Błażej Strzelczyk

Błażej Strzelczyk (fot. Grażyna Makara)

wywiad gazeta.pl

''Dzieciątko Jezus miałoby dziś w Polsce przechlapane''. Strzelczyk o Kościele i ''niekatolickim'' ''Tygodniku Powszechnym''

Spośród polskich dziennikarzy katolickich Błażej Strzelczyk ma być może najbardziej zróżnicowane grono odbiorców. Na łamach "Tygodnika Powszechnego" czytają go wierzący i ateiści, prawicowcy i zwolennicy KOD-u. Sam utożsamia się z katolicką lewicą, nie boi się sięgać do teologii wyzwolenia. Mówi o Kościele otwartym, postuluje zwrócenie się ku społecznej roli Kościoła, ku biednym i wykluczonym. Dla wielu - również w tej kwestii - pozostaje niewygodnym autorem.

„Dziennikarska szuja bez honoru i zasad”. „Zawszony lewacki pismak”. „Pseudodziennikarz w pseudokatolickiej gazecie”. „Żydokomunistyczna szuja”. Aż chce się z tobą rozmawiać!

- A to o mnie?

Prosto z facebookowego profilu. Pamiętasz, za który tekst tak oberwałeś?

- Nie.

Błażej Strzelczyk (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Błażej Strzelczyk (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

O księdzu Jacku Międlarze, „duszpasterzu narodowców”. Zasłynął płomienną przemową podczas tegorocznego Marszu Niepodległości.

- No tak. Na dzień przed publikacją tego tekstu w numerze napisałem na Facebooku jego zajawkę. Mój rozmówca zobaczył ją, zadzwonił i powiedział mi mniej więcej to samo, co przed chwilą zacytowałaś. Ciarki przechodzą, gdy sobie uświadomisz, że takie słowa mogą wyjść z - przepraszam - kapłańskich ust. Ksiądz Jacek myślał chyba, że jeśli do niego pojadę, a on się nie zgodzi na zacytowanie jego wypowiedzi w tekście, to ten tekst się w ogóle nie ukaże. I owszem, nie cytowałem go - jedynie omówiłem w artykule to, o czym rozmawialiśmy.

Mniej więcej po dwóch godzinach od jego telefonu mój facebookowy profil zalała fala hejtu.

Skończyło się na komentarzach, czy dostałeś w nos za niesubordynację?

- Dzień później, gdy artykuł się ukazał, przeczytałem zgoła inny komentarz: ktoś spodziewał się, że w tym tekście księdza zgniotę, a tymczasem w gazecie przeczytał po prostu jego historię. Następnego dnia hejt ustał. Jestem przekonany, że „Tygodnik Powszechny” powinien reagować i zajmować się takimi tematami.

Bo wiesz - pisząc, staram się środkować. Ważyć opinie. Oddawać głos każdej ze stron. To chyba podstawy tej pracy. A pisząc publicystykę, nie chcę nikogo obrażać, nie wspieram tylko swoich. Czasem z tego powodu słyszę, że stawiam niewłaściwe diagnozy. I jest to dla mnie większy problem niż to, że dla kogoś jestem „żydokomunistyczną szują”. Wśród przyjaciół mam wielu Żydów, a znam też kilku przyzwoitych komunistów. Nie wiem, jak z szujami.

Ksiądz Jacek Międlar z wrocławskiej parafii św. Anny na Oporowie podczas marszu obronie chrześcijańskiej Europy (fot . Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)Ksiądz Jacek Międlar z wrocławskiej parafii św. Anny na Oporowie podczas marszu obronie chrześcijańskiej Europy (fot . Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

Dziennikarz zajmujący się Kościołem ma więcej obowiązków niż praw. Jest pod szczególnym nadzorem czytelników, którzy krzyczą, gdy niepochlebnie pisze o jego przedstawicielach. Jak sobie z tym radzisz?

- Mam problem z szeroko pojętym „dziennikarstwem przymiotnikowym”. Dziennikarz katolicki, ekonomiczny, polityczny ma swoje obowiązki i zawsze jest jakoś ograniczony. A przecież w istocie, gdy wykonuję swoje obowiązki zawodowe, to najpierw jestem dziennikarzem, a dopiero potem katolikiem. To, że jestem wierzący, nie zwalnia mnie z odpowiedzialności za przestrzeganie zasad etyki dziennikarskiej. Jeśli zauważam, że w Kościele dzieje się coś niepokojącego, to trzeba się temu przyjrzeć i to pokazać. Pilnuję warsztatu. Nie robię dobrze Kościołowi.

Denerwuje mnie tendencja do mówienia nie piszcie o tym. „Tygodnik Powszechny” miał problemy, gdy napisał tekst o pedofilii w Tylawie. A dziś nikt już go za to nie piętnuje, nawet Tomasz Terlikowski zajmuje się tym tematem.

Co nie zmienia faktu, że dla Tomasza Terlikowskiego „Tygodnik Powszechny” katolicki nie jest i powinno się mu ten przydomek odebrać. Powiedział ci to niedawno w wywiadzie.

- I nawet wrzuciliśmy to do leadu. Nie wyobrażam sobie, by redaktor Terlikowski zrobił z kimś z „Tygodnika” wywiad i napisał we wstępie, że postulujemy odebranie „Frondzie” tytułu „portal poświęcony”. Czego zresztą nie postulujemy. „Fronda”, wbrew pozorom, czasem robi dobrą robotę. Są czujni.

Napisałem kiedyś w odpowiedzi braciom Karnowskim, którzy również chcieli nam odbierać przymiotnik, że to jak wchodzenie w buty Jezusa Chrystusa. Prowadzenie Sądu Ostatecznego na ziemi, zanim jeszcze weźmie się za to Mesjasz. I że to jest bardzo niebezpieczne, bo Pismo Święte mówi jasno: kto nazywa swojego brata bezbożnikiem, tego czeka piekło ogniste. Już nawet za sam gniew - zgodnie z tym, co jest napisane w Biblii - czeka nas sąd. Zatem ja serdecznie i z troską przestrzegam. Karnowskich, Terlikowskiego i całą tę ekipę. Niech osądzanie nie przychodzi im z taką łatwością.

Tomasz Terlikowski (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)Tomasz Terlikowski (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Dlaczego właściwie ktoś miałby odbierać „Tygodnikowi Powszechnemu” tytuł „katolicki”?

- Dlatego, że nie ma w tym kraju i w tym Kościele platformy do dyskusji. Nie tworzy się przestrzeni, w której moglibyśmy się spotkać, podać sobie rękę. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, świetnie nam za to wychodzi obrzucanie się inwektywami. Licytujemy się na to, kto jest bardziej, a kto mniej katolicki. Przychodzi mi to z bólem - również sytuacja, w której staram się dopieścić jakiś tekst tak, by nikogo on nie uraził, by był subtelny i rzeczowy, a potem ktoś wali mi z armaty, że jestem niekatolicki.

Wiesz, mnie to w gruncie rzeczy bardzo przejmuje i boli, gdy mój współbrat mówi mi, że jestem niewierzący. Ja sobie to potem rozliczam na modlitwie.

Może nie warto brać tego do siebie? Czasem epitety związane są nie z tym, co i jak piszesz, lecz z tytułem gazety, której jesteś współautorem.

- No, ale dlaczego tak jest? Nie bardzo jestem w stanie zrozumieć, co jest w „Tygodniku” takiego, że on ludziom wadzi. Staramy się być pismem, które charakteryzuje dobre, rzetelne dziennikarstwo. Sądzę, że mamy najlepszy dział „Świat” w Polsce - nie ma innego działu w polskiej prasie, który miałby tylu zagranicznych korespondentów. Tymczasem teraz, gdy rządzi PiS, czyli partia, która przez część Kościoła uznawana jest za jedyną właściwą, my ośmielamy się ją krytykować. Przecież to jest dziennikarskie zadanie: patrzeć władzy na ręce. Wielu ludzi ma nam to za złe. Może właśnie o to chodzi.

Ostatnio w Gdańsku czytelnik mnie zapytał, jak to możliwe, że jesteśmy katolickim pismem, a popieramy gender i in vitro. I że nie stajemy - tak powiedział - po stronie Kościoła i życia. No nie, pomyślałem. Gazeta stawia sobie konkretne pytania i nie zawsze odpowiedź musi być taka, jaką sugeruje Kościół. Jeśli zarzuca nam się, że nie bronimy życia, to przypominam, że jesteśmy jednym z niewielu pism, które jako pierwsze mocno zaangażowało się w sprawę uchodźców. Marcin Żyła był chyba pierwszym dziennikarzem, który pojechał na Lampedusę. To z inicjatywy „Tygodnika” organizowano w kraju msze w intencji uchodźców. Uchodźca to przecież też jest życie. Nie tylko poczęcie jest życiem, ale też cierpienie Syrii.

Syryjska dzieczynka na tle policjantów na granicy Grecji z Macedonią (fot. Yannis Behrakis / Reuters)Syryjska dziewczynka na tle policjantów na granicy Grecji z Macedonią (fot. Yannis Behrakis / Reuters)

Były autor „Tygodnika”, Roman Graczyk, napisał niedawno w „Rzeczpospolitej”, że jeszcze za jego czasów Jerzy Turowicz chodził codziennie na mszę świętą. To miał być dowód Graczyka, że za jego czasów pismo było katolickie, a teraz już nie jest. To tak dla właściwej symetrii chciałbym powiedzieć panu Graczykowi, że obecnie w dziale Wiara pracuje dwóch redaktorów, którzy nie tylko codziennie są na mszy, ale też ją sprawują. Kilka dni temu mieliśmy redakcyjną wigilię - pamiętasz, jak wyglądała?

Modlitwa, kolędy, błogosławieństwo kapłana. Łamanie się opłatkiem, które trwało chyba godzinę, bo każdy musiał się uścisnąć.

- Pracują u nas i dziennikarze, którzy codziennie uczestniczą w chrześcijańskich medytacjach, ale też ludzie wprost mówiący o swoim ateizmie. „Tygodnik” to jest katolicyzm, który nie musi non stop pytać kto z kim śpi i dlaczego tak. W robieniu gazety chodzi chyba o coś innego. W wierze chyba też. I nie sądzę, by to dyskwalifikowało nas z grupy tygodników katolickich.

To już chyba zależy od punktu widzenia. Wróćmy na chwilę do rozmowy z Tomaszem Terlikowskim. Zarzuca ci w rozmowie, że „twoi koledzy” z „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka” „ślepo popierają jedną partię”. Odwdzięczasz mu się tym samym. I wtedy dochodzicie do wspólnego wniosku, że i polskie media, i sama Polska zaczynają być plemienne. Dwie kompletnie różne perspektywy tego samego sporu, różne zespoły argumentów i prawd, dwa odległe od siebie języki. Trudno się spotkać w takiej debacie.

- A może już w ogóle warto dać sobie spokój i nie podejmować kolejnych prób dyskusji? Bo jeśli to mają być monologi, które nie prowadzą do porozumienia? Dyskusja, która się toczy w Polsce i Kościele, jest nie tylko na niskim poziomie formy (krzykniemy na siebie i odbierzemy sobie przymiotnik „katolicki”), ale też na niskim poziomie merytorycznym.

Coraz mniej jest filozofów, których pytamy o zdanie. Adam Boniecki we wspomnieniu o ojcu Janie Górze napisał, że on potrafił znaleźć słowa trafiające do młodych ludzi. Ja naprawdę nie wiem, czy dziś ktokolwiek jeszcze szuka słów, które dają do myślenia, a niekoniecznie się dobrze klikają w sieci. Czy są w tym kraju ludzie, którzy myślą dalej niż w perspektywie czteroletniej kadencji Sejmu? I tak jest od ponad 25 lat. Zrobiłem właśnie wywiad z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim. I pytam go: Co zrobiliście w 1989 roku? A on odpowiada: Nikt nie przeprowadził gruntownej debaty o tym, jak ta Polska ma wyglądać. Każdy poszedł w swoim kierunku.

I dzisiaj jesteśmy tego sierotami. Mało kto z nas czyta artykuły, które mają więcej niż 15 tysięcy znaków. Świetne w tym względzie diagnozy stawia w swoich wywiadach Grzegorz Sroczyński. A ludzie zajmują się bieżączką i biegną dalej.

Polska nie jest przemyślana. Kościół jest nieprzemyślany. Choć tu jest łatwiej, bo w Kościele jest jeszcze Chrystus, i to On działa, i Duch Święty. Gorzej z krajem.

Błażej Strzelczyk i ks. Adam Boniecki (fot. Adam Walanus)Błażej Strzelczyk i ks. Adam Boniecki (fot. Adam Walanus)

Może w tej nieprzemyślanej Polsce w ogóle nie ma sensu rozmawiać?

- Nie chcę powiedzieć, że nie ma sensu. Wydaje mi się jednak, że nie z każdym można rozmawiać. Bo jeśli neonazista krzyczy do mnie, że jestem żydokomunistą i nie jestem katolikiem, to nie mamy nawet przestrzeni do spotkania. Wychodzę z założenia, że w dialogu nie posługujemy się epitetami, lecz faktami i prawdą. A jeśli ich nie mamy lub zwyczajnie nie znamy, to lepiej w ogóle nie zaczynać dyskusji.

Choć musisz wiedzieć, że kiedy ci mówię, że nie ma komu i jak rozmawiać, to mnie to boli i niepokoi. Chcę teraz przez rok pytać ludzi Kościoła o jego kondycję i rolę w Polsce. Problem polega na tym, że w notesie z nazwiskami ludzi do przepytania coraz częściej obok nazwisk zapisuję sobie datę śmierci tych, którzy je nosili, a rzadziej umówionego spotkania.  

Co w tej patowej sytuacji mógłby zrobić Kościół - tak by tę debatę umożliwić? Wycofać się z polityki?

- Kościół powinien zająć się Ewangelią. I mówieniem, że problemem są biedni i cierpiący, nie tylko dzieci z in vitro i rozwodnicy. Do wyrażania prawdy o Kościele nie potrzebujemy prawa stanowionego przez państwo, lecz własnego, indywidualnego świadectwa. Dla mnie Kościół bardziej jest w Zochcinie u siostry Małgorzaty Chmielewskiej, a nie w Toruniu u księdza Rydzyka. I jeśli politycy chcą jeździć na pielgrzymki, to lepiej niech już jeżdżą do Zochcina. Może byłby z tego jakiś pożytek.

Ojciec Tadeusz Rydzyk w Sanktuarium Świętego Jana Pawła II (fot. Michal Łepecki / Agencja Gazeta)Ojciec Tadeusz Rydzyk w Sanktuarium Świętego Jana Pawła II (fot. Michal Łepecki / Agencja Gazeta)

Potrafisz wskazać na osi najnowszej historii Polski konkretny punkt, w którym jednomyślność nam się rozsypała?

- Nie jestem historykiem czy politologiem. Nie chcę tu brzmieć jak mądrala, który wszystko wie. Ja nie wiem. Ale rozmawiam w wywiadach z ludźmi, którzy są często dwa razy starsi ode mnie. Oni wskazują na rok 1989. To był moment, w którym zdobyli wolność, ale kwestia równości, braterstwa, dialogu, współpracy poszła w odstawkę. Zapomnieli o niej.

Może nie byli na to przygotowani?

- Pewnie tak. Ale też myślę, że każda epoka ma swoich proroków. W każdej epoce znajdzie się ktoś, kto widzi przyszłość, jest w stanie ją poddać analizie. Być może oni wtedy nie słuchali ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia, tylko słuchali siebie samych.

A dziś kto jest wizjonerem?

- Dzisiaj...? Możesz napisać w nawiasie, że wzdycham. Boję się, że po prostu nie ma. Jest coraz mniej autorytetów. Duże nadzieje wiążę jeszcze z wizytą papieża Franciszka w Polsce.

Będzie słuchany przez nasz Kościół?

- Nie będzie. Powiem więcej: boję się, że będzie schizma. Że w którymś momencie podniosą się głosy, że ten papież jest antypapieżem.

Papież Franciszek podczas audiencji z wiernymi w sali Pawła VI (fot. Osservatore Romano / Reuters)Papież Franciszek podczas audiencji z wiernymi w sali Pawła VI (fot. Osservatore Romano / Reuters)

Skąd polska niechęć do Franciszka?

- Ojciec Ludwik Wiśniewski mi powiedział, że papież myśli Ewangelią, a my, tu w Polsce, myślimy prawnie. Ja myślę, że Franciszek nie bez powodu ogłasza Rok Miłosierdzia. My tu myślimy głównie o sprawiedliwości. Boga widzimy trochę jak świętego Mikołaja: dziadka z długą, siwą brodą, który niegrzecznym dzieciom daje rózgi. Tymczasem taka sprawiedliwość, w której osądzamy innych, nie ma mocy, która daje kopa w górę. Sprawiedliwość nie daje nadziei. Miłość daje nadzieję. Sprawiedliwość jest tylko dla satysfakcji tego, kto wymierza karę. A tu trzeba jednak przejąć się dramatem drugiego człowieka. Zrozumieć powody, zanim z pogardą nazwie się kogoś „rozwodnikiem”.

Po drugie odnoszę wrażenie, że wciąż czujemy się sierotami po Janie Pawle II. Że on nas zostawił samych sobie. Zawsze można było do niego pojechać, zapytać o zdanie - robili tak ci, którzy dziś rządzą krajem, i ci, którzy stoją na czele polskiego Kościoła. A teraz Polska stała się mniej wyróżnianym punktem na mapie Kościoła. Dla Franciszka ważniejsza jest Ameryka Łacińska, Afryka, a nie my.

Schizma zaczęłaby się w Polsce?

- Mam nadzieję, że się w ogóle nie zacznie. Że jednak otwartość i ekumenizm będą święciły triumfy.

Urodziłeś się w 1988 roku. Siłą rzeczy niewiele z poprzedniego systemu pamiętasz. Co zatem czujesz, gdy w komentarzach pod tekstami wyzywają cię od komuchów? Mówią, że stoisz tam, gdzie stało ZOMO?

- Pora na mój coming out. Gotowa? Słuchaj. Jeden z moich dziadków był milicjantem, a drugi - towarzyszem partii komunistycznej. Obaj już nie żyją. Czy ponoszę odpowiedzialność za nich lub za ich przeszłość? Oczywiście, że nie. Wiem też, że dziś nie zgodziliby się z wieloma tezami, które sam głoszę. Może bym ich tym nawet zasmucił. Ale to nie zmienia mojego stosunku do nich, bo dali mi fantastycznych tatę i mamę.

Co zatem czuję, gdy ktoś mówi mi, że stoję tam, gdzie stało ZOMO? Zasadniczo nic. W ogóle mnie to nie rusza. I wiesz, nawet nie czuję się źle, gdy słyszę, że jestem gorszym sortem Polaka - bo wiem, że ktoś, kto to powiedział, kiedyś usłyszał, że jest moherem i też go mogło to zaboleć. Jak wspomniałem, w życiu i w publicystyce nie używam epitetów, trzymam się faktów.

A ciebie to rusza?

Zdarza mi się czytać pod artykułami inwektywy. Jesteśmy w podobnym wieku, moje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa to czekoladowy pudding przywieziony z Czechosłowacji przez tatę w ostatnich latach istnienia tego kraju. Nie rozumiem kogoś, kto zarzuca mi uczestnictwo w strukturach poprzedniego systemu. I dlatego właśnie mnie to rusza.

- Dziadek Marian umarł dwa lata temu. Pamiętam, że gdy w szkole usłyszałem o bibule, pobiegłem do niego i poprosiłem, by mi pokazał. A dziadek wyciągnął z szafy „Trybunę Ludu”. To była jego prawda o tamtym czasie.

Rodzice wychowywali mnie inaczej. Ojciec puszczał mi kawałki Dżemu i TSA, mówił o wolności, obalaniu murów, o tolerancji. Tym nasiąkłem w rodzinnych Kozienicach.

Błażej Strzelczyk (fot. Grażyna Makara)Błażej Strzelczyk (fot. Grażyna Makara)

Czułeś zawód ze strony dziadka Mariana, gdy po maturze powiedziałeś mu, że chcesz pójść do seminarium?

- Nie, no skąd. Pamiętam za to, jak się modlił.

Jak się modlił?

- Przejmująco. Wiesz, jak się widzi mężczyznę, który klęczy, to już samo to cię jakoś wzrusza.

Dlaczego po dwóch latach odszedłeś z seminarium?

- Nie lubię tego pytania. Nie mam odpowiedzi ani na pytanie, dlaczego poszedłem, ani też dlaczego wyszedłem. Nie pojawiła się żadna dziewczyna, nie zakochałem się, nie wydarzyło się nic, co mogłoby mnie popchnąć do odejścia. Poszedłem na urlop dziekański, przekonany, że zmęczyłem się dwoma latami świata, który jest bardzo uszeregowany, stabilny, w którym każdy moment dnia jest dokładnie zaplanowany. Ideały, z którymi wchodziłem do seminarium, jakoś zderzyły się z rzeczywistością. Mimo to byłem przekonany, że po zakończeniu urlopu wrócę do seminarium.

Co się więc stało?

- Pojechałem do Krakowa i zacząłem pracę dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”.

Czarci swąd unosi się nad tymi słowami.

- Tuż przed wakacjami, gdy miałem potwierdzić przełożonym mój powrót do seminarium w Radomiu, stwierdziłem, że nie wracam. Poczułem, że w Krakowie jest jednak fajniejsze powietrze.

Wyższe Seminarium Duchowne w Radomiu (fot. Karol Piętek / Agencja Gazeta)Wyższe Seminarium Duchowne w Radomiu (fot. Karol Piętek / Agencja Gazeta)

O naiwności. W „Wyborczej” zorientowałeś się w niuansach podziałów polityczno-społecznych?

- Nie, to się stało jeszcze w seminarium, na drugim roku. Studiowałem filozofię, jeździliśmy na KUL, była fascynacja filozofami Krąpcem, Maryniarczykiem, Kieresiem itp., a ja czytałem Tischnera. I wtedy jeden z wykładowców powiedział mi: „Tischner cię wiary nie nauczy, synku”. A ja mu chciałem udowodnić, że jednak mnie nauczy, i czytałem go na medytacjach porannych.

W seminarium do późnych godzin nocnych siedzieliśmy z chłopakami przy herbacie, bo tam się oczywiście nic innego nie piło. Dyskutowaliśmy o różnych poważnych sprawach. Wiesz, młodzi, naiwni, bezczelni. No i te poważne dyskusje doprowadzają czasem do tego, że się wychodzi z seminarium. Teraz sobie czasem myślę, że to był świetny czas. Strasznie dużo się nauczyłem. Miałem świetnego ojca duchownego. Dzisiejszy biskup pomocniczy w Radomiu ks. Piotr Turzyński był wicerektorem, odbyliśmy cały szereg inspirujących rozmów. Dobrze się tam czułem.

Studiowałeś później jeszcze filozofię, teologię i polonistykę. Wciąż jesteś studentem?

- (śmiech) Ostatnio zacząłem jeszcze chodzić na zajęcia z ekonomii. Żadnych studiów jeszcze nie skończyłem. Poważnie! Są momenty, kiedy nawet jestem z tego dumny. Tylko rodzice się tym niepokoją. Ciągle uważają, że to ważne.

W tygodnikowym dziale Wiara pracujesz na stałe od 2013 roku. Jakim jesteś katolikiem po godzinach?

- Grzeszę. Staram się ładować duchowo. Po godzinach oddycham. Dosłownie. Jednym z pierwszych tekstów, jakie napisałem w „Tygodniku”, był ten poświęcony medytacjom chrześcijańskim u benedyktynów w Lubiniu. Zobaczyłem tam, że można się inaczej modlić: można przez 20 minut siedzieć i oddychać, i tam coś się dzieje w głowie i w sercu. A moja wiara? Myślę, że jest minimalistyczna. Zdarza mi się nie iść do kościoła w niedzielę, ale wtedy jestem w sobotę wieczorem albo w poniedziałek z samego rana przed pracą. Nie lubię się modlić w tłumie. Mam wiele pytań i wątpliwości. Czasem nie boję się przyznać sam przed sobą, że tam na górze nic nie ma.

Często masz takie myśli?

- Bardzo często. Bo uważam, że wiara to nie jest pewność. Że wiara polega raczej na tym, że nie jestem pewien, a więc wierzę. To nie jest tak, że w pracy jestem przykładnym dziennikarzem katolickim, a po godzinach - hulaj dusza, piekła nie ma. Ale są wątpliwości i setki pytań na nowo zadawanych - i sobie, i Jemu. I są pytania, na które nie znajduję odpowiedzi. Ale to, że ich nie znajduję, też jest dla mnie jakąś odpowiedzią. Nie da się tej wiary uchwycić w kilku zgrabnych zdaniach. Ciągle potrafi zaskoczyć.

Korytarz Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu (fot. Marcin Wołoszczak / Agencja Gazeta)Korytarz Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu (fot. Marcin Wołoszczak / Agencja Gazeta)

„Tygodnik” jest w tym wszystkim jakimś wsparciem, choćby środowiskowym?

- Pomaga mi tym, że ciągle się tutaj spieramy: na zebraniach redakcyjnych, w przerwach na papierosa. „Tygodnik” nie jest monolitem. Pewnie gdybyś zadała te same pytania Kalinie Błażejowskiej, to wywiad byłby zupełnie inny. To jest duża frajda - być w środku tego pisma. Środowisko okołotygodnikowe to również ludzie ze „Znaku”, „Więzi”, a także od niedawna portalu Deon.pl, gdzie pracuje mój przyjaciel Piotrek Żyłka. Od niego też uczę się wiary. W naszej przyjaźni jest miejsce na spór, ogromną rywalizację zawodową, ale też na wspólną modlitwę.

Utożsamiasz się z katolicką lewicą. Łączysz wartości chrześcijańskie z postulatem reform społecznych, sięgasz do katolickiej nauki społecznej, do teologii wyzwolenia. Jesteś zwolennikiem Kościoła otwartego. Wielu jest dziś w Polsce takich jak ty?

- Dorothy Day powiedziała kiedyś, że komunizm powstał z jednego powodu: chrześcijanie odeszli od prawd chrześcijańskich. To miało pozwolić na powstanie ideologii komunizmu, bo on też zasadniczo - u fundamentów i u podstaw - ma dużo z tego, co mówi w Ewangelii Jezus. Misza Tomaszewski i cała ekipa magazynu katolickiej lewicy „Kontakt” twierdzą, że do Kościoła może człowieka przyciągnąć lektura Marksa.

W sferze prywatnej moja wiara i doświadczenie chrześcijaństwa to moja osobista relacja z Bogiem, moja modlitwa i moje oddychanie. A jeśli konfrontuję to wszystko ze społeczeństwem, to szczerze mówiąc nie widzę w ideach prawicowych pomysłu na moją - wierzącego - obecność w tym społeczeństwie. Widzę ją w pomysłach lewicowych. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy na co dzień jestem bardziej prawicowy, czy lewicowy, i na kogo głosowałem w poprzednich wyborach.

Ale to, co ty uważasz za cnoty, wielu bierze za bilet do piekła. Krytycznie piszesz o „kapelanie narodowców”, księdzu Jacku Międlarze, publikujesz okładkę z transseksualistką Kingą Kosińską, jeździsz na Woodstock, apelujesz o pomoc dla uchodźców. Cytują cię blogerzy LGBT. To, co robisz, nie ma wiele wspólnego z posłuszeństwem wobec Kościoła.

- Robię wywiad z transseksualistką, więc wykraczam poza ramy Kościoła? No bez przesady! Dostaliśmy z Kingą Kosińską - bohaterką wywiadu „Trans z Jezusem” - nominację do Mediatorów. Zadzwoniłem do Kingi i ona słusznie zauważyła, że uzasadnienie nominacji jest kiepskie. Bo studenci pisali tam, że wywiad walczy o transseksualistów i ich dobre imię. Tymczasem ja sobie myślę, że ten wywiad jest tak naprawdę o wszystkich ludziach, którzy są wykluczeni, którzy zmagają się z tym, że to silniejszy ma dzisiaj władzę.

Wydaje mi się, że dziennikarz, zwłaszcza katolicki, jeśli już musi się za kimś wstawiać, to zawsze powinien stawać po stronie słabszych.

Mamy święta. Wielu z tych, którzy opowiadają się przeciwko przyjęciu uchodźców do Polski, postawi na wigilijnym stole pusty talerzyk i zaśpiewa ze wzruszeniem „nie było miejsca dla ciebie”. Wkurza cię to?

- Ja też się trochę boję tych ludzi. Jest teraz taki nurt mówienia o biednych, reprezentowany przez księdza Jacka Stryczka: masz być silniejszy, masz być zwycięzcą, musisz być bogaty. A ja nie chcę być zwycięzcą, nie chcę być bogaty. Dostałem dwie ręce, dwie nogi i mózg. Ksiądz Stryczek chce, żebym wykorzystał to dla siebie i stał się bogaty. A ja, cholera jasna, nie chcę, ja się źle z tym czuję, że jak coś dostałem, to muszę wykorzystać dla siebie. Jak coś dostałem, to chcę wykorzystać to dla innych. Ja się chcę wreszcie spokojnie nauczyć dzielić. Zwłaszcza że wiem, że miewam z tym problemy. Bo owszem, chodzę regularnie do zaprzyjaźnionego Piotrusia i zanoszę mu wałówkę. Spotykam ludzi na ulicy i idę z nimi na pierogi do baru mlecznego. Ale to mi przychodzi z ogromnym trudem, za każdym razem muszę się przełamać, podjąć decyzję, przekroczyć jakąś swoją granicę wygody. Nie zgadzam się z tym, że ktoś mi mówi w Kościele: poradzisz sobie, gdy staniesz się bogaty.

Nie wiem, czy gdy będziemy w domu podczas wigilii i nagle ktoś zapuka, to znajdziemy odwagę, by zaprosić tego kogoś do stołu.

Chrystus, przybysz z Bliskiego Wschodu, miałby pecha, gdyby urodził się w 2015 roku? Gdyby z Maryją i Józefem zawędrował do Polski?

- Sądzę, że znalazłby mimo wszystko garstkę tych, którzy by Go zrozumieli. Ale fakt. Myślę, że w Polsce miałby przechlapane.

 

Błażej Strzelczyk. Dziennikarz działów Wiara i Internet w "Tygodniku Powszechnym", prowadzi bloga #FollowJesus. Wcześniej dziennikarz krakowskiego oddziału Gazety Wyborczej. Nominowany do Grand Press, Nagrody Dziennikarzy Małopolski i Mediatorów.

Karolina Przewrocka. Dziennikarka, korespondentka "Tygodnika Powszechnego" z Izraela. Współpracowała też z TVP Kultura, "Przekrojem", Polską Agencją Prasową w Brukseli, Deutsche Welle w Bonn i "Der Freitag" w Berlinie. Tegoroczna nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (119)
Zaloguj się
  • lindhorst1

    Oceniono 121 razy 105

    Trudno nie żywić szacunku i sympatii do ludzi takich jak Błażej Strzelczyk: uczciwych, szczerych, ideowych, a zarazem otwartych na drugiego człowieka, po prostu lubiących ludzi.
    Ale… Pan Błażej przypomina mi trochę „uczciwych komunistów”, którym się wydawało, że wystarczy usunąć „błędy i wypaczenia” „realnego socjalizmu” i już wszystko będzie OK: ustrój uszczęśliwi wszystkich. Tymczasem to właśnie owe „błędy i wypaczenia” były i s t o t ą tego ustroju. Można je było usunąć tylko razem z nim. Podobnie jest z kościołem katolickim, opartym na hierarchii, władzy, dyscyplinie i kontroli, a co za tym idzie na donosicielstwie, konformizmie, wreszcie na przemocy, choć dziś w jako tako cywilizowanych krajach rzadko jest to już bezpośrednio przemoc fizyczna, częściej prawna, przymus społeczny, groźba zepchnięcia na margines, utraty pracy itd.
    Nie wierzę w istnienie „kościoła otwartego” tak jak nie wierzyłem w „struktury poziome” w PZPR. Takie formacje tworzą ludzie szlachetni, ale bardzo, bardzo naiwni, niezdolni do bezkompromisowej analizy sytuacji i rozpoznania prawdziwych mechanizmów sterujących czy to ich kościołem, czy ich partią. Dowód? Pisze pan Błażej: „Po drugie odnoszę wrażenie, że wciąż czujemy się sierotami po Janie Pawle II. Że on nas zostawił samych sobie. Zawsze można było do niego pojechać, zapytać o zdanie”. Ale przecież to właśnie JP2 uformował kościół polski w jego obecnej, odrażającej postaci, to on mianował jego hierarchów i wspierał swoim autorytetem Radio Maryja. Pan Błażej zdaje się tego nie dostrzegać.
    Mimo to: wszystkiego dobrego w Nowym Roku, Panie Błażeju, I sukcesów w Pana beznadziejnej walce. Wolę mieć do czynienia z katolikami takimi jak Pan niż z Pana bardziej ortodoksyjnymi współwyznawcami.

  • free_radical

    Oceniono 121 razy 95

    rydzyk by jezusa ukrzyzowal...za gloszenie milosci i tolerancji... bo muchonor sromotnikowy w imie milosci by palil i obdzieral ze skory... taka jego "misja"...

    plus.google.com/u/0/114951659479707088507

  • zewszad_i_znikad

    Oceniono 103 razy 85

    Fragment z artykułu:
    "Zarzuca ci w rozmowie, że 'twoi koledzy' z 'Polityki', 'Gazety Wyborczej', 'Newsweeka' 'ślepo popierają jedną partię'."
    Bohater wywiadu jakby trochę się z tym zgadza, a ja zupełnie nie. Dziennikarzy tych pism niewątpliwie politycznie łączy to, że nie popierają PiS. Ale to nie jest równoznaczne z popieraniem jakiejś konkretnej innej partii! Przeciwnik PiS może być zwolennikiem lewicy, PO, Nowoczesnej, może być człowiekiem, który głosuje na określoną partię z zaciśniętymi zębami i poczuciem wybierania mniejszego zła... W Polsce niestety panuje przekonanie, że niepopieranie PiS jest równoznaczne z popieraniem PO i odwrotnie. A scena polityczna naprawdę nie ogranicza się do tych dwóch partii. Dla mnie PO to przecież wciąż partia prawicowa (więc nie odpowiadająca moim poglądom) - owszem, może już nie tak naiwnie neoliberalna, za to w sprawach tzw. obyczajówki ciągle partia, która uwaliła własne projekty ustawy o związkach partnerskich i tym samym przyczyniła się do dalszego braku jakiejkolwiek ochrony prawnej dla par jednopłciowych.

  • ciemnyluddd

    Oceniono 91 razy 77

    "Wszyscy Ludzie Prezesa załatwili co trzeba (z pomocą Kościoła zresztą) .. I zdążyli nam złożyć „prezent” pod choinkę…W takim stylu że Kot pewnie nawet się wstydzi...Każdy rząd na świecie wygra wybory, jeżeli rozda społeczeństwu część budżetu oraz zainwestuje w odpowiednie wycieki i podsłuchy, mając wielką kasę z okradzenia biedaków w jakimś niby-banku.. To też można nazwać "sukcesem" i mieć pretensję do Platformy że na to nie wpadła...p i e r w s z a... A co dalej ? Ano trzeba jeszcze zmienić konstytucję i zrobić z Polski nie tyle PRL-bis, co Koreę-bis, bo co by tam o PRL nie mówić, to oni jednak z opinią społeczną liczyli się więcej niż nasi obecni "rewolucjoniści"... Niedługo będą musieli zabrać ludziom więcej niż dali...d o d r u k i e m... pieniędzy, Już złotówka i giełda zaczynają "pikować"...A ich ekonomiczne oceny mają taką samą wartość jak "prawne" oceny Ziobry...Za rok dwa, ludzie zobaczą jak zostali oszukani, nie pomogą kolejne rzucane im ochłapy, bo aby je rzucać, (na co liczy prezes) najpierw trzeba mieć z czego.... Ludzie którzy z idiotycznej katastrofy lotniczej (z powodu lądowania w gęstej mgle) potrafili zrobić „ZAMACH”…Właśnie zabierają się za budowę "nowej sprawiedliwej Polski"...z dokładnie TYM SAMYM APARATEM INTELEKTUALNYM, co już dobitnie widać po...j e d n y m...miesiącu władzy... Mieli wszystkie karty w ręku i "przeputali" je głupim mściwym fanatyzmem...Nie sądzę aby do następnych wyborów doczekali aż za cztery lata BO ARYTMETYKA, FIZYKA, CHEMIA I EKONOMIA na to nie pozwolą...I łganie w żywe oczy społeczeństwa również... To był twój największy błąd w życiu prezesie, bo w obalaniu uzurpatorów Polska ma już pewną… w p r a w ę…

  • vanlig

    Oceniono 69 razy 57

    Czy na pewno wszyscy katolicy pamiętają jeszcze, kto to był Jezus Chrystus?

  • stanislaw.sk

    Oceniono 57 razy 53

    w Boże Narodzenie AD 2015 telewizyjnej transmisji mszy świętej o 7:00 da chorych NIE MA. natomiast wypowiedzi abp Guzdeckiego, Gądeckiego ("potrzebna jest nasza ogromna modlitwa w intencji pokoju w naszej ojczyźnie") Dziwisza, Głódzia, prymasa Polaka i jak zawsze dyrektora Rydzyka na tematy polityczne jest do upojenia - ale - jakby co - to w/w i kościół do do polityki się nie mieszają. Nie wiadomo, czy Pan Bóg już przywrócił nam wolność i ziścił wołania PiSu z miesięcznic, teraz jeszcze ma być "pokój", bo ten powstały w 1945 r. to ściema chyba. A jak słyszymy to, co się dzieje w Sejmie cy Senacie przeważnie nocą, to tam pokoju i odpuszczenia grzechów nigdy nie będzie mimo wspólnego dzielenia się opłatkiem z udziałem biskupów.
    Rationem reddent Episcopi, consolabitur nos!

  • ciemnyluddd

    Oceniono 50 razy 44

    Właśnie pan Prezydent z Małżonką złożyli nam w telewizji Życzenia Noworoczne...Wobec ich...o s t a t n i e g o ..."prezentu" pod choinką w każdym polskim domu...WYGLĄDAŁO TO NA SZCZEGÓLNIE BEZCZELNĄ IRONIĘ...

  • lodzermensz1

    Oceniono 52 razy 44

    Jezus rzeczywiście miałby przechlapane w Polsce.
    Tak jak miał przechlapane w starożytnej Palestynie.
    Wtedy łazili za nim faryzeusze* i zastawiali pułapki. Dzisiaj łaziliby za nim prawdziwi katolicy, by na czymś go złapać... Albo nie... Nie łaziliby za nim. O ile faryzeusze wykonywali jakąś intelektualną pracę, by zastawić na Jezusa słowne pułapki, to nasi współcześni faryzeusze nie musieliby z nim nawet rozmawiać. Opublikowali by po prostu zjadliwe teksty w swojej prasie, na swoich portalach oraz obsypali inwektywami w swojej telewizji.
    Nie wiem tylko jak w obecnym stanie prawnym załatwili by kwestię ukrzyżowania, ale na pewno coś by wymyślili.
    *) Faryzeusz - członek stronnictwa religijnego w starożytnej Palestynie. Faryzeusze skrupulatnie przestrzegali Tory - prawa Mojżeszowego i uważani byli powszechnie za niezwykle pobożnych ludzi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX