Akcja 'Książki w pudle' ma na celu resocjalizację więźniów poprzez czytanie

Akcja 'Książki w pudle' ma na celu resocjalizację więźniów poprzez czytanie (fot. Fundacja Zmiana)

reportaż

Książki w pudle. ''O jakie proszą więźniowie z dożywociem? Żeby były grube i żeby śmierdziały''

W Strzelcach Opolskich co miesiąc pracownicy biblioteki przygotowują Top 10 polecanych książek wraz z recenzjami. Pierwsza trójka więziennych hitów to ostatnio: Stieg Larsson, Katarzyna Grochola i wszystko o Żołnierzach Wyklętych. - Czytelnictwo w całym kraju spada. U nas rośnie - chwali się pracownik zakładu karnego.

Kiedy mój kolega z redakcji wrócił do pracy po kilkudniowym pobycie w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce (gdzie trafił niespodziewanie w związku z nieodpracowanymi wcześniej błędami młodości), kroki skierował od razu w stronę regału z książkami. W redakcji zajmuje się grami, sportem i muzyką elektroniczną, więc wcześniej raczej nie zapuszczał się w te rejony naszego biura. Gdy po chwili przebierania wśród egzemplarzy recenzenckich i innych książek przysyłanych przez wydawnictwa wyczuł na sobie zdziwione spojrzenia, obrócił się w naszą stronę, wzruszył ramionami i powiedział: Chłopaki z celi bardzo prosiły, żeby im przysłać jakieś książki. Jakiekolwiek.

Okazuje się, że książki to w więzieniu chodliwy towar. Używa się ich klasycznie: do zrobienia podstawki pod telewizor. Albo mniej klasycznie: jako ciężarki do podjeżdżania (tak w więziennym żargonie nazywa się ćwiczenia fizyczne) lub do robienia peloszek (papierowych rurek, przez które przepuszcza się nitkę, żeby łatwiej było coś podać do celi niżej). Ale książki są też jednym z najtańszych i najskuteczniejszych narzędzi resocjalizacji.

Jak zostałem inżynierem

- Mam kolegę, który w więzieniu pisze. I to mu pomaga, ma swój świat, ma swój tryb funkcjonowania. I ma też dożywocie. W więzieniu musisz sobie znaleźć jakieś zajęcie. Jak nie znajdziesz, to zwariujesz - mówi Krzysiek Pawlik, który odsiaduje wyrok 25 lat za morderstwo. Zostało mu sześć. Do więzienia trafił, jak miał 19. Był wtedy w ostatniej klasie liceum. - My, zabójcy, przekroczyliśmy pewną granicę, której większość ludzi na świecie nie przekroczyła. I nie wolno się tego wypierać. Komuś, kto już raz zabił, to przyjdzie łatwiej. Żeby to zrozumieć i zaakceptować konsekwencje, trzeba wejść głęboko w siebie i przewartościować cały swój świat. Początki są trudne. Bardzo trudne. Zwłaszcza że masz 20 lat i jesteś głupi, a nie mądry - wspomina Krzysiek. - Ale w pewnym momencie trzeba jednak podjąć męską decyzję i dostosować swoje życie do warunków, w jakich się je spędza. Pogodzić się z sytuacją. Książki mogą pomóc.

Chłopaki z celi proszą o książki. Jakiekolwiek (fot. Fundacja Zmiana)Chłopaki z celi proszą o książki. Jakiekolwiek (fot. Fundacja Zmiana)

Krzyśkowi pomogła szkoła. W więzieniu skończył zawodówkę, liceum i wyższe studia inżynierskie na Wydziale Mechanicznym Uniwersytetu Technologiczno-Humanistycznego w Radomiu. Rozpoczęty w 2011 roku wspólny projekt Służby Więziennej i Politechniki Radomskiej (przekształconej później w Uniwersytet) umożliwiający osadzonym podjęcie wyższych studiów był pionierski na skalę europejską. Razem z Krzyśkiem dyplom odebrało 15 skazanych. Trzeba mieć świadomość, że przecież ci ludzie wyjdą kiedyś z więzienia. Chodziło o to, by wychodząc, mieli pomysł na życie i nie wracali do tego, co ich do więzienia sprowadziło - mówił wówczas podpułkownik Jacek Głuch, ówczesny dyrektor radomskiego zakładu karnego. Więźniowie dwa lata studiowali w więzieniu, półtora poza, bo niezbędne były zajęcia w laboratoriach.

- Jak studiować dziś bez komputera? - pytam Krzyśka.

- Normalnie. Długopis, kartka, książki.

Krzysiek na początku do nauki się nie rwał. - Bardzo wielu osadzonych wcale nie chce nic w swoim życiu zmieniać. Więźniowie nie pochodzą z Marsa. Pochodzą spośród nas. Was. Czy na wolności, czy w więzieniu ludzie nie lubią zmieniać swoich poglądów i przyzwyczajeń - mówi. To najczęściej wychowawcy typują tych, którzy ich zdaniem mają potencjał. Wytypowali Krzyśka, zgodził się dla zabicia czasu. Większość uczniów w jego klasie była z łapanki. Zaczęło 36, skończyło 12. Zanim zrobił maturę i poszedł na studia, Krzysiek skończył klasę elektromechaniki i budowlaną. Potem było dwuletnie liceum uzupełniające. - Do liceum już chciałem iść, bo dowiedziałem się, że Klaudia, córka mojej siostry, choruje na wodogłowie. Ubzdurałem sobie, że skończę liceum i pójdę na medycynę. I wymyślę jakiś lek.

Tyle że w międzyczasie Klaudia umarła i Krzysiek stracił całą motywację. Nauczyciele przepchnęli go jednak do drugiej klasy, a chłopaki z celi pilnowały, żeby nie odpuszczał. I wtedy pojawiła się nowa energia. Krzysiek się zakochał, ale o tym nie chce opowiadać publicznie, bo to już nie tylko jego historia. Od dwóch lat jest bowiem żonaty. Jego żona mieszka i pracuje w Radomiu, on odsiaduje wyrok w Warszawie, ale po latach dobrego sprawowania uzyskał status B3, co umożliwia mu m.in. pracę poza terenem zakładu karnego i wychodzenie na przepustki trzy razy w miesiącu: dwie 30-godzinne i jedna wielodniowa. - Mamy swój mały świat i pchamy to nasze szczęście do przodu - mówi Krzysiek. - Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość - odzywa się znad ekranu komputera Jurek, któremu do końca odsiadki zostały jeszcze trzy lata.

Więzień Adriatyku

Jerzy Ptaszyński tak jak Krzysiek siedzi nie „na zamku”, ale „na otworku”, więc może wychodzić poza więzienie. Obaj pracują w Fundacji Zmiana, w siedzibie której się spotykamy. Jurek przygotowuje właśnie fiszki z cytatami z „Lalki” na Narodowe Czytanie, w którym udział biorą także osadzeni z kilku zakładów karnych w całej Polsce. Z wyglądu rasowy zakapior po przejściach, z usposobienia filozof ironista o nienagannych manierach, z wyroku szef zorganizowanej grupy przestępczej, odsiaduje sześcioletni wyrok za przestępstwa gospodarcze.

- Machlojki, znaczy - mówi. - Wygenerowałem jedną z mniejszych afer gospodarczych. Ale system penitencjarny nie odróżnia, czy chodziło się z karabinem pod pachą, czy z fakturą. Przestępstwo zorganizowane to przestępstwo zorganizowane - tłumaczy mi cierpliwie.

Pan Jurek „robił biznesy”, ale gdy powinęła mu się noga, zamiast ogłosić bankructwo, zaczął kombinować.  - Myślałem, że jestem odważny, bo i w wojsku byłem, i konno od dziecka jeździłem, ale jak trzeba było się wykazać odwagą cywilną, to stchórzyłem - mówi. W więzieniu trafił do pojedynczej celi - dla jednych to luksus, dla innych największa kara. Miał ciszę, miał czajnik, czyli wszystko, co potrzebne do przeżycia. I pisania. Nie chciał marnować czasu, więc zaczął pisać książkę. - Już kończę. „Więzień Adriatyku” to się nazywa. Wcześniej napisałem kilka opowiadań, m.in. „Klątwę Odyseusza”.

Kręcenie spotu akcji Kręcenie spotu akcji "Książki w pudle" (fot. Fundacja Zmiana)

Swoją książkę o morzu i tak skończy dopiero po wyjściu, bo musi posprawdzać na mapach odległości, nazwy geograficzne, pisownię obcych słów, fakty i daty. Żeby śmiechu potem nie było. A z więzienia się nie da. - Piszę o ludziach, interesuje mnie człowiek, który egzystuje w trudnych sytuacjach. Sztormy są tylko scenerią, tworzą warunki do różnych zachowań, które się ujawniają w takich ekstremalnych sytuacjach - opowiada pan Jurek i bez cienia fałszywej skromności dodaje, że najlepszy opis sztormu to czytał u siebie. A o sztormach wie niejedno, oprócz trzech lat w Polskiej Marynarce Wojennej i siedmiu w Polskiej Żegludze Morskiej spędził na morzu jeszcze dodatkowe cztery - ukrywając się przed wymiarem sprawiedliwości. Pan Jurek pisanie traktuje jak swoją pracę. - Wstaję rano, apel, jedna kawa, druga, kilka papierosów i biorę się za robotę. I tak mi dzień schodzi szybciutko do wieczora. I następny. Więzienie uczy, że czas jest względny. Jak się nic nie dzieje, miesiąc wydaje się jak jeden dzień. Najgorsza jest zawsze ta chwila bieżąca, którą trzeba czymś wypełnić. Tkwiąc w bezczasie więzienia, przenosiłem się w wypełniony wydarzeniami świat mojej książki.

Siedem książek na głowę skazańca

- Co, oprócz zabicia czasu i doraźnej ucieczki, dają więźniom książki?

- To już jest bardzo dużo i to nie jest doraźne - odpowiada mi zdecydowanie Maria Dąbrowska-Majewska, drobna, energiczna prezeska Fundacji Zmiana, prowadzącej akcję „Książki w pudle” mającą na celu resocjalizację więźniów poprzez czytanie. - Resocjalizacja to jest wydział na uniwersytecie - mówi przekornie. - Janusz Karkocha, dyrektor więzienia we Wrocławiu, więziennik z 30-letnim stażem, na pytanie doktorantki, jak zakład karny przygotowuje osadzonych do wyjścia, zażartował: „No jak to jak? Oddajemy dowód, rzeczy z depozytu i odprowadzamy do bramy”. My tu w fundacji nic takiego nie robimy. To są tak proste rzeczy, że nikomu do głowy nawet nie przychodzi, że ktoś je robi. Zbieramy książki, dostarczamy do więzień, gadamy o nich z osadzonymi. No nic takiego!

W prawym rogu Maria Dąbrowska-Majewska. Więźniowie pragną być anonimowi (fot. Fundacja Zmiana)W prawym rogu Maria Dąbrowska-Majewska. Więźniowie pragną być anonimowi (fot. Fundacja Zmiana)

O tym, że książka może być przydatnym narzędziem w resocjalizacji, pani Maria przekonała się podczas pisania projektu „Powrót na prostą”, który w ramach unijnych funduszy na readaptację społeczną ludzi w trudnych życiowych sytuacjach skierowany był do więźniów z ponad 15-letnim wyrokiem. - Wtedy się zorientowałam, że nigdzie się tyle nie czyta, co w więzieniu. Nigdzie tak jak w zakładzie karnym nie widać, że czytanie jest awansem do wyższej grupy. Ci, którzy czytają, czują się lepsi. Chcą być lepsi.

Podobnego zdania jest m.in. Maciej Białas z Zakładu Karnego w Strzelcach Opolskich. Zgodnie z zarządzeniem resortowym nr 32/08 dotyczącym służb penitencjarnych - informuje mnie rzeczowym tonem - jego stanowisko łączy trzy funkcje: wychowawca do spraw biblioteki, wychowawca do spraw kulturalno-oświatowych i wychowawca do spraw sportu. W polskich zakładach karnych na jednego wychowawcę przypada ponad 100 osadzonych, a z powodu braków kadrowych i oszczędności resortowych jeden wychowawca łączy nieraz kilka stanowisk. Efekt jest taki, że bardzo wiele działań wychowawczych i resocjalizacyjnych odbywa się jedynie na papierze. (Jurek Ptaszyński brał udział w siedmiu różnych programach - tak przynajmniej wynika z jego akt, bo o żadnym nie wiedział.)

- Najważniejszym - po pracy - elementem działań penitencjarnych jest oświata - tłumaczy mi Maciej Białas. W Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich (na warunki polskie dużym, bo liczącym około 1000 skazanych) do niedawna działała szkoła, ale w 2011 roku ją zamknięto. Kursów edukacyjnych i zawodowych też jest niewiele, bo za dużo kosztują. Została biblioteka. Teoretycznie każdy zakład karny ma obowiązek jej prowadzenia, a na jednego osadzonego powinno przypadać siedem książek. Lepiej nie mówić, jak to wygląda w praktyce. - Nie jesteśmy zamożnym krajem, więc i Służba Więzienna nie jest zamożna. A najłatwiej zrezygnować z kultury - mówi Białas. - Na szczęście mamy wsparcie takich inicjatyw jak Biblioteka Sąsiedzka.

Maria od książek

Biblioteka Sąsiedzka - działająca w podwórku starej kamienicy na warszawskiej Pradze, w malutkim, pozbawionym okien lokalu po hurtowni lodów, który przez ostatnich kilkanaście lat stał pusty - to kolejna inicjatywa prowadzona przez Marię Dąbrowską-Majewską z Fundacji Zmiana. Służy jako lokalny klubik spotkań i osiedlowa wypożyczalnia (z tą różnicą, że zwroty nie są obowiązkowe), ale przede wszystkim jako centrum dowodzenia akcji „Książki w pudle”. - Jak się okazało, że to działa, że zakłady karne bardzo potrzebują książek, a my bardzo sprawnie je dostarczamy, napisałam do Biblioteki Narodowej i do Centralnego Zarządu Służby Więziennej z prośbą o patronat. Takie błogosławieństwo - tłumaczy.

Dziś program ma wsparcie Fundacji Batorego, patronat Kancelarii Prezydenta RP (a przynajmniej miał go za kadencji Bronisława Komorowskiego), Centralnego Zarządu Służby Więziennej, Ministerstwa Edukacji Narodowej i Biblioteki Narodowej. Książki pomagają zbierać też m.in. kibice Legii, z którymi Zmiana współpracuje od dwóch lat. Pod hasłem „Dla naszych braci po drugiej stronie krat” przekazali fundacji już ponad 20 tysięcy książek.

Kręcenie spotu akcji Kręcenie spotu akcji "Książki w pudle" (fot. Fundacja Zmiana)

- Zdarza się, że dostaję od pani Marii książki typu harlekiny - opowiada kapitan Białas. - Nie przyjmuję ich na stan, bo biblioteki w żaden sposób nie wzbogacą. Zostawiam je więc w wolnym dostępie i często się zdarza, że osadzeni, nawet ci cieszący się wśród współwięźniów dużą estymą, biorą je sobie ukradkiem do poczytania. Bardzo wielu osadzonych to ludzie, którzy w swoim życiu nie zaznali miłości, zwłaszcza miłości romantycznej. A temat miłości romantycznej jest w harlekinach, zdaje się, często poruszany.

Kapitan Białas bibliotekę więzienną prowadzi od 2004 roku. Ta w Strzelcach Opolskich liczy 20 000 woluminów. Oddzielny jest księgozbiór dla funkcjonariuszy, oddzielny dla osadzonych. W tym dla osadzonych dominują pozycje historyczne, sensacyjne i prawne. Niektórzy więźniowie ze znajomości prawa dobrze w więzieniu żyją: piszą innym odwołania, pisma procesowe, udzielają porad. - Jeśli jakiegoś kodeksu czy ustawy w bibliotece więziennej brakuje, ściągamy z internetu, zapisujemy na dyskietce i wprowadzamy do bibliotecznego komputera. Ostatnio osadzony poprosił o przygotowanie mu ustawy dotyczącej możliwości zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. Wraz z formularzem - opowiada kapitan Białas.

Zgodnie z przepisami Ministerstwa Kultury do obowiązków bibliotek, także tych więziennych, należy też promocja czytelnictwa. W Strzelcach Opolskich co miesiąc pracownicy biblioteki przygotowują Top 10 polecanych książek wraz z recenzjami. Pierwsza trójka więziennych hitów to ostatnio: Stieg Larsson, Katarzyna Grochola i wszystko o Żołnierzach Wyklętych. - Czytelnictwo w całym kraju spada. U mnie rośnie - chwali się Maciej Białas.

Żeby były grube i żeby śmierdziały

Potwierdza to publikacja „Książki nie dzielą. Raport o czytelnictwie w polskich zakładach karnych” przygotowana na zamówienie Fundacji Zmiana. Z badań przeprowadzonych w sześciu zakładach karnych (m.in. w Warszawie, Hajnówce, Płocku) w grupie 243 więźniów wynika, że 2/3 osadzonych czyta częściej niż na wolności. Podczas gdy w 2014 roku ponad połowa respondentów sondażu prowadzonego przez TNS dla Biblioteki Narodowej odpowiedziała, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy w ogóle nie przeczytała żadnej książki (58,3%), tutaj podobna liczba (62%) zadeklarowała, że czyta przynajmniej raz w miesiącu. (42% czyta prawie codziennie).

- Nawet jeśli są to tylko deklaracje, raport pokazuje, że więźniowie przykładają dużą wagę do czytania - tłumaczy mi pani Maria. - Książka jako najbardziej powszechny, najprostszy i najtańszy sposób podjęcia dialogu i uczestnictwa w kulturze jest medium, poprzez które można rozbudzić aspiracje kulturalne osadzonych.

Szymon Majewski jako jedyna znana osoba zgodził się długofalowo wspierać akcję Szymon Majewski jako jedyna znana osoba zgodził się długofalowo wspierać akcję "Książki w pudle" (fot. Fundacja Zmiana)

Zanim powstała ostateczna wersja kwestionariusza wypełnianego przez osadzonych, był on wielokrotnie zmieniany, żeby pytania były zrozumiałe. - Na przykład Kraszewskiego nikt nie traktował jako literatury pięknej. Ludzie czytali „Trylogię” jako literaturę faktu, a Szekspira klasyfikowali jako kryminał. Jeżeli coś im się bardzo podoba, to kategoryzowali to jako literaturę piękną - wylicza Dąbrowska-Majewska. - Ludzie nie potrafią nazwać książek. Tak się obniżył poziom edukacji. Gimnazjum uczy przede wszystkim tego, jak skończyć gimnazjum. Z raportu wynika też, jak bardzo zmniejszyły się możliwości dotarcia do kultury. Oczywiście, są wydawnictwa, są festiwale, ale poza nawias wyrzucono ludzi, którzy nigdy nie czytali. Nie staramy się w żaden sposób ich wciągnąć w krąg czytelników. Marginalizujemy w ten sposób bardzo wiele osób.

Raport miał też na celu ustalenie preferencji książkowych osadzonych i wynika z niego, że potrzeby czytelnicze to tzw. wielka literatura, a nie nowości i nie literatura popularna. - Ludzie potrzebują czytać mądre książki. Żeby były grube i żeby były wielotomowe. Żeby dały możliwość głębszego wejścia, przeżycia czyjegoś życia. To ważne zwłaszcza dla tych, którzy mają długie wyroki - mówi pani Maria, która zdecydowała się niedawno rozszerzyć akcję o skazanych na dożywocie. - Praca z takimi ludźmi jest potwornie trudna. Ale będziemy robić spotkania i rozmawiać o książkach. O poszukiwaniu własnej historii, korzeni. Chcę pracować nad godnością wynikającą z tożsamości kulturowej, czyli nie nad tym, dlaczego siedzę i dlaczego zabiłem, tylko co jest dobrego w moim życiu - opowiada. - O jakie książki proszą więźniowie z dożywociem? Żeby były grube i żeby śmierdziały.

Wśród najczęściej czytanych książek więźniowie wymieniają te, które uczą praktycznych umiejętności (naprawa samochodów, nauka języków obcych, książki kulinarne) - żeby nie marnować czasu spędzonego w więzieniu. - W cenie są książki o zdrowym żywieniu i poradniki. Więzienie to w życiu wielu ludzi jedyny czas, kiedy mogą się czemuś poświęcić, rozwijać jakieś zainteresowania - komentuje pani Maria.

Ankietowani zostali także poproszeni o wskazanie przeszkód, jakie uniemożliwiają im czytanie. Mężczyźni wymieniali głównie trudności techniczne (brak lampki, brak ciszy, brak czasu), kobiety natomiast mówiły o „gonitwie myśli”, „niemożności skupienia się”, „problemach życiowych”. - Dla wielu kobiet więzienie to sytuacja odnalezienia się w roli matki Polki: po raz pierwszy zaczynają myśleć o dzieciach, rodzinie i co dalej. Stąd ten natłok myśli. Bo kobieta, która trafia do więzienia mając dwadzieścia kilka lat i wychodzi mając czterdzieści kilka, już raczej dzieci nie urodzi - tłumaczy Maria Dąbrowska-Majewska. Najczęściej wymienianą w raporcie przyczyną trudności w czytaniu była jednak źle wyposażona biblioteka, choć interpretacje złego wyposażenia były różne (Z całym szacunkiem, ale 99 procent książek to jakieś cwele z czasów komuny). - Siedziałem na tej Białołęce trzy lata i nie spotkałem się z czymś takim, jak trudności z czytaniem. Jak ktoś chce, to czyta - wtrąca pan Jurek znad ekranu z fiszkami z „Lalki”.

Gdy więzień mówi: „dobranoc”

Wszyscy moi rozmówcy zgodnie twierdzą, że najważniejsze dla skutecznej resocjalizacji są więzi rodzinne - jeśli więzień ma do kogo wrócić, jest dużo większa szansa, że nie znajdzie się ponownie w więzieniu. A w podtrzymywaniu i wzmacnianiu tych więzi książki również okazują się bardzo cennym narzędziem. - Kiedy rodziny przychodzą w odwiedziny, skazani chcieliby coś maluchom poczytać. Książki dla dzieci dostarczamy też na prezenty. Bo co można z więzienia wysłać na Dzień Dziecka lub urodziny? - mówi pani Maria. Ale wpływ książek w pudle może wykraczać daleko poza więzienne mury. Przykładem akcja prowadzona przez inną fundację zajmującą się resocjalizacją.

- Wchodzimy do więzienia, tam już czeka na nas grupa kilku lub kilkunastu mężczyzn wybranych przez wychowawcę. Rozdajemy im książki, pomagamy wybrać bajkę. Siadamy w kółku i czytamy fragmenty na głos. I tu pojawiają się pierwsze trudności, bo głośne czytanie nie jest łatwe. Zwłaszcza gdy przy kolegach z celi czyta się bajkę o króliczku. I jeszcze nieśmiało próbuje się udawać głos tego króliczka - opowiada mi Krysia Zielińska, 23-letnia studentka psychologii, która w Fundacji Sławek pracuje przy projekcie „Poczytaj mi”. - To jest sztuka czytać dziecku na głos, zwłaszcza jak nie widzi się dziecka, nie siedzi się z nim w ciepłym pokoju, tylko w więzieniu - dodaje.

Nagrania robi się już pojedynczo, nie przy kolegach. Więźniowie najpierw proszeni są o krótką dedykację dla dziecka - żeby wiedziało, że to dla niego od taty. Potem czytają bajkę, a na koniec najtrudniejsze: mają powiedzieć coś od siebie. - Często siedzimy długo w ciszy, ale to jest najważniejszy moment. Zwykle w końcu padają słowa o tym, że tata tęskni i że niedługo się spotkają - opowiada Krystyna. - Jeszcze więcej emocji jest w kobiecych więzieniach. Siedzą te kobiety w kółku z książeczkami dla dzieci w rękach i wszystkie ryczą. I więźniarki, i wolontariuszki. I nic się nie da zrobić. Ale to też jest dobre i potrzebne, bo oczyszczające - podsumowuje.

Wolontariuszki nagraną bajkę edytują, dodają efekty dźwiękowe i dostarczają dzieciom więźniów. - Nawet taki zdalny kontakt jest dla obu stron bardzo ważny: rodzicom pozwala uwierzyć, że mają się dla kogo starać, a dzieciom ułatwia poradzenie sobie z niezrozumiałą dla nich rozłąką. Widzenia i telefony możliwe są tylko w wyznaczonych terminach, a jak jest bajka, to zawsze może posłuchać głosu taty czy mamy, usłyszeć, że on czy ona też tęskni.

Sporo trudności w prowadzeniu akcji nastręczają niejasne i skomplikowane przepisy prawa autorskiego. Mimo że nagrania powstają na prywatny użytek, potrzebna jest zgoda wszystkich posiadaczy praw. Nawet te bajki, które od dawna są już w domenie publicznej, nie mogą być wykorzystane bez uzyskania zgody wydawcy danej edycji. Same wydawnictwa książki przekazują niechętnie, dość szybko odpowiadając: „my się więzieniami nie zajmujemy”. Program - z powodu braku funduszy - jest chwilowo zawieszony. Choć potrzeby są niewielkie, trudno znaleźć na niego środki.

- Rynek kultury jest rynkiem komercyjnym. Bardzo wiele działań zrzucono na wolontariat, zakładając, że ludzie kaganek oświaty będą nieśli dla idei. Pozytywistyczne założenie, ale Siłaczka zdychała z głodu, więc nie akceptuję tego pomysłu - mówi Maria Dąbrowska-Majewska. - Ale Fundacja Zmiana też jest komercyjną instytucją, i do tego instytucją dochodową. Skoro przekazaliśmy 300 tysięcy książek, to licząc ich wartość nawet po złotówce za sztukę, to jest 300 tysięcy złotych, które dzięki nam zarobiło państwo, które zgodnie z konstytucją ma obowiązek zapewnić dostęp do kultury każdemu obywatelowi. Więc my za to państwo ten obowiązek realizujemy. To się wszystko da wyliczyć. W perspektywie lat skuteczność inwestycji w kulturę to może nie jest 70%, ale jest 10%, a 10% to bardzo dużo, gdy mowa o wykształceniu ludzi, którzy będą tworzyli to państwo.

- To dlaczego politycy, którzy decydują o udzielaniu wam wsparcia i przyznawaniu funduszy, tego nie rozumieją? - pytam.

- Bo zamiast mądrych ludzi wybieramy takie cipcie królewienki, co to będą ładnie wyglądać na zdjęciu. Polityk nie ma już być mężem stanu, ma być gładki. W cenie jest totalna bylejakość. Profesor Hausner powiedział mi w 2013 roku, że jesteśmy instytucją kultury przyszłości. Mnie tak strasznie zależy, żeby ta przyszłość nie była byle jaka. A bez książek będzie, bo to książki uczą myślenia, wyobraźni, dokonywania wyborów. Książki dają wolność.

 

Olga Wiechnik. Dziennikarka i redaktorka. Na co dzień wicenaczelna „Aktivista”, z którym związana jest od sześciu lat. Od święta (czyli po godzinach) pisuje m.in. do „Wysokich Obcasów” (o muzyce) i do „Sukcesu” (o biznesach). Dużo je, dużo czyta, dużo płacze.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (63)
Zaloguj się
  • blebleble28

    Oceniono 193 razy 181

    " Bo zamiast mądrych ludzi wybieramy takie cipcie królewienki, co to będą ładnie wyglądać na zdjęciu"
    Jakie to ładne określenie!

  • maxthebrindle

    Oceniono 123 razy 117

    Powala pierwszy - poza leadem - akapit tego tekstu: DZIENNIKARZ, który NORMALNIE nie zbliza sie do regału z książkami, a gdy to zrobi - wzbudza zdziwienie koleżanek i kolegów w redakcji. Za moich czasów - a parałem sie tą niczmną profesją ze trzy dekady temu - każdy, absolutnie KAŻDY dziennikarz był osobą oczytaną, nawet wiecznie pijani koledzy z dzialu sportowego czytali sporo. Działo się tak, ponieważ: dla osoby, dla ktorej język jest narzędziem pracy, konieczność obcowania z tymze jest imperatywem. Bo czytając - niezależnie od tematyki, o której się pisze - zdobywa się wiedze ogólną, która pozwala analizować opisywane zjawiska i umieszczać je w jak najszerszym kontekście oraz wzbogadza własne słownictwo czy zasób zabiegów stylistycznych, które mozna potem wykorzystać we własnej pracy. Bo czytanie pozwala znaleźć historie, fakty i idee mogąc byc podstawą, punktem startu do dziennikarskiego dochodzenia, napisania inteligentnego felietonu, przypomnienia rzeczy ważnych a zapomnianych. Bo ktoś, kto usiłuje kształtowac opinie innych winien miec swoje własne opinie ugruntowane i skonfrontowane z szeroko pojetymi nurtami dyskusji toczących się w tzw. akademii jak i 'przypadkowym społeczenstwie'. Bo - wreszcie - nie wyobrazam sobie, by dziennikarz nie był w stanie rozmawiać z ekspertami, artystami, naukowcami czy politykami nie mając wiedzy wystarczającej do zrozumienia tego, co mówią, wyłapania ich klamstw, manipulacji i nieścisłości, zadawania nieoczywstych pytań, trudnych dla pytanego albo przynajmniej zmuszających go do udzielenia niebanalnej odpowiedzi, innej od tych, których udzielil w tysiącu wcześniejszych pytań. A mamy przecież dziennikarki - celebrytki, które nie wiedzą o kim i o czym mowia ich rozmówcy, prawda?
    Proponuję pani Oldze Wichnik, by porzuciła trywialny temat czytelnictwa w pudle i przeanalizowała dziennikarsko szokujący aspekt braku nawyku czytania w swoim środowisku zawodowym. Moze wreszcie dostaniemy wyjaśnienie fenomenu Kedzierskich, Sosnowskich i innych 'gazetowych gimbusów' publikujących megabajty tekstów z gigabajtami głupot i błedów, napisanych językiem na poziomie przeciętnego ucznia ósmej klasy dawnej podstawówki.

  • plantin

    Oceniono 83 razy 37

    Lukrowana laurka. Czytelnictwo rośnie ale głównie na papierze, żeby kaowcy mogli się wykazać w statystykach, ale bynajmniej nie twierdzę że fałszują dane. To robią więźniowie - część pożycza książki specjalnie aby wykazać się przed wychowkiem - jaki to on się robi mądry i zresocjalizowany, że w głowie nie ma już byle czego, wtedy wychowek łaskawiej spojrzy na podanie o przepustkę, dodatkowe widzenie, paczkę etc. To raz, dwa - niektórzy chcą uchodzić za mądrzejszych od współosadzonych - bo wtedy rosną w hierarchii. Trzy - część musi coś przeczytać - bo mu to zadał psycholog lub wychowawca (napisanie recenzji). Cztery - część nieudolnie próbuje zamienić się w prawników i potem walczyć o swoje prawa. Ale tak naprawdę czyta bardzo mało - przykłady z życia - oddział ok. 140 osób - zamek - czyli nie wychodzą nigdzie poza spacerniak raz dziennie przez godzinę - książki wypożycza 10 osób, czyta może 6. eRka 1 - siedzą zamknięci latami - ksywa G. - 7 odsiaduje, nawet jak mu zabiorą szkiełko to i tak nie czyta woli codziennie prać skarpetki, W. - ćwiarus - odsiedziane 18 - nigdy nic nie czyta chyba, że list lub jakieś zapomniane pismo ale ten chociaż maluje, inni wolą nawet patrzeć w sufit i grać setny raz w wyścig (bo w tysiąca to już za mądra gra...) ale jak pytam - czemu nie czytasz - spojrzenie pełne zdziwienia a potem uśmiech - A. daj spokój po co mi książki ? - żeby czas szybciej leciał. - Ale mnie literki męczą... Żeby nie generalizować - pewien promil rzeczywiście czyta, nawet filozofię i teologię (niektórym rzuca się na głowę wiara i różne religie), niektórzy uzyskują taką wiedzę prawniczą że mogą bez problemu zagiąć większość prawników (nie przesadzam), część rzeczywiście bardzo dużo czyta - pamiętam jednego co czytał jedną książkę dziennie (i czytał nie tylko wypożyczał) ale tu zaczynają się kolejne schody - nie wszędzie można - czasami wizyty w bibliotece są ograniczane - funkcjonariusze SW mają i tak dużo pracy a tu na takim zamku trzeba osadzonego zaprowadzić do biblioteki, poczekać (czasami tylko 5 minut - bo dłużej nie można) a potem odprowadzić, do tego trzeba to wszystko potem ująć w raporcie. Oczywiście osadzony ma prawo do wizyty w bibliotece i część nawet o tym wie - ale przecież oddziałowy może napisać że osadzeni z celi nr... odmówili pójścia do biblioteki. Więzień się wkurzy ? i co z tego - poza grypsującymi - zwykły osadzony boi się podpaść, wszak funkcjonariusz może mu wystawić kwit a to potem utrudni lub uniemożliwi wcześniejsze wyjście z więzienia, więc siedzi cicho. A jeszcze jak trafi się funkcjonariusz, który sam nie lubi czytać książek a czytających uważa za dziwaków...

  • Rafał Kociołek

    Oceniono 18 razy 16

    faktycznie można być myślami gdzie indziej niż w tym całym,,syfie"

  • poorpoora

    Oceniono 22 razy 8

    Jesli sa problem z prawami autorskimi do ksiazek/bajek dla wiezniow I ich dzieci to moze mozna sie zwrocic do uniwersytetow / wydz filologii - zeby studenci pisali takie bajki dla wiezniow? Za darmo, chetnie to zrobia I beda mieli co wpisac w CV. Kazdy zadowolony..

  • goodwater

    Oceniono 20 razy 8

    " Bo kobieta, która trafia do więzienia mając dwadzieścia kilka lat i wychodzi mając czterdzieści kilka, już raczej dzieci nie urodzi - tłumaczy Maria Dąbrowska-Majewska."
    No jak to a złodziejka z Bamber Gold?

  • pierrecruise

    Oceniono 21 razy 5

    Wystarczy dać tym ludziom chińskie czytniki i dostęp do chomika.

  • Nasturcja Toruj

    Oceniono 6 razy 4

    Moim skromnym zdaniem, nawet biorąc poprawkę na wątpliwości pozostałych komentujących, jest to absolutnie rewelacyjne <3

  • Oceniono 2 razy 2

    Fajnie napisany artykuł - zabawny i porusza ciekawy temat, a jak ktoś chce znaleźć dziurę w całym i ponarzekać to i tak znajdzie. Treść jest dla niego nieważna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX