Ludzie żyjący na Swałce nie mają żadnych praw. Na zdjęciu: Batiuszka i Ivan

Ludzie żyjący na Swałce nie mają żadnych praw. Na zdjęciu: Batiuszka i Ivan (fot. Hanna Polak)

wywiad gazeta.pl

Wstrząsająca opowieść o życiu na wysypisku śmieci. "Swałka to miejsce, gdzie ludzie nie mają żadnych praw"

Na Swałkę nie przyjedzie karetka pogotowia ani milicja. Chyba że po to, żeby zatuszować sprawę i nie dopuścić dziennikarzy do tego, co się tam dzieje - mówi dokumentalistka Hanna Polak, nominowana do Oscara za "Dzieci z Leningradzkiego". W swoim najnowszym filmie "Nadejdą lepsze czasy" po raz kolejny odkrywa nieznaną, szokującą twarz współczesnej Rosji.

Ledwie 18 kilometrów od Kremla znajduje się majestatyczna Swałka - gigantyczne, górujące nad okolicą składowisko odpadów, na którym wbrew wszystkiemu toczy się życie. Jej mieszkańcy, bezdomni, napiętnowani i wykluczeni ze społeczeństwa, starają się w tych nieludzkich warunkach stworzyć iluzję normalności. Nie jest to łatwe - traktowani przez władze jak wszy, pozbawieni są podstawowych praw. Codziennie wielokrotnie obcują z upokorzeniem, głodem, chorobami i śmiercią.

Spośród rozlicznych lokatorów prowizorycznych domków z europalet dokumentalistka Hanna Polak wybrała Julę, filigranową blondynkę wstydliwie spuszczającą oczy na widok kamery. Przez 14 lat jej towarzyszyła - na Swałce i dalej. „Nadejdą lepsze czasy” to zapis tej niezwykłej przyjaźni, ale też portret współczesnej, pełnej wewnętrznych konfliktów Rosji. I nieoczywista odezwa do wzbudzenia własnej wrażliwości na świat.

Skąd się wzięła w twoim życiu Rosja?

- Zaczynałam od teatru. Pierwsza sztuka, w której występowałam na scenie Teatru Rozrywki w Chorzowie, to była „Junona i Avos”, polski tytuł „Ocean Niespokojny”, ogromny hit w czasach komunistycznej Rosji. Wykonywaliśmy ją w dużej mierze w oryginale i to był taki pierwszy mój moment zetknięcia z rosyjską kulturą. Za tym oczywiście poszedł Dostojewski: „Bracia Karamazow”, „Zbrodnia i kara”... Rosja weszła w moje życie poprzez kulturę.

Hanna Polak (fot. archiwum prywatne)Hanna Polak (fot. archiwum prywatne)

Jak ze świata literatury i sztuki doszłaś najpierw na dworzec, a potem na wysypisko, w środowisko ludzi bezdomnych?

- Mniej więcej w 1993 roku pojechałam po raz pierwszy do Rosji. Miałam tam przyjaciół, zawiązywałam różne relacje. To był w ogóle w Rosji niesamowity czas. Moskwa stała się bardzo kosmopolitycznym miastem, w którym można było spotkać artystów, dziennikarzy z całego świata. Mnie to miasto przyciągało. Interesowałam się między innymi jogą, medytacją, a ci ludzie niesamowicie to chłonęli, bo takie tematy były zakazane w komunizmie. Zapraszali mnie, chcieli słuchać, uczyć się. W pewnym momencie ta grupa zaczęła pomagać ludziom w kryzysie.

Po upadku komunizmu wiele starszych osób było pozostawionych samym sobie, nie mieli nawet artykułów pierwszej potrzeby. Ja coraz bardziej angażowałam się w działalność charytatywną. Oprócz starszych i inwalidów zaczęliśmy też pomagać dzieciom w domach dziecka. Aż pewnego dnia spotkałam dzieci z Leningradzkiego, czyli dzieci ulicy. To był moment, który absolutnie zmienił moje życie.

Co poczułaś, kiedy poznałaś „dzieci niczyje” - żyjące na dworcu, brudne, często naćpane, pijane, chore?

- Od tego momentu zaczęłam do nich przyjeżdżać, a właściwie to z nimi zostałam. Wiedziałam, że jeżeli mnie, albo grupy wolontariuszy nie ma, to te dzieci po prostu umierają na ulicach. Starałam się być tam na stałe, codziennie bezpośrednio pomagać dzieciakom.

Swałka (fot. Hanna Polak)Swałka (fot. Hanna Polak)

Na czym polegała ta pomoc?

- Na przynoszeniu ubrań, jedzenia, zabieraniu dzieciaków do szpitala, do domów dziecka, przynoszeniu różnego rodzaju lekarstw, antybiotyków, jakichś maści, środków opatrunkowych.

Leczyłaś tylko ciało?

- Wkrótce pojawiła się też pomoc psychologiczna. Wraz z grupą moich przyjaciół wynajęliśmy mieszkanie niedaleko dworca, żeby dzieciaki wiedziały, gdzie jesteśmy, żeby mogły przyjść, poprosić o tę pomoc. Bardzo szybko przyszły i zapytały, czy mogą tam zamieszkać.

Wpuściłaś do domu dzieci z ulicy?

- Byłam przeciwna temu, żeby mieszkały u nas w domu. Nie miałam żadnych pozwoleń, to nie było legalne... Ale kiedy widziałam na ulicy rozpaczliwie płaczącego chłopaka i wiedziałam, że dzieje mu się krzywda, a potem to samo dziecko przychodziło do mnie wieczorem, razem z grupą innych dzieciaków, i prosiło o możliwość zamieszkania... Czułam, że nie jestem w stanie odmówić, że muszę zaryzykować, bo jeżeli tego nie zrobię, to życie tego dziecka skończy się tragicznie.

Przyzwyczajone do ulicznej wolnej amerykanki dzieci odnajdywały się w świecie, gdzie trzeba było kogoś się słuchać, przestrzegać jakichś zasad?

- Bardzo trudno jest przekonać bezdomne dzieciaki, żeby zaczęły normalne życie. One mają specyficzne poczucie wolności: że mogą palić, pić, kupować sobie narkotyki za pieniądze z żebraniny. Oczywiście, ta wolność kończy się tragicznie i dlatego trzeba działać natychmiast.

Kiedy do mnie przyszły, wiedziałam, że jest to bardzo poważna decyzja z ich strony. I chcą naprawdę coś zmienić w swoim życiu. A ja, odmawiając im tej możliwości, zepchnę je z powrotem na ulicę. Dlatego powiedziałam: - Dobrze, zaryzykujemy. Chciałam jednocześnie stworzyć bardzo jasne zasady. Dzieciaki musiały rozumieć, że szybko zostaną umieszczone w dobrych domach dziecka albo powrócą do swoich rodzin, jeśli uda mi się nawiązać jakiś pomost w relacji między nimi a rodzicami.

Udało się?

- Tak, częściowo. Znalazłam miejsca w jakichś ośrodkach, domach dziecka, niektóre z nich wróciły do domu. Ale oczywiście problem nie zniknął. To właśnie te dzieci ulicy zabrały mnie na tak zwaną Swałkę - po rosyjsku to słowo oznacza wysypisko. Tam spotkałam Julę i innych bohaterów filmu „Nadejdą lepsze czasy”.

Po lewej: Jula; po prawej: Svietłana i Jula (fot. Hanna Polak)Po lewej: Jula; po prawej: Svietłana i Jula (fot. Hanna Polak)

Przyjeżdżasz na tę gigantyczną górę śmieci i...? Nawet trudno mi sobie wyobrazić, co możesz czuć. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to smród i niesamowity chaos. Jak zapamiętałaś ten moment?

- Wysypisko jest otoczone wysokim murem i nikomu nie wolno na nie wchodzić ze względów bezpieczeństwa. Pracują tam niebezpieczne maszyny, wyrzucane są różnego rodzaju odpadki przemysłowe czy pochodzące ze szpitali. Oprócz pracowników wysypiska nikt nie powinien się tam znajdować. Dlatego nikt nie wie, że za tymi murami żyje ogromna grupa ludzi, w tym również dzieci. Oni wszyscy tam mieszkają, również pracują - zbierają odpadki, surowce wtórne. Dzieje się tam wiele rzeczy, które są na granicy prawa lub są po prostu bezprawne. Na Swałce funkcjonuje również mafijna struktura, w której prosperują nielegalne biznesy, ludzie są wykorzystywani, płaci się za ich pracę wódką albo daje jakieś grosze.

Kiedy weszłam na wysypisko, najbardziej uderzyło mnie, że to jest odgrodzone od świata zewnętrznego terytorium, takie państwo w państwie. Miejsce, gdzie gwałci się kobiety, gdzie można zginąć albo zostać zabitym, wrzuconym pod kupę śmieci i gdzie nikt nigdy nie będzie tej osoby szukał. Miejsce, gdzie nie przyjedzie karetka pogotowia, gdzie nie przyjedzie milicja po to, żeby ochronić ludzi, tylko raczej żeby zatuszować sprawę i nie dopuścić dziennikarzy, czy innych przedstawicieli zewnętrznego świata do tego, co się tam dzieje. Miejsce, gdzie ludzie nie mają żadnych praw.

Jak wygląda codzienność mieszkańców Swałki?

- Żyją w lepiankach z europalet, bez bieżącej wody. Te lepianki są wciąż palone przez federalną policję, więc oni się cały czas przenoszą, budują swoje domki od nowa. Funkcjonują w nieludzkich warunkach, pozbawieni najprostszych i najbardziej podstawowych rzeczy, z których każdy z nas na co dzień korzysta i nawet się nad tym nie zastanawia. W niewielkich piecykach stworzonych z puszek z jakimiś doczepionymi rurami palą materiały, drewno znalezione na wysypisku.

Mimo to dziewczyny się malują, starają się podobać, zakładają biżuterię znalezioną w śmieciach. Próbują zadbać o czystość, co w takich warunkach jest nieludzkim wysiłkiem, bo nie ma wody - trzeba zbierać śnieg i topić go, żeby się umyć. A zimą temperatura na Swałce spada do minus 20-30 stopni. W takim miejscu, gdzie wszystko zmierza ku rozkładowi, gnije i się rozpada, ludzie próbują zachować normalność.

(fot. Hanna Polak)(fot. Hanna Polak)

W filmie raz na pewno widzimy śmierć - kamera mija zwęglone zwłoki. Jeszcze wiele razy ta śmierć jest sugerowana, niedopowiedziana. Ile razy musiałaś się z nią konfrontować?

- Większość moich bohaterów z wysypiska już nie żyje.

Kiedy zaczyna się zima, już w czasie pierwszej fali mrozów umiera kilkadziesiąt osób. Śmierć jest tu wszechobecna. Co chwilę zdarzają się wypadki. Traktory i buldożery przejeżdżają po tych ludziach, gniotą ich, miażdżą, zarówno w dzień, jak i w nocy. Kierowcy buldożerów nie zwracają na nich uwagi. Są dla nich jak psy, które się gdzieś tam wałęsają.

Swałka to ostatnie miejsce na ziemi, gdzie ludzie próbują znaleźć dla siebie schronienie. Już wszystko stracili, nie mają domu, nie mają żadnego zaczepienia w społeczeństwie i przychodząc tu, przekraczają bramę piekła.

Co jest dla tych ludzi najtrudniejsze?

- Najbardziej chyba boli odrzucenie, brak akceptacji społeczeństwa. Strach przed utratą własnego człowieczeństwa. Przez to, że znajdują się w tak beznadziejnej sytuacji materialnej, są tak zwanymi menelami, że ich twarze wyglądają tak, jak wyglądają, że odziewają się w jakieś łachmany, społeczeństwo już nie widzi w nich elementu ludzkiego, tego humanizmu, który mnie tak niesamowicie uderzył.

Ivan (Vania) (fot. Hanna Polak)Ivan (Vania) (fot. Hanna Polak)

Oglądając film „Nadejdą lepsze czasy” odniosłam wrażenie, że w ramach swojej małej społeczności „zwałkowcy” bardzo się wzajemnie wspierają.

- Ja nie mówię, że ci ludzie są perfekcyjni, o nie. Ale nie mają czasu ani miejsca na małe, nieważne rzeczy - jakieś zawiści, niechęci. Jeżeli jedna osoba drugiej nie pomoże, nie przyjmie pod dach, to ona umiera. Tam toczy się walka o przeżycie. Wbrew wszystkiemu człowiek człowiekowi pomaga, jest serdeczny, dzieli się tym, co ma. Ci ludzie potrafią kochać, mają niesamowite poczucie humoru. Niczym nie różnią się od nas, a czasami nawet gdzieś tam są lepsi, bo odarci z wszystkich fizycznych dóbr, nie zwracają już uwagi na materialny status, a po prostu na przyjaźń. Chcą jeszcze wspólnie przeżyć jakąś fajną chwilę.

Musiałaś walczyć ponad siły, żeby zrobić ten film. Niejednokrotnie widać, jak chowasz kamerę pod swetrem. Wiem, że miałaś problemy z ludźmi, którzy tam pilnują porządku. Co musiałaś zrobić, żeby film powstał?

- Wciąż się ukrywałam. Nigdy nie dostałabym zgody na legalne zdjęcia. Musiałam przenikać przez mur lub wjeżdżać ciężarówką na teren, pozostając niezauważona. Nie mogłabym tam przyprowadzić ekipy filmowej, musiałam robić zdjęcia z doskoku, nielegalnie.

Jak niebezpieczna była to praca?

- Tak bardzo, że sami bohaterowie filmu pytali mnie, czy nie boję się do nich przychodzić. Martwili się o mnie, odprowadzali w nocy do płotu okalającego wysypisko. W czasie, gdy odwiedzałam Swałkę, jedna z kobiet dostała kilkanaście ran kłutych, kiedy ktoś próbował ją zgwałcić. W wyniku tej napaści straciła oko.

Zostałam raz złapana przez ochronę. Miałam wówczas przy sobie bardzo cenne materiały. Chcieli wywieźć mnie z wysypiska ciężarówką, ale wykorzystałam chwilę nieuwagi wezwanej na miejsce milicji i uciekłam. Potem, żeby wrócić do samochodu, musiałam po ciemku przedzierać się przez kilometrową górę śmieci, brodząc po kolana w zamarzniętej wodzie.

Na Swałkę nie przyjedzie ani karetka pogotowia ani milicja (fot. Hanna Polak)Na Swałkę nie przyjedzie ani karetka pogotowia ani milicja (fot. Hanna Polak)

Miałaś chwile, w których bałaś się, że umrzesz?

- Cofałam się przed bezpańskim, atakującym mnie psem. Ziemia była całkowicie zamarznięta i się przewróciłam. Miałam nad twarzą jego kły, wiedziałam, że zaraz mnie zagryzie. W kieszeni schowałam gaz pieprzowy, ale nie mogłam go wydobyć, bo miałam tam też jakieś filmy, kasety... W końcu się udało i ten pies uciekł. Kiedy indziej całą hordę psów goniących za mną po wysypisku wystraszyłam, pryskając im po pyskach dezodorantem.

Zatrułam się też toksycznymi gazami, jakie wydzielają śmieci. Miałam udar słoneczny. Prawie przejechał mnie buldożer... Jednego razu nabiłam się na gwóźdź. Była noc, czarno i po prostu na niego weszłam. Zresztą to jest wszystko nagrane: kamera idzie do góry, ja krzyczę, potem słychać, jak próbuję wyciągnąć gwóźdź z nogi i w końcu mi się udaje. Czuję jak but wypełnia mi ciepła krew.

I co wtedy?

- Nie pozostało nic, tylko pójść dalej i robić zdjęcia.

Opowiadasz jak gdyby nigdy nic o sytuacjach, które dla zwykłego człowieka są niewyobrażalne. Przez ten cały czas wiedziałaś, że robisz film dalej. Co cię napędzało, dawało siłę?

- Był taki moment, kiedy zabrałam grupę ludzi z wysypiska do szpitala. Wiedziałam, że oni potrzebują pomocy, wiedziałam, że są wśród nich osoby w krytycznym stanie. To była ogromna wyprawa. Zawiozłam ich do miasta, poszliśmy do łaźni, gdzie ci ludzie mogli się umyć, potem przeszli obowiązkowe odwszawianie.

Bardzo długo czekaliśmy na lekarza, ale w końcu, gdzieś około godziny piątej, zostaliśmy przyjęci. I lekarz stwierdził, że nie ma żadnych podstaw, żeby kogokolwiek z tych ludzi zatrzymać w szpitalu. Zaczęłam się kłócić: - To jest absolutnie niemożliwe. Kilka osób ma gangrenę, a w przypadku gangreny nie ma innych możliwości niż przyjęcie tych ludzi do szpitala i amputacja!!! Oczywiście, skończyło się to awanturą, wezwano ochronę i zostałam brutalnie stamtąd wyrzucona. Próbowałam wejść z powrotem i wtedy ochroniarz zmiażdżył mi rękę metalowymi drzwiami. Pierwszy raz w swoim życiu zostałam potraktowana tak samo jak ci ludzie. Zobaczyłam, co to znaczy spotkać się z obojętnością, wręcz pogardą.

Jak się poczułaś?

- Załamała mnie obojętność społeczeństwa. Ludzie z wysypiska nie mają żadnych szans, żeby przerwać koło bezdomności. Siedziałam potem w swoim samochodzie razem z grupą, którą musiałam odwieźć z powrotem na wysypisko. Była zima, noc, na zewnątrz minus 20 stopni. Wiedziałam, że oni najprawdopodobniej umrą. Siedziałam i płakałam. To trwało kilka godzin. Jedną z tych kobiet odstawiłam na dworzec i wysłałam do jej dalekiej wsi, żeby tam skorzystała z pobliskiego szpitala. A resztę zawiozłam na wysypisko, otworzyłam drzwi i pozwoliłam odejść. Widziałam, jak w ciemności próbują wdrapać się na górę śmieci, z której się ześlizgują.

Przyjechałam następnego dnia. Jedna z kobiet, które były ze mną w szpitalu, nie patrząc na mnie piła alkohol. Powiedziałam jej: - Olga, ty umierasz, nie możesz pić w tej sytuacji. A ona mówi: - Wiesz, może lepiej, żebym umarła. Chciałam prosić cię o coś. Chciałam ci coś powiedzieć. Nigdy nie pozwolę sobie pomóc, ponieważ dla mnie zobaczyć, że ty jesteś w ten sposób traktowana, jest największym bólem. Wtedy zrozumiałam, że przyjaźń tej kobiety jest czymś, za co ja nigdy nie będę w stanie się odpłacić, cokolwiek zrobię, jakąkolwiek pomoc okażę tym ludziom.

Olga (fot. Hanna Polak)Olga (fot. Hanna Polak)

I zamiast się poddać, postanowiłaś walczyć jeszcze mocniej.

- To mnie stale motywowało, żeby zrobić film. On nie jest tylko opowieścią o ludziach, którzy znaleźli się w jakichś ciężkich warunkach życia. Jest niesamowitą historią o człowieczeństwie i niesamowitą historią o dziewczynie wbrew wszystkiemu pokonującej przeciwności losu... Teraz mamy bardzo dużo filmów o gwiazdach, które dostały wszystko i wszystko zmarnowały. Miały pieniądze, talent. A tu jest prosta dziewczyna; nie ma nic, a daje nam niesamowitą, inspirującą historię o tym, że można w życiu zmienić absolutnie wszystko, jeśli weźmie się los w swoje ręce.

Przy okazji ten film stał się kroniką ostatnich 15 lat putinowskiej Rosji. Myślałaś o tym, że tworząc opowieść o jednostce, tworzysz też rodzaj kroniki o kraju, o momencie, w którym ten kraj jest?

- To jest najtrudniejszy film, jaki w życiu robiłam. Też z uwagi na ogrom materiału, realizowanego przez 14 lat. Zaczęłam w 2000 roku, czyli w roku, w którym Putin doszedł do władzy. Jest to więc trochę obraz putinowskiej Rosji, przemian, które zachodzą w tym kraju. Patrzymy na nie oczami ludzi z wysypiska. Jest w tym ironia, bo oni mają większy dystans i krytycyzm do wszystkiego niż cała reszta społeczeństwa. Okazuje się, że są inteligentni, żyją życiem kraju. Ale nie mogą pójść do miasta, bo to miasto ich nie akceptuje, miastu nie podobają się ich zorane bezdomnością twarze. Nie istnieją. Ich sposobem na komunikację z zewnętrznym światem jest przede wszystkim radio.

Przez długi czas było tak, że w Rosji na każdym rogu sprawdzano tak zwaną propiskę, czyli meldunek moskiewski. Jeżeli ktoś go nie miał, był aresztowany, i jeśli posiadał pieniądze - płacił za to mandat. Oni nie mieli. I dlatego zostali zamknięci w czymś w rodzaju getta. Za jego murami dokonują żywota, ale są na bieżąco - mają radia, prasę, wszystko co tylko przywożą śmieciarki. Na przykład co parę miesięcy na wysypisku pojawia się inna farba do włosów i nagle wszystkie dziewczyny noszą ten sam kolor - rudy lub blond. Dlatego Jula w moim filmie za każdym razem wygląda inaczej.

Chronologia miała tu ogromne znaczenie, bo jednym z bohaterów tego filmu jest czas. Umieszczenie tego wysypiska w Rosji i na mapie historycznej było bardzo ważne. Ale to nie jest film polityczny, a uniwersalny, ogólnoludzki, opowiedziana w nim historia może się wydarzyć gdziekolwiek. Rosyjskie tło stanowi pewnego rodzaju koloryt, pomaga nam sobie historycznie wszystko układać.

To też twoja Rosja?

- Tak. Wtedy w tej Rosji byłam, przemiany dotykały także mnie. Poza tym bohaterowie filmu komentują różnego rodzaju wydarzenia, dlatego było ważne, żeby tak zaznaczyć pewne momenty w filmie, żeby wiadomo było, o czym oni mówią. Czy to Dubrowka, czy rok dojścia Putina do władzy.

Ja ten film budowałam warstwami. Trudno było konstrukcyjnie go ułożyć. Był jak puzzle - z tysięcy malusieńkich fragmentów trzeba zrobić jeden spójny obrazek. A czasami, kiedy już je mamy ułożone, bierzemy jakiś element i nagle ten kawałeczek zmienia absolutnie wszystko.

Dima (w niebieskiej kurtce) (fot. Hanna Polak)Dima (w niebieskiej kurtce) (fot. Hanna Polak)

Co dała ci Swałka? Czego nigdy nie zapomnisz?

- To był przywilej, że mogłam robić ten film. Nie jest tak, że przyszłam i dałam coś ludziom ze Swałki - oni także zrobili dla mnie bardzo dużo. Mam w swoim sercu takie skarby, tyle pięknych momentów. Kilka dni temu Julka napisała: - Hanna, czy zapomniałaś o mnie? Bo już od miesiąca się do mnie nie odzywasz. Wiem, że jestem w jej życiu ważna.

Kiedy poznałaś Julę, twoją główną bohaterkę, miała 10 lat. W filmie żegnacie się, gdy jest dorosłą kobietą. Spędziłyście razem ponad dekadę. Od początku czułaś, że to ona jest tą jedną osobą z tysięcy, która stamtąd wyjdzie i dlatego za nią poszłaś?

- Dla kamery Jula jest bardzo ciekawym bohaterem, ale dla filmu - bardzo trudnym. Była niezwykle nieśmiała, zamknięta w sobie i rzadko się odzywała. Ale miała jednocześnie to piękno i niesamowitą siłę, zadziorność, przekorę, coś takiego, co mnie od początku przyciągało. Szybko nawiązałyśmy bliską relację. To trochę kinowa magia, bo absolutnie nie można założyć, że przez 14 lat będzie się podążało za jednym i tym samym bohaterem. Nie wiadomo, jakie nastąpią zmiany w życiu tej osoby. Czasami wydawało się, że inni bohaterowie wysypiska są ciekawsi. Ale pojawiali się i znikali, a Jula została ze mną. Wszystkie zakręty, nowe sytuacje w jej życiu przynosiły coś nowego.

Jak niespodziewana ciąża.

- Kiedy Jula w wieku 15 lat zachodzi w ciążę, to jest niezwykle dramatyczna sytuacja. Ale też moment, w którym ona nagle, w ciągu kilku dni czy tygodni, całkowicie dorośleje. Udało mi się być w tych momentach przy niej z kamerą. I to też jest ogromny łut szczęścia.

Filmowanie było zabronione nie tylko na wysypisku, ale też na oddziale neonatologii, gdzie Jula rodziła. Ale ponieważ byłam jej najbliższą osobą, to lekarz przyszedł do mnie, prosząc, żebym była z Julą - nawet z kamerą, ale żebym była. Przy mnie Jula mogła zachować jakiś spokój. Byłam wszystkim tym, co ona zna. Reprezentowałam dla niej wysypisko, rodzinę, przyjaciół, mogła mieć we mnie schronienie, poczucie bezpieczeństwa. Musiałam tam być, żeby mogła na spokojnie podjąć decyzję i podpisać dokumenty [Jula swoje pierwsze dziecko zdecydowała się oddać do adopcji - przyp. aut.].

Jula (fot. Hanna Polak)Jula (fot. Hanna Polak)

Jak wyglądają dzisiaj wasze relacje?

- Niedawno Jula miała znowu krytyczny moment. Jej matka zerwała abstynencję i zaczęła pić, ona z kolei została oszukana w pracy. Znalazła się w sytuacji, w której musi dać dziecku jeść, a walczy o mieszkanie, bo nie chce stracić tego kąta, który po wielu latach w końcu ma. Zadzwoniła do mnie. Bardzo płakała i wysłałam jej pieniądze. Później byłam w Niemczech na pokazie filmu i nie miałam tam internetu. Jak przyjechałam do Polski, okazało się, że mam od niej kilkanaście maili i rozpaczliwych wiadomości. Moje milczenie odebrała w ten sposób, że myślę sobie, że jej zależy tylko na pieniądzach. Mówi: - Słuchaj, ja ci wszystko oddam, ja tylko to pożyczyłam, proszę, proszę, nie odrzucaj mnie.

Ci ludzie mają tak dużo godności. Są pozbawieni wszystkiego, ale nie patrzą na ciebie jak na „chodzące pieniądze”, które mogą coś zmienić w ich życiu. Nawet nie są w stanie prosić. Wolą umrzeć niezauważeni, niż zrobić coś złego, poniżyć się. I taka właśnie jest Jula. Nigdy by nie zrobiła niczego dla pieniędzy.

Batiuszka. Batiuszka. "Żył na Swałce wiele lat. Jego zdrowie się pogarszało, ale nie miał dokąd pójść. W końcu dowiedziałam się, że zmarł" (fot. Hanna Polak)

Czy film jest dla ciebie środkiem, narzędziem do zmieniania rzeczywistości, misją, czy celem samym w sobie?

- „Nadejdą lepsze czasy” to część mojego ogromnego projektu pomocy dzieciom. Nie weszłam na wysypisko po to, żeby zrobić film, ja weszłam tam po to, żeby pomóc ludziom. Szukając sposobów, jak to zrobić, wpadłam na pomysł, że będę robić film, żeby pokazać światu, co się dzieje. Sama jestem w stanie pomóc tylko małej grupce ludzi, brakuje szerszych, systemowych rozwiązań. Trzeba dotrzeć do ludzi, którzy podejmują decyzje na poziomie rządowym i ustalają prawa dziecka, człowieka. Potrzebne jest zaangażowanie rosyjskich służb socjalnych. Tak, ten film jest pewnego rodzaju misją. A raczej środkiem, który ma ludzi sprowokować do myślenia, spowodować ich niezgodę na pewne rzeczy, na przykład dziecięcą bezdomność.

W przypadku „Dzieci z Leningradzkiego” to zadziałało. Ruszyła lawina projekcji inicjowanych przez organizacje charytatywne, fundacje, organizacje pracujące z bezdomnymi, między innymi polski MONAR. W Rosji powstał pilotażowy program dla niepełnoletnich narkomanów dofinansowany przez Komisję Europejską.

Ale nie musimy jechać do Rosji i zmieniać tego kraju. Na własnym podwórku możemy zaangażować się w jakieś pozytywne działania, żądać zmiany prawa, lepszego systemu socjalnego. Gdzieś we własnej rodzinie mamy dzieci, które potrzebują więcej czasu, więcej miłości, jasnego jej zakomunikowania. Jeżeli ten film spowoduje jakąkolwiek zmianę, będę szczęśliwa. Uważam, że film dokumentalny powinien poruszać, dotykać i musi coś zmieniać. Pokazywanie życia tych ludzi po to, żebyśmy spędzili 90 minut w fotelu, bez głębszych refleksji, bez chęci pomocy, mija się z celem.

 

"Nadejdą lepsze czasy" w reż. Hanny Polak 27 listopada wchodzi do kin. 6 grudnia film będzie można obejrzeć w HBO i HBO GO.

Hanna Polak. Dokumentalistka nominowana do Oscara za „Dzieci z Leningradzkiego”. Reżyserka zajmuje się problemami bezdomnych dzieci na całym świecie od wielu lat. Stworzyła fundację Aktywna Pomoc Dzieciom, w ramach której działa na rzecz dzieci i współpracuje z UNICEF. „Nadejdą lepsze czasy” to najbardziej nagradzany za granicą polski film w 2015 roku i kuluarowy faworyt do oscarowej szortlisty.

Anna Tatarska. Dziennikarka pisząca dla polskich i amerykańskich mediów. Absolwentka Filmoznawstwa i Wiedzy o Kulturze oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Z Tomaszem Raczkiem spiera się o filmy w onetowym "Tatarska kontra Raczek". Ceni wolność w pracy i życiu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, wegetariańskie kulinaria i podróże, ale najbardziej lubi innych ludzi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (132)
Zaloguj się
  • remul

    Oceniono 401 razy 379

    Widziałem biedę w różnych azjatyckich krajach, a ponieważ często tam bywałem też starałem się pomóc, chociaż kilku osobom. Tylko, że moja pomoc była mikroskopijna i toczyła się niejako przy okazji. Ogromny szacunek dla pani Hanny. Jest pani niesamowitą kobietą i niezwykle silną. Wiem jak bardzo może boleć patrzenie na cierpienie innych i jak boli bezsilność, a im bardziej człowiek się angazuje, tym bardzie boli.

  • jarzebiaknaczczo

    Oceniono 303 razy 235

    Koszmarne. Rosja to kraj trzeciego świata. Wstyd dla tego państwa.
    Ale i my tu w Polsce też mamy nasze wstydy i naszych własnych pariasów.

  • Blym Czymkfins

    Oceniono 207 razy 163

    Zapraszam do miast górnego śląska, tam toczy się alternatywne życie poza głównym obiegiem. Gdzie za fasadą starych pięknych kamienic gdzieś w oficynie w śmierdzących pustostanach wegetują bezdomni w warunkach żywcem z XIX wieku, srający w jednym kącie pokoju i śpiący na zgniłych od moczu materacach w drugim kącie.

  • ortoextreme

    Oceniono 160 razy 136

    Jest pani wspaniała, silna i jest pani miłością! szacunek!

  • troll_na_uslugach_petersburga

    Oceniono 166 razy 136

    W połowie tego artykułu łzy same napłynęły mi do oczu.

  • politiko1976

    Oceniono 120 razy 100

    Wielki szacunek dla Pani Anny ,egoistyczny syty świat powinien się zastanowić do czego doprowadził !!!

  • white_lake

    Oceniono 112 razy 76

    niesamowita kobieta, ogromny szacunek i podziw!
    film bardzo bym chciała obejrzeć, ale boję się, że będę cały czas płakać...

  • czegotychcesz

    Oceniono 106 razy 68

    Tak wygląda państwo totalitarne, gdzie człowiek jest niczym ! w naszym kraju, i nie tylko, również
    na całym świecie, coraz silniejsze są tendencje elit rządzących, do wprowadzania takich rządów, niszczących pojedynczego człowieka !!!

  • bialamysz

    Oceniono 123 razy 59

    Wam się wmówiło przez ostatnie lata, że świat to miejsce, gdzie każdy MUSI mieć dobrze. A że o tym świecie wiecie niewiele więc wierzycie w takie bzdety. Przyjmiecie do wiadomości, że te wasze wszystkie elektroniczne gadżety, które kupujecie za półdarmo i wymieniacie co roku, za tanie ciuchy i wiele innych rzeczy płacą gdzieś inni ludzie.

    Na świecie nic nie bierze się z niczego! Wszyscy się zachwycają socjalem w WB albo Niemczech. Tyle, że tam mało jest rdzennych obywateli tych krajów wykonujących źle opłacane prace. Wolą żyć na socjalu bo bardziej się im to opłaca. Kto więc te pracy wykonuje? Na miejscu - Polacy, Czesi etc. A poza granicami - pół Azji!

    Tak samo jest z Polską i naszym społeczeństwem, czerpiecie swój dostatek z wyzysku innych nacji. Chińczyków (już powoli się to kończy), Bengalczyków, Wietnamczyków, Rosjan etc. I wiecie co...? To jest absolutnie normalne! Zawsze jeden kraj (nacja) pośrednio lub bezpośrednio najwięcej zysków czerpała z wykorzystywania drugiego kraju. Bo jeżeli wszyscy ludzie na świecie zaczęliby żyć na takim poziomie jak choćby Polacy, to (pomijając kwestię braku zasobów naturalnych) skończyło by się życie jakie znamy. Spodnie z dźinsu - 500 złotych za najtańszą parę, smartfon - 4000 złotych za najtańszy model itd. Świat zawsze opierał się na nierównościach najpierw wewnątrz grupy, a potem w porównaniu z innymi. Tylko skoro to robicie to nie róbcie głupich łzawych scen pod takimi artykułami jak powyższe. Przestańcie być hipokrytami lub - co gorsza - naiwnymi głupcami!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX