Jan Borysewicz (po lewej) i Andrzej Mogielnicki

Jan Borysewicz (po lewej) i Andrzej Mogielnicki (fot. archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Andrzej Mogielnicki: Lady Pank to moje dziecko. Słyszałem setki razy, że byliśmy wentylem władzy, ale to nieprawda

Napisał największe przeboje Lady Pank, hit końca XX wieku "Takie tango" i jeszcze tysiąc innych tekstów piosenek. Teraz Andrzej Mogielnicki wydał książkę, która jest fabularnym rozwinięciem "Kryzysowej narzeczonej". Nam opowiada o winyloholikach, gwiazdorskim życiu w PRL-u i polityce, od której nie ma ucieczki.

Kilka lat temu zapowiadał pan powieść o dwunastoletnim chłopcu-tenisiście. Tymczasem wydał książkę o dojrzałym winyloholiku.

- O chłopcu jest gotowa, znajomi namawiają mnie, żebym ją wydał, ale ja ciągle się waham. To opowieść, która dzieje się współcześnie, w czasie rzeczywistym. Występują tam gry komputerowe, telefony komórkowe, aktualni idole tenisowi. Tymczasem współczesność ciągle nam ucieka w coraz bardziej zawrotnym tempie.

Od czasu napisania książki wszystko się pozmieniało i szukam teraz sposobu, co zrobić, żeby nie była ona anachronizmem już w momencie ukazania się. Jestem drobiazgowy. Piszę szybko, ale potem długo poprawiam słowa, frazy, a jeśli ich nie poprawię, przez lata nie daje mi to spokoju. Mam nawet trochę takich słów w piosenkach sprzed czterdziestu lat, które do dziś mnie denerwują.

Książka, którą pan wydał, to fabularne rozwinięcie piosenki sprzed 32 lat - „Kryzysowej narzeczonej”. Skąd taki pomysł?

- Któregoś dnia wpadli do mnie znajomi, słuchaliśmy starych piosenek i przy „Kryzysowej” pomyślałem, że to fajny pomysł na coś większego. Sam tytuł jest trochę prowokujący... Tam gość zwraca się do swojej dziewczyny, która wyjechała: „Mogłaś moją być, jakoś ze mną przebiedować, zamiast życzyć mi na pocztówce nie wiadomo skąd Wesołych Świąt / Mogłaś być już na dnie, a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się, co straciłaś”. Zaciekawiło mnie, o kim napisałem tekst i uruchomiłem wyobraźnię. Codziennie rano chodzę na spacer z psami na plażę...

Ech...

- I na tej plaży wymyślałem sceny [Andrzej Mogielnicki od kilku lat mieszka na Karaibach - przyp. red.]. Wracałem do domu i pisałem. Okazało się, że to pokoleniowa historia. Jest narrator - dziennikarz muzyczny, jego koleżka, zwany Inżynierem, i paru innych freaków, jest miłość, służby specjalne, 40 lat historii rockandrolla i historii Polski.

I wszystko zmieściło się na 130 stronach niedużego formatu.

- A kto powiedział, że książka, żeby była piękna, musi być gruba? Tu przecież nie chodzi o żonę jakiegoś plemiennego kacyka! Zachowując proporcje, „Stary człowiek i morze” albo „Witaj smutku” nie są grube, a piękne. Pewnie dlatego, że przez lata pisałem teksty piosenek, a w nich trzeba się streszczać, nie umiem lać wody.

Narratorem „Kryzysowej” jest facet, który dopiero w latach 90. zorientował się, że „w przyrodzie nie występuje rytmicznie grająca gitara basowa”, bo wyszedł wreszcie ze swojego mieszkania, gdzie przez dekady słuchał płyt. Wątek pasji muzycznej jest tu bardzo ważny. Jest trochę pana w tej historii?

- Trochę. Ja, żyjąc w PRL-u, właściwie w nim nie mieszkałem. Bywało nudno, głupio, strasznie, ale często też zabawnie. Siedziałem w muzyce po uszy i rzeczywiście, jak coś mnie wkurzało, to brałem płytę i zamykałem się z nią w domu. W tym sensie narrator ma coś ze mnie.

Był pan wśród nielicznych osób w Warszawie, które w latach 60. miały najnowsze płyty. W książce nazywa pan tych zbieraczy winyloholikami.

- Ja aż tak maniacko nie zbierałem, ale rzeczywiście miałem kolekcję płyt. Mój ojciec pracował w centrali handlu zagranicznego, jeździł często do Wiednia i przywoził mi je. Byłem na nasłuchu radiowym - słuchałem zachodnich rozgłośni, no i znałem paru zwariowanych na punkcie tej muzyki ludzi, więc wiedziałem, co wyszło w Anglii, niemal na bieżąco. Pisałem ojcu na kartce, czego ma szukać. Był sklepik muzyczny w Wiedniu, dokąd tę kartkę zanosił. Jakoś po dwóch latach tych wizyt już zaprzyjaźnieni właściciele przywitali go: Herr Mogilniki, może przywiezie pan syna ze sobą, my go tu zatrudnimy. To fantastyczny chłopak, przewiduje wszystko, co będzie modne. Okazało się, że wiedziałem to szybciej niż oni.

Andrzej Mogielnicki na scenie z zespołem Lady Pank (fot. archiwum prywatne)Andrzej Mogielnicki na scenie z zespołem Lady Pank (fot. archiwum prywatne)

Każdy z nas miał swoje sposoby na zdobywanie płyt. Ktoś miał ciotkę w Anglii, inny stryja lotnika. Stryj był nieprzejednanym antykomunistą, więc chłopak wysyłał mu rozpaczliwe listy o ciężkim życiu w Polsce, że nie ma honoru, Boga, ojczyzny, i na koniec prosił o płytę Animalsów. Stryj był wprawdzie konserwatywnym przedwojennym Polakiem, więc rockandrolla nie poważał, ale szedł do sklepu i przysyłał. Jakoś te płyty dochodziły, piszę o tym. W Polsce jeszcze nie było najgorzej. Często znaliśmy kulturę zachodnią z tzw. drugiej ręki. Pamiętam, po studiach byłem na wycieczce w Moskwie. Spędzałem tam wieczór z rosyjską dziewczyną - kinomanką. Opowiadała o filmach amerykańskich, znała je, kadr po kadrze. Byłem trochę zdziwiony, gdzie mogła je wszystkie oglądać. Spytałem o to, a ona w płacz: - Nie, nie widziałam żadnego, wiem tyle, co przeczytałam o nich w magazynach filmowych.

Muzyka była dla pana odskocznią od rzeczywistości?

- Była. Choć nie działałem w opozycji, w partii zresztą też nie. Nie byliśmy zainfekowani polityką. Z jednej strony Komitet Centralny partii, „Trybuna Ludu”, Gomułka, Gierek, z drugiej strony - Wolna Europa, opozycja. Myśleliśmy więc naiwnie: - Stwórzmy kraj bez polityki. Okazuje się jednak, że to niemożliwe, nie da się uciec, zawsze trzeba opowiadać się po czyjejś stronie. Inżynier z mojej książki w młodości był lokalnym Casanovą, potem zapisał się do partii, dostał talon na samochód, a gdy zobaczył, że za części do fiata musi płacić w dolarach, zrozumiał, że to „musi pier***nąć”. Cóż, byt kształtuje świadomość. Zaczął działać w opozycji, a w nowej Polsce został zabetonowanym „patriotą” na pograniczu paranoi. Tyle że odkrył, że sam ma haka w życiorysie - kryzysową narzeczoną...

Zostawmy czytelnikom niespodziankę, wróćmy do lat, gdy „Kryzysowa narzeczona” była hitem, a Lady Pank - zespół, który pan stworzył - najbardziej gwiazdorską grupą. Jak wyglądało gwiazdorskie życie lat 80.?

- Moim zdaniem wyglądało nędznie jak na gwiazdy. Stawki dla muzyków były ustalone w ministerstwie, dostawali chyba 120 zł za koncert. Grali więc tych koncertów 300 w roku. Jeździłem z nimi przez dwa lata, przez tę straszliwą Polskę, ciemną zupełnie. Więcej w tym było szpanu, gwiazdowania na pokaz niż forsy. Kiedyś, byliśmy wtedy na samym szczycie, graliśmy na festiwalu w Sopocie. Nagle przylatuje do mnie menedżer, że miały być lepsze stawki, a tymczasem będą jak za dom kultury. Biegnę więc do człowieka z Estrady Bałtyckiej, robię awanturę, a on: - A paszporty chcecie? Akurat czekała nas promocja w Stanach, więc co mieliśmy zrobić? Poszliśmy się upić.

W ogóle często chodziliście się upić.

- My jedni? A chirurdzy, architekci, kolejarze, dziennikarze nie pili? Wszyscy wtedy pili. Jak jest dzisiaj - nie wiem. Ale pewnie też za kołnierz nie wylewają.

Koncerty zespołu Lady Pank, lata 90. (fot. Waldemar Kompala / Piotr Molęcki / Agencja Gazeta)Koncerty zespołu Lady Pank, lata 90. (fot. Waldemar Kompala / Piotr Molęcki / Agencja Gazeta)

Jak pan to przetrwał?

- Patrzę na panią na monitorze, a za monitorem [rozmawiamy przez Skype'a - przyp. red.] widzę ciepły ocean.

Ech...

- Niech pani przestanie wzdychać, proszę.

Wie pan, że tu jest ciemno od czternastej? I pada?

- Pewnie, że wiem. Nie ja jeden tutaj. Parę dni temu spotkałem w sklepie znajomego Niemca, on mi mówi: - Wiesz jaka jest pogoda dziś w Hamburgu? Deszcz ze śniegiem. I w śmiech. Bo staliśmy przy tej kasie w gaciach i klapkach. No, więc widzę za panią ciepły ocean i gdybym wsiadł do jakiejś porządnej motorówki, to po czterech godzinach dotarłbym do wyspy, gdzie mieszka Keith Richards. Mogę powiedzieć, że jest moim sąsiadem. W każdym razie, kiedy u mnie pada, to u niego też. Rzadko, najwyżej kilkanaście dni w roku.

No tak, skoro Stonesi przetrwali, to o czym mówimy.

- W książce, nad którą pracuję obecnie, jest taka scena, że bohaterowie chcą robić cmentarz gwiazd rockandrolla. - Jedna alejka Beatlesów, druga Stonesów, to będzie bardzo atrakcyjne dla turystów - mówi jeden. - To niemożliwe, bo Stonesi jeszcze grają - odpowiada drugi. A rzecz się dzieje pod koniec XXI wieku.

Andrzej Mogielnicki (fot. Wojciech Druszcz / Reporter)Andrzej Mogielnicki (fot. Wojciech Druszcz / Reporter)

Rozstał się pan z Lady Pank w 1986 roku.

- To moje dziecko, Lady Pank. Stworzyłem ich od zera, byłem kimś w rodzaju producenta, choć nie było wtedy takiego zawodu. Na początku to było fajne - pięciu chłopaków, popularność... A potem zaczęły się dziewczyny, żony, sprawy finansowe, grajdoł. Dziecko wyrosło, zaczęło się rozpychać, myśleć, że jest rozgarnięte - co zresztą nie było do końca prawdą. Dziennie odbierałem w ich sprawie po trzydzieści telefonów. Że pokłócili się z kelnerem, że zdemolowali pokój, więc w końcu stwierdziłem, że przecież ja mam swoją drogę życiową, nie mogę skończyć na Lady Pank. Potem jeszcze pisałem im teksty, ale już jako freelancer.

Tworząc zespół na początku lat 80., nie miał pan poczucia, że porządni muzycy jadą do Jarocina, a pan daje legitymację władzy?

- Nie. Owszem, być może polityka sprawiła, że władza przymknęła oko na rocka. Wtedy weszliśmy my, Maanam, Perfect - ludzie, którzy w latach 70., gdy była zgoda tylko na muzykę estradową, nie mieli szans. Ale Jarocin? Ja nigdy nie byłem zwolennikiem amatorki, a tam była amatorka - szczera, uczciwa, ale amatorka. Lubię dobre rzemiosło, pracę w studiu, nie lubię stada. Oczywiście słyszałem setki razy, że byliśmy wentylem władzy. Ale to nieprawda. W latach 80. było już jasne, jakie wszyscy mają poglądy polityczne. Cenzor miał robotę, jaką miał, ale potem szedł na wódkę, narzekał na komunę i Jaruzela jak jasna cholera. Dziwny to był kraj, ale bardzo twórczy.

Dom na Dominikanie zawdzięcza pan Lady Pank?

- Pewnie też. Najbardziej chyba piosenkom z przełomu wieków, „Takie tango” Budki Suflera było dużym hitem. Napisałem z tysiąc czy tysiąc dwieście piosenek, w tym sporo przebojów. W tej branży, żeby zarobić jakieś pieniądze, odnieść sukces, trzeba się przez lata napracować. Ludziom wydaje się, że jeden hit i będzie Dominikana. Na pewno nie. Nawet moja żona, która jest dla mnie dość surowa, mówi: - Zapracowałeś na to. Należało ci się. Ale widzi pani, skończyłem pisać „Kryzysową narzeczoną”, pomyślałem, że teraz powinienem pojechać na wakacje. Rozejrzałem się i okazało się, że nie mam dokąd. Palmy i ocean mam za oknem, ludzie wspaniali, uśmiechnięci, codziennie słońce.

Straszne. Wspominałam już, że u mnie za oknem jest ciemno? Mówi pan o książce dziejącej się w przyszłości. Czyli ciągle pan pisze?

- Tak, „Czwarte królestwo” to political fiction, tym razem mam już 250 stron i końca nie widać. Chcę też, by „Kryzysowa” była początkiem tryptyku. Następne będą „Zamki na piasku” i „Mniej niż zero”. „Zamki” właściwie mam - napisałem je 15 lat przed tekstem, pisałem wtedy trochę prozy, publikowałem nawet. Na „Mniej niż zero” mam pomysł, ale nie zacząłem jeszcze pisać, bo wychodzi mi strasznie ponuro. A najbardziej, co mnie w życiu odrzuca, to brak dystansu do wszystkiego, włącznie ze samym sobą, i brak poczucia humoru. Muszę jeszcze trochę pochodzić na te spacery z psami. Swoją drogą to przyjemna plaża, przyjeżdżają tu surferzy ze Stanów, ładnie wygląda, jak się ślizgają od rana na fali.

Andrzej Mogielnicki „Kryzysowa narzeczona”, Wydawnictwo Szelest (fot. materiały prasowe)Andrzej Mogielnicki „Kryzysowa narzeczona”, Wydawnictwo Szelest (fot. materiały prasowe)

Andrzej Mogielnicki (ur. 1948). Z wykształcenia prawnik, z zawodu tekściarz. Autor piosenek m.in. dla Budki Suflera, Zbigniewa Hołdysa, Anny Jantar, Dwa Plus Jeden, Kapitana Nemo. Współzałożyciel zespołu Lady Pank. Z urodzenia warszawiak, w 2009 roku wybrał klimat Karaibów.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w „Elle” i „Viva! Moda”, współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” (wyd. Czarne), pracuje nad książką o luksusie w PRL.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (80)
Zaloguj się
  • aquanta

    Oceniono 110 razy 102

    Wszystkiego dobrego i dużo zdrowia. Niech choć jeden Polak wygrzewa kości jak Richards Kiedyś nie doceniałem a teraz za dobrymi tekstami strasznie tęsknie.

  • mejerewa

    Oceniono 70 razy 62

    Tekściarz, a nawet użyję terminu Mistrz Słowa i Rymu, wnikliwy obserwator potrafiący oddać w kilku zdaniach sedno tematu. Oczywiście, że muzyka i charyzma wykonawców była niezbędna, żeby utwory pana Andrzeja zaistniały, ale to jednak On stworzył bazę dla każdego przeboju. Dziękuję i czekam na więcej!

  • ewa8a

    Oceniono 71 razy 59

    Mogielnicki, Dutkiewicz, wcześniej Osiecka..... Nie ma już takich tekstów. Pozytywnie odstawały od banałów anglosaskich. Lady Pank słucham do dzisiaj, zaczęłam, gdy byłam dzieckiem. Ale tylko słucham, bo patrzeć na facetów jakoś nigdy nie mogłam, było w nich odrażającego – wygląd, zachowanie, te demolki pokoi hotelowych, które miały ich upodobnić do angielskich idoli . Po ekshibicjonistycznej historii z Borysewiczem, jakimś rzucaniem butelkami w publiczność, widok tych podstarzałych lowelasów zrobił się już nie do zniesienia.

  • degeneratka

    Oceniono 61 razy 23

    No proszę, Mogiel na Karaibach A same rzeczone Panki siedzą nadal w zimnej, deszczowej i ciemnej Polsce i żeby było mało tego zimna, deszczu i ciemności, to jeszcze z PiSem :)

  • romanthorne

    Oceniono 20 razy 20

    Niech nie będzie taki piękny.Apolityczny?.Znam te czasy.Gdy wchodziło się po jakiekolwiek zezwolenie do szefa kultury w sporym mieście,to przy mnie był wykonywany telefon,-towarzyszu
    Drewniak,czy możemy to i owo.Często kończyło się to zakazem.Co do tekstów,ekstraliga.

  • ulanzalasem

    Oceniono 24 razy 20

    "Spytałem o to, a ona w płacz: - Nie, nie widziałam żadnego, wiem tyle, co przeczytałam o nich w magazynach filmowych."

    Za to dzisiaj mamy trochę odwrotną sytuację. Mamy dostęp praktycznie do wszystkiego. Oczywiście są bariera, pierwsza oczywista finansowa, druga np. głupie przepisy czy fochy firm i np. kiedyś przy oficjalnym klipie chyba Eurythmics wyskoczyła informacja - u ciebie niedostępne :D Dzisiaj objawia się to np. brakiem Netflixa czy tym, że głupi Amazom na nawet u nas swoje magazyny i zatrudnia pracowników, a oficjalnie trzeba kupować np. z UK.
    Internet jednak na szczęście dzięki kreatywności ludzi pozwala ominąć wiele barykad i ograniczeń. I dzisiaj kiedy mamy prawie wszystko jak na dłoni ciekawe czy to doceniamy, czy jesteśmy tak dociekliwi, czy tak mocno się zagłębiamy np. w muzykę ?
    Mamy YouTube - sugeruje nam to co popularne, mamy Facebooka - podpowiada tam to co popularne, opłacone podpowiedzi i to co wrzucą nasi znajomi, są serwisy streamigujące muzykę jak np. Deezer, Apple music itp. - nie ma szans, żeby gdzieś nie wpaść np. na Adele, One Direction, Biebera, LMFAO.
    No i czytelnictwo spada czy utrzymuje się na niskim poziomie, gazet muzycznych też ludzie prawie nie kupują. Wszystko jest za darmo w sieci ? Nie do końca, bo news czy minutowy filmik z zespołem to często nie to samo co pytania, które mają coś wyciągnąć z muzyka w wywiadzie. Łatwo się klika "Lubię", słucha ciągle pojedynczych utworów na YT, a coś więcej ?
    A może to efekt ówczesnego systemu, miejscowego klimatu, tego co historycznie stało się po wojnie ? Ale przecież dobre teksty, o różnorakiej tematyce powstawały i po drugiej stronie kurtyny. Oczywiście i tam często właśnie jako bunt przeciwko władzy, ślepym działaniom wojennym (przyczyny, a przede wszystkim to w jaki sposób kontynuowano np. wojnę w Wietnamie), podziałom itd.
    Dzisiaj jest jednak łatwiej "konsumować" kulturę, produkty machiny show-biznesu, jedno kliknięcie i mamy produkt, ale czy w papierku rzeczywiście jest coś wartościowego, chociaż odrobinę szczerego ? Czy masowość zawsze musi oznaczać uśrednienie, a może i obniżenie jakości, "poziomu" ?

  • stanislaw.sk

    Oceniono 26 razy 18

    Takiej dobrej muzyki nazwanej wtedy bigbeatową jaka była w latach Beatelsów, Rolling Stonesów czy w polskich latach 80. już nie będzie. I jaki p. Andrzeju to był big-beat dochodzący z odtwarzanej na winylowym LP gramofonu Bambino?!Do dziś z przyjemnie posłuchać Pańskich kompozycji w wykonaniu Lady Pank z Borysewiczem i Panasewiczem.
    Pan i K.Richards w klapkach, a my w kożuchach z czasów socjalizmu? Nie ma sprawiedliwości... o prawie nie wspominając nawet....

  • Oceniono 43 razy 15

    O, Lady Pank, zespół oburzonych. Czego to się człowiek z książek nie dowie. :) A pan Mogilnicki rozstał się z LP w 1986 roku? Pewnie zrobiło się zbyt gorąco po 1 czerwca, kiedy pijany Borysewicz ściągnął spodnie i majty na koncercie pokazując siusiaka _dzieciom_ milicjantów. Dać im Virtuti Militari, wszystkim! :)
    Wreszcie genialne słowo "tekściarz" (jakże inne od "poeta"). Cudownie oddaje tę twórczość. Piosenkę zawodowego tekściarza rozpoznaje się zazwyczaj po dwóch pierwszych wersach.

  • contact_front

    Oceniono 69 razy 13

    No nie, następni - po Maryli - chcą się załapać na kombatanctwo. To teraz następny artykuł - "Kombi - walczyliśmy z systemem".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX