Kavin Spacey jako Frank Underwood w serialu

Kavin Spacey jako Frank Underwood w serialu "House of Cards" (fot. Netflix / materiały prasowe)

wywiad gazeta.pl

Człowiek, który stworzył Franka Underwooda: Im potężniejszy jesteś, tym większy jest twój upadek

Mówisz "House of Cards", myślisz - amerykański serial, w którym Kevin Spacey i Robin Wright grają żądne władzy małżeństwo. Tymczasem pierwszy był brytyjski serial. A na początku było słowo, czyli książkowa seria Michaela Dobbsa. Pisarz, który powołał do życia okrutnego "F.U.", opowiedział nam o mrocznej stronie polityki. Wie, co mówi - Żelazna Dama, której doradzał, zadała mu cios w plecy.

W 1987 r. „Guardian” nazwał go „westminsterskim zabójcą o twarzy dziecka”. Był doradcą Margaret Thatcher, pisarzem przemówień - to bardzo ważna rzecz - dla polityków brytyjskiej Partii Konserwatywnej, specjalnym doradcą rządu Thatcher i szefem sztabu Partii Konserwatywnej. Uznawany za mistrza politycznej gry, dostał cios z najmniej spodziewanej strony - na ołtarzu polityki poświęciła go sama Żelazna Dama.

Podczas swoich przymusowych wakacji od polityki, siedząc, jak twierdzi, nad basenem, Michael Dobbs zaczął pisać powieść. Pierwszego dnia zapisał dwie litery: „F.U.”. Skrót od wulgarnego zwrotu był oczywisty, ale niedługo później F.U. przerodziło się w imię i nazwisko. Francis Urquhart. Ponad 20 lat później znaczenie tych inicjałów się zmieniło. Pojawił się Frank Underwood. Ale najpierw Dobbs go zabił.

Michael Dobbs (fot. Jim Pascoe)Michael Dobbs (fot. Jim Pascoe)

Michał Gostkiewicz: W pierwszej wersji swojej książki zabił pan Francisa Urquharta...

Michael Dobbs: Pamiętam, jak skończyłem pisać. I pomyślałem: w sumie to zakończenie jest złe. Francis powinien przeżyć. Ale miałem dużo innych zajęć, no i poszło tak do druku. To brzmi żałośnie, ale po prostu wszystko potoczyło się tak szybko - nagle BBC chciało więcej, moja rodzina chciała dalszego ciągu, wydawca chciał więcej... i wskrzesiłem Francisa. Zresztą nie był to pierwszy bohater literacki tak wskrzeszony.

A potem okazało się, że świat go lubi, więc w drugiej części, „Jak ograć króla” (właśnie ukazuje się w Polsce - przyp. red.), zmartwychwstał, by zostać najdłużej piastującym ten urząd brytyjskim premierem.

- (śmiech) Musi pan pamiętać, że mam niezwykłe szczęście. Zacząłem pisać historię o F.U. na wakacjach. Nie chciałem zostać pisarzem, chciałem tylko przelać parę myśli na papier, a gdy już pisałem, to nie miałem nawet pojęcia, kiedy - i czy w ogóle - tę książkę skończę. A już nawet nie marzyłem o tym, że kiedykolwiek ją opublikuję. Przez myśl mi nie przeszło, że kompletnie zmieni ona moje życie. To nie była zatem dokładnie zaplanowana droga, tylko wakacyjne zajęcie, które okazało się wspaniałą rzeczą.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że nawet gdy jeszcze nie było planów wydania książki, to była główna jej myśl: najistotniejszym wydarzeniem miał być upadek premiera.

- Ktoś kiedyś powiedział, że wszystkie kariery polityczne kończą się fiaskiem. I jest w tym trochę prawdy. Nawet ci najwięksi. W historii Wielkiej Brytanii w niemal każdym przypadku premier był zmuszony odejść z urzędu. Nie odchodził z własnego wyboru. Pan na pewno pamięta odchodzącą we łzach Margaret Thatcher. Nieważne, jak jest się wielkim - im potężniejszy jesteś, tym większy jest twój upadek.

Wielu byłych premierów spędziło swoje lata emerytury, próbując raz jeszcze rozegrać stare bitwy, dążąc do rehabilitacji - ponieważ uważali, że zostali wypchnięci. „House of Cards” wyszło tuż przed kolejnym zwycięstwem Margaret Thatcher (w wyborach na lidera partii - przyp. aut.) i niedługo po jej ostatnim, wspaniałym wielkim zwycięstwie wyborczym. A ja nagle zdałem sobie sprawę, że właśnie ona sama zasiała ziarno, którego owocem był jej upadek. W momencie największego triumfu. „House of Cards” zostało zbudowane na przekonaniu, że ona też, jak każdy, będzie musiała odejść z urzędu. Że jest niebywale potężny premier, który mimo tej potęgi będzie musiał odejść. To była myśl, od której wszystko się zaczęło.

Ian Richardson jako Francis Urquhart w Ian Richardson jako Francis Urquhart w "House of Cards" (fot. materiały prasowe)

W efekcie jednym z najpopularniejszych bohaterów współczesnej TV stał się antybohater, którego uczynków większość jego fanów nie miałaby czelności powtórzyć.

- To opowieść, serial dramatyczny, a nie dokument o polityce. A od Szekspira, z którym nawet nie mam śmiałości się porównywać, pisarze mają tendencję do koncentrowania się na ciemnych stronach natury swoich bohaterów. Bo to po tamtej stronie można odkryć coś, co jest ekscytujące, nowe i wnikliwe. Otello, Hamlet, Makbet. Fascynują nas postacie ludzi poddanych presji, zepchniętych w mrok, by zobaczyć, do czego naprawdę są zdolni. Daje to wspaniały wgląd w ludzką naturę. I ta fascynacja czytelników trwa od dawna. Nie jest to jednak tak częsty przypadek w telewizji.

Jednym z powodów, dla których ten bohater i ten pomysł tak dobrze „zagrał” w TV, był sposób, w jaki przełamaliśmy tę barierę: mówienie do widza. Zniszczyliśmy ten mur oddzielający aktorów na ekranie od widza, sprawiliśmy, że poczuł się jak część tego spisku. To go wciąga, motywuje do udziału. By to się udało, niezbędny jest pewien szczególny rodzaj aktorstwa.

No to miał pan szczęście, że za postać Franka wzięli się najpierw Ian Richardson, a potem Kevin Spacey.

- Dokładnie.

A jednak uśmiercił pan Francisa, mimo że przez 15 lat działalności jako polityk brytyjskich konserwatystów zapewne widział pan niejeden przykład na to, że w polityce zdrada, zmiana sojuszy, folgowanie swoim żądzom i ambicjom, bezlitosność i cynizm popłacają. Że nimi się wygrywa. A pan funduje Francisowi porażkę.

- Kilkanaście dni temu gość nazwiskiem Tony Abbot wstał rano z łóżka jako premier Australii. A kilka godzin później... wow! Co się stało? Najpierw w plecy, a potem w pierś wbił mu nóż jeden z jego najbliższych kolegów i współpracowników.

Jaki piękny zamach stanu.

- Polityka to ostry, twardy biznes. I nie ma co udawać, że jest inaczej. To nie jest świat, w którym grupa miłych, grzecznych ludzi usiądzie sobie i po racjonalnej, spokojnej dyskusji powie: „OK, zróbmy to i to”. To często przecież nie jest kwestia wyboru między dobrym a złym, tylko między dwoma różnymi typami złego. Wiedząc, że nie ma dobrego wyjścia, decydujemy, które rozwiązanie narobi mniej szkód.

Francis wybiera większe zło.

- No cóż. Gdy byłem młody, dorośli zmusili mnie do czytania „Juliusza Cezara” Szekspira. I oczywiście pomyślałem: „Szekspir. Ech!”. A potem przeczytałem tę historię - i jest wspaniała! Jest o tym, jak najpotężniejszy człowiek na świecie, na schodach Kapitolu, z którego rządził imperium, zostaje ugodzony, pocięty, zaszlachtowany na śmierć przez swoich najlepszych przyjaciół. Trudno o lepszą historię! I ta historia jest ponadczasowa. Tak jak natura człowieka - który popełnia błędy, upada. Jeszcze nie udało nam się sprawić, byśmy stali się bardziej świętymi, a mniej grzesznikami.

Frank Underwood (fot. Netflix / materiały prasowe)Kevin Spacey jako Frank Underwood w amerykańskiej wersji "House of Cards" (fot. Netflix / materiały prasowe)

Polska bezpieka za czasów komunizmu miała trzy sposoby łamania przeciwników, m.in. księży: „korek, worek i rozporek”. Okazuje się, że w demokracji jest podobnie.

- Zgadza się.

Zwłaszcza w pana książkach. Francis z upodobaniem stosuje wszystkie te metody.

- Nieważne, w jakim żyjesz systemie politycznym. Wszyscy jesteśmy ludźmi, zatem mamy możliwość osiągania rzeczy wielkich, ale poddajemy się naszym wadom. Wielkość buduje się na pokonywaniu wad. Wielcy ludzie to nie są ludzie, z którymi się przyjemnie przebywa. Nie są mili. Nie są sympatyczni, nie są cierpliwi.

Churchill...

- Churchill, Maggie Thatcher... są obsesjonatami, coś ich napędza. Często na forum publicznym nadrabiają niedoskonałości życia prywatnego. A potem bierzemy tych politycznych ludzi, wstawiamy ich w gorące otoczenie, świat im mówi, że są ważni, wyjątkowi, wywieramy na nich presję tak, że dochodzą do swoich własnych granic, i umieszczamy naokoło nich pokusy. Nie jest niespodzianką, że wielu z nich upada. Ale bez podejmowania ryzyka nie ma szans na osiągnięcie czegoś wielkiego - i to robiła Maggie Thatcher, co robił Winston Churchill, Charles de Gaulle...

A co 4-5 lat, zależnie od ustroju, my, obywatele, dajemy się złapać na przynętę i idziemy głosować. Czy dlatego przedstawił pan w książce z taką sympatią i zrozumieniem postać króla, kogoś, kto nie musi co 4 lata udawać, że jest cudowny i wspaniały - i który okazuje się twardym rywalem dla Francisa?

- Dokładnie tak. Rodzina królewska to zwykli ludzie. I mają jeden z najtrudniejszych zawodów na świecie. Moim najważniejszym zadaniem jako pisarza jest dostarczenie rozrywki. Ale powinienem też edukować i inspirować, tak długo, jak równocześnie czytelnik się przy tym dobrze bawi. Gdy pisałem „Ograć króla”, Windsorowie - w mojej opinii - przeżywali kryzys, wielu młodych przedstawicieli tej rodziny nie umiało wyczuć nastrojów publicznych. Więc pisałem dla rozrywki, ale i dla przestrogi. I niestety lokatorów pałacu Buckingham czekało kilka bardzo trudnych lat i silny spadek popularności. Ja mam osobiście przekonanie, że monarchia obecnie dobrze służy Wielkiej Brytanii, ratuje nas od okropnych konsekwencji konieczności wybierania co kilka lat prezydenta, bardzo się cieszę, że obecnie rodzina królewska odzyskała popularność i swoją pozycję.

Urodziłem się o tej samej godzinie, co książę Walii. Przez całe życie dzieliliśmy dzień urodzin, dzień rozpoczęcia szkoły, mało tego - ślub braliśmy w tym samym tygodniu. Nasi pierworodni synowie mają na imię William. Różnica jest tylko jedna: ja pochodzę z ubogiej strony, on - z uprzywilejowanej. I zawsze patrzyłem na niego ze współczuciem: biedny facet, ma najtrudniejszy zawód na świecie, za żadne pieniądze nie chciałbym być na jego miejscu. Instynktownie odczuwam sympatię dla osób, które nie miały specjalnie wyboru tego, kim będą w życiu. I często muszą sobie radzić w naprawdę trudnych i nieprzyjemnych okolicznościach.

Pana obecna praca w Izbie Lordów nie dostarcza czasem podobnych okoliczności?

- Tego nie da się porównać. Pracuję w „biurze”, które mieści się w jednym z najpiękniejszych budynków na świecie, w sali z tronem, na którym zasiada królowa. Ale po pierwsze, nie mam obowiązku tam się pojawiać, po drugie, jak już się pojawię, to mogę robić, co chcę, mogę wypowiadać się swobodnie i mówić, co uważam za słuszne - czyli wszystko to, czego nie może zrobić i powiedzieć królowa. Jedyne podobieństwo - oboje pracujemy w pałacach.

Ale dzięki Frankowi - kiedyś Urquhartowi, obecnie Underwoodowi, coraz częściej zamienia pan czerwone ławy parlamentarne na czerwony dywan Hollywood. Czy cały czas współpracuje pan z ekipą realizującą amerykańską wersję „House of Cards”?

- Tak, nawet bardzo. Za kilka tygodni lecę do Baltimore, gdzie kręcimy czwarty sezon serialu. Jestem bardzo blisko z ekipą. Nie będę udawał, że to praca na pełny etat, to niemożliwe, ale to bardzo fajna relacja. Najlepsze doświadczenie zawodowe w moim życiu.

Claire (Robin Wright) i Frank (Kevin Spacey) (fot. Netflix / materiały prasowe)Claire (Robin Wright) i Frank (Kevin Spacey) (fot. Netflix / materiały prasowe)

Fani byliby przeszczęśliwi, gdyby wyjawił pan choć jedną rzecz, która czeka Franka Underwooda w przyszłym sezonie, ale na pewno pan nie może...

- Zaraz potem musiałbym pana zabić, więc nie psujmy tej bardzo sympatycznej relacji (śmiech).

Amerykańska wersja „House of Cards” genialnie wykorzystała media społecznościowe i telefony komórkowe (słynne wymiany SMS-ów Franka Underwooda i dziennikarki Zoe Barnes - przyp. aut.). Gdyby pan pisał swoją książkę teraz, bardzo różniłaby się w tej kwestii?

- Bardzo. Techniki się zmieniły - w oryginalnym „HoC” informacje były przekazywane za pomocą świstków papieru wsuwanych w szparę pod drzwiami pokoju hotelowego. 28 lat temu prasa działała na nieco innych zasadach. Była niesamowicie potężna. Ale cofnijmy się głębiej w przeszłość - nie 30, lecz 40-50 lat. Wtedy to politycy nadawali kurs, ton, tempo i tematy, a media szły za nimi. Teraz role się odwróciły i tak jest do dziś: mamy erę mediów działających 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, w których od polityków oczekuje się, by mieli natychmiast odpowiedzi na wszystkie pytania. Do tego dochodzą social media. Pytanie: kiedy i jak polityk ma mieć czas na to, żeby usunąć się ze światła jupiterów i pomyśleć?

Ale koniec końców „HoC” nie jest o systemie politycznym, tylko o ludziach działających w tym systemie. Chodzi o to, by widzowie i czytelnicy zapamiętali postacie - nawet te, których nienawidzili. Od antycznego Rzymu, przez Westminster, aż do Waszyngtonu od zawsze chodziło o ludzi, o wielkie postacie.

Jest w książkach i w obu serialach specyficzna grupa osób, która ma ogromny wpływ na to, co się dzieje. Grupa, która współrządzi, informuje, steruje niektórymi ludźmi, przez innych jest sterowana, jeszcze innych doprowadza do upadku. Kobiety.

- Jedną z rzeczy, które mnie zawsze frustrowały, jest deficyt kobiet w polityce, w tym na najwyższych stanowiskach. W ostatnich latach wiele czasu poświęciłem na tworzenie kobiet grających główne role w fabułach wynoszących je na pierwszy plan. I jestem bardzo zadowolony z tego, jak udało się w amerykańskim „House of Cards” rozwinąć rolę Robin Wright, czyli Claire Underwood. Ona jest tak silna jak Francis, co stworzyło swobodę dla scenarzystów kolejnych odcinków. To główna różnica między wersją z Wysp a wersją z Waszyngtonu. I uważam, że to wspaniała różnica.

Michael Dobbs Michael Dobbs "House of Cards. Ograć króla" (fot. Jim Pascoe)

 

Michael Dobbs. Brytyjski polityk i pisarz. Doradca rządu Margaret Thatcher, szef sztabu Partii Konserwatywnej. Autor popularnego trzytomowego cyklu „House of Cards”. Na podstawie jego książek nakręcono dwa seriale o ambitnym polityku, pnącym się po trupach na szczyty władzy - brytyjski i amerykański. Ten ostatni, z Kevinem Spaceyem i Robin Wright w rolach głównych, jest światowym fenomenem, uwielbianym przez miliony fanów.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Specjalizuje się w wywiadach, rozmawiał m.in. z Richardem Bransonem, Benjaminem Barberem, Muhammadem Yunusem, Andrzejem Stasiukiem, Chrisem Niedenthalem, Robertem Biedroniem i prezydentem Andrzejem Dudą. W Gazeta.pl pisze o sprawach zagranicznych, fotografii i podróżach, prowadzi też blogi Realpolitik i Szybciej, Wyżej, Dalej oraz bywa na Twitterze. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (16)
Zaloguj się
  • rabingoldblatt

    Oceniono 40 razy 30

    Im potężniejszy jesteś, tym większy jest twój upadek

    Koleś nie zna Burego - prokuratura stawia ci zarzuty? Olej to i bądź tym, który wybiera szefa całej prokuratury. A potem jakiś sekretarz stanu w rzadzie Jarosława Kaczyńskiego ( nie, nie pomyliłem się - w rząd z premier Szydło to nawet sama Szydło już nie wierzy )

  • ltte

    Oceniono 20 razy 20

    Czy ktoś zna szczegóły, jak Michael Dobbs został wyrzucony przez Margaret Thatcher?

  • empepe21

    Oceniono 19 razy -11

    "Im potężniejszy jesteś, tym większy jest twój upadek"
    A to niby jego odkrycie?! No brawo! To prawda znana tak długo, jak długo ludzkość istnieje. Naprawdę, żadne to odkrycie.

  • tekameka

    Oceniono 27 razy -11

    Im potężniejszy jesteś, tym większy jest twój upadek - Bul i Radku już to POjęli.
    Czekaja na Donku i fadromę

  • myslacyszaryczlowiek1

    Oceniono 32 razy -12

    Ciekaw jestem, czy autor jest psychopatą, czy może znaczna część anglosasów są psychopatami, stworzył doskonałe dzieło obnażające mechanizm negatywnego doboru ludzi na najwyższe stanowiska państwowe. O ile tacy ludzie są może potrzebni w czasie wojny, to w czasie pokoju ci ludzie mają w czterech literach zwykłych obywateli, ich dobro, żadnego poczucia służby wobec nich. Liczy się tylko władza i kasa, co się jedno z drugim wiąże. Dlatego tak się dzieje jak się dzieje. A piszę, że jest psychopatą, bo on nawet tego nie czuje, że jest, że stworzył psychopatycznego bochatera, wyzutego z jakichkolwiek uczuć..

  • emcza

    Oceniono 16 razy -14

    Coś tam słyszałem o tym serialu. Chyba dalej nie będę oglądać. "Milczenie owiec" był fajny. Był psychopata jeden z drugim, ale nie wlókł historii przez ileś sezonów. I z napisem end kończył się, Nie czekał na decyzję producentów chrupek czy dalej to ciągnąć, czy że publika już nie taka.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX