"Je suis en terrasse" (fr. dosłownie: Jestem na tarasie; także: Siedzę w kawiarni / w kawiarnianym ogródku) - po zamachach ta deklaracja pojawiła się w wielu miejscach publicznych jako przejaw niezgody na terror i zastraszanie mieszkańców Paryża (fot. Ana Brzezińska)

reportaż

Żałoba w mieście świateł. Mieszkańcy Paryża o tym, jak zamachy wpłynęły na ich życie

Nie zostali "rzuceni na kolana", nie "paraliżuje ich strach", nie "boją się wyjść po bagietkę" - jak o mieszkańcach Paryża donosiły media. Tym, co faktycznie łączy paryżan po listopadowych zamachach, jest przekonanie, że to nie koniec. Że wojna dopiero się zaczyna. Będzie trwała latami. I będzie zupełnie inna niż poprzednie.

Dzieci uczęszczające do niewielkiej szkoły podstawowej oddalonej o kilkaset metrów od zaatakowanej przez terrorystów paryskiej kawiarni Le Carillon mówią w sumie 54 językami. Ich rodzice, po odprowadzeniu córek i synów na lekcje, codziennie spotykali się w lokalu, który algierska rodzina Amokrane prowadzi od czterdziestu lat. Syn właścicieli Le Carillon, Ali, jest lekarzem w pobliskim szpitalu. Pracuje na ostrym dyżurze. Był w budynku, gdy w piątkowy wieczór zamachowcy zaczęli strzelać do gości. Natychmiast zbiegł z piętra na parter, żeby udzielić pomocy rannym i umierającym.

W wywiadzie dla TF1 powie później, że to nie było ratownictwo medyczne, lecz procedura wojenna. Podobnie mówi Margaux, która pracuje i mieszka dwie ulice dalej: - Jesteśmy w stanie wojny. Od dawna. Ale teraz po raz pierwszy widzimy, co to naprawdę znaczy. Czym jest wojna, którą dotychczas fundowaliśmy innym. Wojna przyszła do nas.

A więc...

Wojna - to słowo najczęściej pada z ust mieszkańców X dzielnicy Paryża. Kiedy z nimi rozmawiam, wydają się kimś więcej niż świadkami wypadków. Są żywymi urządzeniami rejestrującymi szok i ból po atakach na okoliczne lokale: Le Carillon, klub Bataclan i restaurację Petit Cambodge. Dzień po atakach w swoich mieszkaniach ukrywali ludzi, którzy uciekli z demonstracji na placu Republiki po tym, jak wystraszyła ich pękająca żarówka. Manifestujący w panice szturmowali pobliskie kamienice, szukając schronienia przed potencjalnym atakiem.

Le Carillon po zamachach. Pod zaatakowaną kawiarnią wciąż palą się światła a przechodnie składają kwiaty (fot. Ana Brzezińska)Le Carillon po zamachach. Przed zaatakowaną kawiarnią wciąż palą się światła a przechodnie składają kwiaty (fot. Ana Brzezińska)

Tania od kilkunastu lat mieszka w X dzielnicy. W Carillon codziennie piła pierwszą kawę: - Zapadał zmrok. Przez okno zauważyłam falę ludzi, płynącą od strony placu. Zaczął dzwonić domofon. Otworzyłam drzwi. W naszym salonie znalazło się około pięćdziesięciu osób. Zgasiliśmy światło i czekaliśmy na wiadomości. W końcu ludzie zaczęli się rozchodzić, ale wielu wracało, bo w pośpiechu zapominali torebek, kasków i masy innych rzeczy.

Znajomi Tani z dzielnicy wymieniają się opowieściami o tym, ile minut lub sekund zadecydowało o tym, że podczas strzelaniny znaleźli się w innym miejscu niż ci, którzy mieli mniej szczęścia. Mechanizm decydujący o tym, kto zginął, a kto przeżył, wydaje się najbardziej intrygującą, a zarazem najbardziej nieznośną tajemnicą zdarzeń z 13 listopada. On również sprawia, że przechadzanie się po Paryżu bez strachu graniczy z niemożliwością. Nigdy nie dowiemy się, czy miał on wpływ na decyzję jednego z ocaleńców z Bataclan, który kilka dni po tym, jak uszedł śmierci w zamachach, popełnił samobójstwo. Wiadomość, że chłopak odebrał sobie życie, przyniósł z pracy mąż Tani.

Ciszej nad tą trumną

Okolica kanału Saint-Martin jest pełna znaków solidarności. Mural „Fluctuat nec mergitur”, rysunki na witrynach sklepowych, kartki przylepione do szyb taśmą klejącą wzywają do stawiania oporu złu. Czuć w nich jednak gorycz bezradności i lekceważenie ze strony adresata. Inaczej jest na miejscu zamachów. Kwiaty, świece, listy, koszulki, plakaty, których z czasem ubyło na tyle, że rue Bichat znów stała się przejezdna, świadczą o cichym, lecz serdecznym współczuciu tych, którzy je zostawili. Dziennikarze wrócili do domów, paryżanie do swoich spraw. Wokół zamkniętych lokali, noszących ślady po kulach, życie toczy się bez hałasu. Nad nimi, między oknami kamienic, przez całą szerokość skrzyżowania mieszkańcy rozpięli kolorowe, furkoczące girlandy. Mają być znakiem siły i wdzięczności za wsparcie. Jednak z legendarnej wesołości Paryża nie pozostało wiele.

"Fluctuat nec mergitur" (łac. Rzuca nim fala, ale nie tonie) - dewiza Paryża ozdabia okna i witryny X dzielnicy(fot. Ana Brzezińska)

Ludzie są nadal dla siebie uprzejmi, chodzą po zakupy i jeżdżą do pracy, ale ulice są ponure, kawiarnie na wpół głuche, a nocne pokrzykiwania podpitych przechodniów wydają się histeryczne. Nie ma to jednak nic wspólnego z uproszczonymi relacjami telewizyjnymi z placu Republiki: Francuzi nie zostali „rzuceni na kolana”, nie „paraliżuje ich strach”, nie „boją się wyjść po bagietkę”. W żałobie można zachować godność, ale nie sposób generować na zamówienie pustych gestów brawury czy wybuchów radości.

Wszyscy na Front

Jednak powód do radości znalazł się szybciej, niż się spodziewano. Miesiąc po zamachach, w drugiej turze wyborów regionalnych, nieformalnej koalicji republikanów i lewicy udało się powstrzymać skrajnie prawicowy Front Narodowy. W ich zwycięstwie nie było nic oczywistego, bowiem w pierwszej turze wyborów antysystemowa formacja Marine Le Pen zdobyła przewagę w aż sześciu regionach z trzynastu na kontynencie.

- Zamachy w Paryżu sprawiły, że notowania Frontu Narodowego skoczyły - tłumaczy Margaux. Wychowana w świadomej politycznie rodzinie absolwentka ekonomii sytuację ocenia chłodno i racjonalnie. Wie, że gdy panika idzie w parze z niewiedzą, o przewrót nietrudno. - Politycy lewicy popełnili wiele błędów, ale po atakach poparcie dla narodowców wyraźnie wzrosło - ocenia. Dlatego między pierwszą a drugą turą wyborów centroprawicowe ugrupowanie republikanów (Sarkozy) i zjednoczona lewica (Hollande) zdecydowały się na bezprecedensową współpracę. Niespełna tydzień później, podczas wieczoru wyborczego, premier Manuel Valls dziękował wyborcom lewicy za to, że w ramach solidarnej walki z Frontem Narodowym „oddali” głosy republikanom. Formacja Marine Le Pen nie zdobyła w drugiej turze ani jednego regionu. Nikt nie ukrywał radości: mobilizacja „ponad podziałami” przyniosła rezultaty.

Marine Le Pen, liderka Frontu Narodowego, po udanej pierwszej turze wyborów regionalnych, ostatecznie została pokonana (fot. Yves Herman / Reuters)Marine Le Pen, liderka Frontu Narodowego, po udanej pierwszej turze wyborów regionalnych, ostatecznie została pokonana (fot. Yves Herman / Reuters)

Swoistym efektem ubocznym wyników głosowania było to, że pierwszy raz od zamachów Francuzi znów mogli się cieszyć. Wraz z nimi cieszyła się spora część Europejczyków, którzy nie zgadzają się na forsowanie krzywdzących, populistycznych haseł i dostrzegają wartość w żmudnym budowaniu wspólnoty opartej na wzajemnym szacunku, zaufaniu i przyzwoleniu na wolność.

Lęk i odwaga

Siedzimy z Margaux w ogródku kawiarni w pobliżu ruchliwego skrzyżowania. Jest piątkowy wieczór, lecz moja rozmówczyni pije herbatę; od zamachów nie może pozbyć się bólu żołądka. Mimo wysokiego poziomu stresu rozróżnia strach od lęku. - Paradoksalnie im dalej od epicentrum, tym bardziej ludzie się boją - stwierdza. - Tutaj, w naszej dzielnicy, nie widać niechęci wobec imigrantów - częściej pojawia się tam, gdzie ludzie nie rozumieją, co się stało.

Inaczej na sprawy patrzy Tania. - Po zamachach stałam się podejrzliwa, nieufna. I nie podoba mi się to. Zawsze byłam przeciwniczką dyskryminacji rasowej, a teraz, gdy widzę młodego chłopaka ze Wschodu, patrzę na niego inaczej. Wszędzie rozglądam się, jakbym pracowała w policji.

Tego typu rozterki sprawiają, że wiele osób nie wie, jak oceniać działania władzy. Część twierdzi, że trzymiesięczny stan wyjątkowy to przesada, inni uważają, że należy wzmocnić ochronę kolejnych punktów w miastach - na przykład szkół. Zamachowcy wybierają cele cywilne, słabo chronione, w których toczy się życie w jego najbardziej codziennych odsłonach. Okrucieństwo przywódców grup terrorystycznych polega na tym, że do miejsc, w których żyją zwykli ludzie, wysyłają innych zwykłych ludzi, którzy pod wpływem manipulacji mordują przypadkowo wybrane osoby. Uderzają w elementarne poczucie bezpieczeństwa obywateli bez względu na zawód, rasę czy wyznanie. Nie oszczędzają kobiet ani dzieci - wszak dziećmi posługują się, żeby zabijać dorosłych. Ponadto w odezwie opublikowanej niedawno w magazynie „Dar al-Islam” członkowie tak zwanego Państwa Islamskiego wezwali do mordowania nauczycieli. Radykałowie twierdzą, że świecka francuska edukacja odciąga islamskie dzieci od ich rodzin i kalifatu. Podejrzliwość wobec muzułmanów pojawia się w rozmowach, chociaż rzadko - większość Francuzów zdaje sobie sprawę z tego, że przynależność etniczna lub religijna nie czyni terrorysty. Dobrze wiedzą o tym mieszkańcy X dzielnicy, którzy opłakując swoich sąsiadów i kolegów, opłakują też symbol integracji, jakim był Le Carillon.

Obszar, który zaatakowali terroryści, należy do mikrospołeczności, w której swoje miejsce znaleźli ludzie wielu ras, narodowości i wyznań. Znali się, jadali ze sobą, opiekowali się swoimi dziećmi i pili razem wino. Byli wśród nich Francuzi, Polacy i Szwedzi, Europejczycy i Azjaci, czarni, żółci i biali, Żydzi i muzułmanie, ateiści i katolicy, ludzie obu płci, w dowolnym wieku. Tak zwana „polityka multi-kulti”, chętnie wykpiwana przez polskich komentatorów, którą tak łatwo, patrząc z daleka, obarczyć odpowiedzialnością za złożoną i wielopiętrową tragedię, to w istocie sukces wielu pokoleń ludzi, którym udało się zbudować świat godny podziwu - inspirujący, wolny i odważny. To, że został on dźgnięty w samo serce przez grupę cynicznych radykałów, nie powinno stać się pretekstem do zadawania mu kolejnych ciosów pod pozorem troski o własne, egoistycznie pojmowane dobro.

Plac Republiki. Mieszkańcy Paryża zaczęli gromadzić się pod pomnikiem w dzień po zamachach (fot. Ana Brzezińska)Plac Republiki. Mieszkańcy Paryża zaczęli gromadzić się pod pomnikiem w dzień po zamachach (fot. Ana Brzezińska)

Od „Je suis Charlie” do „Je suis Paris”

Zamachy w Paryżu nie były pierwszym aktem przemocy, który w tym roku wstrząsnął Francją. W styczniu doszło do masakry w redakcji satyrycznego periodyku „Charlie Hebdo”. Zginęło wtedy dwanaście osób, jedenaście zostało rannych. Związani z Al-Qaedą zamachowcy weszli do budynku i zamordowali autorów pracujących w „Charlie Hebdo”, gazecie, która nie waha się wyśmiewać gwiazd, polityków ani przywódców religijnych. Dwa dni później doszło do ataku na sklep koszerny. W czerwcu podejrzany o terroryzm mężczyzna, który pozostawał pod obserwacją służb specjalnych, zaatakował swojego pracodawcę, odciął mu głowę, a następnie, pokrytą arabskimi napisami, wbił na ogrodzenie. W sierpniu dwóch amerykańskich żołnierzy powstrzymało zamachowca, który uzbrojony po zęby zamierzał otworzyć ogień do pasażerów pociągu kursującego na linii Amsterdam - Paryż. Skład przewoził tego dnia ponad 540 osób. Gdyby nie przypadkowa obecność na pokładzie przeszkolonych funkcjonariuszy, mogłoby dojść do dramatycznego rozwoju wydarzeń.

Po styczniowym ataku na redakcję Po styczniowym ataku na redakcję "Charlie Hebdo" laicka, otwarta Francja otrzymała kolejny cios (fot. Christopher Ena / AP Photo / Agencja Gazeta)

Jak słusznie zauważa Romain, który pracuje w pobliżu Saint-Denis, podparyskiej dzielnicy, w której doszło do obławy na zamachowca z Bataclan: - O wielu udaremnionych atakach nawet nie wiemy. Służby nie informują opinii publicznej o tym, co mogło się wydarzyć. Niedawno zatrzymano mężczyznę, który ukrywał w bagażniku arsenał broni palnej, tłumacząc, że właśnie znalazł ładunek i wiózł go na policję. Nie chcę nawet myśleć, co byłoby, gdyby go nie zatrzymali. Gdy trwała poranna akcja w Saint-Denis, Romain właśnie jechał do pracy. Wycieńczony wiadomościami o atakach, nie słuchał tego dnia radia, ani nie oglądał telewizji. Pod bramą odebrał telefon od kolegi, który spytał, czy wybiera się do pracy. Ci, którzy wiedzieli, że w pobliżu trwa obława, tego ranka nie wyszli z domów. Romain jako jedyny przyjechał na miejsce, gdzie - ku jego zaskoczeniu - nikt nie zatroszczył się o dodatkowe środki bezpieczeństwa. Brama do budynku była, jak zwykle, otwarta na oścież. - Każdy mógł wejść do środka. Gdyby zamachowiec tędy uciekał przed policją, z łatwością dostałby się do naszego biura.

Mimo napiętej sytuacji po zamachach żaden z moich rozmówców nie zmienił swoich zwyczajów, nie unika pracy ani codziennych obowiązków. Wszyscy jeżdżą metrem, chodzą do kawiarni i odbierają dzieci ze szkół. To, że należało sobie pomagać w trudnych chwilach, i że należy robić to zawsze, gdy ktoś potrzebuje wsparcia, jest dla nich oczywiste. W zgwałconym mieście nie spotkałam ani jednego bohatera, ani jednej ofiary. Nikt w Paryżu nie chełpi się tym, co zrobił, ani nie skarży na to, co go spotkało.

Powstaniemy

To, że w kontekście brutalnych ataków na cywilną ludność stolicy kraju francuskie społeczeństwo zachowało się solidarnie i odpowiedzialnie, a następnie poszło głosować (frekwencja sięgała 60 procent) przeciwko obozowi narodowemu, który na strachu zbija kapitał polityczny, świadczy o tym, jak potężny jest kulturowy fundament Republiki. Jak wiele empatii i rozsądku wlano w serca Francuzów przez dziesiątki lat budowy świeckiego, otwartego, równościowego państwa.

"Dla Amelii, która przeżyła, i jej przyjaciółki, której nigdy nie poznam - Francois". Jedna z wielu kartek pozostawionych pod Le Carillon (fot. Ana Brzezińska)

Dwa dni po zamachach w Paryżu w dzienniku „Libération” ukazał się manifest, który otwierają następujące słowa: Opłaczemy naszych zmarłych. Damy sobie czas, żeby w pełni przeżyć to, co ośmieliliście się nam zrobić. A potem zaczniemy żyć jak dawniej: ranni powstaniemy, wzmocnieni przekonaniem, że nigdy nie odbierzecie nam tego, kim jesteśmy. (...) Z daleka oddamy hołd Republice, na placu jej imienia, pod jej posągiem, tam, gdzie stary księżyc oświetla nowy dzień, gdzie nadal palą się świece dla naszych kolegów z Charlie [Hebdo], których zamordowaliście w styczniu. I chociaż jesteśmy skłonni wiele [wam] wybaczyć, nigdy [wam] tego nie zapomnimy. (...) Pamiętając o ofiarach przeszytych kulami, wrócimy do Bataclan słuchać rocka, pójdziemy na krewetki do Petit Cambodge, zetniemy głowę teokracji, tak jak ścięliśmy łeb monarchii absolutnej, która utonęła we krwi.

Od czasu największej tragedii, jaka dotknęła Francję po drugiej wojnie światowej, jej obywatele co najmniej dwukrotnie udowodnili, że wartości liberté, égalité, fraternité, które od XVIII wieku niosą na sztandarach, są bardziej niż aktualne. Zapowiedzieli ich obronę i dotrzymali słowa. Przynajmniej na razie.

 

Ana Brzezińska. Reżyser i producent, pasjonuje się nowymi mediami i piłką nożną, o czym informuje na Twitterze jako @leni_lennox.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (108)
Zaloguj się
  • summer68

    Oceniono 254 razy 180

    Autorka tekstu, o ile nie dostała zlecenia na ten tekst, to jest zagubioną w realnym świecie, naiwną osóbką, która dostała do ręki poważny oręż, jakim jest możliwość pisania artykułów na poczytnym portalu. Takie banialuki można było łykać 10 lat temu. Teraz wiemy więcej o muzułmanach, już nie z opowiadań podróżników, tylko z newsów, z mediów, a często z bezpośrednich kontaktów. Jak długo można wypierać się prawdy: islam i muzułmanie to nasz (naszej cywilizacji) śmiertelny wróg.
    Fakt, że Francuzi jeżdżą metrem, odbierają dzieci ze szkół i kupują bagietki nie świadczy o ich ponadczasowych wartościach, tylko o tym że nie mają wyboru, bo jakoś trzeba żyć. Aha, na marginesie, wszystkie powyższe czynności wykonują pod czujnym okiem tysięcy policjantów, tajniaków i żołnierzy. "Liberté, égalité, fraternité" hi hi. Make peace not war! Hmm...co tam jeszcze...

  • tad_51

    Oceniono 228 razy 146

    "większość Francuzów zdaje sobie sprawę z tego, że przynależność etniczna lub religijna nie czyni terrorysty." - starałem się zmęczyć ten pseudointelektualny, pełen pomieszania, bełkot, ale dałem radę tylko do cytowanego powyżej fragmentu. Jakoś tak się od pewnego czasu składa, że terroryzmem w Europie parają się przedstawiciele jednej tylko religii, a nawet to co zrobił Brejvik jest z nią w związku. Ciekawe dlaczego? Krótko mówiąc: nie wszyscy muzułmanie to terroryści, ale nie jesteśmy w żaden sposób przewidzieć kiedy i który z nich rozpoczął już odliczanie do detonacji. A potem to już tylko smętne żale: taki to był miły chłopak, razem chodziliśmy do szkoły i graliśmy w piłkę, naprawdę nie wiem co mu się stało, że wysadził się razem ze 100. kolegami i koleżankami?

  • kermit.dolomit

    Oceniono 183 razy 97

    -Tato oni mają pistolety i nas zastrzelą
    -A my mamy kwiaty

    Mówiąc krótko Francuzi którzy nie głosują na Front Narodowy to pożyteczni idioci

  • krysob

    Oceniono 126 razy 96

    Tak naprawdę to powinniśmy podziękować muzułmańskim terrorystom. Dzięki nim do dużej części społeczeństwa dotarło czym jest islam. W UE muzułmanów jest 5% i sprawiają ogromne problemy . Co będzie gdy urosną do 20-30%? Europa wschodnia ma szanse przeciwstawić się ideologii multikulti. Powinniśmy solidarnie mówić NIE dla imigracji muzułmanów. A zachód? Niech się wali.

  • panzerfaust39

    Oceniono 146 razy 90

    Lewacko/liberalna Europa zakażona politpoprawnością i humanitaryzmem idzie w kierunku samozagłady

  • maly_zlosliwiec

    Oceniono 132 razy 82

    Jakie jest przesłanie tego artykułu ?
    Drogi dziennikarzu. Czy zdarzyło Ci się gołymi rękami walczyć z uzbrojonym napastnikiem ?
    A z dwoma ? Jest kapitalny film na YT. Wybitny aikidoka pokazuje, jak się bronić. Kłania się, następnie ...zwiewa, ile sił. Bo chyba pora sobie uświadomić, że nikt nas nie obroni.
    To pustosłowie i kpiny z bojących się ludzi, jest przerażające. Przyszłość rysowała się dobrze.
    Roboty, rozwój cywilizacji. Zakopmy Lema, bo to bzdury. Będą łzy, wojna i wzajemne pretensje. Bo zachodnia cywilizacja, nie musiała walczyć o przetrwanie jak wykpiona Polska. Oni po prostu nie wiedzą, jak to jest.

  • zarone

    Oceniono 181 razy 77

    Żałosne. Francuzi cieszą się, że powstrzymali Front Narodowy, jedyną partię mającą chęć zmiany rządzącego układu. Swoją drogą trzeba mieć nieźle zrypany mózg by nie widzieć absurdu i naruszenia zasad demokracji gdy FN mający aktualnie poparcie 40% wyborców nie zdobywa żadnego mandatu w samorządowych wyborach. Demokracja francuska to kpina z demokracji. Tam trzeba protestować i zakładać KOD-y. We Francji od lat rządzi układ.Wybory są dwuetapowe co pozwala na wyeliminowanie inaczej myślącego FN. W ostatnich wyborach do Zgromadzenia Narodowego FN miał 15% poparcie i zdobył aż 2 mandaty. Żenada.W Polsce w porównaniu z Francyją mamy prawdziwą demokrację nawet jak nie będzie TK .

  • lorusia5

    Oceniono 130 razy 72

    Europa zachodnia przegrywa wojnę, rezygnują z swojego stylu życia zamykają się w domach nie świętują na ulicach miasta. Miasta Paryż Bruksela Berlin Rzym pacyfikowane przez żołnierzy z długą bronią, czołgi na przedmieściach które w każdej chwili mogą być potrzebne.
    My w naszym kraju podobno już niedemokratycznym bawimy się w najlepsze na potężnych imprezach masowych otwartych dla wszystkich.
    Czyżby to KOD wyszedł protestować przeciwko braku demokracji?

  • kontonaspam44

    Oceniono 143 razy 65

    Wybiorcza juz od 1 stycznia sączy propagandę. Oby tak dalej Towarzysze!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX