Piotr Fronczewski jako Franek Kimono, Teatr Ateneum

Piotr Fronczewski jako Franek Kimono, Teatr Ateneum (fot. Jan Zamoyski / Agencja Gazeta)

Piotr Fronczewski: Proszę nie zapominać, że ''po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie''

Niezapomniany Pan Kleks, zwariowany pan Piotruś i tragiczny Edyp. Szpicbródka, Franek Kimono i jeden z najlepszych Hamletów w historii polskiego teatru. Wyczynowiec, który zagrał kilkaset ról. Piotr Fronczewski, mimo niewątpliwych osiągnięć, do swojej kariery podchodzi z dystansem. W wywiadzie rzece "Ja, Fronczewski", którego fragmenty przedpremierowo drukujemy, mówi: - Nie mam wrażenia, żebym czegoś szczególnego w dziedzinie filmu dokonał.

Polscy filmowcy jakby o panu zapomnieli. Od dawna nie dostał pan roli na miarę swojego talentu. Czy czuje pan z tego powodu żal?*

- Żal? Do kogo? I o co? Ja już jestem na ostatniej prostej, stygnę powoli, a film to przede wszystkim domena ludzi młodych. Starszym człowiekiem raczej niespecjalnie się zajmuje. Trzeba mieć pomysł na to, jak go zagospodarować, co gość w latach mógłby mieć do powiedzenia z ekranu. Zdarzają się takie filmy na Zachodzie. Ale widocznie u nas nie ma takich pomysłów. Ja jednak z tego powodu nie płaczę, nie cierpię szczególnie, bo od zawsze czułem się przede wszystkim człowiekiem teatru. W teatrze wciąż gram. Jestem w normalnym rytmie scenicznym. A film? Zagrałem sporo chyba.

Doliczyłem się osiemdziesięciu siedmiu filmów i czterdziestu jeden seriali z pańskim udziałem. Do tego stu siedemnastu spektakli Teatru Telewizji.

- Niemożliwe, ludzie tyle nie żyją, żeby w tylu rzeczach zagrać.

A jednak.

- A role teatralne pan policzył?

Oczywiście. Zagrał pan w pięćdziesięciu dziewięciu sztukach.

- A w każdej co najmniej kilkadziesiąt razy, jeśli nie więcej. Wyjdzie tego pewnie z pięć tysięcy wieczorów na scenie, jeśli nie dziesięć tysięcy - zresztą niech pan to lepiej liczy, skoro taki z pana buchalter. Pan wie, że „Kolację dla głupca” gramy w Ateneum od ponad czternastu lat i kilka miesięcy temu przekroczyliśmy już osiemset przedstawień? A końca nie widać...

Piotr Fronczewski (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)Piotr Fronczewski (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)

Ja jestem jak ten stary koń cyrkowy, który stoi sobie spokojnie w stajence, leniwy troszkę, znudzony, potulny, głowa spuszczona, czasem przysypia na stojąco, jak to koń, czasem łeb w żłób włoży i owsa trochę przeżuje czy siana skubnie. I nagle w porze spektaklu ktoś przychodzi, ubiera go i prowadzi na arenę. I tam, gdy zapalają się światła sceny, leciwa chabeta ożywa. Nie chce już jej się spać, nie pamięta o jedzeniu ani o swoim wieku. I z temperamentem młodego ogiera wykonuje wszystkie zaplanowane na wieczór numery z wypiętą dumnie piersią, łbem podniesionym, błyskiem w oku. Bo to jej praca. Bo nawykła. Aczkolwiek być może również dlatego, że po prostu to lubi. Nie zawsze, ale czasem sprawia jej to frajdę.

Filmu pan nie lubi?

- To nie o to chodzi. Film to po prostu inna dyscyplina, inny świat. Ja, widzi pan, u samego początku tak zwanej kariery wymyśliłem sobie taki pięciobój zawodowy: teatr, film, telewizja, kabaret i piosenka oraz plan mikrofonowy, czyli radio i dubbing. Chciałem być wszechstronny, chciałem wszystkiego spróbować. I spróbowałem, aż do przejedzenia czasem. Ale teatr pozostał mi najbliższy.

Bo w teatrze najważniejszy jest aktor. To on jest w centrum. To on niesie spektakl. On go w największym stopniu stwarza i za niego odpowiada. Od niego najwięcej zależy. Od jego umiejętności. Człowiek bez warsztatu nie ma czego na scenie szukać. W filmie jest inaczej - to sfera władzy reżysera i operatora. To oni nadają ostateczny kształt filmowi. Aktor, owszem, jest ważny, ale nie najważniejszy. Bo film to przedziwna sztuka, która potrafi nawet zupełnego amatora przerobić na osobowość ekranową. Ożywić go, dodać mu głębi, uczynić kimś. W teatrze to niemożliwe.

"Kolacja dla głupca" w Teatrze Ateneum, Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, 2001 (fot. Wojtek Duszenko / Agencja Gazeta)

Film jest jak igrzyska olimpijskie. Pojedynczy występ raz na jakiś czas. Można się przygotować i błysnąć we właściwym momencie. Teatr jest raczej jak Tour de France, piekielnie wymagający wieloetapowy wyścig kolarski. Wielka Pętla. Codziennie trzeba być w gazie, bo każdego dnia jest kolejny etap. Nie ma mowy o słabszym dniu, tu nic się w montażu nie wytnie, nie ma dubli - co wieczór wóz albo przewóz.

Al Pacino porównywał grę w filmie do spaceru po leżącej na ziemi linie. Zadanie trudne, ale w gruncie rzeczy bezpieczne. O grze w teatrze zaś mówił, że to właściwie to samo, czyli spacer po linie, z tą jednak różnicą, że jest ona zawieszona dziesięć metrów nad ziemią. A chodzi się bez asekuracji. Jeden fałszywy krok i skręcamy sobie kark. Bardzo mi się to porównanie podoba. Uważam, że coś w tym jest. Dlatego moim zdaniem każdy rasowy aktor będzie ciążył ku teatrowi, nawet jeśli nie jest to miejsce dające popularność, rozpoznawalność, o sławie nie mówiąc. Nawet najlepszy aktor teatralny, o ile nie zetknie się z filmem czy telewizją, może do końca życia pozostać anonimowy. Ale też nie o sławę w teatrze chodzi - ta stała gotowość, to codzienne uczestniczenie, dyspozycyjność, nieustanne utrzymywanie odpowiedniego poziomu warsztatowego są czymś, co aktora stwarza. Jako człowieka teatru, gotowego w każdej chwili podjąć wyzwanie sceny.

A wracając do filmu, ja mam wobec siebie takie podejrzenie, że może po prostu nie byłem, nie jestem wystarczająco światłoczuły jak na potrzeby kinowego ekranu...

Nie jest pan wystarczająco jaki?

- Światłoczuły. Mam taką teorię, że aktorzy sprawdzający się w filmie mają w sobie jakąś tajemną molekułę, która sprawia, że kamera ich kocha. Nazywam ją światłoczułością, bo tacy aktorzy doskonale przyjmują światło, jak celuloidowa taśma filmowa, i tak jak na taśmie pod jego wpływem dokonuje się w nich skomplikowana chemiczna reakcja, która ich odmienia. Film wydobywa z nich jakiś wewnętrzny blask, którym promieniują z ekranu. Stają się osobowością, kimś interesującym, budzącym ciekawość. To jest dar, który albo się ma, albo nie - szkoła aktorska nie ma tu nic do rzeczy, bo tego nie można się nauczyć. Przypuszczam, że nie posiadałem tej molekuły w wystarczającym stopniu i zapewne dlatego nie miałem w polskim kinie wielkich wyzwań. Zresztą aktor w filmie sam nic nie zrobi, film musi go opowiedzieć, musi umieć go opowiedzieć. Mam wrażenie, że żaden reżyser nie wcelował idealnie w moją ekspresję, nie wydobył ze mnie dla filmu tego, co chyba było można. I ja sam też nie zdołałem tego dokonać.

(...)

Które ze swoich filmowych ról ceni pan najwyżej?

- Myślę, że najbliżej znalezienia właściwego dla mnie klucza, który być może pozwoliłby dotrzeć do mojej ukrytej światłoczułości, był Janusz Zaorski. Zrobiliśmy razem trzy filmy: „Partitę na instrument drewniany”, „Pokój z widokiem na morze” oraz „Barytona”. Każdy z nich uważam za udany i ważny. Mam też duży sentyment do „Kung-fu” Janusza Kijowskiego, gdzie grałem z Andrzejem Sewerynem, Danielem Olbrychskim, świetną teatralną aktorką z Wrocławia Teresą Sawicką i Jurkiem Kamasem. Nie jestem jednak pewien, czy ten film jest zrozumiały dla dzisiejszego widza, czy da się go jeszcze oglądać, tak mocno był osadzony w realiach PRL i dylematach ludzi z tamtej epoki.

Piotr Fronczewski w Piotr Fronczewski w "Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy" (kadr z filmu / Filmbox)

Często ogląda pan stare filmy ze swoim udziałem?

- Raczej nie, ale czasem zdarzy mi się na czymś zatrzymać wzrok w trakcie sentymentalnych powtórek w TVP.

I co pan myśli, patrząc wtedy na siebie?

- Moja najczęstsza refleksja, która towarzyszy takim seansom, to: w sumie ujdzie, niby wszystko w porządku, ale w gruncie rzeczy nic szczególnego. Nie mam wrażenia, żebym czegoś szczególnego w dziedzinie filmu dokonał, nie zostawiłem po sobie wiekopomnych kreacji, nie uważam się za autora czegoś odkrywczego, niezwykłego lub nowego w tej dziedzinie. Oczywiście, zawsze pracowałem najuczciwiej, jak potrafiłem, i nie zdarzyło mi się trafić na jakąkolwiek dawną rolę, której musiałbym się wstydzić. Ale żeby było tam coś rzeczywiście wybitnego? Nie wydaje mi się. Może pojawiłem się nie w tym miejscu i nie w tym czasie? Mam wrażenie, że nie było zapotrzebowania w polskim kinie na takiego aktora, na taką twarz. Zdarza się.

Mocno pan przesadza. Z pamięci wymienię kilkanaście pańskich znakomitych ról. Poza tymi, o których już pan wspomniał, chociażby w „Dotkniętych” Saniewskiego, „Konsulu” Borka, „Sam na sam” Kostenki, „Lawie” Konwickiego, nie wspominając już nawet o Szpicbródce i Panu Kleksie.

- Przepraszam bardzo, czy może mi pan przypomnieć, w ilu filmach grałem?

W osiemdziesięciu siedmiu, jeśli dobrze policzyłem.

- I pan chciałby teraz o każdym z nich rozmawiać? Nie dam się na to namówić. Nie wiem, czemu miałoby to służyć. Jak kto ciekaw, niech sobie obejrzy, ale żeby od razu o tym gadać? Stefan Kisielewski miał takie bardzo mądre powiedzonko dotyczące muzyki: „Zamiast to czy owo o muzyce twierdzić, lepiej po prostu tego czy owego posłuchać”. Myślę, że filmu również to dotyczy. Zresztą o czym mielibyśmy rozmawiać? O tym, czy te filmy były dobre czy złe, nie ma sensu, bo o gustach się nie dyskutuje. Komuś się podobają, komuś nie, kropka. A o tym, kto się upijał po zdjęciach do dajmy na to „Pana Kleksa”, nie warto, bo co komu po tego rodzaju plotkach?

Piotr Fronczewski w Piotr Fronczewski w "Panie Kleksie" (fot. materiały prasowe)

A kto się upijał po zdjęciach do „Pana Kleksa”?

- Tam w ogóle dość mocna pod tym względem ekipa się zebrała, mówię oczywiście o dorosłej części obsady. Takie były czasy. Zresztą nie przypominam sobie żadnego filmu, który nie zostałby zacnie podlany. Zawsze kręceniu towarzyszyły długie wieczorne rozmowy, anegdoty, opowieści. Film wywoływał w ludziach przypływ fantazji. Inne towarzystwo było. Ludzie inni. Trochę weselsi niż dzisiaj, chyba też mądrzejsi, a przede wszystkim z większym poczuciem swobody, bez dwóch zdań mniej skrępowani, mniej zdyscyplinowani i nie tak higieniczni jak dziś.

W ogóle kręcenie filmu miało wtedy w sobie coś z magii, samo hasło „film” otwierało wszystkie drzwi. Ówcześni kierownicy produkcji to była kasta ludzi potrafiących załatwić wszystko. Mieli znajomości wszędzie - od czarnego rynku po wierchuszkę władzy ludowej. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Trzeba przerobić lotnisko w Skierniewicach na afrykański port lotniczy? Proszę bardzo. Trzeba kręcić w stoczni, w kopalni, na okręcie wojennym? Nie ma sprawy. Mają być na planie czołgi? Już się robi. Helikoptery? Szast-prast i są. Szwadron konnicy? Żubr? Murzyńskie combo jazzowe? Myśliwce bojowe? Ile to roboty? Zaraz będzie.

Wróćmy do „Akademii Pana Kleksa”.

- Jeeezu kochany! Musimy?

Czego jak czego, ale rozmowy o tej roli nie unikniemy.

- No tak... Tego się obawiałem. A wie pan, że niewiele brakowało, a wcale bym Pana Kleksa nie grał?

Jak to? Nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli!

- A ja owszem. Zupełnie niedawno dowiedziałem się przypadkiem, że pierwotnie Panem Kleksem miał być Janek Kobuszewski. Jak o tym usłyszałem, to aż podskoczyłem na krześle z wrażenia. Nie mam pojęcia, dlaczego w końcu nie zagrał tej roli. Szkoda, bo to był absolutnie zachwycający, fantastyczny, genialny pomysł, którego autorem był chyba Andrzej Wajda. Uważam, że Janek byłby Kleksem idealnym. Ze wszystkich polskich aktorów to on jest najbliższy mojemu wyobrażeniu tej postaci ukształtowanemu jeszcze na ilustracjach Marcina Szancera. Zarówno jego sylwetka i ekspresja cielesna, jak i twarz oraz mimika, w której jest coś anielskiego i diabelskiego zarazem, taka mieszanka psotnej natury i melancholii, czyniły z niego wymarzonego kandydata do roli profesora Ambrożego Kleksa. Mógłby ją grać niemal bez charakteryzacji. Nie to co ja. Mnie przed każdym dniem zdjęciowym trzeba było nakładać na gębę ciężki futerał, pod którym pociłem się potwornie przez cały czas. Peruka, krzaczaste brwi, wąsiska, długa broda, piegi, okulary - codzienne umeblowanie mojej filmowej facjaty oznaczało półtorej godziny mozolnej pracy charakteryzatora.

Bardzo męcząca była gra z tak ciężką maską na twarzy. Szczególnie w drugiej części, czyli „Podróżach Pana Kleksa”, które częściowo kręciliśmy w Armenii. To był środek lata, upały panowały nieziemskie. Podczas zdjęć na erywańskim lotnisku na pasie startowym było pięćdziesiąt stopni, a ja w tym dżinsowym fraku, kamizelce i reszcie kleksowego umundurowania po prostu się roztapiałem, umierałem z gorąca.

(...) Od premiery minęło już ponad trzydzieści lat.

- Aż się wierzyć nie chce, że to już tyle. Pamiętam uroczysty pokaz premierowy w wypełnionej po brzegi Sali Kongresowej tuż po stanie wojennym. Po prezentacji ekipy poproszono mnie o kilka słów wprowadzenia, więc wypaliłem ze sceny: „Szanowni państwo, za chwilę będziecie mieli możliwość obejrzenia prawdopodobnie najlepszej akademii, jaka kiedykolwiek miała miejsce w tej sali”, za co zebrałem dość burzliwe brawa. Nie sądziłem wtedy, że do końca życia, a pewnie i w zaświatach, będę kojarzony z rolą Ambrożego Kleksa.

Dobra rola, dobry film - mógł pan trafić gorzej.

- Prawda. Uważam, że bardzo się Krzysiowi Gradowskiemu ten Pan Kleks udał, szczególnie pierwsza część, czyli „Akademia”. Te filmy mają w sobie urok prostej zabaweczki, są bezpretensjonalne w swojej nieco siermiężnej umowności - to jest rodzaj filmowej wyobraźni bliskiej światu mojego dzieciństwa, gdy z żołędzi, kasztanów i zapałek wyczarowywało się przeróżne cacuszka, coś tam się malowało farbkami, sklejało z kolorowego papieru. Tu w gruncie rzeczy trzeba było sięgnąć po podobne metody. „Akademię” kręciliśmy w 1983 roku. W sklepach nic nie było. Trudno było kupić nawet deski, tkaniny czy farbę do zrobienia scenografii, realizatorzy dosłownie stawali na głowach, żeby chałupniczymi metodami wyczarować baśniowy świat Pana Kleksa.

Udało się. Moje dzieci oglądały ostatnio „Akademię” z zachwytem nie mniejszym niż ten, jaki wzbudzają w nich najlepsze współczesne hollywoodzkie superprodukcje dla najmłodszych.

- A wie pan, że kilka lat temu powstał pomysł, żeby nakręcić kolejny film z cyklu o Panu Kleksie, ale tym razem z użyciem wszystkich najnowszych technik? W trzech wymiarach. Z efektami komputerowymi najwyższej światowej klasy. Z dzieciakami wszystkich możliwych ras - od Grenlandii po Afrykę, no i oczywiście z dziewczętami, bo od początku strasznie z Krzysiem Gradowskim ubolewaliśmy, że Jan Brzechwa nie uczynił swojej szkoły koedukacyjną. To był bardzo ciekawy projekt, który miał szansę wprowadzić naszego Pana Kleksa w obieg światowej popkultury. Niestety, okazał się zbyt drogi jak na polskie warunki i pomysł został chyba definitywnie zarzucony.

Szkoda. Byłaby konkurencja dla „Harry'ego Pottera”.

- Akurat w „Harrym Potterze” to ja już grałem. I to wszystkie role.

Słucham?

- No przecież wyraźnie mówię. Grałem Harry'ego, Rona, Hermionę, Dumbledore'a, profesor McGonagall, Hagrida i całą resztę towarzystwa. W audiobooku. To była ciężka fizyczna robota, kilkaset godzin nagrań w studiu radiowym. Musiałem się solidnie napocić, żeby każda z tych postaci miała swój charakter, własną melodię, rozpoznawalny sposób mówienia. Po trzech tomach miałem dość i poprosiłem wydawcę o zmianę, więc czwarty tom nagrał Wiktor Zborowski. Zrobił to zresztą znakomicie, ale wydawnictwo i tak dostało taką furę listów od osób czytających uszami, że już się do mnie przyzwyczaili i nie chcą żadnych zmian, że musiałem wrócić. A trzeba panu wiedzieć, że w tym cyklu każdy kolejny tom jest grubszy od poprzedniego. Ostatni był cegłą wprost nieprawdopodobną - ponad tysiąc stron chyba. Ileż ja się z nim nasiedziałem zamknięty sam w klatce z mikrofonem, to tylko ja wiem. Męka. Mugolska męka, zero czarów.

Zapewniam, że było warto. Moje dzieciaki uwielbiają te audiobooki. Mogą ich słuchać bez końca. Dla mnie z kolei takim przeżyciem było, gdy jako nastolatek słuchałem czytanego przez pana „Ogniem i mieczem” w połowie lat osiemdziesiątych. Pamiętam, że ulice się wtedy wyludniały. Kto żyw, biegł do odbiornika.

- Skoro tak pan twierdzi... Większą w tym widzę zasługę Sienkiewicza aniżeli własną, ale dziękuję za miłe słowa.

Piotr Fronczewski (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)Piotr Fronczewski (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)

Zaczynam rozumieć, na czym polega problem z panem. Jest pan zbyt skromny i wycofany.

- A to wada jest?

U aktora zazwyczaj tak. Może dlatego nie dostał pan głównej roli w „Liście Schindlera” Spielberga, do której długo był pan typowany?

- Tak pan uważa? Nie wydaje mi się, żeby akurat to zaważyło. Od początku nie robiłem sobie przesadnych nadziei na tę rolę, ale skoro sam Spielberg, przeglądając zdjęcia polskich aktorów z myślą o filmie, zawiesił oko na moim portreciku, to uznałem, że nierozsądne byłoby nie przyjąć zaproszenia na ten casting - bodaj pierwszy i zapewne ostatni w moim życiu, bo instytucja zdjęć próbnych jest dla mnie niesłychanie wprost krępująca.

Jak to się odbyło?

- Zadzwonił do mnie ktoś z firmy producenckiej Lwa Rywina z informacją, że Spielberg rozważa moją kandydaturę do głównej roli w swoim nowym filmie i chciałby, żebym na próbę nagrał dość długi monolog Schindlera, który on sobie obejrzy, by podjąć decyzję. Z tego co wiem, z Polaków taką samą propozycję dostał też Andrzej Seweryn. Nagrałem to więc, taśma poleciała do wytwórni w Hollywood, a potem jeszcze spotkałem się ze Spielbergiem w Krakowie, gdy robił dokumentację do filmu. Bardzo uprzejmy człowiek. Pogadaliśmy sobie miło o wszystkim i o niczym na tyle, na ile moja kulawa angielszczyzna pozwoliła, wziąłem od niego autograf dla córek i tyleśmy się widzieli.

Rolę dostał Liam Neeson. Był pan zawiedziony?

- Ani trochę. Ja naprawdę nie robiłem sobie nadziei na zostanie gwiazdą Hollywood. Ten mój zmysł samokrytyczny, ten mój psychologiczny mechanizm hamujący nie pozwalały mi aż tak popuszczać wodzy fantazji. Od początku do końca traktowałem rzecz całą jako miły epizodzik bez specjalnego znaczenia. Kilka miesięcy później amerykańska wytwórnia odezwała się do mnie ponownie, proponując jakąś małą rólkę w „Liście Schindlera”, ale odmówiłem. Ja nie jestem raczej chorobliwie ambitny, ale nie przepadam za nagrodami pocieszenia. Tyle o tym. Poza tym wie pan, jak to jest z tym aktorstwem, kurwa mać...

Jak?

- Załóżmy taki wariant, że to akurat na mnie postawiłby Spielberg. Zagrałbym tego Schindlera, obejrzałoby to parędziesiąt milionów ludzi na całym świecie i co niby dalej? Co ja miałbym do powiedzenia tym wszystkim Amerykanom, Anglikom, Włochom, Francuzom, Japończykom i całej reszcie świata? Nic. Ile ja wtedy miałem lat?

Czterdzieści sześć.

- Czyli nie byłem jeszcze taki stary... No więc tak - jest sobie aktor czterdziestosześcioletni, z jakimś tam dorobkiem, w Polsce jako tako rozpoznawalny, a w każdym razie nieanonimowy, z jakimś tam doświadczeniem teatralnym, filmowym, kabaretowym, telewizyjnym, radiowym, no mniejsza z tym. I ten aktor wyjeżdża do Hollywood. Jakich propozycji może tam oczekiwać? Powiedzmy sobie szczerze, że w najlepszym razie może zagrać drugoplanową postać ruskiego szpiega lub innego obcego, bo od spraw istotnych to tam mają swoich specjalistów.

I w gruncie rzeczy to jest słuszne i sprawiedliwe, bo moje pełnomocnictwa do powiedzenia czegoś o świecie poprzez role, które gram, do skomentowania rzeczywistości za oknem kończą się na polskiej granicy. Myślę, że tylko tu jestem w pełni wiarygodny. Tu mam coś do powiedzenia. Dzięki zakorzenieniu w języku, w rodzimej kulturze, w historii, w tradycji, w codzienności wreszcie. Są oczywiście role uniwersalne, niezwiązane z konkretnym miejscem i czasem - Hamlet, Ryszard III, Astrow, Harpagon i cała reszta teatralnej klasyki - ale to mam w domu. Miałbym Amerykanom czy Anglikom pokazywać dramat Makbeta? Niech Al Pacino się tym zajmie. Ja i tak mam co robić. A poza tym nie jestem podróżnikiem. Nie ma we mnie potrzeby odkrywania nowych lądów.

Jak na kogoś nielubiącego podróży w nieznane decyzja o zostaniu gwiazdą muzyki rozrywkowej, Frankiem Kimono, była raczej dość odważna.

- Wypadek przy pracy. Nawet nam do głowy nie przyszło z Andrzejem Korzyńskim, gdy nagrywaliśmy dwie pierwsze pioseneczki Franka, że zrobi się wokół tego tyle szumu. Traktowaliśmy to wyłącznie jako zabawę, ale Franek wybił się na niepodległość. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że wymknął się z komórki pod tytułem „zgrywa” i zrobił karierę. Po nagraniu piosenek „King Bruce Lee karate mistrz” oraz „Dysk Dżokej” właściwie zapomnieliśmy o sprawie i dopiero jakiś czas później moje małe córki uświadomiły mi, że Franek podbija listy przebojów, wszędzie to grają i cała Polska śpiewa: „Twoje łzy lecą mi na koszulę z napisem: 'King Bruce Lee karate mistrz'”.

No to nagraliśmy kolejne piosenki, tak żeby starczyło na płytę długogrającą, i zaczął się szał. Przez nasze mieszkanko przewinęło się tyle ekip telewizyjnych, jak nigdy przedtem ani nigdy potem - przyjechały nawet BBC i telewizja japońska. Nie ukrywam, że byłem w szoku. I nadal bywam, gdy ktoś zaczepia mnie znienacka i prosi o autograf na tym starym winylowym placku sprzed trzydziestu lat.

Stworzyliście z Andrzejem Korzyńskim legendę...

- Na to wychodzi. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu. Ale chyba rzeczywiście teksty, które podawał Franek, miały w sobie taki specyficzny knajacki urok i do dziś uważam je za bardzo zabawne. Widocznie nie tylko ja.

Jasna sprawa. W końcu „ciosy karate ćwiczyłem z bratem”.

- Ale proszę nie zapominać, że „po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie”.

I dlatego „na bramce stoję, nikogo się nie boję”.

- Bo „gdy ja dołożę, wtedy nie daj Boże. Reanimacja nawet nie pomoże”.

A poza tym „czasem na giełdzie coś mi podejdzie”.

- Po prostu „toczy się życie, zabawa trwa”.

I przy okazji „strzeliłem gola w rytm rock and rolla”, bo „mam w sobie dzikość żółtej pantery”.

- Więc „nie rycz mała, nie rycz, ja znam te wasze numery”. Moglibyśmy tak bez końca.

Raperzy podobno uznają Franka za prekursora gatunku.

- Też o tym słyszałem. Zresztą kilka lat temu dwaj mili chłopcy występujący jako Sokół i Pono zaprosili mnie do nagrania teledysku wyraźnie nawiązującego do poetyki Franka Kimono. Napisali bardzo inteligentny i zabawny tekst, który z powodzeniem zmieściłby się na którejś ze starych płyt Franka. Moja partia zaczynała się tak: „Jestem barmanem na tym dancingu, pierwszy raper, nie było jeszcze stringów”, więc z tym prekursorem gatunku to chyba prawda... Zabawna przygoda.

Wie pan, że ta piosenka ma już prawie dwadzieścia milionów odsłon na YouTubie?

- Jak rozumiem, to jest dziś waluta, w której mierzy się wagę ludzkich osiągnięć? Odsłony na YouTubie? I co one mówią o moim życiu zawodowym - te odsłony?

Że przede wszystkim jest pan piosenkarzem Frankiem Kimono, a poza tym artystą kabaretowym.

- Aha. Bardzo to ciekawe, co pan mówi. I teraz w związku z tym chciałby pan zapewne przepytać mnie na okoliczność Kabaretu pod Egidą i współpracy z Olgą Lipińską?

Owszem, taka myśl przemknęła mi przez głowę.

- No i co ja mam panu powiedzieć? Może tak - było miło, ale się skończyło. Kabaret w Polsce ostatecznie wyzionął ducha i dziś jest to już wymarły gatunek sztuki aktorskiej i estradowej. Bulba.

Jak to? Przecież telewizja co i rusz nadaje jakieś noce kabaretowe.

- Noce żywych trupów raczej. To ma wszelkie cechy epidemii. Polski kabaret ostatecznie i nieodwracalnie umarł, gdy z kawiarnianych salek - ciasnych, zadymionych i spowitych oparami alkoholu - przeniósł się do amfiteatrów. Nie wiem, czy pan się orientuje, jakie jest pochodzenie słowa kabaret? Są dwie teorie etymologiczne. Pierwsza jest bardziej naukowa i według niej słowo to pochodzi od starofrancuskiego wyrazu chambrette oznaczającego pokoik. Zgodnie z drugą zaś kabaret jest zlepkiem trzech wyrazów. Pierwsze dwa to café, czyli kawiarnia, i „bar”, czyli... A zresztą niech się pan sam domyśli, co to znaczy. Najważniejsze jest jednak słowo trzecie - et, czyli po prostu „i” - oznaczające, że by uzyskać kabaret, do dwóch pozostałych wyrazów należy jeszcze coś dodać, coś nieuchwytnego, tajemniczego, po prostu ducha satyry. I takie były nasze dawne kabarety - Koń, Dudek, Owca, STS, wrocławska Elita, krakowska Piwnica pod Baranami i, ma się rozumieć, Egida Janka Pietrzaka. Była kawiarnia i było to tajemnicze „coś jeszcze”. Dziś ani tych kawiarni nie ma, ani tym bardziej ducha w kabarecie.

Piotr Fronczewski i Marcin Mastalerz (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)Piotr Fronczewski i Marcin Mastalerz (fot. materiały prasowe / Znak Literanova)

Pamiętam pierwszy moment, gdy sobie to uświadomiłem. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych z kilkoma kolegami brałem udział w imprezie pod tytułem „Derby kabaretowe” w Koninie. Wielki amfiteatr. Masa ludzi. I tam byłem świadkiem wydarzenia, które mną wstrząsnęło. Wyszedł na scenę Jurek Dobrowolski, mistrz gatunku, inteligentny, błyskotliwy, zabawny do bólu. To musiało być niedługo przed jego przedwczesną śmiercią. Jurek wystąpił z fenomenalnym monologiem, to się bodaj nazywało „Flecik”, zresztą mniejsza z tym. Świetny tekst, pełen subtelnego dowcipu. Ale publika nie pozwoliła mu nawet dojść do końca skeczu. Wygwizdali go, bo ten jego monolog był zbyt mądry. Nie dość przaśny. Nic tam o dupie i pierdzeniu nie było, żadnej czytelnej do bólu aluzji seksualnej.

Te gwizdy mną wstrząsnęły. Do dziś boleśnie wwiercają mi się w mózgownicę. To było straszne. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, ja też dostałem w tym Koninie znacznie większe brawa na wejście niż na zejście. To był kubeł zimnej wody na łeb. Wtedy pomyślałem sobie, że trzeba już podziękować za tę zabawę, czas przeprosić za zawracanie głowy i kończyć. Tak to w skrócie wyglądało. Od tamtej pory w przedsięwzięcia kabaretowe nie angażuję się z zasady. Widocznie minął już dobry czas dla tej formy sztuki. Umarło w publiczności zapotrzebowanie na bliski mi rodzaj poczucia humoru. Ludziom potrzeba dziś czegoś innego. Czegoś, co mnie już zupełnie nie interesuje.

 

*Fragment rozmowy pochodzi z książki "Ja, Fronczewski" Marcina Mastalerza, która będzie miała swoją premierę 4 listopada 2015 roku

Piotr Fronczewski (1946 r.). Nie ma Polaka, który nie znałby jego wyjątkowego głosu - znaku rozpoznawczego najwszechstronniejszego polskiego aktora. Ukończył wydział aktorski warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, ma na koncie kilkaset ról filmowych i teatralnych. Niezapomniany Pan Kleks, zwariowany Pan Piotruś i tragiczny Edyp, Szpicbródka, Franek Kimono i jeden z najlepszych Hamletów w historii polskiego teatru. W pamięci widzów zapisał się także dzięki świetnym rolom w Teatrze Telewizji oraz serialach „Tata, a Marcin powiedział” i „Rodzinie zastępczej”. Obecnie występuje na deskach Teatru Ateneum oraz gościnnie w Teatrze 6. piętro.

Marcin Mastalerz. Pisarz, autor bestsellerowej powieści „Miasto 44” na podstawie głośnego filmu Jana Komasy oraz współautor „Zewu oceanu”, reporterskiej relacji z samotnego rejsu żeglarza Tomasza Cichockiego dookoła świata, uhonorowanej w 2013 roku Wawrzynem, czyli Literacką Nagrodą Warmii i Mazur, oraz Wawrzynem Czytelników w tym samym konkursie. Wcześniej przez wiele lat dziennikarz i redaktor prasowy, w tym przez ponad 10 lat sekretarz redakcji i wicenaczelny „Newsweeka Polska”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (93)
Zaloguj się
  • student_zebrak

    Oceniono 182 razy 166

    Panie Piotrze, stu i wiecej lat w zdrowiu.

  • strach_sie_bac

    Oceniono 143 razy 129

    Mistrz mistrzów, którzy w chwili obecnej próbują być mistrzami. Nie człowiek legenda, to legenda o człowieku który tworzy jak rzemieślnik ... rzemieślnik, który potrafi swojemu DZIEŁU dodać duszę. Szacunek Panie Piotrze.

  • zwyklaosoba

    Oceniono 130 razy 118

    Całkowita racja co do kabaretu ! Włączam telewizor, a tam durne miny z seksualnymi i rasistowskimi tekstami. Przełączam, a na kolejnym podobnie: literalnie o d**ie przyprawione wulgarnymi teksami. Gdzie się podziała finezja tekstów Kabretu Starszych Panów czy kabaretu Dudek. Ja wiem, że powiedzieć z eksklamacją: "i kopnął go w d**pę" jest znacznie łatwiej niż stworzyć np. zabawny i inteligentny wers: "I wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc."

  • noel1

    Oceniono 87 razy 77

    Jest szósta rano z reguły nie czytam czyiś zwierzeń,to przeczytałem z zaciekawieniem, widocznie nie były to tylko zwierzenia,mistrzowsko napisany artykuł. O p. Fronczewskim mogę powiedzieć "Mistrz nad mistrzami" wielki szacunek.

  • dragulow

    Oceniono 81 razy 73

    Ale się człowiek rozmarzył.. To były czasy. Kiedyś aktorzy, scenarzyści i cała ta zwariowana banda tworzyła arcydzieła. Radio czy telewizja - obojętne medium. Mieliśmy szczęście do parady znakomitych jednostek. Może jeszcze ktoś zdoła, powyciągać ich na światło dzienne.

    Jaki dzisiaj byłby kabaret Olgi Lipińskiej ? Panie Piotrze, wielkie dzięki za wszystkie kreacje.
    - King Bruce Lee..

  • zwyklaosoba

    Oceniono 78 razy 64

    Ja najbardziej zapamiętałem jeden ze współczesnych wywiadów, podczas którego pan Piotr Fronczewski opowiadał o tym, że gdy go SB-ek próbował zwerbować na tajnego współpracownika odpowiedział: "Ni, ch?ja !" (tak zapamiętałem, jeśli było to inne słowo to serdecznie przepraszam). Podobno SB-ek odpowiedział: "Właśnie tego się spodziewałem". Panie Piotrze, wielkie chapeau bas !!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX