(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

''Nie płakała nawet, kiedy była głodna. Bała się płakać''. Azyl dla niechcianych dzieci

Katarzyna Kowalska planowała spokojnie żyć na wczesnej policyjnej emeryturze. Dziś prowadzi rodzinny dom dziecka. - Mieliśmy już 50 dzieci, głównie malutkich. Pamiętam życiorys każdego - mówi. Teraz opiekuje się Olą. Pijana matka urodziła ją i uciekła ze szpitala. Dziewczynka skończyła roczek, ma małogłowie, jest na etapie rozwoju kilkumiesięcznego dziecka. Nikt jej nie chce adoptować.

Sama pani ogarnia całą siódemkę?

- Pomaga mi moja córka, studentka. Jest u nas zatrudniona jako pomoc, ale kiedy ma zajęcia albo się uczy, jestem sama. Umowę z miastem podpisaliśmy na piątkę dzieci, ale teraz mieszka u nas siedmioro, bo była taka potrzeba.

Niedawno po raz drugi trafił tu chłopczyk, który spędził w naszym domu pierwszy rok życia. Gdy miał tydzień, rodzice zostawili go nocą w wózku na ulicy przed pubem, a sami wewnątrz pili. Był początek grudnia. Ktoś zaalarmował policję, mały został im odebrany i trafił do nas. Rodzice przez rok bardzo starali się o odzyskanie chłopca. Udało im się warunkowo, kurator miał nad nimi sprawować opiekę, ale uciekli z dzieckiem za granicę. Poszło im łatwo, tata był obcokrajowcem, mały ma podwójne obywatelstwo. Zamieszkali w Brukseli. Jednak po miesiącu dziecko im odebrano i chłopczyk wylądował w tamtejszym domu dziecka. Wrócił do Polski 13 listopada razem z mamą i opiekunką, już bez taty, bo tata umarł w Brukseli. Chłopczyk ma już ponad dwa lata, znowu zamieszkał u nas. Mama o to poprosiła. Teraz znowu deklaruje, że chce go odzyskać.

Odwiedza go?

- Tak, przychodzi. Mały jest z nią bardzo związany, czeka przy oknie, kiedy wie, że przyjdzie, i cieszy się od rana na spotkanie. Wydaje się, że ona się ogarnęła, jest inteligentną i wykształconą osobą, z którą coś się w pewnym momencie stało i bardzo pobłądziła. Usiłuje znaleźć pracę, jakieś mieszkanie. Ale teraz, żeby odzyskać chłopca, musiałaby chyba podwójnie się wykazać, że będzie w stanie się nim zająć.

Skąd pani przyszedł do głowy pomysł, żeby założyć rodzinny dom dziecka?

- Pracowałam jako policjantka w wydziale dochodzeniowym, potem w wydziale dla nieletnich. Tam stykałam się z dziećmi, z ich nieszczęściem, z sytuacjami przemocowymi. Widziałam dzieci zaniedbane, pobite przez rodziców. Trudno było odwozić je do placówek, rozdzielać rodzeństwa. Takie historie zdarzały się każdego dnia, ale jedna miała na mnie wyjątkowy wpływ, pamiętam ją ze szczegółami.

Opiekunki ze żłobka zadzwoniły do nas, bo jakiś mężczyzna przyprowadził kompletnie pijaną matkę, żeby odebrała dziecko. Mamę odwieźliśmy do izby wytrzeźwień, dziewczynkę do komisariatu. Od dzielnicowego dowiedzieliśmy się, że w tej rodzinie jest jeszcze pięcioletni synek. Pojechaliśmy do ich domu, żeby zobaczyć, czy ktoś się nim opiekuje. Chłopczyk był sam, czekał na mamę i siostrę. Tata był w więzieniu. Nie można było dziecka tak zostawić. Zanim wyszliśmy, pogasił światła, odprowadził psa do sąsiadów, pozakręcał krany.

System był taki, że dziewczynkę musieliśmy umieścić w Domu Małego Dziecka, bo tam trafiały maluchy przed skończeniem trzeciego roku życia, a chłopca - w pogotowiu opiekuńczym. Poprosił, żeby najpierw odwieźć siostrę, on ją wprowadzi do sali, położy w łóżku i powie jej, że niedługo wróci, wtedy mała nie będzie płakała. Pamiętam poczucie bezradności, które mnie wtedy ogarnęło.

Katarzyna Kowalska. W tle ściana ze zdjęciami dzieci, którymi się opiekowała (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Katarzyna Kowalska. W tle ściana ze zdjęciami dzieci, którymi się opiekowała (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Czasami dzieci patrzyły na mnie z wyrzutem, kiedy je zostawiałam w tych różnych instytucjach, bo już kwadrans spędzony na komisariacie, ciastko i herbata sprawiały, że się ze mną związywały. Każda taka historia łamała mi serce.

Zaczęła pani myśleć o założeniu rodzinnego domu dziecka?

- Trochę poszperałam w internecie, przeczytałam jakiś artykuł i krok po kroku zbierałam informacje. Od pierwszego pomysłu w głowie do realizacji planu minął rok.

Niedługo jak na tak poważną zmianę.

- Najpierw przedyskutowałam sprawę z mężem. Mąż też jest policjantem. Był czas, że pracowaliśmy razem w wydziale ds. nieletnich.

Jak zareagował na ten pomysł?

- Jest bardzo wrażliwy na krzywdę dzieci. Kiedy widzi, że źle się z nimi dzieje, od razu ma łzy w oczach. Zrozumieliśmy, że nie święci garnki lepią i że każdy, kto chce, może spróbować pomóc dzieciom. Mniej więcej po roku zapisaliśmy się na kurs do ośrodka adopcyjnego.

Taki jest wymóg?

- Tak. Musieliśmy przejść całą kwalifikację, jak przy adopcji. Dzisiaj organizowane są osobne kursy dla osób chcących założyć rodzinę zastępczą, ale my jeszcze uczestniczyliśmy w kursie razem z ludźmi ubiegającymi się o adopcję dzieci. Kurs trwał długo, potem badania psychologów, testy - razem, oddzielnie. Zaczęliśmy funkcjonować w 2010 roku.

Jak państwa dzieci zareagowały na ten pomysł?

- Z dużym luzem. - Nie ma sprawy - powiedziały. Chyba nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieni się nasze życie, kiedy w domu ciągle będzie gromadka maluchów. Syn miał wtedy 13 lat, dwie córki też były nastolatkami. Cała trójka wcześniej bardzo przeżywała opowieści z mojej pracy.

A potem, kiedy dzieci pojawiły się w domu, też znosili to dzielnie?

- Tak. Nie było reklamacji.

Ich życie bardzo się zmieniło.

- Zmieniło się, ale byli już duzi, a ja starałam się nie obciążać ich za bardzo. Angażować - tak. Nie da się przyjmować dzieci pod swój dach bez zaangażowania wszystkich domowników. Mieszkaliśmy wtedy w bloku, jeden pokój przeznaczyliśmy dla dzieciaków. Zaczynaliśmy od pogotowia opiekuńczego. Do pogotowia dzieci trafiają na chwilę, potem idą dalej. Myślałam, że jak nie damy rady, to łatwiej będzie się wycofać i zrezygnować z pogotowia niż z rodzinnego domu dziecka.

Kiedy zdecydowała się pani zamienić pogotowie w rodzinny dom dziecka?

- Gdy zaczęłam się angażować w sprawy tych dzieciaków. Chciałam doprowadzać ich historie do dobrego końca, a nie oddawać do rodzinnego domu dziecka i zastanawiać się, co z nimi dalej się dzieje. Tutaj co dziecko, to historia. Mieliśmy już w domu 50 dzieci, głównie malutkich. Pamiętam życiorys każdego.

Każde dziecko to inna historia (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Każde dziecko to inna historia (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Jakie dzieci trafiają do państwa?

- Mamy wiele noworodków i niemowlaków. Zadeklarowałam, że wolę takie maleńkie dzieci, bo te starsze, pięcio- albo sześcioletnie, są zwykle po poważnych przejściach: były molestowane, bite, poniżane. Ja nie mam wykształcenia pedagogicznego ani psychologicznego i niepewnie się czuję w zderzeniu z takimi traumami. Nie wiem, jak do nich dotrzeć. Miewałam już takie dzieci w domu, ale nie do końca wiem, jak im pomóc. To są bardzo, bardzo trudne sytuacje.

Z maluchami pani łatwiej?

- Zdecydowanie. Noszę w nocy, całuję w stópki. Wiem, jak odpowiadać na każdą potrzebę. Maluch ma prostą instrukcję obsługi. Jak płacze - trzeba wziąć na ręce, przytulić, pogłaskać, nakarmić, przewinąć. I już się śmieje.

Jakiś czas temu przyjechali rodzice, zostawili rodzeństwo, dziewczynka nie miała roku, była spokojna, chłopczyk - dwa i pół. Kiedy rodzice wyszli, bardzo płakał z tęsknoty za mamą. Rozumiałam, oczywiście, że mu bardzo trudno, matka go zostawiła, jest w nowym domu, ale kiedy krzyczał tak przez godzinę, to we mnie rodziła się bezradność i frustracja, że nie umiem mu pomóc. Próbowaliśmy go przytulać, on nie chciał, odpychał nas. Byliśmy przecież dla niego obcą babą i obcym chłopem. Chciał do mamy, do domu.

Rozpoznaje pani, które z dzieci płacze?

- Pewnie. W nocy też. W tygodniu wstaję do nich ja - mąż rano idzie do pracy, musi być w formie. Ale w weekendy daje mi pospać. Budzę go: - Rafał? Wstaniesz? - Tak, tak. Które to? Ja nasłuchuję, bo sypiają w różnych pokojach - tu starsze, tam młodsze. Mówię: - Zuzka. I on już wie, gdzie pójść i które mleko przygotować.

Od kiedy pani nie przespała nocy?

- Od sześciu lat zawsze mamy co najmniej jednego malucha, który nie przesypia nocy. Ale przysługuje mi urlop. Wtedy nadrabiam zaległości.

Kto zostaje z dziećmi?

- Córka, ale dostaje też osobę do pomocy. Ona dobrze wie, jak się nimi zajmować. Ma skończone kursy, potrafi mnie w 100 procentach zastąpić.

Do kiedy są pod waszą opieką?

- Noworodek pozostawiony przez mamę w szpitalu jest u nas przez sześć tygodni, bo zgodnie z prawem mama ma tyle czasu na zmianę decyzji. Nawet jeśli wcześniej dopełni wszystkich formalności i zadeklaruje, że chce oddać dziecko do adopcji.

Często się to zdarza?

- U nas jeszcze nie było takiego przypadku, a mieliśmy wiele noworodków. Bywało, że mama przyjechała się pożegnać, przytulić. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle, ale jesteśmy otwarci na takie sytuacje.

Może to mamie jakoś pomaga.

- Może tak, bo dla dziecka nie ma to znaczenia, przynajmniej doraźnie. Mama czasami chce przekazać jakiś list, jakąś pamiątkę, coś, co w przyszłości może być ważną rzeczą. To możliwe, bo w tej chwili jawność adopcji jest normą. Po tych sześciu tygodniach mama przed sędzią potwierdza, że chce oddać dziecko do adopcji i w tym momencie ośrodek adopcyjny szuka dla niego rodziny. Potem przyjeżdżają nowi rodzice, poznają dziecko i na ogół się na nie decydują. Jeszcze przez jakiś miesiąc trwają procedury, maluch spędza ten czas u nas. Rodzice adopcyjni przyjeżdżają, uczą się opieki, notują sobie na karteczkach - jakie odżywki, oliwki, mleczka...

A te starsze dzieciaki?

- Rodzeństwo, o którym wcześniej opowiadałam, dziewczynkę i chłopca, który tak płakał, rodzice przyprowadzili w czerwcu. Najpierw deklarowali, że będą codziennie odwiedzać dzieci. Chyba sobie wyobrażali, że to jest rodzaj takiego całodobowego przedszkola, do którego można wejść niemal bez pukania i wyjść. Zareagowałam: - No nie, tu jest dom. Tu są dzieci, jest mój mąż i córka, i przyjeżdżają też druga córka i syn. Jemy obiady, kolacje, chodzimy spać, przyjmujemy gości itp. Jakby do każdego dziecka codziennie zaczęli mi przyjeżdżać rodzice, to nie dałoby się żyć. Troszkę się obruszyli i poszli. Od czerwca nie zainteresowali się dziećmi.

W październiku była sprawa, spotkaliśmy się w sądzie. Nie zapytali nawet o to, jak dzieci się miewają. W międzyczasie się rozstali. Do sądu mama przyjechała z jakimiś dwoma panami i z daleka im mnie pokazywała. Pewnie mówiła: - To ta baba, która zarabia kasę na moich dzieciach. Bo rodzice zwykle nas widzą jako tych, którzy opływają w luksusy zdobyte na ich krzywdzie. Pochichotała, pośmiała się, weszła na salę sądową, powiedziała, że bardzo kocha dzieci i że będzie się starała je odzyskać. Sędzia zapytała: - Co pani w tym kierunku zrobiła? Odpowiedziała, że jeszcze nic, ale będzie się starała, że nie jest w kontakcie z dziećmi, ale będzie. Sędzia podsumowała: - To proszę być. No i nadal ani mama, ani tata się u nas nie pojawili.

Od sześciu lat w rodzinnym domu dziecka na Rembertowie zawsze jest przynajmniej jeden maluch, który domaga się karmienia nocą (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Od sześciu lat w rodzinnym domu dziecka na Rembertowie zawsze jest przynajmniej jeden maluch, który domaga się karmienia nocą (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Do jakiego wieku dzieci zostają u pani?

- Teoretycznie mogą do 18. roku życia. Ale w praktyce wygląda to inaczej. Ponieważ rodzinnych domów dziecka jest niewiele, to zwykle wysyłane są tam najmłodsze dzieci. Wiele trafia do adopcji, a te starsze, które nie zostały adoptowane, są kierowane do różnych placówek.

Dlaczego dzieci są odbierane rodzicom?

- Nie zdarzyło nam się, żeby dziecko zostało odebrane rodzicom z powodu biedy, o czym tak często teraz się mówi. Może gdzieś takie przypadki są, ale do nas nie trafiły.

A co łączy te historie?

- Alkohol. Może ta bieda jest na końcu, ale jest to wypadkowa alkoholu, chorób psychicznych, czasami zbiegu okoliczności. Na tych naszych 50 przypadków może pięć historii nie miało alkoholu w tle.

Mieliśmy na przykład dziewczynkę, która była z mamą w domu samotnej matki. Obok znajdował się dom dziecka. Mama ją w nim zostawiła, kiedy mała miała roczek, bo z dzieckiem to ona nic nie może zrobić. Fakt, nie piła, ale nie miała żadnych wzorców z domu. Deklarowała, że jak się ogarnie bez tego dziecka, znajdzie pracę i mieszkanie, to je odzyska. Efektem tego ogarniania była kolejna ciąża. Tak więc to pierwsze sobie odpuściła, aby skoncentrować się na drugim. Z tego, co wiem, to drugie też oddała do domu dziecka. Pewnie ogarnia się znowu.

Czy pani wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądało pani życie w rodzinnym domu dziecka, pokryły się z rzeczywistością?

- Zupełnie nie. Wyobrażałam sobie, że najtrudniejsza będzie dla mnie opieka nad dziećmi. Jakieś choroby, lekarze, wyjazdy, organizacja, wstawanie w nocy. Tymczasem to układa się w miarę dobrze. Obciążające są sądy, kontakty z rodzicami biologicznymi, kontakt z NFZ.

Mamy teraz Olę, która urodziła się z głębokim FAS. Pijaną matkę przywiozło do szpitala pogotowie. Urodziła małą i uciekła. Może nawet nie pamięta tego, że urodziła. Dziewczynka skończyła roczek, nie rośnie, ma małogłowie, jest teraz na etapie rozwoju 4-5-miesięcznego dziecka. Ciągle ją diagnozujemy i rzeczywiście to jest koszmar. Jesteśmy zdani na prywatne wizyty. Muszę wszystko wyprosić, wydeptać. Jedni się pochylą, wesprą, inni nie.

Neurolog dała skierowanie na rezonans magnetyczny główki Oli. W maju dzwoniłam do wielu szpitali, gdzie mają odpowiednią aparaturę. Nie ma miejsc do końca roku. W Instytucie Matki i Dziecka zaproponowali mi zapisanie dziecka na 2017 rok. Myślałam nawet, że to pomyłka. Mówię: - Na 2016 chyba? - Nie, na 2017. No więc chciałam prywatnie. To jest drogie badanie. Znajomi mi zaproponowali: - Spróbuj, złożymy się. Jednak ten rezonans musi się odbyć w narkozie. W przypadku Oli znieczulenie jest tak poważną sprawą, że musiałaby spędzić w szpitalu trzy dni. Po badaniu zrobionym w jakiejś prywatnej przychodni trzeba przewieźć małą do szpitala. Ale szpitale nie chcą się na taki układ zgodzić. No więc ciągle sprawa jest niezałatwiona. Ola tego rezonansu jeszcze nie miała.

Takie sytuacje odbierają mi najwięcej siły. A także komentarze ludzi. Tłumaczę pani w rejestracji, że prowadzę rodzinny dom dziecka, więc może uda się coś przyspieszyć, ułatwić, bo nie wiadomo, co z nią będzie i jeśli ja nie zrobię jej tego badania, to być może nikt już jej go nigdy nie zrobi. A pani mi na to: - Wie pani, rodzice wymyślają takie sytuacje i takie historie, żeby nam tutaj serce rozpuścić...

Która historia była najtrudniejsza?

- W tej chwili Ola jest moją największą bolączką. W Polsce nikt nie chce jej adoptować. Została zgłoszona do adopcji zagranicznej, ale nie wiadomo jak będzie.

Ola ma czteroletniego brata, który dopiero zaczął chodzić. Mieszka w specjalistycznym domu dziecka dla dzieci upośledzonych. Cały czas z tyłu głowy mam, że ją też będę musiała w końcu tam zawieźć i że przeleży w łóżku całe życie. Staram się robić wszystko, aby ją jak najbardziej usprawnić. Rehabilitujemy ją, jeździmy na basen, kupujemy specjalne odżywki. Teraz potrzebuje ortezy - specjalistycznego sprzętu do pionizowania. To niezbędne do rehabilitacji, bo Ola leży już rok i jej miednica zaczyna się nieprawidłowo układać. Nie patrzymy na pieniądze, nie zastanawiamy się, czy mała wyczerpała swój limit finansowy na ten miesiąc, czy jeszcze nie. Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że mąż pracuje, ja mam emeryturę, więc jakoś dajemy radę. Moim marzeniem jest, aby Ola trafiła do rodziny, która ją pokocha i się nią zaopiekuje.

Jakie są jej szanse na adopcję zagraniczną?

- Coraz słabsze. Im jest starsza, tym będzie trudniej. Ostatnio ludzie - również za granicą - mniej chętnie niż kiedyś adoptują chore dzieci. Trzymam za nią kciuki. Mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam jej tyle czasu, ile powinna dostać. Ale robię, co mogę.

Opieka nad dziećmi wcale nie jest najtrudniejsza. - Obciążające są sądy, kontakty z rodzicami biologicznymi, kontakt z NFZ - mówi Katarzyna Kowalska (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Opieka nad dziećmi wcale nie jest najtrudniejsza. - Obciążające są sądy, kontakty z rodzicami biologicznymi, kontakt z NFZ - mówi Katarzyna Kowalska (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

To nie pierwszy taki trudny przypadek u państwa...

- Tak. To było może czwarte albo piąte dziecko u nas. Zadzwoniła pani koordynatorka z Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie i mówi: - Pani Kasiu, jest na Niekłańskiej w szpitalu czteromiesięczna dziewczynka, która w wieku trzech miesięcy została pobita przez kogoś - policja ustala jeszcze przez kogo. Według pani ordynator kwalifikuje się do Domu Pomocy Społecznej, jest rośliną, nie słyszy, nie widzi, leży i nie reaguje. Przez miesiąc była utrzymywana w śpiączce farmakologicznej, teraz już jest przytomna. Przeżyła, ale nie ma z nią kontaktu. W tej chwili brak dla niej miejsc w Warszawie w DPS. Szukamy w całej Polsce, ale szpital chce ją już wypisać... Pani koordynator nie może mi narzucić decyzji w kwestii dziecka. Ale powiedziała: - Sytuacja jest trudna, może pani zobaczy tę dziewczynkę. Może uda się umieścić ją na chwilę u państwa, dopóki nie zwolni się miejsce w DPS.

Pojechała pani?

- Jasne. Poszłam do tej małej. Leżała w izolatce, chyba po to, żeby nie kłuć w oczy innych, sama, w ciemnościach. Nie słyszała, że weszłam. Chciałam ją wziąć na ręce, wtedy skuliła się i bardzo przestraszyła. Przytuliłam ją i wiedziałam już, że jej nie zostawię. Zabrałam ją do domu. Pani ordynator, kiedy ją wypisywała, powiedziała nam: - Nie wiem, co państwu powiedzieć, żeby było choć trochę optymistycznie. Nie widzi, nie słyszy i do końca jeszcze nie wiadomo, co się w jej główce dzieje. Baliśmy się, żeby nam w domu nie umarła. Bardzo była biedna. Nie płakała nawet, kiedy była głodna. Bała się płakać.

Co się z nią stało?

- Zaczęliśmy ją diagnozować. Miałam wrażenie, że odwraca głowę do okna, kiedy zabieram ją rano do łóżka. Pojechaliśmy do wybitnej okulistki do Białegostoku. Popatrzyła w oczka, zbadała i powiedziała, że mała będzie widziała, tylko na razie ma krwiaki, które długo będą się goiły. To przez nie nie widzi, ale nerwy wzrokowe i organy są całe i w dobrej formie.

Tak się stało?

- Najpierw zaczęła słyszeć. Mam taki obrazek w pamięci, jak mój syn klaszcze i grzechocze jej grzechotkami, a ona na to reaguje. Potem zaczęła widzieć. I tak krok po kroku wychodziła na prostą. Wiedzieliśmy już, że do żadnego DPS-u jej nie oddamy, że będziemy pracować i robić, ile się da. Była u nas przez 10 miesięcy, pamiętam jeszcze imprezę z okazji jej pierwszych urodzin.

Gdzie trafiła?

- Do adopcji. Oddaliśmy dziecko stojące na nóżkach, widzące i słyszące. Miała co prawda okularki, bo zrobił jej się astygmatyzm, kiedy jedno oczko już widziało, a drugie jeszcze nie, był też zezik. Ma do dziś różne problemy, ale chodzi do przedszkola, zaraz pójdzie do szkoły. W porównaniu z tym, co miało z nią być...

Miałam panią zapytać o największy sukces, ale rozumiem, że to ta dziewczynka?

- O tak. Jej nowa rodzina jest bardzo oddana. Pamiętam, kiedy pani rehabilitantka zobaczyła to dziecko pierwszy raz, to powiedziała: - Szmaciana lalka. Nie wiem, co będzie. To było dla nas spore obciążenie - wizyty, ćwiczenia, nakłady finansowe - ale na koniec byliśmy szczęśliwi. Wiem, że nie zawsze tak się ułoży, nie zawsze jest potencjał, ale wtedy się udało.

Ma pani kontakt ze swoimi dzieciakami?

- Z niektórymi tak, z innymi nie. Wszystko zależy od nowych rodziców.

Na początku było mi bardzo ciężko. Dobrze pamiętam czas, kiedy oddaliśmy nasze pierwsze dziecko. Bliźniaczka, urodziła się z wagą 850 gramów, jej brat umarł. Zabraliśmy ją ze szpitala, kiedy miała dwa miesiące i ważyła dwa kilogramy. Była u nas przez 10 miesięcy. Trafiła do adopcji. To był moment, kiedy zastanawiałam się poważnie, czy nie zrezygnować, bo zrodziły się we mnie silne emocje, jakich się zupełnie nie spodziewałam. Nie myślałam, że rozstania będą takie ciężkie. Życie samo przynosi trudne chwile, a tu ja na własne życzenie funduję je sobie dodatkowo. Spałam z ubrankiem tej małej, do jej mamy od czasu do czasu słałam SMS-y, czy wszystko w porządku. W końcu córka mnie upomniała: - Daj jej trochę pobyć matką. Ale kontakt mamy do dzisiaj.

Dzieci pani nie pamiętają?

- Nie. To dobrze, przecież nie robię tego wszystkiego, żeby mnie pamiętały. Jest jak z własnymi dziećmi - wychowujemy je, inwestujemy pieniądze i czas, poświęcamy wolne chwile. Nie robimy tego po to, żeby były nam wdzięczne, tylko żeby były szczęśliwe.

Czy dzieci czegoś panią nauczyły?

- Radości życia, cieszenia się chwilą. Patrzę jak taka kupka nieszczęścia jak Ola leży i się śmieje. Są dni, kiedy płaczę nad nią i myślę: dzieciaku, z czego ty się śmiejesz, jaki cię czeka los, czy spotka cię jeszcze coś dobrego w życiu? Może wylądujesz w DPS-ie, razem ze swoim bratem, i będziesz leżała w łóżeczku w kącie, bo ja nawet nie dam rady cię wychować, mam już sporo lat. Ale potem myślę, że ważne jest tu i teraz. Mały Nikoś jest na rękach, przytula się i mu dobrze. A co przyniesie przyszłość - kto to wie. Dla dzieci jest ważne to, co się dzieje: kubeczkiem postukać, poduszkę ponosić, pobiegać, przytulić się. I życie jest dobre. Teraz.

 

Katarzyna Kowalska. Przez 23 lata pracowała w policji. W roku 2010 - po rocznym szkoleniu, badaniach psychologicznych i lekarskich - wspólnie z mężem utworzyła rodzinę zastępczą o charakterze pogotowia rodzinnego. Od 2013 prowadzą rodzinny dom dziecka. Przez niespełna 6 lat w ich domu mieszkało 50 dzieci. Mają troje biologicznych dzieci - 25, 23 i 19 lat. Dwoje młodszych to studenci.

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek „Gejdar" oraz „Pan od seksu". Publikuje między innymi w „Wysokich Obcasach”, „Ja My Oni”, „Urodzie życia”. Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (82)
Zaloguj się
  • joanekjoanek

    Oceniono 357 razy 355

    Ale jak nie święci garnki lepią? właśnie że święci. Święci - znaczy tacy jak ta pani (i jej mąż, no ale wywiad jest z samą panią).

    Tak się cieszę, że są tacy ludzie.

  • mrmaruda

    Oceniono 330 razy 326

    Co tu komentować?
    Bardzo nisko się pokłonić należy.

  • delfina77

    Oceniono 216 razy 214

    Pani Kasiu, jest Pani wielka. Chciałabym mieć w sobie tyle dobra co Pani. Powodzenia i wytrwałości życzę

  • szafranna

    Oceniono 216 razy 212

    Jak można pobić niemowlę czy też starszego malucha?
    Jak można tknąć kogoś takiego, kto nie może się obronić? Jak czytam takie rzeczy to robi mi się coś takiego strasznego w środku. Nie wiem, naprawdę nie wiem co bym zrobiła takiemu oprawcy, ale budzi się we mnie potwór.

  • ola_dom

    Oceniono 163 razy 161

    Pamiętam radiową rozmowę z Panią Katarzyną sprzed ponad roku. Do dziś pamiętam. Nie da się zapomnieć.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX