najlepszy szeryf z Notingham w całej historii filmów o Robin Hoodzie. Mimo że był postacią drugoplanową, to właśnie on "robił" cały ten film, który bez kreacji Rickmana byłby po prostu kolejną interpretacją legendy o sławnym banicie.

  • matylda1963

    Oceniono 55 razy 55

    szkoda że takie wywiady leżą w szufladach.Alan Rickman, mój ukochany aktor moał jedną niezaprzeczalnie unikalną cechę - potrafił czynić ludzi mądrzejszymi. Szkoda że go nie znałam.

  • drabe1

    Oceniono 30 razy 28

    Grał kiedyś Rasputina. Był bardziej autentyczny i przerażający niż sam Rasputin.

  • baba67

    Oceniono 22 razy 22

    Kurde, po tamtej stronie zrobiło się jeszcze ciekawiej...

  • z10pietra

    Oceniono 18 razy 18

    a jak zagrał archanioła w DOGMIE Kevina Smitha! Faceta, który zdejmuje portki, żeby pokazac, że anioły "są jak Ken". Taka mała rólka, a palce lizać...

  • fioletowy_pingwin

    Oceniono 13 razy 13

    Ludwik XIV. Nie IV...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX