Maxime Chanson (pierwszy od lewej) i Karol Misztal

Maxime Chanson (pierwszy od lewej) i Karol Misztal (fot. Andrzej Kwiatkowski)

trend

''Radość z godzenia skansenu ze Star Trekiem''. Yestersen - platforma sprzedaży wyjątkowych staroci

Mają po trzydzieści lat, nie stronią od nowych technologii, jednak najbardziej kochają przedmioty sprzed kilku dekad. Karol Misztal i Maxime Chanson udowadniają, że to, co dla jednych może być niemodne, dla drugich będzie jak najbardziej na czasie. W ramach internetowej platformy dzielą się swoją pasją i zamiłowaniem do staroci.

Zacznijmy od tego, co najpierw przykuło moją uwagę, czyli od nazwy waszego projektu. Dlaczego yestersen?

Karol Misztal: - Obiecaliśmy sobie na samym początku, że nie będziemy myśleli o nazwie, dopóki nie stworzymy spójnego biznesplanu. Pękliśmy po kilku godzinach.

Yestersen to nawiązanie do przeszłości, w formie radosnej nostalgii. To tak jakby osadzić koncept renesansowego gabinetu osobliwości w filmach Wesa Andersona. Nazwa brzmi nieco skandynawsko, ale nam to nie przeszkadza, bo lubimy tamtejsze wzornictwo.

Nazwa jest skandynawska, a pomysł francusko-polski. Jak doszło do takiego połączenia?

K.M.: - To w pewnym sensie opowieść wigilijna. (śmiech) Równo dwa lata temu, po powrocie z wieloletniego pobytu we Francji, zostałem zaproszony na imprezę świąteczną „u Francuzów”. Była muzyka z gramofonu i świetny wystrój. Gospodarzem był Maxime. Po roku znajomości, wielu rozmowach, przyszedł czas na biznes i tak oto powstał yestersen.

Czyli właściwie co?

Maxime Chanson: - Można porównać yestersen do internetowej galerii handlowej: pod jednym adresem www zrzeszamy najlepsze sklepy z ekskluzywnymi starociami i wybieramy z ich oferty tylko te przedmioty, które uznajemy za warte uwagi.

Gabinet vintage (fot. Karol Misztal)Gabinet vintage (fot. Karol Misztal)

Ponoć za tą historią kryje się też frustracja...

M.Ch.: - Punktem wyjścia dla tego przedsięwzięcia była moja ubiegłoroczna przygoda z zakupem mieszkania w Warszawie. Udało mi się znaleźć świetnie rozplanowaną przestrzeń w kamienicy, ale problemy pojawiły się wtedy, kiedy za pomocą zabytkowych mebli i dodatków chciałem podkreślić jej wyjątkowy klimat. Jeździłem wcześniej na giełdę na warszawskim Kole, ale zauważyłem, że ceny szybko tam rosną, a jakość nie zawsze idzie z tym w parze. Zacząłem więc szukać przedmiotów na Allegro, OLX i w tym podobnych miejscach... I tak oto mijały dni, a raczej tygodnie poszukiwań wśród tysięcy ofert. Udało mi się znaleźć może ze trzy perełki, ale nie chciałem już tracić na to więcej czasu. To wtedy pomyślałem o stworzeniu platformy, w ramach której ktoś dokonałby selekcji jakościowych przedmiotów, od lat 30. aż po 80. XX wieku, i oszczędził mi wielogodzinnych poszukiwań oraz stresu przy zakupie. Podsumowując: moja własna frustracja była kluczowa dla powstania tego konceptu.

Komu przede wszystkim powinna służyć platforma?

M.Ch.: - Cel był prosty: sprawić, aby starocie były dostępne, żeby można je było kupować na luzie. Zależy nam z Karolem, aby zaoferować dobre jakościowo rzeczy na każdą kieszeń: od talerzy z logo Orbisu z lat 80. aż po fantastycznie zachowaną duńską komodę z lat 50.

K.M.: - Mamy nadzieję zadowolić seryjnych łowców staroci, ale i dotrzeć do tych, którzy szukają pomysłu na wnętrze, a niekoniecznie wiedzą, jak świetne są stare przedmioty.

W waszym „sklepie” można znaleźć wzornictwo z lat 1930-1990. Jak udaje się wam zdobyć te najstarsze eksponaty?

K.M.: - To zasługa ponad 30 butików obecnych na naszej platformie. Wszystkie dostępne u nas przedmioty pochodzą wyłącznie od profesjonalnych sprzedawców, których udało się nam zrzeszyć: od klasycznych antykwariatów i galerii sztuki, przez pracownie architektoniczne zajmujące się równolegle renowacją mebli, aż po sklepy ze starą elektroniką czy też mniejsze sklepy z przedmiotami drobnymi, ale na wagę złota. Naszym zadaniem jest wybór tylko najlepszych obiektów i pokazanie, jak potrafią one nadawać wnętrzom nową duszę. Rozmawiamy już z zagranicznymi sklepami, żeby goście naszego gabinetu - bo tak lubimy mówić o naszych użytkownikach - mieli dostęp do światowego wzornictwa bez wychodzenia z domu.

Podobają wam się wyłącznie przedmioty z przeszłością?

K.M.: - Nie zamykam się w świecie „antyków”, przeszłość przenika się u mnie z tym, co tu i teraz. Na przykład fotografuję analogowo, ale lepszymi ujęciami dzielę się na Facebooku. Słucham muzyki inspirowanej latami 70. i 80., ale miksuję ją na nowoczesnym kontrolerze. Zacząłem jeździć skuterem, ale już na przyszły sezon szykuję jawę mustang mojego taty. To radość z godzenia skansenu ze Star Trekiem.

M.Ch.: - Ja też mieszam starocie i nowoczesność w codziennym życiu. Jeżdżę alfą romeo spider rocznik 1985, noszę zegarek LIP, taki sam jak ten, który miał nasz słynny generał Charles de Gaulle, a zimą chodzę w starej kurtce armii francuskiej. Jednocześnie korzystam z iPada i aplikacji oraz dzwonię do mojej mamy na Skypie.

Twórcy yestersen chcą zadowolić seryjnych łowców staroci, ale i dotrzeć do tych, którzy szukają pomysłu na wnętrze, a niekoniecznie wiedzą, jak świetne są stare przedmioty (fot. Andrzej Kwiatkowski)Twórcy yestersen chcą zadowolić seryjnych łowców staroci, ale i dotrzeć do tych, którzy szukają pomysłu na wnętrze, a niekoniecznie wiedzą, jak świetne są stare przedmioty (fot. Andrzej Kwiatkowski)

Czy wasze mieszkania toną w starociach?

M.Ch.: - Oczywiście! Mieszkam na Starówce, moje mieszkanie to kombinacja przedmiotów z XIX wieku, z lat 60. ubiegłego wieku oraz współczesnego wzornictwa. Moim zdaniem łączenie ze sobą wielu stylów to recepta na sukces. Przestrzegam przed wpadnięciem w pułapkę pełnego PRL-u! Sam łączę skandynawską komodę z lat 60. z przezroczystymi krzesłami Kartell i biurkiem new empire oraz wieloma innymi elementami.

K.M.: - Podobnie jak Maxime stawiam na eklektyzm. Mieszkanie powinno być jak dobry koktajl, czyli mieszać nieoczywiste składniki w nietypowy sposób. W mojej łazience stoi szafka na wysoki połysk z PRL-u, która służy mi za barek. Na niej lampka z lat 30. i niemiecki budzik z lat 80. Żeliwnemu łóżku po dziadkach towarzyszy krzesło Victoria Ghost z poprzedniej dekady.

Co jeszcze wyszukaliście na strychach swoich dziadków?

M.Ch.: - U mnie obyło się bez wchodzenia po schodach. Gdy skończyłem 25 lat, dziadek podarował mi swój zegarek Omega Seamaster 120 z 1971 roku.

K.M.: - Nie ma roku bez znaleziska. Piętnaście lat temu to było żeliwne łóżko, które odnawiałem z dziadkiem i tatą. Rok temu uśmiechnął się do mnie fotel 366 czekający na renowację. W te święta mama przyniosła srebrną niemiecką cukiernicę art déco z lat 20. Babcia cierpliwie dopisuje te pozycje do rachunku.

Zastanawia mnie, czy po tylu latach zbieractwa pamiętacie swoją pierwszą zdobycz, rzecz, od której wszystko się zaczęło?

K.M.: - Dopóki nie wyjechałem z Polski, wszystko brałem z domu. Pierwszym świadomym zakupem tego typu była farelka Thermor z paryskiego targu staroci. Była potrzebna do sesji zdjęciowej, którą urządzał w moim mieszkaniu mój przyjaciel fotograf. Była niemal tak fotogeniczna jak modelka [przedmiot widoczny na zdjęciu z modelką trzymającą telefon - przyp. red.]. W sytuacjach podbramkowych używam jej, żeby dogrzać mieszkanie, ale podejrzewam, że straż pożarna by tego nie pochwaliła.

Choć wzrok przykuwa piękna modelka, prawdziwą Choć wzrok przykuwa piękna modelka, prawdziwą "bohaterką" jest tu widoczna na drugim planie farelka - pierwsza zdobycz Karola Misztala (fot. Alexey Blagutin)

M.Ch.: - To był gramofon Beogram 1600 marki Bang & Olufsen. Bardzo przyzwoicie odtwarzał muzykę, przynajmniej taka była moja percepcja, bo miałem wtedy 20 lat.

A które zdobycze są dla was najważniejsze?

M.Ch.: - Uwielbiam skandynawskie wzornictwo lat 50. i styl space age lat 60., który charakteryzował się dominacją kolorów białego i srebrnego, wykorzystaniem futurystycznych i geometrycznych kształtów, błyszczących powierzchni i zaokrągleń. Małe rzeczy, które robią dla mnie ogromną różnicę? Niewielkie złocenia. Uchwyt od szafki, nóżka komody i tym podobne. Albo kolor pomarańczy, jak w mojej lampie z lat 70. z plastikowym abażurem. W przypadku małych przedmiotów lubię te, które kryją jakąś historię. Ostatnio na przykład kupiłem pojemnik na kawę, który należał do Hotelu Europejskiego w latach 60.

K.M.: - Mnie urzekają przetarcia przedmiotów, bo podpowiadają, jak z nich korzystać, trochę na wzór ścieżki wydeptanej na trawniku. Widzisz zupełnie niewytartą gałkę na 50-letnim radiu? To znak, że ta funkcja nie jest ci potrzebna! Ślady użytkowania dowodzą też, że ważniejsza od samych przedmiotów jest nasza radość z ich używania. To jak z butami: wysłużone, ale zadbane wyglądają lepiej i mniej sztucznie niż te prosto z pudełka. Moja słabość? Szkło: od aptecznych butelek, w których dojrzewają mikstury barmańskie, przez smukłe lub pękate karafki, aż po szejkery i najdziwniejsze kieliszki, w których lądują koktajle dla moich przyjaciół.

Jest tego mnóstwo. Która spośród znalezionych rzeczy może uchodzić za największą zdobycz?

M.Ch.: - Jestem szczęśliwym posiadaczem elektronicznego majstersztyku, który znalazłem po wielu dniach poszukiwań na aukcji internetowej. To gramofon Braun SK6, zaprojektowany przez słynnego projektanta Dietera Ramsa w latach 50. Używam go do słuchania winyli Jacques'a Brela, Charles'a Aznavoura czy Serge'a Gainsbourga... ponieważ mój gust muzyczny jest również nieco staroświecki. Zdjęcia na życzenie!

K.M.: - Czasami to historie przedmiotów nadają im nieziemską wartość. Negocjując cenę stołu na paryskim pchlim targu, mogłem sobie w ramach rekompensaty „wylosować” przedmiot zza burty ciężarówki wyładowanej klamotami. Trafiłem na prześliczną teczkę linii lotniczych Royal Air Maroc, prawdopodobnie z lat 70. Za darmo. Gdy poszedłem z nią na paryski Tydzień Mody, fotoreporterzy nie mogli przestać jej fotografować. Tej samej nocy skradziono mi ją w barze, zaś kilka godzin później znalazłem ją w bramie kilkanaście ulic dalej. To cudowna teczka.

Chyba nie przypadła komuś do gustu?

K.M.: - Albo kogoś męczyły wyrzuty sumienia. W środku miałem tylko rolkę filmu i odbitki zdjęć z rodzinnych wczasów.

Godzenie skansenu ze Star Trekiem sprawia Maximowi i Karolowi wiele radości (fot. Andrzej Kwiatkowski)Godzenie skansenu ze Star Trekiem sprawia Maximowi i Karolowi wiele radości (fot. Andrzej Kwiatkowski)

Wiem już, co lubi każdy z was. A co cenią wasi klienci? Co jest teraz najbardziej modne na rynku staroci?

K.M.: - Nasze pierwsze wyniki sprzedażowe i zapytania od współpracujących z nami architektów wnętrz sugerują, że fotel klubowy i lampa lub stara lampka to niezawodne połączenia, bo potrafią stworzyć w niemal każdym wnętrzu ciekawy zakątek. Kolejna świetna kombinacja to komody z lat 50. i 60. w zestawieniu ze stylowymi dodatkami, takimi jak budziki czy wazony: od tych smukłych po surowe w formie.

Klienci z jakich krajów najbardziej lubują się w starociach?

M.Ch.: - Z mojego doświadczenia są to głównie mieszkańcy Europy Zachodniej: Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy, Włosi. Motywacji jest wiele - od dobrego smaku po zrównoważony rozwój.

Nie wymieniłeś Polaków. Czy my też chętnie kupujemy okazy z minionych lat?

K.M.: - I tak, i nie. Patrząc po mieszkaniach znajomych zauważam, że czasy „nowizny” pomału się kończą: jeszcze niedawno wszystko musieliśmy mieć nowe, żeby pokazać, że żyje nam się coraz lepiej. Dziś zaczynamy już szukać jakiejś więzi z przeszłością za pośrednictwem przedmiotów z historią, jednak te są coraz trudniejsze do zdobycia. Wprawdzie chyba każdy gdzieś na strychu ma starocie z czasów PRL, więc alternatywą dla zakupu odrestaurowanych mebli jest często myśl: „pojadę do dziadków po fotel, znajdę tkaninę i niedrogiego tapicera, drewno zawoskuję i będzie jak nowe”. Myślę jednak, że w 95 procentach przypadków na pomyśle się kończy. Dlaczego? Okazuje się, że babcia lub ciotka wcale nie chce oddać tego fotela; dobra tkanina zamawiana „z ulicy”, a nie w belce, jest o wiele droższa i trzeba niejednokrotnie czekać na nią tygodniami. Często też szkielet mebla jest do naprawy, drewno posiada spore ubytki i trzeba doliczyć pracę stolarza, zaś dobry stolarz ma zlecenia na dwa miesiące wprzód. My rozwiązujemy ten problem, oferując gotowe przedmioty, tu i teraz. PRL reprezentuje mniej niż trzecią część naszej oferty i ten udział będzie malał, bo szukamy przedmiotów niecodziennych.

Poszukiwanie niecodziennych przedmiotów - to wyzwanie, jakie stawiają przed sobą twórcy yestersen (fot. Andrzej Kwiatkowski)Poszukiwanie niecodziennych przedmiotów - to wyzwanie, jakie stawiają przed sobą twórcy yestersen (fot. Andrzej Kwiatkowski)

Czy zgodzicie się ze mną, że dawniej przedmioty były bardziej solidne, dużo lepszej jakości? Może dlatego nasze babcie nie chcą pozbywać się starych mebli?

K.M.: - Tak, pod warunkiem że na chwilę zapomnę o moim dzieciństwie w Polsce lat 80. Wielokrotnie słyszałem, że dawniej lepszej jakości był sposób produkcji i tworzywa: używano drewna zamiast płyt wiórowych pokrytych okleiną, stal była bardziej giętka i mniej krucha, a dużą część pracy wykonywano ręcznie. Można było tak produkować, bo świat i jego potrzeby były mniejsze. Dziś taka solidna produkcja jest luksusem, za który trzeba sporo zapłacić. Parafrazując Woody'ego Allena: dzisiejsze wzornictwo jest niedobre, ale porcje są duże. Na otarcie łez mamy Internet. I yestersen.

 

Karol Misztal. Przedsiębiorca wielozadaniowy. Obecnie współzałożyciel i dyrektor zarządzający yestersen. Wcześniej paryski konsultant Harvard Business School, gdzie doradzał firmom z branży dóbr luksusowych i lifestyle takim jak Omega, Ducati i Lomography. Absolwent warszawskiej SGH i CEMS MIM. W wolnych chwilach odwiedza targi staroci oraz miksuje muzykę elektroniczną i koktajle z zapomnianych czasów.

Maxime Chanson. Francuski przedsiębiorca z zamiłowaniem do retro. Współzałożyciel yestersen oraz właściciel firmy Lëkki.fr zajmującej się kreatywną renowacją elektroniki z lat 90., takiej jak konsole do gier i telefony komórkowe. Wcześniej wprowadzał szampany na rynki europejskie jako manager w koncernie LVMH. Miłośnik motoryzacji vintage, starych gramofonów i jeszcze starszej muzyki.

Milena Buszkiewicz. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Od kilku lat związana z rozgłośniami radiowymi, obecnie współpracuje z Radiem ZET Chilli, portalami Xięgarnia i Booklips oraz magazynem Highlife. W pracy dziennikarza najbardziej ceni przyjemność rozmowy z drugim człowiekiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (7)
Zaloguj się
  • sthoss

    Oceniono 49 razy 39

    Jestescie wszyscy tacy fajni ze az wam zazdroszcze!

  • patatajmiauhau

    Oceniono 32 razy 26

    — Ale to fajne, no nie !?
    — Nooo, faaajne.
    — A to jakie fajne, no nie !?
    — Nooo, faaajne.
    — A jakie to jest zajebiste, no nie !?
    — Nooo, bardzo zaaajebiste.
    — A co to jest: ha dwa o ?
    — Yyyyyyyyyy, a wal się !. Masz jakiś taki wyjątkowy talent do psucia nastoju !!!

  • tajemniczy_klient

    Oceniono 18 razy 18

    Eklektyzm bywa sztuką, ale na zdjęciu z modelką go nie widać ;-)
    Dobrze, że się chwalicie swoimi sposobem na życie, ale to tylko reklama. Takie zestawienia projektowe są stosowane od lat ;-)
    Natomiast akceptowanie współczesnej taniej bylejakości jest prostą drogą do zagłady naszej planety (wyczerpywanie surowców, efekt cieplarniany, zmiany środowiska powodujące degenerację gatunków) Co z tego, że porcje są duże skoro to "fast food"
    Nie zgadzam się, że dzisiejsze wzornictwo jest niedobre, każda epoka w swoim dorobku miała lub ma dzieła genialne i buble..........

  • parsom

    Oceniono 29 razy 17

    Ech, jak widzę nagłówek "trend", to od razu wiem, że warto zajrzeć, bo będą jaja i trend z d... wzięty.

  • executive-producer

    Oceniono 18 razy 14

    Eklektyzm jest dobry :-) Pozdrowienia dla wszystkich miłośników przedmiotów z historią!

  • trupyirobaki

    Oceniono 7 razy -3

    Normalnie śmieciarze, a graty mają gorsze niż prawdziwi smakosze na bazarkach.

  • mr.superlatywny

    Oceniono 6 razy -4

    Ile kosztowala ta reklama ?

    Takie cos jest w kazdym normalnym europejskim miescie, szczególnie tam gdzie duzo studentów. Chocby "siec" (franchising) o nazwie "Brockenhaus".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX