fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

ludzie

"Życie rodzinne spaliła na ołtarzu sztuki". Zofia Stryjeńska - artystka totalna

Jako Tadeusz Grzymała studiowała w Monachium. Jako prof. Hillar napisała podręcznik savoir-vivre'u. Jako Zofia Stryjeńska została słynną artystką międzywojnia. Jej pogmatwane losy - porzuciła własne dzieci, mąż dwukrotnie umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym - stały się kanwą książki Angeliki Kuźniak "Stryjeńska. Diabli nadali".

W księgarniach są setki pamiętników i biografii. Po co czytać akurat o malarce Stryjeńskiej?

- Rzeczywiście można pomyśleć, że jest jakąś zakurzoną postacią sprzed ponad stu lat, bo urodziła się w 1891 roku, a zmarła w 1976. Ale kiedy czyta się jej zapiski - listy, dzienniki - okazuje się bardzo współczesna. Czuję gruby wpadunek*, wybalansowałam na światło ulicy, sytuejszyn zaczyna być groźna czy zahulałam szeroko - to jej słowa. Stryjeńska była wyrazista, barwna, rozszalała we wszystkim, co robiła. Mawiała, że charakteryzowało ją nieomylne chlaśnięcie pędzla. Ja dodałabym, że również nieomylne chlaśnięcie językiem.

Była według mnie najznakomitszą polską artystką międzywojnia. Poza tym jej problemy życiowe były bardzo podobne do tych nam współczesnych: musiała wybierać między karierą a macierzyństwem, nie miała stałej pracy, tonęła w długach, nie dogadywała się z mężem.

Zofia Stryjeńska przy pracy nad panneau do pawilonu polskiego na Międzynarodową Wystawę Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu, 1925 r. (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)Zofia Stryjeńska przy pracy nad panneau do pawilonu polskiego na Międzynarodową Wystawę Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu, 1925 r. (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)

Stryjeńska jest wyrazista, ale bardzo niejednoznaczna, raz bawi, raz irytuje, czasami nawet wkurza.

- Bo to postać tragikomiczna. Kiedy w Bibliotece Jagiellońskiej czytałam jej rękopisy, nieraz krztusiłam się ze śmiechu. Ale zaraz potem przychodziła refleksja, że tak naprawdę to wszystko, o czym ona pisze, jest bardzo smutne. Stryjeńska za swoją sztukę zapłaciła wysoką cenę. Niszczyła ją rozłąka z dziećmi, ciągła pogoń za flotą, czyli pieniędzmi, za mężem Karolem. I miłość do niego. I o niego zazdrość. Karol Stryjeński dwukrotnie umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym. Raz nawet sama Zofia stwierdziła, że słusznie. I nie było to nawet po tym, jak biegała za nim z rewolwerem, próbując go postrzelić.

Trudno było z nią żyć.

Była mistrzynią przesady.

- To prawda, wiele rzeczy w pamiętniku, notatkach, listach odrysowała zbyt grubą kreską. Arkady Fiedler to według niej facet o żółtych zębach i rybich oczach, jej zięć wyglądał jak mrówkojad. Myślę, że i dla Karola często była niesprawiedliwa. Własny życiorys też korygowała. Na przykład we wszystkich dokumentach odmłodziła się o sześć lat. Pożałowała tego pod koniec życia, bo te sześć lat dłużej musiała czekać na emeryturę.

Stryjeńska równa się artystka totalna?

- Nie potrafiła żyć bez sztuki, bez tworzenia. Mówiła, że jest opętana fiołem etnograficznym. Kiedy w 1934 roku malowała już trzecią tekę „Bożków słowiańskich”, zatracała się w furii pracy. Przestawała się myć, nie wychodziła z domu, nikogo do domu nie zapraszała. Kiedy za ścianą zbyt głośno grała rumba, ona wciskała watę w uszy, owijała głowę bandażem, ale pracy nie przerywała. Z bezsilności, kiedy nie wiedziała, jak dalej malować bożki, szła na seans spirytystyczny i tam szukała natchnienia.

Całymi dniami stała przed krzyżem pańskim, czyli sztalugą, zababrana farbskami jak kundel. Tworzyła prawie do śmierci, do momentu, kiedy mogła utrzymać pędzle w dłoni. Wiedziała, że maluje już źle, więc obrazy zaczęła podpisywać pseudonimem.

Akademia Sztuk Pięknych w Monachium, 1911/1912 r. Zofia Lubańska (jako Tadeusz Grzymała) druga od lewej (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)Akademia Sztuk Pięknych w Monachium, 1911/1912 r. Zofia Lubańska (jako Tadeusz Grzymała) druga od lewej (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)

Jak została malarką?

- Książka zaczyna się w 1907 roku w Krakowie. Franciszek Lubański, ojciec Zosi, zabiera ją na Rynek. Tam obserwowała typy słowiańskie - górali, chłopów, przekupki - które potem malowała.

Również w sklepie ojca rysowała, np. karykatury klientów. Ogromne wrażenie robił na niej Jacek Malczewski, pan o czarnych jak otchłanie oczach, jarzących się pod obraną z sierści kopułą czaszki, który przychodził do sklepu po rękawiczki. Potem malarstwa uczyła się między innymi w słynnej Szkole Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej.

Później wyjechała do Monachium.

- Chciała studiować w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Kobiet wtedy nie przyjmowano, więc ścięła włosy i w męskim przebraniu, z dokumentami brata, wyruszyła 1 października 1911 roku na egzaminy. Kandydatów było dwustu, przyjęto czterdzieści osób. W tym Tadeusza Grzymałę, czyli Zofię. Wybrała akademię w Monachium, bo miała opinię najlepszej i najtrudniejszej. Spędziła tam rok. Potem zaczęły pojawiać się plotki.

Na przykład, że jest hermafrodytą. Koledzy chcieli ją rozebrać.

- O, tak. Choć Zocha - tak chciała, by na nią mówiono - akurat tym martwiła się mniej. Najbardziej bała się, że będzie chryja z powodu podrobionych dokumentów. Postanowiła więc uciec. Uciekała zresztą przez całe życie, gdy tylko pojawiły się problemy. Matka przywiozła jej z Polski perukę i suknię. Zanim wyruszyły z powrotem do Krakowa, zdarzyła się jeszcze jedna istotna rzecz. Stryjeńska - a właściwie jeszcze Lubańska - poszła do kaplicy, położyła się krzyżem na posadzce i odmówiła modlitwę: Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! [...] ale w zamian za to daj mi [...] sławę!

Ten zapisek w jej pamiętniku jest przekreślony. Długo zastanawiałam się, czy zamieścić go w książce. W końcu uznałam, że to zrobię, bo mówi wiele o stosunku Zofii do sztuki.

Artysta malarz Leon Chwistek (4.z prawej) w ogrodzie swojego domu w Zakopanem wraz z żoną (z prawej), malarką Zofią Stryjeńską (3. z prawej) i malarzem Rafałem Malczewskim (z lewej), lata 20. (fot. Schabenbeck Henryk / Narodowe Archiwum Cyfrowe)Artysta malarz Leon Chwistek (4. z prawej) w ogrodzie swojego domu w Zakopanem wraz z żoną (z prawej), malarką Zofią Stryjeńską (3. z prawej) i malarzem Rafałem Malczewskim (z lewej), lata 20. (fot. Schabenbeck Henryk / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Po powrocie do Krakowa jej kariera zaczęła się rozkręcać.

- Na wystawie w Towarzystwie Sztuk Pięknych pokazała 18 obrazów, które są ilustracjami do bajek. Jerzy Warchałowski, późniejszy promotor Zofii, ogłosił narodziny „nowego talentu”.

Początek jej wielkich sukcesów był związany z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Stryjeńska odpowiedziała na wszystkie tęsknoty Polaków. Do odbiorców jej sztuki przemawiały te typy słowiańskie, polskie tańce, obrzędy, które malowała.

W 1925 roku wyjechała do Paryża na Wystawę Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego. Wnętrze pawilonu polskiego zdobiło sześć jej obrazów. Nagrodzono wtedy właściwie wszystko, co miało sygnaturę Stryjeńska.

Swojego męża - Karola Stryjeńskiego - poznała na początku kariery, w czasie I wojny światowej.

- Spotkali się w Warsztatach Krakowskich. Zofia czas spędzała głównie w pracowni zabawkarskiej. Karol, również bardzo utalentowany, projektował między innymi meble. Miał wszystkie pożądane przez nią cechy męskie: blond włosy, kształt apolliński i błękitne reflektory, czyli niebieskie oczy. Szybko wzięli ślub.

I szybko ten związek się rozpadł.

- Formalnie trwał ponad dziesięć lat, ale dość szybko przestali ze sobą mieszkać. Rafał Malczewski mawiał, że Karol umiał się bawić i czarować kobiety od lat 1 do 100, wszelkiego pochodzenia.

Stryjeńska była o nie wściekle zazdrosna.

Karol Stryjeński, 1923 rok ( fot. Henryk Schabenbeck / Wikimedia Commons / public domain); Zofia Stryjeńska przed 1920 rokiem (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / public domain)Karol Stryjeński, 1923 rok ( fot. Henryk Schabenbeck / Wikimedia Commons / public domain); Zofia Stryjeńska przed 1920 rokiem (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / public domain)

I w związku z tym potrafiła nieźle narozrabiać. Tak opisała jeden ze swoich odwetów: "Wkradam się do owej pani M., grzmocę ją, ubieram w kilka drapaków na gębie i umykam, ukrywając się w kosodrzewinie (rośnie przed jej willą) jak Indianin." To właśnie po tej historii Karol zamknął ją w psychiatryku.

- To, niestety, był częsty sposób rozwiązywania sporów małżeńskich w tamtych czasach.

Stryjeńska zarzucała mężowi, że kochał jej talent, a nie ją jako kobietę. W Paryżu na jego oczach podarła wszystkie swoje prace i krzyczała, że przynajmniej teraz będzie kochana dla siebie samej.

- A on - jak twierdziła Zocha - odpowiedział: nie będziesz wcale kochana! Być może Stryjeńska żądała od Karola więcej, niż mógł, czy chciał jej dać. Domagała się adoracji. Mawiała, że potrzebuje kogoś, kto pogłaskałby ją po włosach, odezwał się życzliwym słowem.

Zofia Stryjeńska w 1930 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Zofia Stryjeńska w 1930 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Macierzyństwo to najbardziej poruszający wątek w twojej książce. Zofia miała trójkę dzieci - najstarszą Magdę oraz bliźniaki: Jasia i Jacka. Oddała je na wychowanie rodzinie męża. Wybrała karierę.

- Sprawa była bardziej skomplikowana. Trudno opowiedzieć ją w kilku zdaniach. Stryjeńska straciła prawo do opieki nad dziećmi po rozwodzie z Karolem. Mówiła, że życie rodzinne spaliła na ołtarzu sztuki.

W 1939 roku próbowała stworzyć chłopcom dom. Oni wtedy mieli już po kilkanaście lat. Magda mieszkała u Stryjeńskich w Krakowie. Od lat troskliwie zajmowała się nią Żańcia, siostra Karola.

Stryjeńska wynajęła w Warszawie mieszkanie ze swoją siostrą, Jańcią. Miało trzy pokoje. Dwa zajęła Zocha z chłopcami. Tyle że przed wejściem do swojego pokoju, na podłodze, narysowała kredą linię, której dzieci nie mogły przekroczyć. Musiała mieć spokój, by pracować.

Poronin, lata trzydzieste. Tadeusz Stryjeński z wnuczętami. Magda - stoi w drugim rzędzie pierwsza z prawej, przed nią Jaś. Jacek pierwszy z lewej (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)Poronin, lata trzydzieste. Tadeusz Stryjeński z wnuczętami. Magda - stoi w drugim rzędzie pierwsza z prawej, przed nią Jaś. Jacek pierwszy z lewej (fot. archiwum rodziny Stryjeńskich)

Magdy nie akceptowała od chwili narodzin.

- Chciała dać Karolowi syna. W dniu narodzin córki zanotowała w pamiętniku: Lecznica. Rodzi się córka. Jestem wściekła. Drwię z powinszowań. Z niechęcią karmię dziecko.

Długo rozmawiałam z Martine Sokołowską, córką Magdy. Wiem, że Magda nigdy nie pogodziła się z tym odrzuceniem, cierpiała. Ale też wszystkim, co robiła później, chciała zasłużyć na miłość matki. W swoim pamiętniku pisała: Mogę zniknąć, chcę żebyś była szczęśliwa. Bądź wiecznie młodą! Piękną! Wiecznie sławną!!! Mateczką w złoconych ramkach za szkłem.

To wstrząsające.

Zocha nie akceptowała też bliskich, którzy nie mieli niebieskich oczu.

- Rzeczywiście, obsesyjnie wielbiła ten kolor. Tuż przed śmiercią, kiedy mieszkała w Szwajcarii, poprosiła dentystę o zrobienie dla niej sztucznej szczęki w kolorze nieba. Była bardzo rozczarowana, kiedy odmówił.

Sztuczna szczęka to rekwizyt, którym Stryjeńska lubiła się posługiwać.

- Tę historię opowiedział mi Igor Bawoworski, wnuk Maryli, siostry Zofii. Ze Stryjeńską, która była już w podeszłym wieku, umówił się na spotkanie w banku w Genewie. Miała wypłacić dla niego jakieś pieniądze. Wpadła do banku w kapeluszu na bakier, mitenkach i jakimś płaszczu obszytym futrem. Omiotła salę wzrokiem. Do każdego z okienek stała bardzo długa kolejka, wyjęła więc sztuczną szczękę i wrzasnęła „Aaaaa!”. Tłum się natychmiast rozbiegł. A ona poszła wypłacić pieniądze.

Fragment sali z ekspozycją polską na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Monza, 1925 rok. Widoczne drzeworyty ludowe i obrazy Zofii Stryjeńskiej (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Fragment sali z ekspozycją polską na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Monza, 1925 rok. Widoczne drzeworyty ludowe i obrazy Zofii Stryjeńskiej (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zocha cały czas była w dole finansowym. „Zapadnie bezpieniężne” zdarzały jej się nawet u szczytu sławy. Jak to możliwe?

- Nie potrafiła gospodarować pieniędzmi. Ale i kwoty, jakie dostawała za swoje obrazy, podobno wcale nie były duże. Kiedy zamieszkała z synami w Warszawie, zaczęła prowadzić diariusz wydatków. Zapiski w nim wyglądały mniej więcej tak: wstęp na mecz Legii - dwa złote, truskawki „na deser” - złotówka, wizyta wróżki - półtora złotego, wykup futra z zastawu i przewiezienie do innego zastawu - pięćdziesiąt złotych.

Nie była jedyną, która jęczała z braku funduszy. Biedował Karol Szymanowski, za Rafałem Malczewskim chodził komornik, na brak pieniędzy narzekała Zofia Nałkowska.

Stryjeńska wpadała na dzikie pomysły. W czasie wojny na przykład chciała otworzyć biuro matrymonialne „Swat” i sklep z obranymi już ziemniakami. Nic z tego oczywiście nie wyszło.

Zofia Stryjeńska, zdjęcie zrobione między 1920 a 1939 rokiem  (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Zofia Stryjeńska, zdjęcie zrobione między 1920 a 1939 rokiem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jej sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy straciła popularność. Jak do tego doszło?

- Zaczęła się powtarzać, potrafiła pięć razy malować ten sam obraz, zmieniając tylko lekko barwę. Jej prace były wszędzie i były coraz gorsze. Dzieliła je na obrazy, knoty i hiperknoty.

Stryjeńska wiedziała, że maluje źle. Pisała w dzienniku, że powstał hiperknot i gdyby mogła, sama sobie dałaby w papę, żeby się nogami przykryła. Może gdyby później po wojnie zabarwiła się politycznie, wstąpiła do jakiegoś związku, partii, byłoby jej lżej. Ale nie chciała. Powtarzała: Dziko nienawidzę spraw politycznych. Apage, Satana! Wolała nie mieć nic.

Fragment pracy Zofii Stryjeńskiej „Koncert Beriota”, wystawa „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Fragment pracy Zofii Stryjeńskiej „Koncert Beriota”, wystawa „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

W 1946 roku wyjechała z Polski. Przez kolejne lata miotała się między Paryżem, Genewą, Brukselą. Jej tempo przesiadania się z pociągu do pociągu było szalone. Czytelnik aż zadyszki dostaje, gdy o tym czyta.

- Stryjeńska tak wtedy żyła. Intensywnie, na walizkach. W ciągłej pogoni za forsą. Bo w każdym z tych miast czyhali na nią wierzyciele. A ona zapętlała się coraz bardziej - brała zaliczki za obrazy, które nie istniały. Brała, by wykupić inne z zastawu.

Dla pieniędzy jako prof. Hillar napisała podręcznik savoir-vivre'u. Nikt nie chciał jednak tego wydać, bo prof. Hillar był według nich starym nudziarzem, a nie pełną humoru Stryjeńską.

Obraz Zofii Stryjeńskiej na wystawie „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Obraz Zofii Stryjeńskiej na wystawie „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

W końcu osiadła w Genewie.

- Wcześniej przez kilkanaście lat mieszkała w Paryżu. W końcu jej syn Jan wynajął Zofii mieszkanie. Miał dosyć płacenia za nią wysokich rachunków hotelowych.

W Genewie żyła samotnie. Unikała kontaktów ze swoimi wnukami. Wprawdzie w jej wspomnieniach znów pojawia się motyw błękitnych oczu, ale tak naprawdę chodziło o to, że Stryjeńska mówiła słabo po francusku i bardzo się tego wstydziła. Potwornie bała się duchów, więc spała w łazience, na specjalnym stelażu umieszczonym na wannie. Nocami często przesiadywała też w dworcowej kawiarni. Jeśli nie chciała być sama w domu, za kilka groszy nocowała w hotelu Armii Zbawienia. Pod koniec życia zdiagnozowano u niej schizofrenię.

Po lewej: Szachy autorstwa Zofii Stryjeńskiej; Po prawej: Półmiski i talerze malowane ręcznie w fabryce Porcelany Ćmielowie, wystawa „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Po lewej: Szachy autorstwa Zofii Stryjeńskiej; Po prawej: Półmiski i talerze malowane ręcznie w fabryce Porcelany Ćmielowie, wystawa „Zofia Stryjeńska 1891-1976” w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Stryjeńska została zapomniana na dekady. Myślisz, że teraz do nas wróci?

- Chciałabym, żeby w końcu doszusowała do tych największych. Zasługuje na to. Jej obrazy mogą nam się podobać lub nie. Ale nie da się zaprzeczyć, że dla naszej kultury jest naprawdę kimś istotnym. Cieszy mnie, że profil Stryjeńskiej na Facebooku jest tak popularny. Ludzie komentują, rozmawiają. Zocha żyje. Stryjeńską się mówi. Czyli nie przychodzi się, a przybalansowuje. Domówka stała się dla niektórych fajfem w wigwamie prywatnym.

Powodzeniem cieszyła się wystawa poświęcona Stryjeńskiej w tarnowskim BWA. Dyrektorka Ewa Łączyńska-Widz wpadła na pomysł, żeby połączyć wystawę obrazów Zofii Stryjeńskiej z pracami Agaty „Endo” Nowickiej. Nawiązywały do fragmentów mojej opowieści o Zosze. Wielu ludzi odwiedziło też Bibliotekę Jagiellońską, gdzie pokazano jej rękopisy.

Jedno jest pewne - wobec Stryjeńskiej nie można być obojętnym.

 

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Angeliki Kuźniak pt. „Stryjeńska. Diabli nadali” wydanej przez Wydawnictwo Czarne

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Książka Angeliki Kuźniak "Stryjeńska. Diabli nadali" jest dostępna w Publio.pl

Angelika Kuźniak. Reporterka. Napisała m.in. „Marlene”, „Papuszę”. Trzy razy została wyróżniona nagrodą Grand Press, za wywiad z Hertą Müller dostała Nagrodę im. Barbary Łopieńskiej.

Anna Budyńska. Redaktorka w dużym wydawnictwie, pisze teksty dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie, jest sekretarzem redakcji magazynu "Świat Mózgu" wydawanego przez fundację NeuroPozytywni.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Po powrocie do Krakowa jej kariera zaczęła się rozkręcać.

 

- Na wystawie w Towarzystwie Sztuk Pięknych pokazała 18 obrazów, które są ilustracjami do bajek. Jerzy Warchałowski, późniejszy promotor Zofii, ogłosił narodziny „nowego talentu”.

Początek jej wielkich sukcesów był związany z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Stryjeńska odpowiedziała na wszystkie tęsknoty Polaków. Do odbiorców jej sztuki przemawiały te typy słowiańskie, polskie tańce, obrzędy, które malowała.

 

W 1925 roku wyjechała do Paryża na Wystawę Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego. Wnętrze pawilonu polskiego zdobiło sześć jej obrazów. Nagrodzono wtedy właściwie wszystko, co miało sygnaturę Stryjeńska.

 

Swojego męża - Karola Stryjeńskiego - poznała na początku kariery, w czasie I wojny światowej.

 

- Spotkali się w Warsztatach Krakowskich. Zofia czas spędzała głównie w pracowni zabawkarskiej. Karol, również bardzo utalentowany, projektował między innymi meble. Miał wszystkie pożądane przez nią cechy męskie: blond włosy, kształt apollin´ski i błe?kitne reflektory, czyli niebieskie oczy. Szybko wzięli ślub.

 

I szybko ten związek się rozpadł.

 

- Formalnie trwał ponad dziesięć lat, ale dość szybko przestali ze sobą mieszkać. Rafał Malczewski mawiał, że Karol umiał się bawić i czarować kobiety od lat 1 do 100, wszelkiego pochodzenia.

Stryjeńska była o nie wściekle zazdrosna.

 

I w związku z tym potrafiła nieźle narozrabiać. Tak opisała jeden ze swoich odwetów: Wkradam sie? do owej pani M., grzmoce? ja?, ubieram w kilka drapaków na ge?bie i umykam, ukrywaja?c sie? w kosodrzewinie (ros´nie przed jej willa?) jak Indianin. To właśnie po tej historii Karol zamknął ją w psychiatryku.

 

- To, niestety, był częsty sposób rozwiązywania sporów małżeńskich w tamtych czasach.

Zobacz także
Komentarze (25)
Zaloguj się
  • de_ent

    Oceniono 43 razy 39

    Polska Frida :)

  • oczy_argusa

    Oceniono 75 razy 39

    "Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! [...] ale w zamian za to daj mi [...] sławę!

    Ten zapisek w jej pamiętniku jest przekreślony. Długo zastanawiałam się, czy zamieścić go w książce. W końcu uznałam, że to zrobię, bo mówi wiele o stosunku Zofii do sztuki."
    Nie, droga Pani, ten zapisek wiele mówi o samej Stryjeńskiej a nie o jej stosunku do sztuki.

  • face42

    Oceniono 24 razy 24

    lubię lekko stuknięte osoby, ten sklep z obranym ziemniakami jakoś trochę kojarzy mi się z pomysłem na firmę zajmującą się sprzątaniem damskich torebek

  • giacomo75

    Oceniono 13 razy 11

    Artykuł rzeczowy, dobrze opisuje cieniutką granicę między geniuszem a szaleństwem, która, u schyłku życia Zofii Stryjeńskiej, zaciera się całkowicie. Jeden błąd merytoryczny: opis wnuków Tadeusza Stryjeńskiego. Magda Stryjeńska siedzi tutaj na kolanach dziadka. W górnym rzędzie, po prawej stoi chłopiec, Andrzej. Brat mojej babci 😉

  • wentyl77

    Oceniono 9 razy 9

    Nie obchodzi mnie sama Stryjeńska, tylko jej obrazy. A te są według mnie piękne. Sama artystka, jak to u nich bywa, nie należała do miłych, zacnych, bezbarwnych nudziarzy. Nie mnie to oceniać.
    Ale oceniam jej sztukę, i o to by jej pewnie (gdyby żyła) chodziło

  • odowk

    Oceniono 7 razy 7

    Widzę w niej kobiecy wariant Witkacego. Wybitna artystka, choć osobowościowo trudny człowiek.

  • danutadom

    Oceniono 27 razy 7

    nikt, kto nie jest artystą, kto nie spotkał się z krytyką własnej sztuki, nie powinien wypowiadać się w takich tematach.

  • Jolanta Szymanska

    Oceniono 30 razy 2

    córa tego świata- demonizowana , chora psychicznie......nic ująć nic dodać

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX